Pieśń II

Translated by Zofia Trzeszczkowska

Luzyady

1. Właśnie w téj porze płomieniste słońce,Dzielące jasność dnia i nocne cienie,I ku swéj mecie powolnie idące,Już kryło ludziom niebieskie promienie;Przed niém bóg nocy w głębi wód leżąceZaklętych gmachów otwierał przedsienie,Gdy utwierdzeni ledwo na kotwicyPogan ujrzeli nasi wojownicy.

2. Jeden z poselstwa, téj podstępnéj sprawyJako dowódca świadom jak należy:„O! wodzu — rzecze — co lotnemi nawyPo państw Neptuna przebiegasz bezbrzeży,Król naszéj wyspy wielce wam łaskawyPełen radości ogłasza najszczerzéj,Iż nic nie pragnie jak ciebie oglądać —Przyjąć, dostarczyć, czego można żądać,

3. „Pragnienia króla nie tajna przyczyna,Zdawna o sławie nasłuchał się twojéj,Więc złóż obawę, król o to zaklina,I z całą flotą przybądź do ostoi:Niech długą drogą znużona drużynaTu się swobodnie odetchnąć nie boi;Niech odpoczynek gwoli przyrodzeniuPrzyjmie na lądzie w bezpieczném schronieniu.

4. „Towarów szukasz? Może u was w ceniePłody Lewantu, które my tu mamy?Cynamon, gwoździk, palące korzenieAlbo leczebne zbawczych ziół balsamy?Może cię wabią błyszczące kamienie?Kosztowny rubin? dyament bez plamy?Tu, w naszym kraju, jest wszystko, co nęci,Możemy wszelkie zadowolnić chęci.“

5. A na to Gama dziękczyni jak możeI śle odpowiedź na króla żądanie:„Patrz, oto słońce już zapada w morze,Więc się twéj woli dziś zadość nie stanie,Lecz skoro tylko błyśnie ranne zorze,Wnet z całą flotą wejdę w twe przystanieJako przystało, by była spełnianaWola takiego wspaniałego pana.“

6. I pyta jeszcze, czyli w saméj rzeczySą tam chrześćjanie, jako sternik mówi?Przewrotny poseł bynajmniéj nie przeczy:„Są śród nas — rzecze — chwalcy Chrystusowi“.W ten sposob wszystkich spokój ubezpieczy,Nieufność z serca usuwa wodzowi;Lecz wódz, pamiętny przygody tak świeżéj,Przezornie baczy, nim całkiem zawierzy.

7. Wedle zwyczaju na statkach w téj dobieByli skazańcy za zbrodnicze czyny,By w chwili klęski w jakowym sposobie,Mogli pozyskać odpuszczenie winy. —Dwóch najsprytniejszych przyzwawszy ku sobieWódz każe z Maury płynąć w ich krainy:Śledzić zdrad, gród ich przejrzéć okiem znawcówI upragnionych spotkać spółwyznawców. —

8. Każe monarsze złożyć drogie daryJako zadatek swych życzliwych chęci,Pieszcząc nadzieję, iż temi ofiaryOpornych dotąd ku przymierzu znęci.Żegna okręty tłum bez czci i wiary,Odpływa z posły, którzy wnet przyjęciNa brzegu, kędy wita ich zwodniczaKłamliwa radość i jasne oblicza.

9. Oddawszy dary, jak powinność każe,Z wdzięczną przemową stosowną do chwili,Wyszli gród zwiedzać dwaj nasi żeglarze.Niejednę błahą wiadomość schwycili;Lecz Maur przezorny nie wszystko pokaże,Niejednę prośbę wykrętem omyli:Bo gdzie fałsz władnie — strach na serce działa,Chociaż myśl zdrady w innych nie postała. —

10. Lecz ten, co posiadł młodość nieśmiertelną,Dwukrotnie zrodzon, co dał zgubną radęI tę zasadzkę ułożył piekielną,Aby oglądać żeglarzy zagładę,Wybrał śród miasta budowlę oddzielnąI twarz i szaty ludzkie wziął na zdradę;Chrześcijaninem zwie się, i bogatyOłtarz podźwignął i składa obiaty.

11. Na ścianach gmachu przez dziwne mamidłaDucha Świętego oglądasz źrenicą:On, jak gołąbka roztacza swe skrzydłaNad przenajświętszą, przeczystą Dziewicą;Daléj — Dwunastu kreślą malowidła,Zmieszanych, w chwili kiedy tajemnicąPrzedziwną bożą — wraz z ogniem płomykówDar otrzymali poznania języków.

12. Do téj świątyni Luzów wprowodzono,Gdy już zasadzkę Bach usnuł tak składnie;Ci gną kolana a myśl uskrzydlonąŚlą do stóp Pana, co światami władnie. —Kosztowne wonie w kadzielnicach płonąI płyną dymy, gdzie tylko wzrok padnie;Tak to bóg fałszu w téj świątyni proguMusiał prawemu pokłonić się Bogu.

13. Tam do wspaniałéj wezwani biesiadyI pomieszczeni w Bachowém schronieniu,Dwaj chrześcijanie nieświadomi zdradyNoc przepędzili w świętem omamieniu. —Lecz gdy jutrzenki zabłysnął świt bładyblady,A w chwili potém — promień po promieniu —Ogniste słońce nad ziemię się wzbiłoI widnokręgu krańce zróżowiło:

14. Wnet dano hasło do nowéj wyprawyZ poselstwem króla; śród gromady rzeźkiéjPłyną dwaj nasi dla złożenia sprawyI o szczerości świadczenia królewskiéj:Portugalczycy zbyli się obawy,Jakby już pewni bezpieczeństwa deski,Pewni, że chrześćjan spotkali siedliska,Rwą się na wody, by ich ujrzéć zblizka.

15. Daléj, skazańcy malują swą czynność:Że tam jest kapłan i ołtarz ofiarny,Kędy znaleźli i schron i gościnność,Gdy noc na ziemię rzuciła płaszcz czarny;Jako i króla i ludu uczynnośćDowód przyjaźni dała im nie marny;Grzechem więc będą podejrzenia dawneMając świadectwo tak pewne, tak jawne. —

16. To wszystko Gamę szlachetnego wzrusza.Wita poselstwo jak zgody zadatki;Łatwo pozorom ufa wzniosła dusza!A tu tak zda się pewne prawdy świadki. —Z przybyłych łodzi tłuszcza pogan rusza,Tłumnie napełnia chrześcijańskie statki:Patrzy na wszystko radośnie bez lęku,Wierząc, iż pewną zdobycz dzierży w ręku.

17. A tam, na lądzie, gotują oręże,Dźwigają kusze i groźne tarany;Niejeden pocisk okrętu dosięże,Co wszedł do portu śmiały, zaufany:Zewsząd straszliwy podstęp się sprzysięże,By wymordować biedne Luzytany;By zapłacili własną krwawą klęskąSwą na Mozambik wycieczkę zwycięską.

18. Szczękły kotwice oderwane od dnaPrzy zwykłych krzykach żeglarskiéj gawiedzi;Ster zwrócon, żagle wzdęte — i toń wodnaKołysząc statki w obręb portu wiedzie.Ale Eryksu pani, stróżka godna,Co zawsze swoich ulubieńców śledzi,Widząc sieć straszną, co ich oplątała,Z niebios na morze rzuca się jak strzała.

19. Wzywa Nereid wdzięczne korowodyI wszystkie morskich lazurów mieszkakimieszkanki;Pani, zrodzonéj z słonéj morskiéj wody,Wodne potęgi spełniają zachcianki,Ona swéj trwogi zwierza im powodyI chyże fale już niosą niebianki,Stawić przeszkody, by statki jéj lubeNie weszły w przystań na niechybną zgubę.

20. Znacząc po falach szlaki białéj pianyZ niezmiernym pędem zdąża niebian rzesza;Tu, rozcinając swą piersią bałwany,Ruchliwa Doto po przedzie pośpiesza,Pląsa Nerina, tu znów na przemianyNa fal wierzchołkach Nisa się zawiesza:Strwożone fale na barki je biorą,I dając przejście, chylą się z pokorą.

21. Z płonącą twarzą, z okiem pełném żaru,Mknie Afrodyte na grzbiecie trytona;Ten dyszy dumą, nie czuje ciężaruTak śliczne brzemię niosąc przez mórz łona:Już téż błysnęła z mglistego obszaruRozdętym żaglem flota uskrzydlona:I wnet się rzesza rozbiła w gromadki,I niewidzialna — otoczyła statki.

22. Na statku wodza, u rudla na przodzie,Sama bogini ster w swe ręce ima,Zawraca w stronę, wstrzymuje w pochodzie;Próżno dmie wicher i żagiel rozdyma:Śnieżne Nimf łona odtrącają łodzie,Ta drogę grodzi, ta je z boków trzyma:Krążąca wokół rzesza opiekunekZbija łódź z drogi i zmienia kierunek.

23. Jako przezorny, roboczy lud mrówekZ wysiłkiem pracy niezmiernéj się imie,Zwleka ciężary, uprzedza przednówekI przeciw mroźnéj uzbraja się zimie;I niespodzianie w obronie swych schówekRozwija męstwo i siły olbrzymie.Tak Nimf promiennych niestrudzona pieczaOd strasznéj śmierci Luzów zabezpiecza.

24. Zwrócił się statek wstrzymany opornie;Załoga, sądząc, iż wszystko stracone,Do lin, do żagli rzuca się niesfornie,Chcąc ster skierować w tę lub owę stronę:Wtém nagle, majtka, co baczył przezornie,Dały się słyszéć krzyki zrozpaczone:Z pod fal przed niemi wyzierał ząb skały —I serca mężnych od trwogi zdrętwiały. —

25. Wnet na pokładzie jak gdyby zawrzało:I zgiełk, i wrzawa rośnie zapalczywa;Stanęli Maury zdumieni nie małoJakby się walka toczyła straszliwa,I nie świadomi, co się Luzom stało?Skąd ten szał wściekły? Co ten ruch wyzywa?Sądzą, iż zdradne odkryto zamiaryI że ich podstęp nie może ujść kary.

26. Więc śpieszą tłumnie siąść na łodzie rączeI od pogoni ujść szybkiemi wiosły:Inni się w fale ciskają ochrończe,By na swych grzbietach ku brzegom ich niosły:Biegą w popłochu, bojaźń zmysły plączeI do ucieczki skoréj zmusza posły;Mniéj dla nich straszne czarne topieliska,Niż pomsta wroga, co się zda tak blizka.

27. Jak nad bagniskiem, w samotnéj zaciszy,Przez gniewne bóstwo w żaby zamienionyLudek Licyjski po wybrzeżach dyszyI nieroztropnie w różne pełznie strony,Lecz ledwo szelest najmniejszy usłyszy,Zewsząd się rzuca, szuka fal ochrony,Ukrywa w norach, we wspólnéj topieli,Ledwie się jaki łeb wybrnąć ośmieli:

28. Tak uciekali Maury. Z niemi razemSternik, co na śmierć pewną wiódł okręty,Sądzi się zgubion, drży przed kar obrazemI nie czekając rzuca się w odmęty. —Lecz rafa grozi — przed zdradzieckim głazemWódz zdwaja czujność, dodaje zachęty,Każe zwić żagle, kotwie w morze miota.Aż się w dno wgryzły i wstrzymana flota.

29. Uważa Gama te rozliczne dziwyI tę tak nagłą ucieczkę sternika,I barbarzyńców zamiar niegodziwyWyczytał z poszlak, do głębi przenika. —Lecz jak objaśnić ten wicher straszliwyNa cichém morzu? Skąd ta burza dzika,Co wstrzymywała statki? Któż dojść zdoła?Gama cud odgadł — i wzruszony woła:

30. «O łasko boża, coś błysła widomie!O niespodziany, niesłychany cudzie!Odsłaniasz spisek uknuty kryjomie.O! wy, w podłości zatwardziali ludzie,Toż nas, splątanych w waszych kłamstw ogromie,Na śmierć niechybną wiedliście w obłudzie,Gdyby najświętsza niebieska opiekaNie przyszła wesprzéć wątłych sił człowieka!

31. „Tyś nam wskazała, Opatrzności święta,Jak w tych przystaniach bezpieczeństwa mało:Twój jasny promień ukazał nam pęta,W które ujęto ufność naszę całą.Lecz mądrość ludzka słabo rozwiniętaI przezorności śród zdrad jéj nie stało:Więc, łasko niebios, tobie się powierzę,Niech twe staranie wiedzie nas i strzeże“.

32. „I jeśli litość porusza ci łono,Jeśli masz względy dla tułaczów nędzy,Jeśli przez dobroć twą niewysłowionąZ podstępnych sieci wyrwałaś nas przędzy;O! steruj flotę naszę utęsknioną,Do bezpiecznego portu wiedź co prędzéj;Lub ukaż ziemię, dokąd dążą woje,By na niéj uczcić święte imię twoje“.

33. Trafiły pięknéj bogini do uchaPobożne słowa pokory głębokiéj,Więc rzuca nimfy, na ich żale głucha,I szybkim pędem wzbija się w obłoki.Przez sfery, gdzie wre światów zawierucha,Nad gwiazdy światła lejące potoki,Aż w szóstą sferę leci niewstrzymanie,Gdzie ojciec bogów założył mieszkanie.

34. Ruch i wzruszenie rumienią jéj lica,I takim wdziękiem oblekają skronie,Iż kędy przejdzie ta czarnoksiężnica,Świat gwiazd i niebo miłością k’niéj płonie,Z jéj oczu bije światła błyskawica,Groty miotają z nich, jéj syna dłonie,A tych pocisków podwójna potęgaPali i mrozi wszystko, czego sięga.

35. A że jéj bardzo o wzgląd ojca idzie,Któremu zawsze była ulubioną,Stanęła, jaką ją Parys na IdzieUjrzał we wszystkie wdzięki obleczoną.O! biedny strzelcze, co cię ku ohydzieZa grzech spojrzenia w zwierzę zamieniono,Gdybyś ją spotkał, uszedłbyś twéj psiarni,Strawion wprzód ogniem miłośnéj męczarni.

36. Złociste włosy płyną na ramiona,Przy których śniegi wstydzą się swéj bieli:Gdy idzie, drżenie znać mlecznego łonaZ niego to drobny figlarz, Amor, celiAmor coeli,Niby dziecina drzemiąc przyczajona,I ostrząc groty, nim w pierś ludzką strzeli:A jak splot bluszczów wieńczących kolumnyLeci dokoła niéj żądz orszak tłumny.

37. Lekka zasłona boginię okrywaI wstydliwości zdobi ją urokiem;O! ty tkanino, o ty zazdrościwa,Nie wszystko jednak ukrywasz przed okiem!Piękność zdwojone pragnienia wyzywaWpółtajemniczym osłoniona mrokiem:Wzruszony Olimp drży przed boską gością,Zazdrości Wulkan, Mars płonie miłością.

38. Tak nawpół smutna, nawpół uśmiechnięta,Stanęła jasnym aniołom podobna,Niby kochanka, co boleśnie tkniętaŻartem młodzieńca w łzach tonie żałobna,Choć w chwilę uśmiech rozjaśni oczętaI w radość boleść zamieni się drobna;Tak Wenus, któréj nikt w sztuce nie zrówna,Smutek z czułością złączyła wymówna.

39. „Ojcze mój — rzecze — ja-m wierzyła zawsze,Żem ci nad wszystkie inne bogi miłą,Że serce twoje ku mnie najłaskawsze,Anim myślała, by inaczéj było;Dziś gniew twój rany sprawia mi najkrwawsze,Choć nie wié serce, czém cię obraziło;Dzieje się jednak, iż Bach bierze góręI ty dozwalasz, by nękał twą córę.

40. „Ten lud szlachetny, nad którym łzy ronię,K'przepaści wiodą niechętnych rachuby;Miłość to moja otwiera dlań tonie,Mógłby ocaléć, mniéj mi będąc luby:Błagam cię za nim, w łzach mi lice tonie,Ty szczęściu memu wbrew — wiedziesz do zguby.Ha! gdy uczucie moje tak zabójcze,Ja znienawidzę ich! lecz ty zbaw, Ojcze!

41. „Niech zginą z dzikich barbarzyńców ręki,Bom ich kochała“... Nie wytrwała dłużéj:Twarz łzy zalały podwajając wdzięki,Jak perły rosy, gdy skropią kwiat róży;Na ustach wrzących próśb skonały dźwięki,Jakby stłumione od wewnętrznéj burzy;Chce dobyć głosu, lecz Jowisz jéj broniI gromowładca sam przemówił do niéj.

42. Przyjął jéj boleść z wzruszeniem głębokiem,(Nie dziw, łzy takie pierś tygrysa zmiękczą),Więc po niebiosach powiódł jasném okiem,Co chmury płoszy, niebo stroi tęczą;Całuje, ściera łzy zwalczon urokiem,Tuli w ramiona jéj postać młodzieńczą;Ostrożnie! — chwili zdłużonéj w zachwycieNowy-by Amor mógł zawdzięczać życie!

43. Lecz kryjąc śliczną twarz na jego łonoWenus w żałości rozrzewnia się swojéj,Tak od piastunki dziecinę skarconąIm więcéj pieszczot, tém trudniéj się koi.Więc, by tchnąć spokój w pierś srodze wzburzoną,Widzeniem przyszłych dni jéj duszę poi;Wstrząsa przyszłości łono tajemnicze,I takich dziejów odsłania oblicze:

44. „O piękna córo moja, próżna trwogaO Luzytanów serce twoje tłoczy;Nikt cię nie ubiegł w mém sercu, o droga!Gdzież jest potęga nad twe łzawe oczy?Dziś ci przyrzekam — przyjdzie chwila błoga,Iż imię Greków i Rzymian się zmroczyPrzed świetném mianem Luzytanji synów,Którzy napełnią Wschód sławą swych czynów.

45. „Uszedł Ulises wymowny, ostrożnyZ wyspy Ogigji, z pęt wiecznych bez szkody;Zdołał przepłynąć Antenor nietrwożnyIlliryi morza i Tymawu wody;Między Charybdą a Scyllą — pobożnyEnej — swe łodzie przegnał bez przygody;Ci się o więcéj pokuszą wybrani,Staremu światu nowe niosąc w dani.

46. „W oczach ci wzrosną twierdze, miasta, wałyPobudowane skinieniem ich dłoni:Turek waleczny, ów Turek zuchwałyWnet rozbrojony do stóp im się skłoni:Królów indyjskich wolnych, w blaskach chwały,Pod jarzmo swego króla nagną oni:Aż zawładnąwszy do ostatnich krańców,Praw dobrodziejstwem obdarzą mieszkańców.

47. „Przed małą garstką, co dziś z takim trudemDo Indyj zdąża i którą los gnębi,Zadrży sam Neptun z swym podwładnym ludem,Morze bez wiatru gniewnie się zakłębi;I nigdy przedtém niewidzianym cudemŚród ciszy fale zawrą aż do głębi!O! bohaterów plemię wielkoduszne,Świat ci ulega, fale drżą posłuszne!

48. Ujrzysz ten skąpy kraj, co zamknął zdroje,Jak skromiony porty swe otworzy,By lud Zachodu wiódł w nie statki swojeNa odpoczynek z dalekiéj podróży.Brzeg, gdzie knowano zdradę na twe woje,Przed zwycięscami, w prochu się ukorzy,Zapłaci haracz, czując, iż o lepszeNie pójdzie z Luzy ani ich odeprze.

49. Czerwone morze wiekopomnéj sławyZżółknie od trwogi i fale zakłóci:Ujrzysz, jak silne Ormuzdu dzierżawyDwakroć oporne, dwakroć miecz ukróci:Ujrzysz, bój z Persy, gdy wśród wściekłéj wrzawy,Grad ich strzał przeciw swym strzelcom się zwróci;By znali, walcząc z ludem tobie drogim,Iż kto-ć się oprze — sam sobie jest wrogiem.

50. „Ujrzysz Diu, twierdzę potężnie warowną,Dwakroć ściśniętą w oblężnicze szańce;Tu, mając porę do czynów stosowną,Chwałą się twoi okryją wybrańce:Tu w Marsie zawiść obudzi gwałtownąSyn Luzytanii siekący pohańce;Tu Maur, śmiertelnym ulegając ciosom,Przeklnie proroka i zbluźni niebiosom.

51. „Patrz, oto Goa dwukrotnie zdobytaNa Maurytanach. Ona teraz władaNa całym Wschodzie — laurami okrytaRycerskich zwycięstw, — wszystko przed nią pada:Ona wspaniała, silna, pochwał syta,Twarde wędzidło na pohańców wkłada,Zdolna uśmierzyć każdy lud zuchwały,Co przeciw Luzom wzniósłby oręż śmiały.

52. „Ujrzysz w Cananor, jak oddziałek mężnyWstrzymuje wrogów olbrzymie nawały:Ujrzysz Kalikut dziś ludny, potężny,Jak przed zwycięscą otwiera swe wały;I Kochinchina zna twój lud orężny,Bitny, wyniosły, w przedsięwzięciach śmiały:Nigdy cytary, zwycięstw głosicielki,Nie opiewały sławy bardziéj wielkiéj.

53. „Takiego męstwa, zaciętości takiéjNie oglądały wody Leukatu,Kiedy pod Akcyum ze swemi żołdakiAugust zwyciężył — i na podziw światu,Pokonał wodza, co śmiałemi szlakiZabiegł w krainy Nilu i Eufratu,Szeroko władnąc nad ziemią i miasty,Aż sam wpadł w ręce bezwstydnéj niewiasty.

54. „Patrz, powstał Egipt, z Indyą bój się srożyI oto w ogniu pohańców okręty;Widzisz niesione śród morskich przestworzyZdobytych statków potrzaskane szczęty.Złoty Chersonez twym Luzom dań złożyI brzeg Chin będzie przez nich opłynięty,Do wysp odległych, gdzie świta blask zorzy,Wszystko ich uzna, wszystko się ukorzy.

55. „Takie są, córko, przeznaczeń wyroki:Nadludzkie męstwo w laur wieńczy ich głowy,Nikt im nie zrówna, za żadnéj epoki,Od wód Gangiesu po słup Herkulowy;Od lodów, do téj ciaśniny głębokiéj,Którą Magiellan opłynął świat nowy;Nikt, choćby nawet wyszli z grobów cieniBohaterowie wszechwieków zbudzeni!“

56. To wygłosiwszy syna Mai wzywa,Każe ku ziemi mknąć wszystkim po locieDo Luzów wodza, co cichy spoczywaPewien przytułku swéj znużonéj flocie:Przestrzedz, jak przyjaźń Mombaza zdradliwa,Jak tam czekają niebezpieczeństw krocie:„W śnie — rzecze — zjaw się Gamie — i zdalekaWskaż kraj przyjazny, gdzie go spokój czeka“.

57. Rzekł — już w powietrzu mknie posłannik boski,Leci ku ziemi stopy skrzydlatemi;Dłoń wstrząsa laską, którą koi troski,Śląc sny na oczy biednych dzieci ziemi.I z piekieł duchy zwie, wedle pogłoski,I rozporządza wichry burzliwemi:Tak coraz prędzéj, coraz niżéj płynieAż ku Melindy uroczéj krainie.

58. Z nim leci Fama i w głośnym rozgwarzeOpiewa Luzów czyny i przymioty;Wsławia ich imię i ukochać każe,Jako niezwykłe, szlachetne istoty.W ten sposób budzi przyjaźń — i żeglarzeJuż pożądani przed przybyciem floty:Już lud Melindy oglądać ciekawyMężów wsławionych tak zacnemi sprawy.

59. Stąd do Mombazy pędzą, kędy całaFlota spokojnie stoi na kotwicy,Szepnąć załodze, by zbyt nie ufałaObcéj przystani, nieznanéj ziemicy.O! przeciw piekłu nic sztuka nie zdziała,Ni mężne serce, ni dzielność prawicy!Dowcip, odwaga, rozum nic nie mogą,Gdyby głos niebios nie przybył z przestrogą.

60. Już noc ubiegła na swoim rydwaniePołowę drogi. Nad szerokim światemTylko gwiazd z góry świeci migotanie;Sen schodzi z cichym nocy majestatem.Samego Gamę znużyło czuwanieNa stanowisku do późna — a zatémKrótki spoczynek oczom się dać waży,Gdy inni męże czuwają na straży.

61. Nagle się przed nim sam Merkury jawi,Wołając: „Uchodź! mężu dzielny,Zdradnego króla nikczemnych bezprawi,Uknutéj na was zasadzki śmiertelnéj;Śpiesz: wiatr pomyślny, niebo-ć błogosławi,Ocean cichy, błękit tak weselny,Inny król sprzyja, przyzywa was zdalaI w portach spocząć bezpiecznie pozwala.

62. „Tu wam nie dadzą gościny, ni wsparcia,Chyba jak ongi ów Dyomed srogi,Co błagających o schron — dla pożarciaCiskał swym dzikim rumakom pod nogi:Lub jak Buzyrys, co dla klęsk odparciaPewnych przytułku na ołtarz złowrogiŚwięcił swych gości. Uchodź! Śmierć się czai —Uchodź z rąk dzikiéj, rozbestwionéj zgrai.

63. „Do drogi, wodzu! Płyńcie wzdłuż wybrzeży,Spotkacie naród lepszy, sprawiedliwszy,Tam, gdzie płonące słońce równą mierzyDługość dnia z nocą: — tam, flotę zoczywszy,Uprzejma radość spotkać was wybieży,I sam król, pełen przyjaźni najżywszéj,Obdarzy hojnie; — tam droższy nad daryCzeka was sternik biegły, dobréj wiary“.

64. Zaledwo skończył — już sen pierzcha z oczu,Budzi się Gama pełen świętéj trwogi;Jeszcze mu mignął w ciemności zamroczuZłoty smug światła, niebios promień błogi.Wódz czyta jasno w tego snu przezroczuRozkaz ucieczki z téj krainy wrogiéj,Pełen natchnienia przyzwawszy żeglarze,Skorzystać z wiatru przychylnego każe.

65. „Rozwińcie żagle, rozwińcie szeroko! —Woła ku swoim — jest to rozkaz boży:Posłańca niebios widziało me oko,Który łaskawie drogę nam otworzy“.Wnet ruch zakipiał nad morską zatoką,Śród dzielnych majtków — zapał siłę mnoży,Skrzypią kotwice wyciągane z toniŚwiadcząc o sile pracowitéj dłoni.

66. A nim do góry dźwigniono kotwicePoderznąć liny Maurowie się kuszą,Pewni, iż ciemność skryje tajemnicęI że się statki o brzeg skalny skruszą:Lecz czujne, rysie szyldwachów źrenicePrzenikły zamiar — Maury przestać muszą.Odkryci, gnani i pełni zwątpieniaW szybkiéj ucieczce szukają zbawienia.

67. Po płynném srebrze, po powierzchni wodnéjJuż znaczą bruzdy wązkie statków przody;Powiał wiaterek leciuchny, łagodnyI równym, pewnym ruchem pchnął na wody:I gwarzą męże o doli przygodnéj,Rozpamiętują swe trwogi i szkody,Z jakich to nieszczęść, jak dziwnemi drogiCudownie prawie uszli zguby srogiéj?

68. Już słońce dwakroć łuk swój nakreśliło,Gdy dostrzeżono dwie leciuchne łódki,Które wietrzyka popychane siłąPo morskiéj fali biegły na wyprzódki:A że w nich Maurów poznać można było,Więc Gama na nie obrócił ster rzutki:I wnet się łodzie strwożone rozbiegły,Jedna się na brzeg schroniła przyległy,

69. Druga niepewna chwilę się mitręży,Lecz się poddaje w ręce Luzytana.Nie trzeba było próbować oręży,Dzielności Marsa ni gromów Wulkana;Gubi ich własnych niedołęstwo męży,Własném tchórzostwem osada złamana;Czując, iż mężnie stawić się nie może,Łasce zwyciężców zdaje się w pokorze.

70. Gama, co ciągle nadzieją się pieściZnaléść sternika do Indyj wybrzeży,Myślał od jeńców dostać jakiéj wieści;Lecz i tu zawód spotyka go świeży,Bo jak wyraźnie znać z ich opowieści,Nie wiedzą nawet, kędy ów kraj leży?Tylko w Melindzie — wróżą jednozgodnie —Można sternika znaléźć niezawodnie.

71. I wszyscy króla wynoszą bez sporuZacny charakter i serce otwarte,Ludzkość, łaskawość i blask jego dworu,Wszystkie przymioty czci najwyższéj warte.Gama za prawdę uznał bez oporuWszystkie pochwały w ich słowach zawarte,Bo mu tak wróżył sen; — więc śpieszy razemZa Maurów radą i za snu rozkazem.

72. Był to wesoły czas, gdy w szybkim tokuDościga Febus zdobywcę Europy;Któremu łeb skrzy; gdy z Flory wyrokuRóg Amaltei sypie kwiecia snopy;I gdy dzień wielki odnawia co rokuSłońce idące przez niebieskie stropy:Dzień, w którym Stwórca, Pan wszego stworzenia,Zakończył wielkie dzieło odkupienia.

73. Więc aby uczcić uroczystość świętą,Gdy brzeg Melindy został dostrzeżony,Na statkach drogie namioty rozpięto,Nadając pozór wielce ożywiony:Drżały chorągwie, flagę rozwinięto,Widniały zdala szkarłatne opony;Huknęły bębny, dźwięknęły cymbały —Tak wesół w przystań wkroczył zastęp śmiały.

74. A brzeg Melindy pokrył tłum ciekawy,Żądny tak zdobną flotę ujrzéć zblizka;Lud bardziéj ludzki, szczerszy, bardziéj prawy,Niż których dotąd Luz zwiedzał siedliska.Stanęły przed nim luzytańskie nawy,Ciężka kotwica padła w topieliska:I wnet Maur jeniec do króla wysłanyZ wieścią, iż w porcie stoją Luzytany.

75. Król, co się zdawna wywiadywał chciwie,Czém w świecie imię portugalskie świetne,Przystań im swoję odkrywa skwapliwie,Jak zasłużyli przez swe czyny setne;I z tą czystością duszy, co prawdziwieCechuje umysł i serce szlachetne,Na ląd zaprasza i myśl jego szczeraDo bogactw kraju dostęp im otwiera.

76. Snać co przyrzeka, rad spełnić najszczerzéj,I w słowach jego ni cienia obłudy,Gdy tak przyzywa szlachetnych rycerzy,Co liczne morza poznali i ludy.Wełniste owce ze swoich wybrzeżyŚle Luzom w darze oraz drób’ nie chudyI owoc, jaki w onéj porze bywa:Wartość tych darów zdwaja chęć życzliwa.

77. Wesoło posła tak dobréj nowinyPowitał Gama, wysłuchał, co mówi,I różne płody dalekiéj krainyWzajemnym darem posyła królowi:Drogiéj purpury świetne karmazynyI cenny koral, co się w morzu łowi,Co miękkiém włóknem w głębiach rozrośniętyKrzepnie natychmiast, gdy z wody wyjęty.

78. Wnet tłómacz znany z swéj wymowy rzadkiéjWybrany gwoli zawarcia przymierza,I aby w sposób wytłómaczyć gładki,Czemu sam Gama nie zszedł na wybrzeża,W roli on posła z dary rzuca statki,Na ląd pośpiesza i przed króla zmierza,I wdzięcznym stylem z natchnienia PalladyTak rozpoczyna mowę i układy.

79. „Królu i panie, tobie Olimp jasnySprawiedliwości w dłoń powierzył wodze,Żeś przez nią ugiął hardy lud twój własny,Co więcéj uległ miłości niż trwodze;Sława twych rządów ma zakres nie ciasny,Bo już po całym rozniosła się Wschodzie,I my, tułacze, szukaliśmy ciebie,By znaléźć pewny ratunek w potrzebie.

80. „My nie jesteśmy zbójeccy korsarze,Co najechawszy bezpieczne osady,Kąpią się we krwi przy grodów pożarze,By drogie łupy unieść z ich zagłady:Myśmy Europy potężnéj żeglarze,I do bogatych Indyj na zwiadyPłyniem z dalekich krain — za rozkazemKróla, co budzi cześć i postrach razem.

81. „Czemu nas spotkał lud tak nieużyty?Co go tak dzikim, barbarzyńskim czyni,Że naszym statkom port każdy zakryty,Że nam przytułku bronią i w pustyni?Jaki w nas zamiar przypuszczali skryty?Co drobną garstkę w ich oczach wini,Że chcąc o zgubę przyprawić ostatniąTaką nas straszną otoczono matnią?

82. „Lecz tyś sprawiedliw, królu miłościwy,I w tobie ufność, co się nie zachwieje,Jak w Alcynoju Ulis nieszczęśliwyW tobieśmy nasze złożyli nadzieje;Ku twym bezpiecznym portom nas — o dziwy! —Wiódł niebios goniec — a gdy tak się dzieje,Toć, królu, dowód jasny a nie inny,Żeś rzadkiéj cnoty, żeś szczery, uczynny.

83. „Choć z winnym hołdem, coć należy słusznie,Wódz nasz w téj chwili przed tobą nie stoi,Nie sądź, o królu, iżby małodusznieŚmiał o szczerości powątpiewać twojéj;Wiedz, iż to czyni chcąc spełnić posłusznieRozkaz monarchy swego — by w ostoiŻadnéj — ni kraju — i dla żadnéj sprawyWódz floty swojéj nie opuszczał nawy.

84. „Stosunek króla ze swoim poddanymJest niby członków, gdy im panią głowa,Nie zechcesz przeto, ty, coś tutaj panem,By ktoś królewskie lekceważył słowa;Lecz za twe łaski, za litość nad stanemNaszym — wódz wdzięcznie w sercu cię zachowa:I póki k’morzu pęd rzek nie ustanie,Za to, coś sprawił, czcić cię będziem, panie!“

85. Tak mówił poseł. Wpośród zgromadzeniaSłychać szmer pochwał: „I jakaż to śmiałość!Jakże ci męże godni podziwienia!“Za tyle trudów, za taką wytrwałośćSam król w swém sercu życzliwie oceniaPortugalczyków i wierność i stałośćI czcią się wielką k’monarsze zapala,Co się tak umié kazać słuchać zdala.

86. Więc rozjaśniwszy uśmiechem oblicze,Rzecze do posła z szacunkiem widocznym:„Wyrzućcie z serca obawy zwodnicze,Zamknijcie dostęp podejrzeniom mrocznym:Już wasze trudy, czyny wojowniczeZnane są w całym świecie podobłocznym;I kto was krzywdzi, daje poznać łacnie,Iż sam nie zdolen czuć i myśléć zacnie.

87. „Boleję wielce, iż wedle zwyczajuWódz nie przybędzie wraz z całą załogąHołd przynależny oddać władcy kraju.Hołd bohatera cenię bardzo drogo:Lecz jeśli rozkaz był tego rodzajuI moje chęci inne być nie mogą,Ani dopuszczę, by mąż lwiego sercaDla mnie cześć zdradził, jako przeniewierca.

88. „Toż za to jutro gdy jutrzni brzask złotyBłyśnie nad światem — dosiędę méj nawy,Odwiedzę statki waszéj silnéj floty,Które oglądać zdawna-m już ciekawy:I jeśli wskutek burz srogich i słotyLub długiéj drogi — trzeba im naprawy —W tym szczerym kraju kończy się przeciwność:Znajdzie się sternik, i pomoc i żywność“.

89. Skończył; — w głąb morza w téjże chwili prawieZapadł ognisty wóz Latony syna;I poseł Gamy na swéj lekkiéj nawiePędzi radośnie, gdzie bratnia drużyna.Lżéj odetchnęli — już koniec obawie,Na statkach gwarna radość się poczyna;Czego pragnęli, znajdą w téj krainie,Słusznaż się cieszyć! niech noc w ucztach spłynie!

90. Wnet sztuczne ognie Gama zażedz każe.Jak drżące światło komet raca błyska:Ochotnie pełnią swą czynność puszkarze,Huk wstrząsa morze i niebios sklepiska.Skrzą kule ognia w szerokim obszarze:Rzekłbyś — Cyklopy rozpoczną igrzyska.Śpiewy, okrzyki, jak gędźba stugłosa,Z dźwiękiem wojennych trąb lecą w niebiosa.

91. A z brzegu lądu odpowiedź wesoła,Tysiąc rac strzela w powietrzne błękity:Wirem się kręcą płomieniste koła,Z hukiem wybucha proch siarczany zbity.Rosną okrzyki, lud klaszcze i woła;Rzekłbyś, iż w ogniu i morze i szczytyNiebios — i ziemia: a to wszystko razemKrwawego boju zdaje się obrazem.

92. Lecz już do pracy budzący nas co dniaŚwit zamajaczył na niebios bławatach:W rękach Jutrzenki zabłysła pochodnia,Goniąc sen z powiek, a mgłę nocną w szmatachJęła rozpraszać dnia gwiazda przewodniaI zimną rosą skraplać ją na kwiatach,Gdy król nad brzegiem stanął i łódź śmiałaPomknęła k’flocie, co śród morza stała.

93. Pędziły za nim tłumy niecierpliwe,Pragnąc oglądać widok tak jedyny;Na nich purpury skrzyły barwy żywe,Świeciły drogie jedwabne tkaniny:Zamiast oszczepów i łuków, co krzyweJak sierp miesiąca, wesołe drużynyGałązki palmy ujęły w swe ręce,Z których się plotą dla zwycięsców wieńce.

94. Łódź króla drogim namiotem okryta,Lśniącym jedwabiu różnemi kolory.Wsiadł w nią Melindy król — z nim liczna świta,Najpierwsze w państwie pany, senatory.Odzież królewska świetna, złotolita,W zwyczajach kraju biorąca swe wzory;Na głowie strojny turban bawełniany,Przybrany złotem, jedwabiem przetkany.

95. Z ramion płaszcz spada barwiony czerwono;Purpura Maurom droższą jest od złota;Bogaty łańcuch opada na łono,W którym nad kruszec cenniejsza robota;U boku zwiesił szablę wyostrzoną,Któréj kosztowna oprawa migota;Wkońcu sandały, co na aksamicieMają haft złoty i z pereł wyszycie.

96. Krąg baldachimu z jedwabnéj pokrywyNa złotém drzewcu trzyma w silnéj dłoniJeden z ministrów, by skwar dokuczliwyDrogiéj królewskiéj nie obraził skroni.Od przodu statku bije gwar wrzaskliwy,Co choć wesoły ostro w uchu dzwoni,Gdy krzywéj trąby huknie gardziel wzdęty,Chrapliwa surma leci przez odmęty.

97. Nie mniéj dbał Gama, by w sposób przystojnyKróla Melindy powitać w téj dobie,Więc zebrał orszak szlachetny, dostojnyI nawy wywiódł w bogatéj ozdobie.Sam Gama w kostium hiszpański był strojny,Ale francuskie sukno miał na sobie,Wenecki atłas szkarłatnie barwiony,Za świetność barwy niezmiernie ceniony.

98. Gorzały w słońcu pozłociste guzy,Które podpięły rękawów wyloty!Złotem wyszyte żołnierskie rajtuzy,Złotem, co tylu skąpi swéj szczodroty;Poły żupana, jaki noszą Luzy,Łączy rząd pętlic bogatéj roboty;U boku włoska pozłacana szpada,Świetny pióropusz z nad czoła opada.

99. I orszak wodza, jak i on ochoczy,Chętnie bogate przyobleka stroje,Gra barw rozlicznych rozwesela oczy,I każdéj prawie szaty inne kroje:A gdy się skupią — widok to uroczy,Jak gdyby wstęgi różnofarbne zwoje,Niby łuk tęczy, którą przetka chmuryDłoń pięknéj nimfy, Taumasowéj córy.

100. A trąb muzyka pod obłoki wzbita,Błogie wesele nieci w każdém łonie:Statkami Maurów powierzchnia pokryta,Ich lekkie flagi muskają wód tonie:Szczękły dział paszcze, spiż drgająca zgrzyta,Aż słońce w dymnéj mroczy się przesłonie.Grzmi grom po gromie — ten ryk Maurów głuszy,Więc pełni trwogi dłońmi kryją uszy.

101. Oto na statek luzyjski król wchodziI ku wodzowi wyciąga objęcia,Lecz ten — pamiętny, co się władcom godzi —Z uszanowaniem przemawia do księcia.Maur zachwycenia okiem wkoło wodzi —Podziwia Luzów. Wielkość przedsięwzięciaTych tak wytrwałych w swych dążeniach ludziW monarsze Maurów cześć głęboką budzi.

102. W szlachetnych słowach wznawia obietnice,Iż znajdą wszystkie potrzebne przedmioty,Iż czém bogate Melindy ziemiceNa ich usługi da z szczeréj ochoty:Co więcéj, świadczy, iż nim ujrzał w lice,Znał ich z rozgłosu rycerskiéj ich cnoty,Iż wieść mu niosła, jak — klęsk wielkich sprawcy —Walczyli Luzy z jego współwyznawcy.

103. Sam opowiada, jak w Afryce brzmiałaPo wszystkich krajach sława chlubnych czynów,Gdy w nich laurowe wieńce zdobywałaGarstka walecznych Hesperyi synów:Z ust jego płynie wymowna pochwała,Zna fakt najbłahszy, każdy liść wawrzynów,O wszystkiém słyszał, z wieści się dowiedział.Wzruszony Gama tak mu odpowiedział:

104. „Wspaniałomyślny panie, ty jedynieLitość nad naszą okazałeś nędzą,Nad flotą Luzów, co gdy zdala płynie,Wicher ją smaga, złe losy nie szczędzą;Niech więc Opatrzność, co zawsze i ninieRządzi gwiazd ruchem i dni ludzkich przędzą,Raczy nagrodzić swém zrządzeniem bożemTen dług, którego my spłacić nie możem.

105. „Ze wszystkich ludów, którym żar słonecznySpalił oblicza, tyś jeden łaskawieOd srogiéj burzy przytułek bezpiecznyI schron dał naszéj skołatanéj nawie.Więc póki gwiazdy nie pójdą w bieg wstecznyI póki słońce oglądam na jawie,Gdziekolwiek pójdę — i zawsze, i wszędzieGama twą pamięć czcić i sławić będzie“.

106. Gdy tak mówili, uderzono w wiosła,I wkoło floty, jak Maur sobie życzy,Łódź wodza śmiało, lekko się poniosła —Ślad w ślad za niemi, płyną Melindczycy:Z paszcz Wulkanowych brzmi salwa doniosła,Gardziel moździerzy głuchym hukiem ryczy,I trąb muzyka pod niebiosa leciZ dźwiękiem piszczałek afrykańskich dzieci. —

107. Gdy obejrzano wszystko jak należy,Szlachetny Maurów pan zdziwiony srodzeNieznaną bronią, co taki huk szerzy,Nie może przykréj obronić się trwodze;Widzi to Gama — skinął — ryk moździerzyMilknie — na kotwi łódź uwięzła w drodze,By mógł król z wodzem wieść długie rozprawyO tém, co ujrzał, albo znał ze sławy.

108. I Maur z rozkoszą w rozmowach rozlicznychZarzuca wodza zapytań krociamiO sławnych wojnach, o potyczkach licznych,Jakie z proroka toczył czcicielami:Pyta o ludy Luzów ziem dziedzicznychMiędzy Hesperyi zamkniętych krańcami:I o sąsiady, którzy im przylegli,I o przestwory mórz, które przebiegli. —

109. „Lecz najprzód, wodzu, opowiedz mi szczerze —Tak król uprasza, — bom wielce ciekawy —Gdzie twa ojczyzna? w jakiéj leży sferze?Określ wyraźnie, gdzie wasze dzierżawy?Skąd ród wasz stary początek swój bierze?Potęgi waszéj jakie są podstawy?Bitwy, zwycięstwa, kreśl wszystko z początku,Bym dzieje wasze, ocenił z ich wątku. —

110. „Maluj nam szlaki twéj wędrówki długiéjI jak-eś gniewne zwalczał nawałnice,Zwyczaje ludów, jakieś śród żeglugiW téj naszéj dzikiéj oglądał Afryce.Mów; oto chwila, gdy złotemi cugi,Rumakom lśniące rozpuściwszy lice,Z bram jutrzni słońce wychodzi promienne;Usnęły wichry, drzémią fale senne.

111. „I z każdą chwilą nie mniéj żądza rośnieZ ust twych usłyszéć te dziwne powieści;Komuż z nas sława nie niosła rozgłośnieO tak niezwykłych dziełach Luzów wieści?Ani nam słońce świeci tak ukośnie,By można wnosić, k’ujmie naszéj części,Iż piersi nasze, twarde jak ze skały,Nie zdolne uczcić wielkich czynów chwały. —

112. „Kusił się niegdyś olbrzymów ród śmiałyNa jasny Olimp wedrzéć wstępnym bojem,Poszedł Pirytoj, z nim Tezej zuchwały,Pluton ich ujrzał, w ciemném państwie swojém;W potężnych światach te rzeczy się działy,W piekle i niebie, — lecz nie z mniejszym znojemWyście walczyli — i niemniéj jest chlubnąWalka z Neptuna wściekłością zagubną.

113. „Pragnąc swe imię przekazać potomnym,Herostrat spalił świątynię Dyany,Ów cud struktury z wysiłkiem ogromnymPrzez Ktezyfona niegdyś zbudowany:A gdy tak wiedzie k’szałom bezprzytomnymŻądza rozgłosu, pomiędzy ziemiany,Stokroć godniejsze wiekuistéj sławyRycerskie dzieła, — wielkich mężów sprawy“.

Comments

Loading comments…