Zgrzebna kantyczka — całość
Do obcych ludziDziecinę muszęWysłać pieszczoną.Kto się potrudziZajrzeć mu w duszę,Czy ma ją ono?
Przejdą wzgardliwie,Barkami wzruszą,Złe strojąc miny.Gdzie czas właściwieZająć się dusząJakiejś książczyny?
Po szlifiersku rzezanych nie śpiewam wam słów,W blaszki lśniące ni w dzwonki lutni swej nie stroję.Cyzelatura celem jest dla pustych głów;Ale to, co wam daję, wiedzcie, że jest moje.
Niczyjej ja tam krowy podstępnie nie dojęI na cudze pastwiska nie pędzę swych krów,Bowiem pomnę, że tylko raz zdobyto Troję,Więc się już w brzuchu konia nie wśliznąć tam znów!
A jeżelim już kogo za wzór sobie brał,To poto, by podpatrzeć, jak to cudza strunaBrzmi, że tak dźwięczna, alem ja inaczej grał.
Wiedziałem, że każdemu inna świeci łuna,Więc swoją zaświeciłem, abym własną miał,Płomienną, jak Claudel‘a, Jammes‘a i Hamsuna.
Tęgiego życia soku trzebaby wam w żyłyPrzelać z konarów w lesie urodzonych drzew,Byście się oduczyli strachu i bezsiły.
Kto nie wie krwią serdeczną, co to głośny śpiew,Kto nie uczył się nigdy tańca na murawie,Komu w żyłach, jak potok, wartka nie wrze krew;
Kto nie zatchnął się śmiechem w szalonej zabawie,Kto nie gonił po drzewach wiewiórek i sów,Kto nie podglądał dziewczyn, kąpiących się w stawie;
Kto nie łamał miłosnych lekkomyślnie zmów,Kto młynówką nie płynął do młyńskiego koła,By, raz je ominąwszy, chcieć uniknąć znów;
Dla kogo jest jedynie na zbiory stodoła,A kopce siana jeno na paszę dla trzód;Kto bez obietnic dłonie wyciągnął z pod stoła,
Gdy przy dziewczynie siedział, wartej straty cnót;Kto nie wyzyskał w lesie ciemnego wieczora,By wroga, co się w szatki dziewki twej wdarł wprzód,
Zatrzymać nagle w miejscu obuchem topora;Kto nie dość mocen, aby wśród karczemnych zwadO sprawiedliwy podział skradzionego wora,
Odebrać wszystko temu, który właśnie kradł;Kto nie poto przyrzeka, aby wedle chęciNie dotrzymać umowy, lub dotrzymać rad;
Kto stroni od miejsc gwarnych, gdzie się bitka święci;Kto ujmie się za krzywdę, jakiej doznał wróg,Nie dowiódłszy kosturem swej własnej pamięci;
Kto nie wkradł się tajemnie za małżeński próg,By w niebytność małżonka spróbować małżonki,Schwytany zasię zwątpił w dzielną sprawność nóg;
Kto w uściskach oszczędzał u koszul koronki,Lub gdy dziewczynę w sadzie powalał na grzbiet,Uważał na młodziutkie i wiotkie sadzonki;
Kto wywar żyta wodą zalewa, by zrzedł,Nie zakręcił ci w oczach okolnego świataI abyś mógł ustami zagwizdać, jak flet;
Kto ostatniego w kiesie oszczędza dukataNa chleb w czarnej godzinie — — niech go bierze kat!Niech powroźnik dlań stryczek już powoli splata...
Ci nie warci są życia, i nie dla nich świat —Ci niech z oczu mi zejdą, bo nie darmo szpadęNoszę, zasię w sztylecie nieochybny jad!
Niech uchodzą, bo o cobądź wszcznę z nimi zwadęI poślę, gdzie Pompeo gryzie błotny kałI zapóźno iść będzie do serca po radę.
Pantasileja pomni, co znaczy mój szał,Że ubiję każdego, jak dzikiego zwierza,Aż na pobojowisku jeden będę stał.
Pytaj ucznia Ascania, kto mi nie dowierza;Powie wam snadnie, iże nie darmo ma ręceNadworny złotnik króla Francji i Papieża,
Benvenuto Cellini, urodzon w Firenze.
Wytwornie zaniedbany park książęco chłodny,Nad ukrytemi w trawach angielskich źródłami,Tchem ogarnął wiosennym przed‑zachód pogodny...Idziemy białym piaskiem wąskiej ścieżki — sami.
Na szpady rękojeści, wysadzanej sutoDrogiemi kamieniami i złotem kowanejMatowem, co w niem zręczne snadź rzeźbiło dłuto,Kapelusz zawiesiłem z wdziękiem stosowany.
W atłasowej sukience, w obcisłym gorsecie,Z twarzą li spotykaną u pulchnych amorków,Idziesz, podobna raczej dziecku, niż kobiecie,Wywyższona naiwną przemyślnością korków.
Nad sadzawkę pójdziemy... Tam panienka siędzie,Wesprze na drobnej dłoni zakochaną głowę,By patrzeć, jak po stawie pływają łabędzieI jak koło altany bzy kwitną liljowe.
Za rękę ciebie ujmę, do ust ją podniosę,A ty głowę uchylisz wstecz, nie broniąc ręki,Igrającej z peruki pudrowanej włosem — —I wkońcu ust mi podasz dar wonny i miękki.
Obejmę cię pieszczotnie za kibić wysmukłą,Odsłonioną wycięciem na piersiach głęboko...Będę uważał, by mi się cacko nie stłukło,Gdy grać będziemy scenę tę w stylu rokoko.
Białe charty prowadzi na smyczy, zgarniętejKrótko w pięści, by wstrzymać ich pęd niecierpliwyPoprzez świeżo zasiane oziminą niwy —I bacznie wkoło patrzy z popod brwi ściągniętej.
Las się pali jesienią wdali wstęgą długą,Z bagien w dole dochodzi rzadki rechot żabi,Kania żałośnie siostry w powietrzu swe wabi,Słuchy nastawił szarak poza brózdy smugą.
Ujrzał rzeszę idącą doń ostrożny zając:Porwał się wraz i słuchy położył na grzbiecie,Czmycha, skokami opył z gleby suchej miecie...Drżą charty, delikatnie po ziemi stąpając.
I patrzą w oczy onej, co je w smyczy wiedzie,Spozierająca tęsknie wdal do nieboskłonów...W nogi wetknęły sute kity swych ogonówI zbiły się trwożliwie w bezładnej czeredzie.
Zdają się ważyć dziwne swej pani uczynki:Uszedł szarak, w las poszedł, nawet nieścigany!...Niespokojnie zwróciły oczy na twarz DianyI ujrzały łzy w modrych źrenicach boginki...
Góra koroną starym głazem drogocenną,Dzikich róż klejnotami ozdobioną, czołoUstroiła i patrzy na swą dziatwę lennąWinnic, które zaległy jej stopy wokoło.
Patrzy w dalekie krain mglistych widnokręgi,Na niedostępne, morskie, skaliste wybrzeża,Których tajemnic strzegą niezłomne potęgi;Co widzi, uszom tego niczyim nie zwierza.
I wie, czego nikt nie wie, bo jej nie zdobyłaStóp człowieczych ciekawość natrętna i próżna,Co zbłąkane swe ślady wśród głazów straciła.
Wiedząc, milczy. I jeno, gdy noc spadnie późna,Zwierza swe tajemnice winnicy, a onaMnie powtarza, gdy piję słodki sok jej grona.
Oblizać chce się palce, jaka powieść składna!Choć sen klei powieki, czytaćby się chciałoBez końca, taka pięknych sztuk moc jest wszechwładna.
Zna się na tem niewielu, bo wybrańców mało,Lecz ty i ja — smakosze wytrawni, wybredni —Wiemy, jakie się świetne dzieło ukazało.
Narazie powstrzymajmy się od przepowiedni;Publiczność — dziecko chore, kapryśne, uparte, —Może snadnie nie przyznać mu wartości przedniej.
Dopiero, kiedy stado krytyków zażarteŻółcią zechce je zniszczyć z kretesem, do znaku,Wówczas głos zabierzemy, rzekłszy, co jest warte
I razem się będziemy śmiać z większości smaku.
Obaj: na Sirilundzie i na RosengaardzieMackowie wszystkich ludzi mają w swej kieszeniI niewiadomo, który z nich jest biały bardziej,Bo obaj dosyć czarno bywają cenieni.
Wiedzą o nich niemało, ale się ich boją,Bo wszystko mogą z każdym uczynić, bogacze!Oni w ostateczności nędznej są ostojąI ściszyć mogą łatwo najkrwawsze rozpacze.
Wiedzą o tem rybacy i oni to wiedzą.Śledziami więc i wszystkiem spokojnie handlują,A świętem jest, co bracia Mackowie powiedzą...Hoho! Bo mogą oni wiele — wszyscy czują!
Mackowie! Stoją twardo i stoją wysoko,Każdy się ku nim garnie, nikt od nich nie stroni;U nich się także może spotkać oko w okoPan Rolandsen z Elżbietą, a z Różą Benoni.
Po dniu przez drogi bieży i pastwiska,Przez ludne miasta i ciche pustelnie...„Jo-hej!“ radosny głos wola weselnie,I jak fontanna śmiech z ust jego tryska.
A kędy ujrzy ludzi, niepodzielnieOddanych cichej pracy bez nazwiska,Owoce słodkie pomiędzy nich ciska:„Jedzcie. To ciało me dojrzałe dzielnie“.
Kruże źródlanej rozdawa im wody:„Pijcie. To bowiem krew ciała mojego.„Na mą pamiątkę wznawiajcie te gody“.
Lecz w noc, gdy gwiazdy snów człowieczych strzegą,W innej snom ludzkim postaci się zbliża:Upiór, gwoździami przybity do krzyża.
Wpłynąłem, na dnie łodzi leżąc obok wiosła,Przez wąską gardziel wejścia do błękitnej groty,A wzburzona mię fala w sam środek zaniosła.
Błękitnie było wkoło, jak w niebie tęsknoty.Ach, tu jeno brakuje chóru anielskiego,A śniłby się zbawienia wiecznego sen złoty!
Brakuje archaniołów, którzy wejścia strzegą,Tronu z kości słoniowej dla Przeczystej PannyI promiennej boskości Syna Człowieczego.
I wrócił Sen o Raju, słodki, jak fontannyPlusk szklany w skwar południa; bosko niedorzecznyZachwyt owy w godzinie mej życia porannej.
I byłem nieśmiertelny, jak Twór Ostateczny,Owiany tym błękitnych złudzeń, barw oplotem,Byłem szczęśliwy cudem tej gry światła wiecznej.
Odtąd wierzę w zbawienia Lazurową Grotę.
Iżeś mi bratem jest nie po krwi jeno,Że jedna tęsknic ostroga nas porze,Że sny nas jedne w jedne dale żeną —— Ślepiec — dłoń swoją w twoją rękę złożę.
Twej dłoni dłoń swą, szukającą w męce,Daję, krok pierwszy stawiając za progi —A ty, mą ręką, stuloną w twej ręce,Wskaż cichym ruchem daleki cel drogi.
Pójdę, przed siebie wyciągając ramięWdał, którą wskażesz mi (oby nie kłamną!...Lecz nie! Brat bratu gościńca nie skłamie!)A może pójdzie kto błądzący za mną.
A kiedy zranię stopę na kamieniu,Stanę przy drodze nieruchomym głazem,Ten sam wskazując wciąż cel w oddaleniu,By, iść nie mogąc, być choć drogowskazem.
Kto orłom sprostać chce, niechaj wpierw skrzydłaDo ramion przypnie, skoro pragną lotu.Wyżynne szlaki, kędy bez wędzidłaMyśl do ucieczki tęskni bez powrotu,Ranią boleśnie stopy — ranić muszą,Bo tam wędrować można tylko duszą.
Bronią tajemnic szczytów lodozwały,A piersi mrozi zimny dech Północy;Ślady po krokach zaciera śnieg biały,By udaremnić zamysły pomocy —I darmo słabość przed Mocami klęka!Zostaje jeno dzielna ludzka ręka.
A gdy ta w trudach osłabnie i zmdlejeI dla znużenia nie jest już podporą,Wtedy otusze zatrzaśnij wierzeje,Lecz dumę silnych postaw przed zaworą,Zostań wisielczej wesołości gachem,Mów, żeś chciał tego i broń się przed — strachem.
Bo wiesz wszak dobrze, że śmierć czujna czyha,By serce lodem ostudzić, i mrozemTchnąć w pierś, jak parą w pustą głąb kielicha;Ale zapomnij wtedy, żeś powrozemMiłości jest do życia przywiązany,Że kogoś kochasz i żeś jest kochany.
Zapomnij, żeś jest dla życia budulec,Że twoja ręka jest do młota zdolna —Bo strasznie wtedy jest żałości ulec,Gdy się przybliża zimno śmierć powolna,Gdy cię jej szpony chciwe pilnie strzegą.Mów: „Tak, umieram, bo pragnąłem tego!“
I myślą tęskną nie wracaj do dolin,Ani losowi nie urągaj złemu,Lecz myśl o boskiej tej chwili wyzwolin,Kiedy umierać wolno ci — samemu,Kiedy ci wolno być sprawcą swej doli:Umrzeć swobodnie — umrzeć z własnej woli.
A że pierś cicho zamrze i ostatniDech twój do wtóru wichrowi zajęczy —Nie myśl! Zapomnij, że jest gdzieś duch bratni,Co‑ć pogrzebowym laurem skroń uwieńczy,Że‑ć głos żałosnej pożegna kołatkiI dzika rozpacz bolejącej matki.
Mów, że ta chwila ostatniej udręki,Która się wiecznym głazem na pierś zwaliBędzie podaniem poprzez przepaść rękiTym, co też darmo już dłoń wyciągali.Mów sobie jeszcze, że jeno to małeOpuszczasz życie — biedne, skaleczałe.
A jeśli możesz, to nawet uśmiechuCichą pogodą okraś lica zbladłe.
A gdy już zbraknie ci dla płuc oddechu,Raz jeszcze wypręż ramiona opadłeI mów, że nic cię, nic nie zdole złamać. — —O, w takiej chwili można nawet kłamać!
Tak pięknych rąk czar jest ci dan,Że kwiaty lan na podziw światówZakwitną z nich — i kwiaty lanWówczas najbielsze będą z kwiatów.
Motylich skrzydeł drobny puchNie jest lotniejszy, niż twe stopy.Bez śladu suną, niby duch,Albo obłoki przez nieb stropy.
Głos twój, jak trznadli słodki śpiewNad potokami w wierzbnej kiści,Którą łagodny muska wiew, —A szept twój jest, jak szepty liści.
Zna piękność morelowych drzew,Kto czar ich kwiatów jasnych zoczy.Piękniej ty kwitniesz, pierwsza z dziew,W czarnej ozdobie swych warkoczy.
O, kwiecie kwiatów, gdy cię widzę,Świat z oczu pierzcha mi w tej chwili,Nie słyszę trznadla, który kwili,Nie widzę barwnych kras motyliI z szczęścia bogów szydzę!
Gdzie jest pole zebranego ryżu,Tam na miedzy siedzi mój kochany,Białe kwiaty rosną tuż w pobliżu,Nad wsią stoi krąg słońca rumianyI osuwa się za ziemi miedzę.Przy kochanym moim ja sam siedzęI, oplótłszy się wzajem ramiony,Na strop nieba patrzymy sklepiony,Gdzie latawiec najmilszego buja.
A tymczasem powoli zachodziPoza naszą wsią słońce nadobne.Zakochani w sobie chłopcy młodzi,O swobodzie pieśni nucim drobne,O miłości nucim w wieczór onyI przed siebie wzrok mamy utkwiony,Gdzie latawiec najmilszego buja.
Trzy księżniczki w pięknym kraju SymPonad białym stały brzegiem morzaI patrzyły na ów rączy statek,Co je uwieźć miał kędyś w oddaleAż do brzegów tych, gdzie Wolność mieszka.
Trzy księżniczki w pięknym kraju SymWzniosły w górę ramiona do bogówI o tęsknot błagały spełnienie —Jednak żadne nie słuchały bogiIch próśb żarnych i bojaźni pełnych.
Trzy księżniczki w pięknym kraju SymNarzekały przez dni i przez noce,Nikt jednakże nie słyszał ich jęków,A ich piękność więdła, niby kwiaty,A, jak światło, przygasał ich głos.
Trzy księżniczki w pięknym kraju SymPrzykucnęły sędziwe nad morzem,Usta błędne wyrzekały słowa,Z piaskiem brzegu igrały ich dłonieI sypały go we włosy z myślą,Że to kwiaty są w pełnym rozkwicie...
Krótkie jest życie! Przez czas żyją długiJeno słoń, drzewa i barwne papugi,Ludzie do śmierci zasię dążą wrótSzybko niezmiernie, bo słaby to ród.
Więc czas wyzyskać trzeba nam wesoło:Chryzantemowym opleć wieńcem czoło,Młode dziewczęta do się tul — i w śmiech! —Ślęczeć nad bytem, toć to jawny grzech,Szperanie smuci, a dna nie docieczeNigdy nikt, — poco ci więc myśleć, człecze?
W ręce starego księżyca kruż winaPij i — w grób prędko. To mądrość jedyna.
Prawie‑że każdeNiemowlę we śnie,Zda się uśmiechać,Gdy sny je łudzą,Jednak wiadomo,Że zawsze płaczą,Skoro się zbudzą.
Sny to złudzeniaNaszego życia —Śmiać się możemy,Kiedy nas łudzą.Po ich zniknięciuPłaczem, jak dzieci,Skoro się zbudzą.
Wiatr zerwał liście z brzóz,Pobielił pola mróz, —Na opuszczonej ławce w ogródkuMech od wilgoci wzrósł.
Liść złoty posiał klon,I róże zwarzył szron; —Po porze śmiechu i porze smutkuJesienny przyszedł skon.
Minęło, przeszło już,Jak życie bladych róż. —Wiatr po ogrodzie targa się z świstem,
Rozpaczy głuchej wróż.Szczęście zawita mi z pierwszym listem.Któż go napisze, któż?
Wieść o tobie mi przyniósł dziś mrok nocy czarnyW milczącem gwiazd jarzeniu po szerokiem niebie.Patrzyłaś na nie, siostro, swem spojrzeniem sarnyŁzawem, dumając w ciszy o pięknym efebie.
Patrzyłaś chciwem okiem ciekawego dziecka,Z ufnością swą oddaną i słodką niewiedzą,Czekając z tchem zapartym, o, dziewczyno grecka,Czyli ci o nim Venus i Mars co powiedzą.
Tanecznico, po polach czarująca, Wiosno,W twój pochód zwyciężania, co ma być zwalczone,Zaciągniem się, nicponie z próżniacka szalone,Kochający bezczynność pod niebem radosną.
Wprzągniem owce swe w pojazd twój, wiklinę pięścieUszczkną, by bicz był śmigły, ogołocon z liści;I pojedziemy, pani, włóczędzy wieczyści,Siać w grudę ziarna złote i zielone szczęście.
Potem, gdy wszędzie będzie już zieleń na grzędzie,Wypoczniemy nad rzeką, siądziem wkoło ciebieZ owcami, zapatrzeni w te owce na niebie,I, jak polom zielonym, radośnie nam będzie.
Gdy się do nas przybłąka wioskowe maleństwo,Na kolana je weźmiesz, pól ziołami wonna;I kiedy czule uśpisz je, świecka Madonna,Wówczas majowe zaczniem do cię nabożeństwo.
Jesteśmy obłąkańcy w oczach gwarnej rzeszy,Ja i ty, przyjaciółko serdeczna. ProstotaCzystej myśli skroń zdobi nam, jak wstęga złotaLub jak gałąź, co uszczknął ją wędrowiec pieszy.
Zaprzysięgliśmy sobie miłość i śmierć społemW dumnej pogardzie marnych uciech tego świata,Bowiem dusza nas dwojga nazbyt jest bogata,By szczęścia szukać miała poza swym kościołem.
Świat jest za biedny dla nas, cośmy go posiedliW sobie aż nazbyt hojnie. Z siebieśmy wywiedliWszystko życie, radości, i gwiazdy, i słońce...
Siebie przeto, raz na sto lat kwiaty kwitnące,Otrzymujemy codzień, jak dar wielkopański,W nagrodę za nasz żywot świętofranciszkański.
Pustym ścianom swej izby jeszczem dziś powiedziałModlitwę do twej wstążki u gorsu błękitnej,Bo łączył mnie li z tobą nabożności przedziałSkromnej, co był panieństwu twemu, jak laur szczytny.
Bo nazbyt wiele śniłem o tobie nocami,Aby wierzyć, że stąpasz po codziennej ziemi,Dziewczyna z płonącemi od pragnień ustami,Dziewczyna z ramionami tęsknie otwartemi.
Aż dziś znagła coś sprzęgło i sobie w objęciaRzuciło nas, zdziwionych tej chwili prostotą,Tak ludzką niespodzianie, jak pięć zmysłów księcia,Którego się koronę jedynie zna złotą...
Tułałem się zbyt długo po bezdrożnych tłokachZ sercem w dłoni gotowem do ufnej ofiary.Lecz nikt nie spojrzał z ludzi na serdeczne dary,Jak gdybym nie po ziemi chadzał, lecz w obłokach.
Nikt nie odegnał, śmiercią nie groził morderca,Nikt nie złorzeczył z butnym urągiem ni gniewem;Wiatr witał mnie przyjaźnie łagodnym powiewem,Lecz nie spotkałem nigdzie czekających serca.
Wkońcu ciebie zoczyłem, gdy oczu swych smętyPuszczałaś z biegiem rzeki, jak ciche okręty,Oddane bezcelowych wędrowali katuszy.
Coś wzgardziła zasobną rodzinną zagrodą,By sercem żyć dla serca, a duszą dla duszy,Witaj mi, o, jedyna, wyśniona przygodo.
Łódź‑przyjaciółka pierś mi swą krągłą podawaI na toń rwie się śmiało, jak w bój Amazonka.Przeto się jej powierzę: niech się ze mną błąka,A może nas nagroda trudów czeka: Sława.
Bo nęci mnie perlisto‑biała fal koronkaNa lazurowej toni, chęci mi dostawaDo szukań szczęścia ówdzie, gdzie mnie moja nawaUwiezie lub zapędzi złych losów nagonka.
Wszędzie znajdę ojczyznę, kędy mi nie zbędzieNieco słońca — niewiele! — i zieleni trochaSzmaragdowej, i garstki kwiatuszków na grzędzie.
A jakiemże już szczęściem byłoby niezmiernemMieć u boku istotę, co niechybnie kocha,Z sercem, jak ty, oddanem, z sercem, jak ty, wiernem!
Czyż tą pustką bezbrzeżną błądzić mamy zawszeI nie znajdziemyż nigdy przyjaznej przystani?Tak się już nam należą koleje łaskawsze,Mnie, śmiertelnie smutnemu i mej smutnej pani!
Na całym wód obszarze jest nas tylko dwoje:Melancholijne dziewczę w towarzystwie chłopca,Z którym dzieli swe mroczne, tęskne niepokoje,A wokół pustać cudza, nieswojska i obca.
Dwa serca zakochane wśród fal nieżyczliwych...Ta samotność ptaszęcą twą duszę przeraża,Nie wierzysz, byśmy mogli mieć twarze szczęśliwychI na nic me przechwałki szumne marynarza.
Jakiż żeglarz zwiedzioną twą ufność posiądzie,Czy ją jeszcze odzyszczesz na jakim okręcie?Z niedowierzaniem słuchasz mych baśni o lądzie,Patrząc smutno na żagli przezorne zwinięcie.
Zda się, czujesz, że wszelka nadzieja stracona,Lecz, choć każda z mych pociech jest taka nieważka,Przecież niezaradnego kochasz Robinsona,Co nic nie może zrobić dla swego Piętaszka.
Smutne oczy masz, dziewczę, i cierpiące usta,Łzy wyryły‑ć pod okiem smugi sino‑czarne...— Kocham, kocham, włóczęgo, przeto‑m, jako chusta,Jest blada. Krew wypiły mi te noce parne.
Tak tęsknisz do spotkania z swym umiłowanym,Że ci usta pęcznieją, ramiona się prężą?— Pojechał‑ci, pojechał na koniu bułanymI uniósł kochające serce pod pawężą.
Lecz przecie wróci, bowiem i jemu cię potrza;W ramiona cię znów porwie, gdy w nim wzbierze siła...— Hej, przyjedzie, przyjedzie!... O, chwilo najsłodsza,Kiedy znów będę skromnie jemu się broniła!...
Ej, nie skrywaj, dziewczyno, nie skrywaj,Kiedy serce twe dla mnie ochłódnie.Pocóż myśleć w godzinę zachodu,Że to pełne jest jeszcze południe?
Gdy nie dla mnie, dziewczyno, nie dla mnieWłosy wstążką ozdabiasz w niedzielę,Nie przybliżaj się do mnie z uśmiechem,By nie drwili ze mnie przyjaciele.
Gdy twe serce nie będzie już moje,Ani moje nie będą twe wargi,O, unikaj mnie jawnie, a pójdęBez wyrzutu jednego lub skargi.
Pójdę cichy z radością w obliczu,Że mi jedna pociecha została:Znalem bowiem dziewczynę — opowiem —Nadzwyczajną, która nie kłamała.
Zgubisz mnie, lub wyniesiesz. W drobnej śniadej dłoniDzierżysz mój los i cugle powożonych koni,Rwących z kopyta szlakiem wijącej się drogi.Dokąd jedziem? — ty zda się wiesz, jednak niepewna,Bo czekasz na mój rozkaz, niewolna królewna;— Czyż dziwna więc, że wszystek drżę od głuchej trwogi?
Lecz milczę, jakbym ufał twojej kierownicy,Coś wglądnęła do skrytej przeznaczeń tajnicyI wiesz dobrze o celu, serca wiedzą wieczną...A jednak, gdy noc spadnie, powstrzymasz rumaki,Pragnąc z oczu wyczytać mi rozkazu znaki,A ja ci wzrokiem wskażę tylko drogę mleczną.
Strażniczych, opiekuńczych myśli mych koliskoNiech opasze samotne twe, ozięble łoże.(Com miał niegdyś swojego, oddałem ci wszystko,Bez słowa, cicho, klęcząc w serdecznej pokorze).
Niech strzeże cię z oddali ma miłość wzgardzona,Jak skrzydła archanielskie, jak tarcza i ramię.(Zostałem przez cię próżen, jak łąka skoszona,Jak winnica po zbiorze i raj po Adamie).
Proszę was, przyjdźcie wszyscy, dobrzy przyjaciele!Na gruzach swego szczęścia odprawiam dziś stypę,Pogrzebawszy je nocą w wystygłym popiele,Stuletni miód przyniosę pod stuletnią lipęI razem uczestniczyć będziem w gorzkiem dziele.
Spraszam wszystkich, mających twarze nieradosne,By mi dłoń współczująco uścisnąć przybyli,Pocieszyć i opłakać utraconą wiosnę,Potem milczeniem uczcić uroczystość chwili,Kiedy poczną na trumnę głucho ścinać sosnę.
Bo trumnę przysposobić rozkażę sosnowąI nim ją — pustą — lśniącym zechcą zabić ćwiekiem,Wrzucę w nią darowiznę kwiatów pamiątkową,A potem przykryć każę ją na zawsze wiekiemI pochować pod płytą z krzyżem marmurową.
A gdy wreszcie pójdziecie i sam się poczuję,Zapomnieć będę starał się z kielichem w dłoniTę, co mi nigdy kwiatów już nie ofiaruje,Która innym już ustom całowań nie broniI którą w swej samotni gorzko opłakuję.
Jestem dziś pozbawiony światła i ciepłotyI płakać się chce oczom mym osamotnionym.Wykołysane w duszy wyśmiali tęsknotyI w oczy zaprzeczyli marzeniom wyśnionym.
Którzy wierzyli we mnie, odeszli, a którzyZdawna byli nieufni, z triumfem i krzykiem,Ołowianym z drewnianą szablą rycerzykiemNazwali, mówiąc: „Dziecko wciąż, choć taki duży“.
Zostałem sam. I znikąd ręki przyjacielskiejI nigdzie mnie wspomoga nie pokrzepi bratnia.I zbywa mi dziś nawet tej duszy anielskiej,Co, też zwątpiwszy wkońcu, odeszła... ostatnia.
Trzeba zapomnieć, duszo, to, co byłoI co nie wróci. Bo inaczej bliznaWciąż krwawić będzie i wczesna siwiznaSkroń nam obieli, mimo młodych lat.
Co kwitnie — więdnie, umiera, co żyło:Starej mądrości tej uczą nas wszędzieDrzewa jesienne i kwiaty na grzędzie,A miłość właśnie to jest także kwiat.
Baśń się zaczęła dawno temu... dawno; —W jeden rytm serca zabiły bliźniacze,Razem się drogi dwie zeszły tułaczeI nową twarzą objawił się świat.
...Co kwitnie — więdnie zmianą nieustanną...Trzeba zapomnieć, duszo, to, co byłoI co nie wróci... — Stańmy nad mogiłą,Gdzie pogrzebiony jest uwiędły kwiat...
Melancholja i gorycz: niewesołe drużkiNiewesołego ślubu z Panią Beznadzieją...Cyprysy i płaczące brzozy, mogił stróżki,Nad rozkopanym grobem żałośnie się chwieją.
Kogo grzebać znów będą, na Boga? — Był młody,Czegoś pragnął — nieszczęsny — czegoś się spodziewał,Szukał po drogach czegoś, jak rozpacz osłody,I smutne swe nadzieje po gospodach śpiewał.
Był młody? Szukał czegoś i nie znalazł zgoła?Cyprysy, pożałujcie cmentarnym szelestem,Kiedy sosnową trumnę wyniosą z kościoła,Bo to może ja w trumnie tej zamknięty jestem.
Konie wy, czarne konie! I ty, czarny wozie!Dokądże to w triumfie mnie ludnym wieziecie?Dlaczego ktoś urąga w rozpaczy i grozie?Czy, żem tylu honorów dostąpił na świecie?
Czemu hymn triumfalny tak kruczo zawodzą?Czemu, zazdrośni chwaty mej, skrywają twarzeI czemu wszyscy wokół tak milcząco chodzą,Jak pogorzelcy bladzi po nocnym pożarze?
Konie wy, czarne konie! Więc tu kres pochodu?Idziecie już? Więc idźcie. Chętnie sam zostanę.A może baśń przypomnę, słyszaną zamłodu,O życiu, co nie było miedzą w śmierć worane.
Twarda ręka nadzieję wydarła nam jasną,Jak pochodnię z rąk, skarbu szukających nocą.I oto wszystkie słońca nam zbyt wcześnie gasną,A światła własne cieniów mroku nie ozłocą.
I nie wierzym już w skarbu tajnego zdybanie,I przeto nie szukamy już, smutni i chorzy...Bo kłamstwem się wydaje każde pobudzanieDo czekania na wzejście niegasnącej zorzy.
Wierzymy jeno jeszcze w kłamstwa, że na szaliCoś ważą, że nieprawdy nadzieja się ima.Nawet w prawdzie jest kłamstwo! — wołamy zgorzkniali, —W zimie nieprawdą lato, w lecie kłamstwem zima.
Nikt nie czeka już na nic. Wszyscy bardzo starzyPożegnali się z sobą westchnieniem żałosnem,Czekający zdarzenia, które się nie zdarzy:Na wschód naszego słońca i na naszą wiosnę.
Wierzymy jeno jeszcze, że nie mamy wiaryI że jej nie możemy mieć, bo już zbyt późno;Przeto jest smętnie cichy każdy cyprys stary,Który wie, że spodziewać się czegoś jest próżno,
Że nie znajdzie udziału w żadnym boskim darze,Że nie ziszczą się trudy żadnego szukania; —Nadzieję ma łopata jeno i grabarze,Nadzieję niewesołą: — nowego grzebania.
Błogosławiony bądź mi, który jeszcze czekasz!Pójdź bliżej, siądź na grobie i mów swe koleje,A może będziesz dla nas jak cudowny lekarz,Co słowem wskrzesza świętem umarłe nadzieje.
Czy widziałeś wschód słońca, czy lecznicze maki?Czyś znalazł czterolistną rzadkość koniczyny?Czy widziałeś na niebie jakie dobre znaki?Czyś nadzieję odszukał swą w włosach dziewczyny?
Bo powiedziałeś: „Czekam, czekam niecierpliwie!“Mów, mów, by zgoić serca, rozdarte na ćwierci,Które szczęście od siebie odpycha wzgardliwie — —— — „Pójdź, nauczę cię czekać cierpliwie swej śmierci“.
Straszno jest nam po nocy ciemnej, bez księżyca,Kiedy wiatr jeno śpiewa, coby śpiewać krukom...Snuje się wśród cmentarnych drzew śmierć‑osmętnica,I upiory się w gąszczach z jękiem wzdychań tłuką.
Zaczem zaszepce czasem cyprys jaki zcichaTrwożną i nieczekaną, bo wiadomą dawno,Skargę na bezdno straszne goryczy kielicha,Co sączy napój w wargi wciąż strugą ustawną.
Gwiżdże wiatr na gałęziach śpiewkę urągliwą,Chłoszcze czoła, zmiatana powiewem, szaruga, —A w krzach rozbłyska nagle jakieś szare dziwoI piosnkę nam szyderczą śpiewa, jak noc długa...
Będziem szczęśliwi! Pełne spichrzaSpokój nam zabezpieczą,Godzina szczęścia przenajcichszaZleczy, jak zioła leczą.Kiedy? Toć jedno, wielki Boże,Byle przewiązkę dać ranie:Co się za życia stać nie może,To się po śmierci stanie.
Zbędziem udręki i niepokojuCzekań... spodziewań... zawodów...Zwycięzcy wyjdziem z każdego boju,By z hucznych cieszyć się godów.Znajome będzie każde bezdroże,Ojczyste wszystkie przystanie:Co się za życia stać nie może,To się po śmierci stanie.
Śmiać się będziemy z daremnej złości,Chcącej cios w serce wymierzyć,Uwierzym w słodycz wiecznej miłościI w siebie zaczniemy wierzyć.Mękę serdeczną swą upokorzę,Radością obdarzysz mnie, Panie:Co się za życia stać nie może,To się po śmierci stanie.
Łagoda, sługa boży, mnich świętofranciszkański,Posyłam pozdrowienie dla braci chrześcijańskiej.Pisałem te niezgrabstwa w swej oddalonej celiNa większą chwałę Pańską i przy pomocy Pańskiej,Byście się zastanowić nad dusz swych sprawą chcieli,Do czego niech najświętsi pomogą wam Anieli.Amen.
Boże, wziąłbyś też w pieczę biednego Łagodę,Któremu w oczy każdy wiatr garść piasku ciska.Niewesoło przechromał lata swoje młode,Wertując chudą ręką uczone książczyskaI nigdy się nie śmieje, chyba kiedyś rymem,Bo zawsze mu skąpiłeś, jakbyś był ojczymem.
Zastanów się tam kiedyś dobrze z łaski Swojej,Gdy w noc bezsenną światów gnieść Cię będą zmory,Czyś nie był dla Łagody, jak Achil dla Troi,Zbyt siogi, niełaskawy i do gromów skory,A przyznasz w Swej niezmiernej dla wszystkich miłości,Żeś postąpił nieświetnie, skąpiąc mu radości.
Nie ty sądzić mnie będziesz, duszo trędowata,Nikczemna, jak żołądek, pieniądz i kalumnje!Okradaj przyjaciela, a oszukuj brata,Dziewczynę uwiedzioną nogą kopnij dumnieI — pyszny panie światów — z uśmiechem drwij dalejZ tych, co mimo sposobność cię nie oszukali.
Z wszelkim ci rzezimieszkiem koniec jest jednakiW pełni plugawej chuci, co cześć z czoła ścieraI bujnie uwolniony czupryną alpaki,Ssij miąższ życia nieczysty, jak sen kawalera,Pław się w kałużach bagnisk, w których tonie miasto,Spraw miłosnych i innych ciemny entuzjasto!
Upoiła cię pełnia życia, gdzie szulerkaNocą brata się z nożem, wytrychem i dziewką,A przedmiejskich zaułków modna bohaterkaGłosi się przy harmonji ręcznej sprośną śpiewką, —Upoiło cię życie trunkiem przepojone,Życie smutne, jak usta zębów pozbawione.
Nie ty sądzić mnie będziesz. Bom ciężki żywotaKrzyż dźwigał w krwawym pocie, by zawisnąć na nim.
Na męczennikam prawie wyrósł z Don Kichota,Wzgardziwszy trudem łatwym, niemęskim i tanim,Pojąwszy hieroglifów, jakoteż run znaki:Rabbi Chilel je głosił i Jezus niejaki.
My, cośmy zatracili przedwcześnie dar boskiŚmiania się z byle czego i na całe gardło,Zbyt prędko posiwieliśmy bez większej troski,A żałobę nosimy, choć nic nam nie zmarło.
Zazdrość nam, gdy myślimy o prostym śnie stróża,Który w noc kilkakrotnie musi wstać do bramyI znów pośpiesznie biegnie zziębnięte odnóżaZagrzać w łóżku‑marzeniu, którego nie znamy.
Na wiele przed północą jużeśmy strwoniliWszystek grosz przeznaczony na nocną hulankę,Nie przeczuwszy tej pełnej melancholji chwili,Gdy do dna wypróżnioną zobaczymy szklankę.
Nic już więc nas nie czeka, nic nie uraduje,Jesteśmy niemi, głusi, oślepli i chromi —I poniewczasie każdy z nas gorzko żałuje,Że nie postąpił według zasad ekonomji.
Z pobladłych waszych twarzy i z przygasłych oczu,Spowitych w ironiczny blask złotawo‑rudy,Widzę jasno, jak w wody przejrzystem przeźroczu,Mistrzynię waszą groźną: zniechęcenie nudy.
Chłodzi wam ona piekło, przybliża niebiosaNa długość palca, wszystko niedosięgłe — dymemOsnuwa palonego w ciszy papierosa,Iż trud się nie opłaci, by chcieć być olbrzymem.
Przyklęknąć zbożnie w hołdzie nie chce się kolanu —Chyba przy jakiej strojnej jedwabiami damie,Z którą można się łudzić w cieniu parawanuPrzez jeden krótki wieczór, że się dziś nie kłamie.
I znowu czekać trzeba — Pan Bóg wie, jak długo, —Na piastunkę, co przyjdzie oczy na sen skleić,I zemrze się z chwalebną lenistwa zasługą,Że nie chciało się nawet życia wykoleić.
Taka to i śmierć będzie, jakie życie było:Do połowy mazgajska — głupia do połowy,Maruderka płaksiwa, dotknięta bezsiłą,Podziwiająca z lękiem gest renesansowy.
Taka śmierć w gnuśnem łożu wygodnego puchu,Przy świątobliwej zgrai litanjach i szlochu,Pośród ciężkiego gromnic i lekarstw zaduchuUwieńczy marne życie marnego motłochu.
O takiej śmierci powie nie wieść; zwykła plotka;A nie żal, lecz gadulstwo będzie za zwiastuna.A w pochodzie odniosą żebrak i dewotkaBalsamowane ścierwo głupca i kołtuna.
Jestem nieskończonością, jednostką i zerem,Mam duszę nieśmiertelną, ciało i — brak woli.Jeden zwie mię poetą, drugi kawalerem,Polakiem galicyjskim nazwano mnie w Poli,W tramwaju lub wagonie jestem pasażerem...
Poborowym mnie nazwał kapral przy poborze,Słuchaczem filozofji jestem na wszechnicy,Gdy u dentysty usta naoścież otworzę,Jestem pacjentem, ceprem w zagrodzie Galicy,Och, czemże ja nie jestem wszystkiem, mocny Boże!
Licznych swoich tytułów nawet nie wymienię,Boć wszak wszystkich wyliczać nie można i nie trza.Lecz niech z jednego zna mnie przyszłe pokolenie,Że byłem inspektorem świeżego powietrza,Bo ten tytuł najbardziej szacuję i cenię.
Szczęście ci obiecałem niegdyś, szczęście złote,A jeno czekającą zbudziłem tęsknotę.
Zawiodłem cię na skraje lasu jaśniejące,By słońce ci pokazać — i już zaszło słońce.
Na dnie skrzyni dla ciebie słodki owoc skryłem,Cóżem winien, że zepsuł się, nim go dobyłem?
Przyrzekłem ci na wiosnę nanieść róż bezliku,Com winien, żem je znalazł — zwiędłe — w październiku?
Com winien, że przyjęłaś dopiero ofiaręMego serca, gdy serce już oschłe i stare?
Nie zobaczy mnie miasto, z pobladłem obliczemZniechęconego bruków zdeptanych szlifierza,Co z miną uroczystą nie myśli o niczemI — wieczny sceptyk — sobie nawet nie dowierza.
Nie ujrzą mnie misterni mistrze sofisterjiI jałowych dociekań wymyślni kuglarze,Z nieśmiertelnej dowcipnych odkrywców galerji,Ucieszni, jak pajace w zabawek bazarze.
Żaden pan o wytwornych ruchach arlekinaNie będzie mi wykładał uczenie i dwornie,Że miłość grą się kończy i grą się zaczynaI że w tem sens, by życie odegrać wytwornie.
Nikt z rzewną melancholją wzdychać mi nie będzie,Żałując, że minęło ośmnaste stulecie,Nie będę płaskich bagien napotykać wszędzie,Gdzie jałowość i zawiść drogi ryje krecie.
Jakże będę szczęśliwy, jakże duszą świeżyW zapadłej wsi, gdzie dla was zaginę bez śladów,Rutynowani ciasnych półmyśli żonglerzy,Piewcy pustki swej własnej i bliskich sąsiadów!
Wy, którzy wiecie o mnie i o mej tęsknocie,Którzy jednakich pragnień jesteście rycerze,Pójdźcie: ja dziś wam wszystko, co w duszy mam, zwierzę.Zajmijcie tę altanę w bluszczowym oplocieI o treści swej mówić będziem: o prostocie.
Szukaliśmy tak długo niezmiernie, że prawieJuż wiara odbieżała nas z siostrą nadzieją.Niejeden już zapłakał i zdarzeń kolejąZaklął, nie chcąc już mówić o straconej sprawie,A czyjś wzrok na konarach drzew spoczął i trawie.
I słodko liście szeptać mu jęły z wieczora,Że szczęście w ziemi kwitnie, śpiewa i szeleściBogatą piosnkę życia i tajemne wieściO tem, czem jest modlitwa, zachwyt i pokora,Rozkwit, przebujna pełnia, zachód i śmierć skora.
Krzyż w ręce mu włożyli i zamknęli oczy,Więc umarł niewątpliwie. Westchnąłeś: tak młodo!Ej, Łagodo, młodzieńca śmierć z starcem jednoczy,Humorystyczny jesteś z swym smutkiem, Łagodo.
I ty umrzesz. I w trumnie po raz pierwszy możePowstrzymasz się od drwinek z głupia ironicznychNa widok księży z miną stępiałą w pokorzeI na widok obszernych ich szat liturgicznych.
Będziesz poważny, pełen czestnej stateczności,Jak pan młody, idący do ślubu z drużkami...I tak zaczniesz przechadzkę do progów wieczności,Gdzie święci z otwartemi przyjmą‑ć ramionami.
Dusza twa nieśmiertelna (czas dać spokój żartom),Dotąd taka ułomna, nędzna i uboga,Ustroi się w wieczności szatę niewytartą,W boskość beztroską, niby w kożuch Pana Boga...
Powalony bezwładem na szpitalne łoże,Młody, wierny towarzysz rycerskiego znaku,W którego nienagannie walczyłem kolorze,Pozdrawiam cię, w wolności szybujący ptaku!
Dali nadzieję wczoraj, że żyć jeszcze będę...Siostra Marta się do mnie uśmiechnęła zdalaI, przysiadłszy na łóżku, zaczęła gawędęO tych, którzy wychodzą zdrowi ze szpitala.
Dłoń mą chudą w swej ręce trzymała ostrożnie,Przysunęła mi bliżej przyniesione kwiatyI o szczęściu istnienia mówiła pobożnie,Blady mi skrawek nieba wskazując z za kraty.
I pytałem jej potem, czyli już porosłyPalmowe kotki bazi na iwach srebrzyście,Czy już się maszt topoli zieleni wyniosły,Czy już trawa przegląda przez zbutwiałe liście?
Podała mi pierwiosnek, który rozkwitł z brzaskiemWiosny i, precz odchodząc, spozierała ku mnie.Zasnąłem tak z tym kwiatem, jak z świętym obrazkiemI leżałem spokojnie, jak leżący w trumnie.
Zaorałem łan prawy, lewy jeszcze czeka,Czupryną zwiędłej trawy zeszłorocznej rudy.Czekaj, lanie, jak na grosz jałmużny kaleka,I wiedz, co to czekanie daremne człowieka,Ckliwe od głuchej ciszy i bezradnej nudy.
Pan czekał lat trzydzieści trzy na swą Golgotę,Aż przyszła z octem, żółcią i berłem trzcinowem.Czekaj ty, łanie, sobie też na ziarna złote,Byś wiedział, co to karmić bezkrwistą tęsknotę,Jak pstrągi hodowane przed głównym połowem.
Hej, lecz ty wiesz, że przyjdę ja wreszcie z lemieszem,Z sakwą ziarna u bioder i szczodrą prawicą!A czem się ja w czekaniu tęskliwem pocieszę,Jakiej się ja nadziei u szyi uwieszę,Do piersi współczującej przytuliwszy lico?...
Wyszedłem przed chałupę, bo coś mnie wygnałoZ pośród dusznych ścian czterech bielonej komnaty,Gdziem zmłócił docna myśli złych plon niebogatyI gdzie się me czekanie z pustką pobratało.
Wyszedłem, jakbym ujrzeć miał cud niespodziany,Lub słuchać zwiastowania nowiny radosnej;Ujrzałem dobrze znany pień spróchniałej sosny,Śnieg w wądole tający i plot rozechwiany.
Niepewny, desperacko‑m przystanął u przyzby,Rozejrzałem się chmurnie po obejściu całem:Nigdzie mnie nikt nie czekał, nigdzie pójść nie miałem,Przetom z głową zwieszoną znów wrócił do izby.
Chciałbym być dziś nad morzem, na wytwornej plaży,Gdzie spotkać można lordów, markizów, hrabiny,Wogóle wiele nowych i nieznanych twarzyI cudzoziemskiej wokół słuchać paplaniny.
Siąść na ławce przy jakiejś zamorskiej osobie,Patrzeć na egzotyczne agawy i pinjeI by też egzotycznem czemś wydać się sobie,Odmawiać Pater Noster choćby — po łacinie.
Pójść na obiad, nie wiedząc, jak się co nazywaI zjeść wpierw leguminę i resztę odwrotnie,Zaśmiać się z swej pomyłki, wypić szklankę piwaI o nic się nie troszcząc, znów w marsz iść ochotnie,
Nie znać żadnej ulicy, widzieć niewidziane,Czytać na szyldach sklepów cudaczne nazwiska — —Och, jakbym chciał! — Bo zbrzydło mi tu wszystko znane,Te ciągłe pola, słoty, krowy i pastwiska.
Na nic zresztą porywy! Bo dla braku środkówIluzoryczne muszą być wszelkie pomysły.Nie mam do zastawiania w drodze złotych podków,Do zaścianka post wrażeń ograniczę ścisły.
Fantazjo, milcz i nie kuś włóczęgowską zwrotką!Tu, orliczko, masz klatkę z mocnemi prętami,Byś się nie rozbujała po przestworzach słodko,Bo pono, latawico, bratasz się z wichrami...
Rudo‑zielona rola wyjrzała z pod śniegu,Jak z pod pian wyzierają dna straconych barek.Obrzydłe wrony kraczą w bezcelowym biegu,Zadyszał się w miłosnej pogoni owczarek.
Pochmurno jest i ciepło. Chora, wczesna wiosnaZ trudem wydziera ziemi pierwszych traw zielenie.We wzgardę popadł kożuch i wytrwała sosna,Bo liście będą wkrótce i letnie odzienie.
A potem będzie słońce... Słońce, słońce będzie!...— Śmiejecie się z wyższością, stateczni mądrale,Którym o wiośnie mówi jarzyna na grzędzie,A o miłości krwawe indycze korale...
Precz! Myślę o czem innem: ...powrócą bociany,Jaskółki, inne ptactwo i słowiki wkońcu...Oracz, pług, jarzma twarde i wół spracowanyOdpoczywają słodko w południowem słońcu.
Lecz słońce będzie później... Poprzedzą je deszcze,A ty, bezsenna niańko nudy i tęsknoty,Przedtem mi kołysanki swe pośpiewasz jeszcze,Rozpaczna melancholjo zakopiańskiej słoty.
Sposępniały mi myśli, jak żałobne kruki,A wiatr cmentarny twarz mą tchem grobowym muska.Potrzeba mi mądrości twej pogodnej sztukiI śmiechu ust twych cennych, jak waza etruska.
Widzę cię wśród cyprysów włoskiego dziedzińca,Wśród kolumn marmurowych i pośród róż wielu,Kędym w ślad stóp twych chadzał, dziki barbarzyńca,Kiedyś mnie słońce uczył czcić, nauczycielu.
Dni te są mi pamiętne, jak kochanka wierna,Kiedyśmy po raz pierwszy, pobożni prostacy,Adrjatyk zobaczyli i flaszkę Falerna,Złotego trunku, który pił boski Horacy.
A potem z myślą lotną, ukąpaną w winie,Lekcy, jak uskrzydleni, szliśmy... czy pamiętasz?Żegnać słońca czerwony blask na Palatynie,Lub na ewangelicki, shelleyowski cmentarz...
Jesteśmy niepowrotni. Kędyż nasza dusza,Czcicielka fiesolańskich róż w zachodnim żarze,Entuzjastka pałacu Marka AureljuszaI przyjaciółka tkliwa dziadka na Tragarze?
Umarłaż? Nie dotrwałaż przy mnie do ostatka?Dziś jest insza, znająca, co są niepokoje...Jakże pogodna była osiemnastolatka,Jak ciemna ta, co liczy lat dwadzieścia troje!
Dzień był dziś dobry, biały i skromny, jak mniszka:Nic oczu zbyt nie cieszy, lecz nic ich nie łzawi;Wszyscy byli dla siebie ludzcy i łaskawi,Jakby w świat tchnięto duszę świętego Franciszka.
Dozorca nie przyganiał robotników pracy,A oni przeciw niemu złych czynów nie knuli; —Choć pot trudu zbyt suto nie zlał im koszuli,Pan im wieczorem zwykłej nie odmówi płacy.
Folgowano dziś koniom, wiozącym ciężary,Spocznienie im dawając, nie smagano biczem.I nikt dziś nie złorzeczył z surowem obliczem,Że chce jałmużny żebrak zupełnie nie stary.
Nadszedł wieczór i ludzie błogo uśmiechnieniZeszli się w grzeczne stado, jak gromada owiec...A patrząc na to z nieba dobry Brat JałowiecRadował się, że wszyscy będziemy zbawieni.
Kiedy pomrzemy wreszcie, łotry i anioły,Zamknąwszy ślepo oczy błękitne i czarne,Kiedy nas pożegnają podzwonnem kościoły,A przywitają szeptem aleje cmentarne,
Nienagrodzone cnoty i zbrodnie bezkarneZapomni się, gdy w jedno pośmiertne popioły,Ostatnie naszych kroków żywych ślady marne,Zsypie się, by zapełnić rozkopane doły.
Zapomni się, kto zgarnął srebrników trzydzieści,Kto zbawcę poił gąbki żółciowej gorycząI kto rany dotykał wpierw, zanim uwierzył.
Pójdą w świat pozbawione bohaterów wieści,Jak o zwycięstwie, w którem wszyscy sobie licząRówny udział, nie wiedząc, kto pierwszy uderzył.
Jezusiku Chrystusiku,Mały Panie Boże,Stoisz goły, bez koszuli,Na zimnie, na dworze.
O, tak stać na zimnie, deszczu,Kiedy brudna słotaWali w oczka Ci i w piersi,Pewnie‑ć nie ochota.
Ale kiedy ociec kazał,Nie trza się przeciwić!Ociec‑gazda wszystko‑ć daje,Byś się mógł wyżywić.
Ale smutno Ci być musiZdala od rodzinyStać samotnie, na odludziu,W tym krzaku maliny...
Mały Jezu, czy Ty kiedyJadłeś te maliny,Co naokół Ciebie rosną?To własność wójciny...
— — Cóż Ty stoisz, ino słuchasz,A nie piśniesz słowa?Czyś Ty zawsze tak milczący?Możeś Ty niemowa?
Hej, malutki! A czy widziszBiały sad sąsiada?Tam codziennie Franek z JózkiemPo jabłka się skrada...
Panie Jezu, przyjdę wieczór,Ciemność będzie sprzyjać;Pójdziem razem do sąsiada,Będziem jabłka zbijać...
Potem w krzak się ukryjemy,Ja na pół podzielę;Nikt ubytku nie spostrzeże...Jabłek jest zbyt wiele.
No, czy pójdziesz? Milczysz jeszcze...Nie bój‑że się zgoła!Nie zobaczą, gdy nie zdradziszKtóremu ze sioła.
Jakiś smutek w twoich oczachDziwny się maluje...Ja ci mówię, że kto pójdzie,Ten nie pożałuje!
Myślisz, żeby mógł on na nasZasadzką nastawić?Boisz się! O... już nie przyjdą...Nie umiesz się bawić!...
Bądź pochwalona w żłobie złożona Dziecino!Twój strażnik — Józef święty, Twoja Matka — Panna,Aniołków pulchnych stadko nad Twoją głowinąI wnukiem ucieszona babka, święta Anna!
Wiem całkiem niewątpliwie, mały, co Cię czeka,Na jakie straszne wiry, na jakie odmętyPorwą Cię fale życia, najsłodszego Człeka,Bom pilnie przestudjował oba Testamenty.
Wiem, że za wodzem‑gwiazdą po roku pochodu,W barwnym, pysznym orszaku swych przybocznych drużyn,Przyjdą złożyć Ci pokłon Magowie ze Wschodu:Dwaj Króle pięknie biali i trzeci — Król‑murzyn.
Bardzo drogie podarki przyniosą ze sobą,Lecz Cię nie uradują ich cenne puzderkaTyle, co król Etjopa swą śmieszną osobąI jego dar naiwny: ułomek lusterka.
Król ziemi, owinięty starannie w pieluszki,Błogosławieństwem boską swą zaznaczysz władzę, —A gdy Cię czarny kornie pocałuje w nóżki,Z uśmiechem zetrzesz z stopek swych murzyńską sadzę.
Jak innym biednym dzieciom, lata Ci upłynąSłodko pośród grzechotek, w przestrzeni zamkniętejWarsztatu ojcowego, pod pieczą matczyną,Chroniącą Twej młodości pierwszej pączek święty.
Zwolna wstępować poczniesz na szczebel ze szczeblaI, wszystkich synów cieśli protoplasta czysty,Niezręcznie zaczniesz imać się dłuta i heblaI marzyć o rzemiośle dzielnem legjonisty.
Niekiedy, zaskoczony już myśli zaraniem,W próżnię spojrzenie wbijesz, smętnie siedząc w kącie,I matkę jakiemś chmurnem zastraszysz pytaniem,Jak dzieci, co nie wiedzą nic o horyzoncie.
A będą to pytania nie — ot, po próżnicy,Jak: ile jest na świecie gwiazd, ptaków lub sosen.Bo wkrótce wejdziesz w dyskurs z starszyzną bożnicy,Chociaż dwunastu jeszcze nie będziesz miał wiosen.
...Wspomnisz siebie... i garnąć będziesz drobne dzieciI dalej, coraz dalej, przez bóle i smęty,Aż zaczniesz swój ostatni rok trzydziesty trzeci...Wiem, bo przestudjowalem oba Testamenty.
Lecz tu już zbyt ponura powieść się potoczyI na samo wspomnienie serce w piersi mdleje.Przebacz, że na Twej męki widok zamknę oczy,Jak oczy na swe przyszłe zamykam koleje...
Jako ten błędny, jesienny liść,Jest smutny los człowieka:Nie wie skąd przyszedł, gdzie ma iśćI nie wie, co go czeka.
Ta noc powie mi więcej, niż mi powiedziałyWszystkie dni mego życia strawionego w trudzie,I odtąd będzie bratem moim wszechświat cały,Gdy już się braćmi mymi przestaną zwać ludzie.
Pójdę, skąd się nie wraca. Dziś. Wiem: dziś przed świtem.Ktoś dobry, miłosierny spełniając uczynek,Zamknie mi zgasłe oczy i, westchnąwszy przytem,Pocznie odmawiać zcicha „wieczny odpoczynek“.
Milczcie: wiem i nie płaczę, choć twarz mam tak białą.Znam prawdę, jakbym w przyszłość utkwił wzrok proroczy:Słońce się dziś tak ze mną serdecznie żegnało,Jak z tymi, co na wieki mają zamknąć oczy.
Comments
Loading comments…