Życzenia (Szenwald, 1946)
Życzenia
Myśl z „Hellady“ Shelleya.SHELLEYWould I were a winged cloud
Of a tempest swift and loud
Gdybym ja był obłokiem lotnym,pary morskiej duchem wilgotnym,i gdyby poprzez błękitne sferyniosły mnie własne pióra i stery —o, nie leciałbym tam, gdzie poranny wiew,napełniając żagle okrętów i mew,będzie ze mnie girlandy świetliste snuć,i przemieni mnie w chatę, w gołębia i łódź,ani leciałbym tam, gdzie słońca żar,sprawiający pożogę obłocznych chmar,we włosy nasypie mi iskier tysiące,a każda iskra jak małe słońce;o, nie igrałbym z wiatrem, i świtem, i zmierzchem,po szczytach drzew nie cwałowałbym wierzchem,nie rozwijałbym się pod stopami księżyca,ani zamglonym patrzałbym okiemw jeziorne odbicie własnego lica,gdybym był obłokiem...
Ale zwarłbym się w granatowy kłąb,żyłkowany zarysem przyszłych grzmotów,na czole wieniec deszczowych splotów,w uszach spirale powietrznych trąb,i dotarłbym do krwawej rubieży,gdzie sępy dziobią ciała żołnierzy,gdzie skała na skale, i w ogniach leżySierra Guadarrama.
Słyszysz ponad przepaścią chórz minuty na minutę rosnących chmur?To błyskawicowe eskadry!Jak bolid czarny, gdy runie na dół,tak ja wirem burzy i ścianą graduzagrodziłbym drogę na Madryt!
Gdybym ja byłstrugą czystą,z ziemi wybuchłą, światłem pienistą —o, nie skakałbym pośród śliskich skał,ani w słońcu cały aż do dna drżał,ani bym się błoniem kwiecistym wił,ani mój tęczowy kiełkowałby ił,ale rozlałbym się w szeroką, szeroką rzekę,i popłynął przez wąwozy, gdzie dymzasnuwa las jak po strzale piorunu,i z cichym westchnieniem zebrałbymłzy sierot i wdów Irunu...
Potem obróciłbym wodne oczyna łańcuch szczytów, na zygzak zboczy.Hej, tam w górze, pod skalną drzazgą,wianek pikiet czy orle gniazdo?A w dole — pancerny chrząszcz zębatyczy tank, zakuty w żelazne płaty?Trzeba mi nurt w jeden obszar zebrać:to bitwa!Wówczas powierzchnią srebraodzwierciedliłbym atak bystry,spojrzenia luf, pocisków świsty,i przedarcie się przez kolczasty drut,i pod czołg granatu śmiertelny rzut,a potem odwrót, ogień i pościg,w pomroce boru świecące kościi pni barykady; w ostatniej scenie,w łachmanach koszul, w strzępach onuc:strzelają! — nad nimi samolot jak owad.I wiedziałbym: to milicja ludowa,i będąc rzeką nie mógłbym pomóc.
Jak więc tę krwi bohaterskiej barwęna burzliwych falach do kraju nieść mi?Chyba z własnych brzegów sitowia narwęi uczynię lutnię dla nowej pieśni;chyba wieżą stanę: niech fala najwyższaomyje wały, okopy i zgliszcza,i spazmując wybuchami pian,dalej, dalej, pod San Sebastian,gdzie leniwy bród, gdzie warowny gród,z garstką ofiarnych dla obrony.I potoczę masy wezbranych wód,gniewem i krwią rozpłomieniony!
Gdybym był górą stromą,ze wszystkich stron widomą —nic turystom, zbrojnym w lornetkę i pled,na mój kamienny wspinać się grzbiet,nie poetom zaglądać w mój mglisty krater,i nie wolno zdejmować mnie aparatem,ale Wam,Obrońcy wolności,Waszym grzmiącym bateriomnajdogodniejsze pozycjena skłonie moich bark!Daleka perspektywana ruchy nieprzyjacielskiej armii,dobra osłona —chmur gęstwa,i myśl, coogniemodwagikarmi:nadzieja zwycięstwa!
Pisane na dzień przed zajęciemSan Sebastian przez wojska rewolty
Warszawa, 1936 r.
Comments
Loading comments…