Apokryf
Abgar z Edessy król Mezopotamji,Śle pozdrowienie dla Galilejczyka,A list ten pisząc, oblewa go łzamiI do Judei śle przez powiernika,Który go w chustę jedwabną uwinieI niósł na sercu będzie, iż nie zginie.............
— Przyszła tu do nas powieść, że w JudeiWielki się lekarz objawił wśród ludu.Więc drżący jestem i pełen nadziei,I czekający oto jestem cudu,Bowiem ta powieść tajemna a błogaMówi, żeś ty jest syn mocnego Boga.
Lecz ja, król choć-em, w nędzy wielkiej żyję,A drwal, co w topór grzmi w cedrowym lesie,Abo kamieniarz, co w głaz młotem bije,Lub najuboższy żebrak w mej Edessie,
Szczęśliwszy dzień ma, niż ja, i noc cichszą,Kiedy mnie jęki i bóle rozwichrzą.
Czarnym-ci ja jest, spalony od słońca,Lecz mnie osypał trąd biały, jak rosy,Kiedy po wzgórzach od końca do końcaPerły rozsują poranne niebiosy.Czarnym-ci ja jest, spalony od słońca,Lecz miłosiernie mojego przyjm gońca!
Trzeci raz pełnia w dolinach się bieli,Trzeci raz księżyc sierp na górach kładzie,Jak, powalony na mojej pościeli,Rządów nie sprawiam, nie siadam w mej radzie;Trzeci raz księżyc patrzy na mnie cichy,Gdy się w purpurze wiję, robak lichy.
Dworzany moje, chociaż się przybliżą,Z oczu im widzę, że truchleją z trwogi...I tylko moje legawce mi liżąZeskorupiałe oblicze i nogi.Nawet kochanie moje mnie unika...Więc ślę do ciebie mojego wiernika!
I tu, w Edessie, mędrce w górach siedząI gwiazdy mierzą od nocy do nocy,Lecz na mą nędzę ratunku nie wiedzą,Dużo mądrości w nich, a mało mocy.O tobie idzie wieść, żeś prosty, cichy,A siłę wielką masz, bo nie masz pychy.
Ktoby więc dał mi, iżbym na tym brzeguMógł cię oglądać oczyma własnemi,A iżbyś z trądu obmiótł mnie, jak z śnieguWiosenny podmuch omiata łan ziemi!Iżbyś mi słońcem był, co suszy rosy...Choć — mówią — chodzisz ubogi i bosy.
I ktoby dał mi, bym powstać mógł z łożaI dać się ponieść mym sługom do ciebie...Bo się tak czuję, jak gdybyś skróś morzaChodzić mógł, z toni ratując w potrzebie,I tak cię czuję, jak gdybyś z powiciaŚmiertelnej chusty — mógł wskrzesić do życia!
Więc pełen wiary jestem i otuchyI łez, co w sobie nie mają goryczy...I jakieś jasne bieleją mi duchy,Gdy w noc bezsenną kość w bólach mi krzyczy...I wiem, że ty masz ręce mocne, czyste,Że się zlitujesz, że zleczysz mnie, Chryste!
Cokolwiek rzekniesz, rad wszystko uczynię.I gdybyś żądał najmilszej mi głowyI gdybyś kazał iść w martwą pustynięI gdybyś pragnął królestwa połowy —Dam. A dłużnikiem zostanę do końca...Król trądem biały, a czarny od słońca.
Ale iż mówią, że matka twa przędzieWełnę, by żyła z niespania i pracy,Że ani kopiesz, ni siewasz na grzędzie,I gniazda nie masz, choć mają je ptacy,I nie masz, gdziebyś przykłonił swej głowy,Choć liszka norę ma i zwierz borowy...
Przeto się w myślach i gubię i ważę,Czemby się z tobą podzielić, jak z bratem...I moim pięciu wielbłądom nieść każęJuki z bisiorem i juki z bławatem,A zaś każdemu przydawam do garbuCedrową skrzynkę i nieco w niej skarbu.
Więc ci się moje uniżą wielbłądy,Dań ci niosące ze złota i srebra...
A ty mnie ratuj i zmyj ze mnie trądyI zawrzyj rany, co toczą mi żebra!Co wiem, iż zrobisz nie darom mym gwoli,Lecz iż cię ludzki ból, jak własny, boli...
A oto błagam, byś piórko wziął w ręceZ onych skowronków, co lecą w lazury,Zgubione w słońcu i w swojej piosence,A słówko skreślił niem i dosłał w góry,Iżbym twe pismo na serce przyłożyłI mocą twoją dyszał i tak — ożył.
A teraz list ten mój oblewam łzami,Co z oczu lecą, jak deszcze rzęsiste,Abgar z Edessy, król Mezopotamji,I z duszą moją do ciebie ślę, Chryste!I pozdrowienie świętemu JudeiDawam — i cudu czekam — drżąc z nadziei!
Comments
Loading comments…