Ballada o trzech rzezimieszkach
Ballada o trzech rzezimieszkach
Wieją kędziory zielonych wiech —W durnia gra rzezimieszków trzech.U wierzbowych podcieniSiedli na łukach korzeni,W wachlarze kart wpatrzeni.
Na końcu nosa liliowy smark —Papieros w kącie zaciętych warg.Tępa, złowroga gromada;Kamrat kamrata bada —W powietrzu czai się zdrada.
Nie drgnie powieka, rozmowę skułPosępny grymas kamiennych skuł:Tylko dotyk się plącze,Tylko drapieżne i rączePalce biegają w gorączce.
Karty! Karty! Ostatni kier —Nożem z talii dobędzie skier,Błyskawicą zakręci.Grają — ciemni, zawzięci;Grają — wciąż bez pamięci.
Dziecko szło w koszulinie do pięt,W łapeńkach niosło irysu pręt:Wstał starszy gracz — i siłąKoszulę odebrał miłą.Nagie do wioski wróciło.
Szła dziewczyna łąkami na skos,Na wargach słońce, na włosach wrzos;Wstał drugi, bez rzęs dziobaty,Obciął majchrem i włosy, i kwiaty,We łzach wróciła do chaty.
Wśród szeptu sitowia starzec szedł,Zbożową miał brodę, zgięty grzbiet;Gracz trzeci tę brodę sędziwąNamotał na dłoń jak przędziwo,O pień rozbił głowę siwą.
Wieją kędziory wierzbowych wiech —W durnia gra rzezimieszków trzech,Siedli na łukach korzeniW wachlarze kart wpatrzeni,A zmierzch już korę czerwieni.
Na końcu nosa liliowy smark,Papieros w kącie zaciętych warg;Tępa złowroga gromada.Kamrat kamrata bada,A już noc się ku nim podkrada.
Nie drgnie powieka, rozmowę skułPosępny wyraz kamiennych skuł;Tylko drapieżne i rącze,Palce biegają w gorączce,A już księżyc wśród kart się plącze.
Rozchylając pętle nadbrzeżnych łóz,Przybył czwarty, pod pachą harmonię niósł.„Patrzcie — powiada — ukradłem“I cicho szedł nad mokradłemPod srebrnym nocy zwierciadłem.
Pochylił się, zagrał: tonów gwałtWybucha z czarnych, skórzanych fałd:Oto z arki skórzanej wylazłyPotwory bez twarzy i nazwy;Na klawiszach połysk psiej gwiazdy.
Grający kołysze się, nagle z chmurW trójkąt runął, w taneczny dur,W rozwianie, w falban rozsnucie,W furkotanie przy każdym podrzucie,W wirowanie z iskrami przy bucie.
Stopy tańca unosi łagodny skłon;Kaskadami oddycha akordeon,Płyną radosne łodziePo szerokiej i smutnej wodzie,Płaczącej rybami na spodzie.
Wolniej szemrze po perłach strumień rąk,Pod palcami pęka nabrzmiały strąk;Jest rosa w gasnących ogniach;Jest woń w konających melodiach:Jest w niebie milczący zodiak.
Wieją, wieją włosy liściastych wiech,Patrzy w dal rzezimieszków trzech,W zadumie pogrążeni,Siedzą na łukach korzeniU wierzbowych podcieni.
Na końcu nosa liliowy smark;Papieros w kącie zaciętych warg;Siedzą — sztywni i cisi —W powietrzu chłodnym wisiNie ton już, lecz pojęk mysi.
I starszy wstał i podrapał się w łeb,I mówi: „Człowiek już dawno skrzepłyA serce jak w lufie kula;Byle melodia rozczula;Na diabła mi była koszula“.
Drugi wstał i powiada tak:„Nie wiem, wódki czy klepki mi brak.Skąd ten dziwny, wariacko wesołyZachwyt z rozpaczą na-poły?Chcę być mały i chodzić do szkoły“!
Trzeci nic nie rzekł, postąpił o krok,Podniósł kamień, cisnął go w mrok,I trwał tak milczący, ponury,Podobny do martwej figuryZ ręką wzniesioną do góry.
Comments
Loading comments…