Ballada o Pierwszym Batalionie (Szenwald, 1946)
Ballada o Pierwszym Batalionie
Dolina i mrok między nami i nimi,Wstające we mgle linie wzgórzy.Zwęglonej gorzelni kościotrup, olbrzymi,Jak szkielet okrętu po burzy,I milczą transzeje, i czasem z oddali,Jak duch — koczująca armata wypali.
Na wzgórzu są Niemcy! Na pewno w tej chwiliPrzez szkła wymacują noc mgławą,A może, chorągwie zwinąwszy, stchórzyliPrzed tą, co poprzedza nas, sławą?Wybadać, co kryją tumanne rozstaje!I pierwszy batalion z okopów powstaje.
To byli ci sami, co żaru odpryskiNa dłoń brali w hutach Uralu,A czoła opalił im wiatr syberyjski,A piersi zgorzały od żalu.Ich ręce, spękane od prac, nie zawiodły.Ich kark dźwigał cedry śnieżyste i jodły.
I żeby choć głos przed atakiem drgnął komuś!Wytknąwszy broń idą piechurzy,Własnymi ciałami wykazać znikomośćTej ciszy, co przyszła po burzy.Już niebo za nimi zaczyna różowieć.I echo ich krokom podaje odpowiedź...
Przed nimi wyżyna — wtem ogniem w trzy warstwyBluznęły wyloty strzelnicze,Szarpnęły skłębienia wybuchów i trzasłyPrzez mózg cekaemy jak bicze,I dym tyralierę ze wszystkich strun obwiał,Nitkami krwi szyły ten dym igły ognia.
I wszystko minęło, i cisza aż dziwi.Chlupocze Miereja po bagnie.Śpią martwi. W okopy wcisnęli się żywiI bagnet prześwieca przez bagnet.Tam w kul świegotaniu wypływa nad chorał,Jak gdyby w jaskółkach, twarz księdza-majora.
Wstał dzień, aby ciała poległych pohańbić,Lecz spoza nas zerwał się podmuch,Gruchnęło pięć setek moździerzy i haubic,I dzień skołowaciał i ogłuchł.A grają armaty, a dudnią, a walą...I znowu podnosi się pierwszy batalion!
Wstał major Lachowicz o krok przed szeregiem,Pistolet mu w ręku zabłysnął.„Na szturm, bracia! Stąd kilometrów o siedemJest dom, który był mi kołyską.Tam żona, tam synek w ramionach jej płacze.I was czeka dom, o żołnierze-tułacze!“
I powiódł ich poprzez transzeje niemieckie,Płomiennym przewodził im ciałem,I wiódł ich na druty, na gniazda strzeleckie,Na twierdzę, na śmierć! Ja myślałem,Że serce wybuchło mu, pełne Ojczyzną,A to w piersi granat się gorzki rozbryznął.
Żołnierskie podniosły go ręce niechybne.Natarcie się dwoi i troi.Na wzgórzu melduje od ran blady Hübner:„Zdobyliśmy wieś... brak... naboi...“Paziński trafiony w śmiertelnej krwi pada.Poległych już liczyć przestała gromada...
Generał pozornie spokojny, lecz łowiBez tchu każdy trzask w telefonie.„Odwody na odsiecz pierwszemu pułkowi!Pchnąć czołgi do walki!“ — I słoniePancerne wyłażą z krętego parowu,I pierwszy batalion podnosi się znowu,
I kruszy, i łamie, i depcze, i wali,Dopada, szturmuje i bierze!W Trigúbowej pod jabłoniami zostaliOstatni zabici żołnierze.Zostali ochraniać tu strzechy i progi —Metr tej, co do kraju prowadzi nas, drogi.
Front, październik 1943 r.
Comments
Loading comments…