Głód (Konopnicka, 1915)

Nie w purpurze, jak pożary,Co zdobywczą idą klęską,W rozpuszczonych na wiatr szatach,W dymów stalowej przyłbicy,I ogniste swe sztandary,Całe w róż płomiennych kwiatach,Pod obłoki górne niosą —I siadają, jak motyleGorejące, na wieżycyI w dzwon biją pieśń zwycięskąI jednoczą w dzikiej sileCoś z rumaka stepowego,Gdy się zerwie z uździenicy,I coś z nagłej błyskawicy,Gdy z gromowej padnie chmury...Nie w żelazie, jako wojna,Co z odkrytą piersią męską,W łunach cała, w ręku z kosą,Bohaterska i dostojna,Grzmi pobudką na armatachW takty serca młodzieńczego...Płomiennym się orłem zrywa,Śmierć bystremi siejąc pióry,I jak meteor, przelataPonad okręgami świataI okropność nawet swoją,

Szeleszczącą sławy zbroją,I błyskami swej purpuryPrzed oczyma nam zakrywa...Nie jak mór, w bólach wybladły,Co tragicznym swym oddechemZieje, nie patrząc, na kogo,I straszliwie prostą drogąZ beznamiętnym mknie pośpiechem,Śmiertelnemi prześcieradłyOwijając nam stolice...Co skrzydłami nietoperzaW marmurowy gmach uderza,Rozsypując go w kostnice...Co za sobą zgła swe wleczeI mogilnym tchnie powiewem,Depcąc nagie, drżące serca...Co napada, jak morderca,I obraca w piersiach miecze,Pełne jadu, pełne trądu,I goreje, jak pochodnia,Zażegnięta Bożym gniewem,I za pierś chwyta przechodniaBez wyroku i bez sądu...Ale nędzny, szpetny, siny,Owinięty w mgieł łachmany,Chyłkiem pełznąc poprzez poleNajuboższej gdzieś krainy,Kędy bladzi wyrobnicyNoszą od dnia urodzeniaAż do ostatniego tchnieniaKainowy znak: »niedola« —Z dawna już przepowiadanyPrzeczuć ludu smętnem echem,Łez strumieniem długich deszczy,

Gradem, co jak prorok wieszczy,Srebrne klątwy ciska z niebaGłuchym gromem nawałnicyI pochodem zbrojnym wód,Głosem matek przeklinany,Własnym trawiąc się oddechem,Idzie bez kawałka chlebaGłód!

Wygaszoną z łez źrenicąBlaskom słońca naigrawaI odsłania swą prawicąWszystkie nędze, wszystkie ranyI szept pokus rzuca w ciszę...I oskarża ziemię całą,Że dla żywych jest za małą,I odsłania nam naturę,Jak mściwego ludom wroga,Co wypełnia krwawe prawaBez litości i bez Boga...I wyroki swe ponureTysiącami grobów pisze...Błędy, zbrodnie i wybuchy,Straty żywych sił narodu,Spadające w otchłań duchy,Noszą czarny napis: »Z głodu!«Myśl się przed nim cofa drżąca...Oto idzie rozłakniony,Depcąc pola i zagonyPod oczyma gwiazd i słońca...Gdyby jego mdłe wnętrznościPłodne były, bez litościSzarpałby swój własny płód...Już wyciąga dłoń swą siną...Biada! biada ci, kraino!Głód!

Comments

Loading comments…