Portret młodzieńca
Portret młodzieńca
Tłumnie wychodzą z westibulu goście.Dozorcy senni,przynoszą mi herbatę, koc i pościel:szumiący siennik.Po salonach przeciąga mroźny wiew północny:błękitna pustosz!Jesteśmy senni: ty, monarcha nocy,i ja — twój kustosz.Otwieram flakon, w płuca wdycham eter,i mgły się klejądo szyb kwiecistych. Czekaj, włożę sweter,bo dreszcz mnie przejął...Ta makabryczna galeria obrazówjest oranżeriązlodowaciałą, kolorowych gazówzamarłą prerią.Tu śmierć. Tu blade, bezcielesne dłonietańczą z klarnetem.Umarły światła, tylko jedno płonieprzed twym portretem.Przed twym portretem w ramach czarnych, wąskich(passe-partout srebrne)Światło rozlewa się w kałużach grząskich,przez które przebrnę.
I światło wsącza się w twą nikłą cerę.Twych oczu ołów,jak przetopiony w błyszczącą literę,lśni z oczodołów.Myślę, że drgnęła twoja dumna głowa,wargi spalonetylko drżą; słyszę sercem twoje słowaniewymówione.Po co tłumaczysz się? Ja znam dokładnieten słodki nałóg,płynący z głębin, których nie odgadniepotęga nauk.Ja wierzę, ja rozumiem, ja nie żądamrejestru przeżyć.Fale ku strasznym zaniosły cię lądom!Pozwól mi wierzyć!Ja sam to wszystko wyrażę i powiem:im słuchać rozkaż!Toś ty, pod wonnym uśpiony listowiem,wymyślił rozkosztak wielką, że pokrewna jest rozpaczy,i odtąd płonącszedłeś drogami, które pożar znaczy,po ziemi wionąc.Palcami błądzić po wypukłych domachpiersi kobiecych,w zatoki wpływać; czaić się w załomach,pełnych obietnic. —To nie zabiło straszliwego głodu!Wśród tylu kobiet,pięknych, rozumnych, kochających, młodych,ni jeden obiekttej fantastycznej nie dał ci rozkoszy,bez której marłeś.
Więc, oplątany stosem srebrnych koszulsam się pożarłeś!Teraz w galerii portretów zastygłych,w lodowej pustce,krew twoja marznie w krystalicznych igłachna białej chustce.
Kwadryga, 1929 r.
Comments
Loading comments…