Scena przy strumieniu — Rozdział II

Gdzie klinem na rogu dwa domy i plot,i rów, a na rowie dwie kładki,tam Andrzej Skobelek odłączył się odkrzykliwej dziecięcej gromadki.

I włócząc po ziemi odpięty tornisterszedł wolno, a trawa rozwianaszła z nim i brzęczało mu w głowie od iskier,od słów niespokojnych Bogdana.

Powoli szedł... Słońce sypało na brukodłamki kobaltu i miki,obłymi kłębami dym pylił spod nóg,po płotach pełgały ogniki.

I z lewej, i z prawej chatynki niemrawez belkami srebrnymi od smutku,

i kamień oddychał, i cień przez murawęprzebiegał, jak mysz, po cichutku.

Ulica zwężała się. Półmrok i piach,i szept, i gliniaste wyboje,i muzyka ech uderzała o dach,i krok się rozwidlał na dwoje.

Wciąż ciemniej i ciaśniej. Bluszczowych cień gąszczyna druty się z jękiem nawleka.Zawahał się Andrzej i krzyknął stanąwszy,i poznał Czarnego Człowieka.

Ożyło na moment wspomnienie powieściO widmie, co świat ścina mrozem,i włócząc się, kośćmi suchymi szeleści,i dzieciom wyjada z głów rozum.

Lecz Andrzej pomyślał i rzekł: „Śmieszne rzeczy!Trup w grób, baju-baj! Duchów nie ma!Gdy podejść, okaże się, że to pień skrzeczyi macha rękami obiema“.

Postąpił krok naprzód, powietrza w pierś nabrał,przez zęby cichutko raz gwizdnął.Tak jest, to był On, niepodobny do diabła,lecz dziw! do handlarza starzyzną.

Wysoki, i chudy, i długi, i wąski,i wątły, i cienki jak komar,

na miękkim cylindrze miał kitę z piór gąskii z lekka na prawy bok chromał,

i płaszcz długopoły opinał go wokrąg;parasol — jedwabna zawieja!Zdejmując binokle, oczyścił je mokrąściereczką i rzekł do Andrzeja:

„Ty boisz się chłopcze, ty boisz się mnie.Skąd lęk u takiego urwisa?Czy troska na czole do ziemi cię gnie?Czy gwiazda ci serce wysysa?

Cóż niebo twych powiek zasnuwa i mroczy?Zła klechda, rzucona w twarz światu?O podejdź bez trwogi, o, spójrz prosto w oczy,i mów i zaufaj — jak bratu!“

„Ja boję się ciebie, człowieku ze mgły“ —tak Andrzej Skobelek odpowie:„bo długiś, i cienki, i czarny, i zły,i nie ma szczerości w twej mowie.

Bez ognia źrenice, bez krwi twoja twarz,nad wargą liliową dziób kurzy,i ciemne binokle, i brwi krzywe masz,i wzrok nic dobrego nie wróży“.

„Mój chłopcze, mój chłopcze, ach nie rań mnie!Czemżezewnętrzny wspaniały blask lica?

Patrz głębiej; tam miłość szeleści i szemrze,jak tajna podziemna krynica.

Daj rękę mi twoją, no śmielej, ogniściej,zaufaj mi, nie patrz się wilkiem.Pokażę ci klucz, i karierę, i wyjście,jeżeli posłuchasz mnie chwilkę.

Wiesz? Są takie gmachy, podobne do jaskiń,wykutych w zamarzłym lazurze.Ich dno bursztynowym czerwieni się piaskiemi z płyt bazaltowych — podnóże.

I łuki, i węgły, i muzyka okien,i strop, i rtęciowy błysk luster.I dzwoni, i śpiewa w impluwium głębokiemfontanna wieczystym rozpluskiem.

U góry szerokim, zielonym półkolemdrży, świetli się szyba źródlana.Błąkają się, płyną wśród łodyg i kolumnstoliki leciutkie jak piana.

I kolumn przybywa, i łodyg zawiejaodurza i bezwład ogarnia...Rozumiesz?“ — Wysoki tak rzekł do Andrzeja:„Ten gmach to jest Wielka Kawiarnia.

Z pałaców i biur, kiedy upał południaulice do bieli rozgrzewa,gdy ciżba pielgrzymów kawiarnię zaludnia,a wkoło stolików, jak drzewa

liściaste u czół zaplatają ramionakobiety piękniejsze od bogiń,i cienie nawiewa źrenica zamglona,lecz poza mgłą czai się ogień,

gdy z trzaskiem opadną na pierś grochy perełi ciężkie zabłysną rubiny,te róże kamienne, dla których otwierałoskarda ząb skalne głębiny:

Kto bystrą jaskółką uwija się w tłumie?Kto śmiga jak fryga w tym wirze?Kto wszędzie i nigdzie zarazem być umie?W giętkości podobien jest stali i gumie?Jak wolny wiatr stopy ma chyże?

To piccolo! Mały paź! Goniec i zwiastun!W oplocie wypustek i pętel,w mundurze-obłoku złocisto-pierzastym,w zieleni, na gwiazdy zapiętej,

w galonach jak żmije pełznących ku ziemi...Andrzeju! Tyś wybran i godzien!Dla ciebie ten mundur z guzami złotemi,więc przyjm go, i otrzep, i odziej!

Dopieroż to będziesz mógł szczęściem się opić!Ja sam ci zazdroszczę, dasz wiarę?Bo czy to na stół kładziesz rulon czasopism,czy z wonnym przybywasz cygarem,

czy butlę podajesz, ciężarem nalaną,co burzy się, gruba i słodka,czy pstre marcepany, rozgwiazdą i lianąwieńczone, do stóp ścielesz paniom i panom,ach! uśmiech słoneczny cię spotka,w rąk podstawionych skarbonkę glinianągrosz kapnie i zalśni jak płotka!

Patrz! Droga przed tobą z błyszczących pieniędzy.z banknotów jest dom, z monet — wieże.Pójdź za mną! Nie wracaj, nie wracaj pomiędzytych, z kim cię nie łączy nic więcej prócz nędzy!Ja głód twój uśmierzę, i śliwki dam świeże,i ustom dzban wina odmierzę!“

Tak nęci i korci wędrowiec Andrzeja,tak śliskim go wabi spojrzeniem.Rozdziela ich tylko wąziutka mierzeja,zasłana i światłem i cieniem.

Zasłuchał się Andrzej w tej mowy tok wartki,lecz nie grenadina, nie sorbet,nie połysk diamentów otwiera mu wargii oczy wysadza mu z orbit,

nie bursztyn puls krwi w żyłach budzi mu żywszyi szyję rumieńcem powleka.Namyślił się Andrzej i czoło zmarszczywszytak rzekł do Czarnego Człowieka:

„W kopalniach i hutach, w powietrzu, w otchłani,w pustyniach, wśród cegieł stolicy,na bandę birbantów harują oblaniżelazem po pas niewolnicy.

W kawiarniach, w mgle lamp, muzykanci rzępoląi dywan przygłusza huk bucisk,a złota niewola jest również niewolą,i wyzysk ten sam jest, i ucisk.

Mnie na nic fontanny i szyby lustrzane,na diabla puchary mi złote,lecz gadaj, czyś wiernie to rzekł, że dostanęrobotę? prawdziwą robotę?

że matce, gdy ciężkie na żar stawia garnce,od pleców odejmę ciężaru,i dłoń, która wiecznie we wrzątku i farbce,odpocznie od trudu i żaru?

Chcę pracy! Niech będzie kawiarnia, czy piekło,czy raj nawet, zmoro, wymaluj,pamiętaj, że podpis — że słowo się rzekło,a pieniądz jest ziemski: z metalu.

Jeżeli przysięgniesz kwitować miesięcznie,do grosza, to niechże się stanie!Adiu! Cukiernikom polecaj i stręcz mnie!Pojutrze w tym miejscu spotkanie“.

Szedł Andrzej przez piach, jakby wódką się upił,i nozdrza rozwiane mu drgały.

Nie uszedł stu kroków, gdy człowiek czy upiórzawołał ochryple: „Stój, mały!“

I pobiegł do chłopca wstrzymując dech prędkiw wichurze, co wiała na przestrzał.Był zły. Purpurowe na czole miał cętkii z ust mu dymiło, gdy wrzeszczał:

„Ty, śpiesz się powoli! Nierówny rachunek!Z dwóch części umowa się składa.Pamiętaj, smarkaczu, jest jeden warunek,którego nie spełnisz, to biada!

Czternaście masz lat. Jesteś — co? Jesteś gówniarza siejesz dokoła niepokój.Gaś bunt, póki czas, do języka gwicht uwiąż,i kneblem i ciszą pysk okuj!

Stul uszy i włosów nadmierny blask przyćmij,tu, czołem z chodnika pył zamieć!Pokornie do ręki, jak wierny pies, przyjdź mi,i poproś, i naucz się skamleć!

Dość! Odmaszerować!“ Tak rzekł i okropniezzieleniał i wiatrem się nadął.Dzwoniły już pierwsze o bruk deszczu krople.gdy z chmur odlatywał gromadą.

Czeka w chacie matka syna,niespokojna spóźnionego.

Nie powraca syn, choć dawnoprzeminęło popołudnie.Już ostygły garnki rdzawe,stygnie w piecu skąpy obiad.Nie powraca syn, choć porawieczorową świecić lampę.Za oknami burza, wicher,tłucze deszcz kroplami w szyby,pod framugą zabłąkanyprzeraźliwie jęczy gołąb.Muchy włóczą się po kątach.Pora późna, niespokojna.Nie powraca syn, choć wargitęsknią do ciepłego czoła.

Powiało z ulicy wilgocią na próg,świsnęły na dole drzwi— lekki szmer nóg —

i zgarbiony, przygnębionywtacza się do izby Andrzej,głowę cichą, pulsującąna matczynej składa piersi.Lecą krople, gołąb grucha,wyje wicher, wieje burza.Andrzej, matczynymi dłońmiocieniwszy twarz, zasypia.

A kiedy się ocknął, za oknem już byłgąszcz nocy, i wiatr dogorywał bez sił.

I chmur granatowy rozstąpił się zwał,i księżyc wypłynął i łbem w górze stał.

Za szyb mętnym szkłem, szczerząc gonty i blachy,widniały w księżycu łamiące się dachy,

na których szeptały, jak ćmy, skrzydła cisz,i skradał się kot, i po krokwiach szedł wzwyż.

Andrzej mówi: „Matko miła,lada dzień dostanę pracę“.Na czole matczynym zaduma zawiła,i blask się po rzęsach kołace.

Andrzej mówi: „Droga matko,wiesz, czym będę? Pikolakiem“.Spojrzenie matczyne pod gęstych bruzd siatkązalśniło pytaniem dwojakiem.

Płynie cisza. Andrzej milczy.Kot na dachu. Oczy kotato migną spode łba, jak głodny wzrok wilczy,to błysną, jak dwie krople złota,

to rosną jak banie, to z chmur lecą w dół,to wieją fosforem przez szpary.I wre każde oko, i pęka przez pół,i teraz ich świecą dwie pary.

A jedna z tych par podlatuje wciąż wyżej,druga para świeci niżej.

Ta pierwsza — jak ogień i krwią ubarwiona,druga — dwa zielone grona.

Jedna para — dziwne oczy —po dachu się wartko toczy,niby dwa pieniądze duże,i stacza się, i pierś tłoczy,jak dwa guzy na mundurze.

Druga para, silna para,w mózg Andrzeja wejść się stara,i podsycić tętno w nim,i promieniem rozbić dym.

Andrzej śpi — i aż do ranawidzi we śnie wzrok Bogdana,jak stalowa ostra oś,przeszywający na wskroś.

I wciąż prędzej, mocniej, żywiej,coraz goręcej, straszliwiej,dwa złociste grosze tańczą,tańczą polkę opętańczą,a w uszach wir gontów, dachówek i płyt.

Gdy Andrzej obudził się — w oknie stał świt.

Comments

Loading comments…