Dwie wiosny (Konopnicka, 1915)

W starej arkadzie, pod zczerniałą bramą,Lekko draśnięte skośnym błyskiem słońca,Głębokie cienie nagle się rzucały,Jak noc, zraniona ostrzem złotej strzały.Na tem flamadzkiem tle, objęta ramąGrubych występów muru i akantów,Niby obrazek godny dyletantów,Stała dzieweczka drobna, złotowłosa,Kształtów znikomych, wybladła i drżąca,Nędznym łachmanem odziana i bosa.

Dziecko to jeszcze było wiekiem; przecieW jej zadumanej, zmąconej źrenicyI w ustach bladych, które bez uśmiechuLekko otwarte drgały, w osłupieniu,Z jakiem się naprzód pochyliła cała,Znać było, że już nie ma na tym świecieDla tego dziecka żadnej tajemnicy...Że zna pokusy i nędzy i grzechuI odrętwienie ciemnoty i winy,Głodu i chłodu posępne godzinyI łzy i krzywdy i płomień ponury,Co plami czoła i przegryza ciała,

I czarne piętna wypala w sumieniu...Że zna już błoto, w którem dusza biała,Nie mogąc skrzydeł rozwinąć do góry,Z dawna już szaty swoje pokalała...I nie jest prostą już, ani dziecinną,Ale zdeptaną, zabitą — i winną.

A przed nią w wielkim koszu, wśród zieleni,Wiosenny towar, pełen barw i rosy:Blade narcyzy, stokrocie puszyste,Ogromne bratki, w fioletach całe,Dzwoneczki modre, jak jasne niebiosy,Róże, szkarłatne jedne, drugie białe,Konwalje smukłe, wonne i śnieżyste,I tulipanów kielichy z płomieni...

Kwiaty te, ledwo wyniknęły z ziemi,Znalazły światła i ciepła dostatekI napój rosy, ożywczy, perłowy,I w górę jasne podnosiły głowyWśród blasków słońca, wschodzących nad niemi...A tak ich strzegły ogrody i lasy,Że pory swojej i barw cudnych krasyZwinięty w pączku doszedł każdy kwiatek.

Ale dzieweczkę tę, co stoi biała,Nędza zrodziła i nędza chowała,Ulica była jej szorstką mistrzynią...Życie bezwstydne jest wobec nędzarzy!Bez łun rumieńca, bez osłon na twarzy,W swem obnażeniu i w ranach swych stoiU pierwszych wrażeń przejrzystych podwoiTak bezpośrednio, jaskrawie i blizko,Że dziecko, co się rozstało z kołyską,Wie już, co starcy znieprawieni czynią,I po imieniu zwać złe się nie boi,

I świat dla niego nie jest już świątynią,Ni serce ludzkie najczystszym z ołtarzy...

Myślicielowi, co w ranek majowySzedł tam, milczący, samotny, surowy,Ważąc łez ciężar, co ziemię przyciska,Te dwa tak różne, zbliżone zjawiska,Te dwa odrębne, a pokrewne światy,Dziecko to zwiędłe i świeże te kwiatyDawały widok smętny i żałosny...Spojrzał z boleścią — i szepnął:»Dwie wiosny!«

Comments

Loading comments…