Rewolucjonistka

Rewolucjonistka

Pędzą powietrzem rozjuszone chmury,niosące burzę i księżyc. Wicher stentorowynapełnia kłębami mgły cmentarne muryi w porfirową katedrę wypręża się mgła.Szumi rzeka,szumią latarnie,szumią drzewa nad grobami,szumią trawy pod stopami,szumią deszcze, i gwiazdy płaczą na wysokościi włosami złotymi opadają łagodnie na serca nieme,niosące burzę i księżyc. Wicher stentorowyprzelata szczytami katedrypłacząc,i na zwał darni, i na mgły zwaliskosypie wał miesięcznego szkła.

Pochylcie głowy!Przed wami na katafalku,w skłębionych świateł rzece,leżą bezwładne i cichezwłoki kobiece.

Blady stalaktyt lodu,ułamany lekko u sklepień.Kropla jeziornej wody,lśniąca na stepie dalekim.

Promień najbledszej gwiazdy,położony na pałce, przegięty.Jej czoło to księżyc, kołem na połyrozcięty!Jej usta to luna, to lumen, to łuna,to kolumna purpury, na warg dwoje złamana,w dwa grona złożona, szalona piołunem,czerwona całując, wyssana ustami.

To ust rozcałowanych ruczaj po czole się wije,i gra, błękitnieje, i usta zalewa.Oplata jej skroń, i powieki, i brwi jej,i tętni, i wzbiera, i grzmi, i wylewa.I błękit obłędny na krew się przemienia,i kipi, i bulgoce, i rozjusza się, i rozwichrza.Piersi dwie, jak dwie męki, i dwie radości, i dwa olśnienia,dwie noce, i dwie moce, jedna prędsza, druga cichsza.I rozkosz najstraszliwsza i podobna do huraganu,do malstromu, do oceanu, rozbieganego pianą i paniką,rozrywanegogrzmiącą organiką,rytmiką, gamikąwstrząsanego.

Chmur potęgitułów o tułów trą z tępym szelestemwydzierając piorun z pomiętych przepon,i drzew tułowy,rozwalone w konarów podniebne zasięgi,wylatują z chmur, w bazaltowy mur krzepną,i ramiona żałobne, ścięte do połowy,tragicznym gestemzawieszają nad tonią mgły.Pochylcie głowy!

Pochylcie głowy!Półmrok wygina sięw półkrąg szeroki.Przed wami na katafalkukobiece zwłoki.

Blask je dokoła jak wyspę opłynął,deszcz rozdzwania je muzyką kropel.Nad wezgłowiem majaczy we mglekamienny profil.

Uwieńczone łopotem bander,czoło o wiatr zastygły wsparła.Owinięto ją w płaszcz, i w wichurę, i w szkarłat,w sztandar!

Bo w zamieci i w płaszczu, i w czerwieni, i w gniewie,na barykady parła z karabinem w garści!Za nią bruk nie tętnił, huragan nie wiał,tylko ludzie szli od żelaza twardsi.

Armaty końmi ciągnięte ciężko,najeżone śmiercią, w otchłannych płucachprzelewały krew, gdy, jak Moru cielsko,gnała w dymie, ulicą, we krwi — Rewolucja!

W ustach nieulękłych, twardych, groźnychtaka zaparła się walki żądza,wola, i sił taki zwał, taki rozmach,taka zawziętość, i taka mądrość;

z oczu, co szły niby stal szeleszcząc,taki głód zaskowyczał upiorem,że glob się zatrząsł w podziemnych dreszczach,i chrapnął grzmot, i wystrzelił piorun.

Jak niszcząc wali się wylew Ontariakolumną stall po niwach Amerykizatapiając ląd: tak szedł Proletariat.

O Piękna, i ty wolałaś w szereg iść,I lecieć na bój, i przewodzić armii,i hymny śpiewać, i krew całować,i chorych karmić, i martwych chować,i rany leczyć, i śmierci przeczyć,i śmierć przynosić, i wieści nosić,i biec po trupach, i wiać po polach,i w sidła wabić — i w kępie osin,samotna, wroga spotkać i polec!

O Piękna!O Wielka!O Niezwyciężona!Ze czcią całujemy włos twój płowy.Niech nad tym grobem nawet męskie okozaszkli się łzą.Bracia, pochylcie głowy,podajcie dłonie!

W naszych sercach grzmi radość odległych zwycięstw,jej serce nie bije więcej.My wiarę w ludzką moc oddamy chyba z życiem,jej serce nie żyje więcej!

Ale z jej łona poczęty,pod sercem noszony,piersią wykarmionysynz gwiazdąpłomiennąna czole,

kiedy dorośnie,bagnetem najeży karabin,i będzie wolał polecśpiewającrewolucyjnyhymn,niż zdradzić!Stanie w szeregu z nami,zbrojny, do marszu gotowy,pieśnią do walki poderwan,i runiemy zwartymi kolumnamina świat zawalony ścierwem!Podnieście głowy!

Jesteśmy lawina światła, której ogrom wulkany przepiętrzai miłością słońce przewyższa.Jesteśmy wolność,i zwal, i szał, i szczęścia wystrzał!Jesteśmy lawina światła, zaczajona w granatowych zakamarkach,wisząca na krawędzi przepaści, której dno pieni srebrny wodospad.Lawina czekająca na piorun, aby sfrunąć z wapiennych arkad,przepaść gruzem zawalić po brzeg, wypchnąć zdrój i na świat wydostać.

Że kaskada człowieczej radości bucha z krwi rozszalałych kaskad,że pożarem płoną włosy nasze, że bunt zęby nienawiścią wykręca,

temu wyście winni, Demony, których brudne, złocone ręcewysyłają po nasze głowy żołnierzy w mundurach i kaskach.

Szturmujcie w mur naszych serc taranami zawrotnych torturpo stokroć — i po stokroć powleczcie na śmierć,i po stokroć, i po stokroć! strąćciew pustkę katakumb —— podobne ptakom,wylecą słupy jasności i rozepchną portal!

Najrozpaczliwszych katorgkonstruujcie żelazne kręgi, niech armaty odszczekają pogrom —— wstaniemy!Wstaniemy, jak ocean, jak olbrzym, jak ogrom,i zwalimy w ruiny zator!

Zatłuczemy kolbami bestię,której kadłub czarny i zimnydrogę do szczęścia grodzi.

Moc truchleje, bo Miłość się rodzi:bracia, do mnie! Na wieczny chrzest jejśpiewajmy hymny.

Kwadryga, 1929 r.

Comments

Loading comments…