Infekcja

Infekcja

Idiotyczne obłoki toną w żółtej pianie,Sączonej przez niezdrowe niepogody usta.Stado nad cienkim lotem niewyraźnych tkaninna lepkich linach liści sine lotki huśta.

Przeraźliwe jezioro gęste jest jak smołai bulgoce miotając zielone wyziewy,i lękliwie oddycha, kiedy ptak zawoła —a gdy zaskrzeczy słońca krąg złocistoplewy,

chowa się za wymioty przesyconej tonii bluzga ropną cieczą spod zamglonej gazy.Roztacza się jak rana, której wieczny womitjest czarną strzałą śmierci i ogniem zarazy.

Ptaki długie i sine, żarłoczne bakterieżują ropne pokłady i plenią się butnie,wydrążają skrzydłami dna bagnisty tereni topią w żółtym szlamie komary i kłótnie.

Dzioby ich mocne, groźne — kryją w czarnym błyskulęk sinych piór i zapach zieleni jeziora,zagiętym ostrzem kują chorobliwe liście,brązowe niby kora, czerwone jak koral.

Liście — potrójne, lotne ceratowe strzępy;kontury wibrujące; rozpalone cienie,

owiane cichym lotem ciem, sfinksowym szeptem,liniami opętania — i owym milczeniem,

co za chwilę wybuchnie w rozbujane wycie,rozchlasta szarym wiosłem brud jeziornej rzęsyi w szalonym zawrocie, śmiertelnym skowyciezanurzy w duszne wary i do dna zatrzęsie.

Te krzyki opętańców wędrują przez topieli tłuką się po fali chcąc się z niej wydostać,a potem pną się w górę, pływają po ropie,i zarażają niebo jak czerwona krosta.

Wariaci — męczennicy. Uduszeni w parze,torturowane matki i chłopcy nieżywi,mają potem tak żółte, tak spokojne twarze,jak zgnilizna, co trądem ciała ich wykrzywi.

Skamander, 1925 r.

Comments

Loading comments…