Rozdział XXXVIII

— Trudno sobie wyobrazić, że za tydzień będę już w Avonlea, — mówiła Ania, pochylona nad walizką, w której układała haftowane kapy pani Linde. — Ale jednocześnie od dzisiaj za tydzień na zawsze wyjadę z Ustronia Patty. To jest bardziej przykre.— Ciekawa jestem, czy duch naszej wesołości odbije się echem w dziewczęcych marzeniach panny Patty i panny Marji? — zamyśliła się Iza.Panna Patty ze swą siostrzenicą miały niezadługo powrócić do domu po długotrwałej podróży dookoła świata.— Przyjedziemy prawdopodobnie w pierwszej połowie maja, — pisała panna Patty. — Przypuszczam, że Ustronie Patty wyda nam się zbyt szczupłe po obszernych komnatach królów Karnaku, chociaż zasadniczo nie chciałabym mieszkać w takich wielkich pałacach. Cieszę się na samą myśl, że wrócę wreszcie do domu. Podróżując w starszym wieku, pragnie się wyzyskać każdą okazję, bo zawsze człowiek pamięta, że mu zostało już niewiele czasu. Lękam się, że Marja nigdy nie odzyska swego dawnego humoru.— Trzeba zostawić tutaj wszystkie nasze młode marzenia, które będą błogosławić późniejszych mieszkańców, — szepnęła Ania, rozglądając się po swym niebieskim pokoiku, w którym przeżyła trzy długie, szczęśliwe lata. Przy okienku tem klęczała, odmawiając wieczorny pacierz i wyglądała przez nie na kępkę pobliskich sosen. Między temi czterema ścianami wsłuchiwała się w plusk kropel jesiennego deszczu, a wiosną witała na parapecie okna przylatujące pliszki. Myślała teraz o tem, czy w pokoju, w którym się mieszkało dłużej, może pozostać duch marzeń i czy w takim, w którym się wiele cierpiało, pozostaje po mieszkańcu smutek.— Sądzę, — szepnęła Iza,Iza, — że pokój, w którym się marzyło i cierpiało zachowuje w swych ścianach na zawsze indywidualność danego człowieka. Jestem pewna, że gdybym nawet za pięćdziesiąt lat weszła do tego pokoju, od ścian powiałoby ku mnie cichym szeptem: Iza, Iza... Cudne chwile przeżywałyśmy tutaj, prawda, kochanie? Ileż tu było wrzawy i śmiechu! W czerwcu odbędzie się mój ślub z Jurkiem i przekonana jestem, że będę się czuła ogromnie szczęśliwa. W tej chwili jednak zdaje mi się, że wołałabym raczej wieść nadal takie życie, jakie wiodłam dotychczas.— I ja podświadomie pragnę tego samego, — przyznała Ania. — Choćby przeznaczeniem naszem były wielkie radości, to jednak nigdy nam już nie będzie tak wesoło, jak za czasów uniwersyteckich. Tamto minęło bezpowrotnie.— A co będzie z Mruczkiem? — zagadnęła Iza, bo właśnie w tej chwili ulubieniec Ani wsunął się do pokoju.— Zabiorę go do domu razem z Zyziem i kotem Sabiny, — oznajmiła ciotka Jakóbina, stając w otwartych drzwiach. — Nie można przecież rozdzielać takich serdecznych przyjaciół. Koty także potrafią cierpieć i gotowe zdechnąć z tęsknoty.— Przykro mi rozstawać się z Mruczkiem, — rzekła Ania z żalem, — ale nie mogę zabrać go na Zielone Wzgórze. Maryla nie lubi kotów, a Tadzio na pewnoby go wkrótce zamęczył. Pozatem wątpię, czy zostanę długo w domu. Zaproponowano mi kierownictwo wyższej szkoły żeńskiej w Summerside.— I przyjmujesz tę posadę? — zapytała Iza.— Właściwie jeszcze się nie zdecydowałam, — odparła Ania, nagle się rumieniąc.Iza porozumiewawczo skinęła głową. Przecież Ania nie mogła robić żadnych planów, dopóki nie wyjaśniła się kwestja małżeństwa jej z Robertem. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że Robert wkrótce się zdeklaruje, a z drugiej znów strony wszyscy byli pewni, że Ania odpowie „tak“. Przecież kochała Roberta, chociaż niegdyś marzyła o zupełnie innej miłości. Lecz marzenia lat dziecinnych rzadko kiedy się urzeczywistniały. Robert jest poczciwym chłopcem i na pewno przy jego boku będzie ogromnie szczęśliwa, nie bacząc na to, że był wielkim egoistą.Gdy wreszcie Robert zjawił się wieczorem i zaproponował Ani spacer po parku, mieszkanki Ustronia Patty były pewne, że dzisiaj wreszcie kwestja się wyjaśni. Odpowiedź Ani dokładnie była wszystkim znana.— Ma szczęście ta dziewczyna, — rzekła ciotka Jakóbina z uśmiechem.— Istotnie, — odparła Stella, wzruszając ramionami. — Coprawda Robert jest bardzo sympatyczny, ale nic takiego szczególnego w nim nie widzę.— Czyżby to była zazdrość, Stello, — zdziwiła się ciotka Jakóbina.— Może to tak wygląda, ale naprawdę nie jestem zazdrosna, — odparła Stella spokojnie. — Bardzo kocham Anię i lubię Roberta. Wszyscy twierdzą, że Ania robi świetną partję, a nawet pani Gardner już także się do niej przekonała. Chociaż powiadają, że losami ludzi rządzi Opatrzność, to jednak ja w tym wypadku mam dziwne wątpliwości.W owym małym pawilonie w pobliżu portu, gdzie prowadzili po raz pierwszy z sobą ożywioną pogawędkę, Robert zaproponował Ani, aby została jego żoną. Oświadczyny te ze względu na owe pamiętne miejsce i na piękne słowa, jakiemi były wypowiedziane, wydały się Ani niezwykle romantyczne. Efekt był pierwszorzędny, chociaż naogół Robert był bardzo szczerym chłopcem i na pewno w danej chwili mówił to, co czuł. Ania dziwiła się samej sobie, że słowa Roberta nie wywołały w niej ani cienia dreszczu. Robert siedział przez chwilę w milczeniu, oczekując doniosłej odpowiedzi swej wybranki. Czerwone wargi Ani rozchyliły się automatycznie i miała już wypowiedzieć to króciótkie „tak“, gdy nagle przeniknął ją dreszcz. W umyśle jej zrodziło się nagle zrozumienie tego, czego była nieświadoma przez długie lata. Cofnęła dłoń z uścisku Roberta.— Nie, nie mogę zostać twoją żoną... Och, nie mogę... nie mogę, — zawołała z bólem.Twarz Roberta pobladła. Czuł się urażony tą odpowiedzią, czego mu zresztą nie można było wziąć za złe.— Co masz na myśli? — wyjąkał.— Uważam, że nie mogę zostać twoją żoną, — odparła Ania już zupełnie opanowana. — Myślałam, że będę mogła, ale nie mogę.— Dlaczego nie możesz? — zapytał Robert ze spokojem.— Dlatego, że nie dosyć cię kocham.Rumieniec wystąpił na twarz Roberta.— Więc przez te dwa lata byłem dla ciebie tylko igraszką? — zapytał wolno.— Nie, nie, — zawołała Ania.Ania. — Och, jakże będę mogła ci to wytłumaczyć? Przecież są rzeczy, których dokładnie wyjaśnić nie można. — Miałam wrażenie, że cię kocham, ale doszłam do przekonania, że nie.— Złamałaś mi życie, — rzekł Robert z goryczą.— Przebacz, — błagała Ania, a w oczach jej ukazały się łzy.Robert odwrócił się i przez kilka chwil spoglądał na morze. Gdy potem zbliżył się do Ani, był jeszcze bledszy, niż przedtem.— Nie mogę mieć nawet cienia nadziei? — zapytał.Ania w milczeniu potrząsnęła głową.— W takim razie żegnaj, — rzekł Robert. — Nie mogę tego zrozumieć... Nie mogę sobie wyobrazić, że nie jesteś tą, za jaką cię uważałem. Ale nie czas teraz na wymówki. Ciebie jedną potrafiłem kochać. W każdym razie, dziękuję ci za dotychczasową przyjaźń. Bądź zdrowa, Aniu.— Bądź zdrów, — wyszeptała.I odszedł. A ona długo jeszcze siedziała w pawilonie, spoglądając na białą mgłę, która zawisła nad przystanią. Przeżywała właśnie chwilę prawdziwego poniżenia i uczuwała szaloną pogardę dla samej siebie. Zalały ją fale chwilowej nieprzytomności. Lecz przez wszystko to przebijał jasny płomień przeświadczenia, że jednak wywalczyła sobie wolność.O zmroku wróciła cichaczem do Ustronia Patty i natychmiast pobiegła do swego pokoju. Zastała Izę, siedzącą na parapecie okna.— Słuchaj, — zawołała z rumieńcem radości. — Słuchaj, powiem ci coś ciekawego. Robert się oświadczył o moją rękę, a ja mu odmówiłam.— Ty... ty mu odmówiłaś? — wybełkotała Iza.— Tak.— Aniu Shirley, czyś postradała zmysły?— Możliwe, — odparła Ania ze smutkiem. — Izo, nie rób mi wymówek. Ty tego nie rozumiesz.— Naturalnie, że nie rozumiem. Przez dwa lata darzyłaś go sympatją, a teraz powiadasz, że mu odmówiłaś. W takim razie uważałaś to tylko za zwykły flirt. Wiesz, Aniu, że nigdybym się tego po tobie nie spodziewała.— Wcale z nim nie flirtowałam... Do ostatniej chwili wierzyłam, że go kocham... I nagle... nagle doszłam do wniosku, że nie mogę zostać jego żoną.— Przypuszczam, — rzekła Iza z okrucieństwem, — żeś chciała wyjść za niego dla pieniędzy. Nagle zbudził się w twej duszy głos uczciwości, który przeszkodził temu.— Nieprawda. Nigdy nie myślałam o jego pieniądzach. Och, ja ci tego nie potrafię wytłumaczyć, tak zresztą, jak i jemu nie potrafiłam.— W każdym razie postąpiłaś z Robertem niesprawiedliwie, — zawołała Iza z przejęciem. — Jest bardzo przystojny, mądry i bogaty. Czegóż chcesz więcej?— Tego czegoś, bez czego życie jest niemożliwe, a on mi tego dać nie może. Wziął mnie swą piękną postacią i umiejętnością prawienia komplementów. Poza tem myślałam, że powinnam się w nim zakochać, gdyż jest ideałem wymarzonego przeze mnie mężczyzny.— Boleję zawsze nad tem, że jestem niezdecydowana, ale widzę, że z tobą jest jeszcze gorzej, — zaopinjowała Iza.— Ja decyduję się bardzo prędko, — zaprotestowała Ania. — Najgorsze to, że chwilami rodzi się nagłe zrozumienie tego, czego dotychczas zupełnie nie dostrzegałam.— Lepiej nie mówmy o tem. —tem.— Masz słuszność, Izo. Powinnam w danej chwili zapomnieć o przeszłości. Zawsze na samo wspomnienie Redmondu przyjdzie mi na myśl przykra propozycja Roberta. Wiem, że on mną gardzi, ty mną gardzisz, a przyznam, że i sama czuję dla siebie pogardę...— Biedactwo kochane, — szepnęła Iza, współczując przyjaciółce. — Niech mi wolno będzie cię pocieszyć. Zresztą ja nie mam prawa czynić ci wymówek, bo gdyby na mojej drodze nie stanął Jurek, na pewno zostałabym żoną Anatola albo Augustyna. W życiu dziwnie się wszystko wikła, Aniu. Nie jest ono tak jasne i czyste, jak w powieściach.— Myślę, że nikt już nie oświadczy mi się nigdy w życiu, — szlochała Ania, wierząc w to szczerze w danej chwili.

Comments

Loading comments…