Chrystus i dzieci

Siadł w szczerem polu Chrystus Pan,A przy nim orszak bosy:Dziateczki, co na zżęty łanSzły z miasta zbierać kłosy.

Cisną się usta do nóg MuDrobniuchnej tej czeladzi,A Chrystus spuścił jasną dłoń,I główki dziatwy gładzi.

— Rośnijcie — rzecze — ojcom swymI matkom na pociechę...I jako słońce chaty swej,Wyzłoćcie niską strzechę! —

A co pogładzi jasny włos,To gwiazdy mu dokołaSypią się, nakształt złotych ros,Na pochylone czoła.

Lecz wpośród dzieci była tamSierotka jedna mała,I słysząc to, co Chrystus rzekł,W te słowa się ozwała:

— A ja nie będę, Panie, rość,Bo na co to i komu?Ojca, ni matki nie mam już,A także nie mam domu. —

Lecz Chrystus rzekł: — Zaprawdę wamPowiadam, moje dziatki:Nie jest sierotą żadne z was,Choć nie ma ojca, matki.

Bo ojcem mu jest niebios Pan,A matką ziemia miła,Co go zbożami swoich pól,Jak mlekiem wykarmiła.

A domem mu jest cały światBez granic i bez końca,Gdzie tylko sięgnie jego myśl,Jak złota strzała słońca.

A polne kwiaty — te są muSiostry i bracia mili,A przyjacielem jest mu ptak,Co na gałązce kwili...

A towarzyszem jest mu zdrój,Co idzie aż do morza,A przewodnikiem w domu tymTa jasna, młoda zorza.

Dla nich wam w siły, w cnotę rość,Dla nich być chlubą trzeba,Bo każdy z was tu synem jestTej ziemi — tego nieba!

Comments

Loading comments…