Warszawa (Hej! Dźwignęło się słońce...)
Warszawa
Hej! Dźwignęło się słońce, rozwaliło chmuryi miażdży gniewną stopą blade tarcze dachów;zadygotał pod ciosem wąż oślepłych ulic,samochody frunęły w panicznym przestrachu.
Parowozy pędzące srebrną perspektywąstanęły, w lśniące zęby zwalone kułakiem,wykrzywiły się gwizdem, garścią jasnych rakiet,i padły zionąc ogniem i opokę ryjąc.
Pierwszy to raz potoków słonecznych ulewakuła trotuar z siłą żelaznego młota,dźwigała w chmury niby elektryczny lewar,i toczyła, kręciła jak motor ze złota.
Zgnębione, płaskie nosy balkonów bezradnychustąpiły pokornie z powietrznej kolumny.Szyby wklęsły w głąb komnat i na meble spadły,wparte słupem ogromnym, płomienistym, szumnym.
Zawrotne leje kręcił żar w spalonym gruncie.nasypywał je ludźmi niby much flotyllą,przywalał niby głazem, miotał złote uncjei przegryzał, potężnych kłów zjeżając milion.
Pada zgniecione miasto płaską taflą ulic,płaszczony, rozpłatany sunie domów kontur.
Materia w sztywnych brylach gniewnie lawirujei ściele się pokotem w płytkich spadach gontów.
O, Wisło, wryj się falą w rozpalone piaski,rozlej się po muskułach i po tętnic supłach.O, zalej, zniszcz stolicy wizerunek płaskii pokaż mi Warszawę piękną i wypukłą!
Skamander, 1925 r.
Comments
Loading comments…