Galileusz
Czy śpi?
CÓRKA. Śpi jeszcze...
CASTELLI. I co też śnić może,W ostatnich chwilach tej ostatniej nocyBlady ten starzec!...
CÓRKA. Zbliż się! ja ci powiem...Śni, że Bóg wielki nie ma już w przestworzeBłękitnym tronu wieczystej wszechmocy...Że złe potęgi gorącym ołowiemZalały usta wszelkie, które mogąObwieście prawdę... że myśl, która świataKrąg oblatuje, jak oddech ludzkości,Zdławiły pięścią — i zdeptały nogąPrzeraźliwego, czerwonego kata...Że duch już nie ma praw, ani wolności...To on śni! to z nim śni dzisiaj Rzym cały,Świat cały!...
CASTELLI. Pani! boleść cię zwycięża.Wiekuistości jasne ideałyNie giną marnie z upadkiem szermierza;Rzeczą niegodną jest wielkiego męża,Jeśli los prawdy swym losem wymiera.Po nad poziomem nędz i walk tej ziemiJest przystań ciszy i światła dla ducha;Wieki, bijące skrzydłami orlemi,Zerwą się kiedyś z niewoli łańcucha —I pić polecą ze zdroju żywego...Człowiek upada — lecz prawda jest wieczna.
CÓRKA.Wieczna... dla wiecznych... Ach! i cóż mi z tego,Że gdzieś, za sferą naszego istnienia,Za szeregami posępnych stuleciJest jakaś prawda bezwzględna, milcząca,W wielkości swojej i sile bezpieczna,Która spogląda bez łez i bez drżenia,Jak ludzkość w otchłań gorejącą leci —Nie mogąc dojrzeć świtu — ani słońca...I cóż mi z tego?... Ja cierpię dziś właśnie;Ja dzisiaj wątpię, dziś konam z boleści...Jeśli jest prawda, niech grom ją obwieści,Lub niechaj słońce na wieki zagaśnie.
(z rozpaczą)To jest mój ojciec! Ja go chcę mieć żywym!Kocham go! Słyszysz?...
(słabnąc) O! bądź litościwym!...Powiedz mi, wierzysz?... O patrz! jak te białeWłosy rozwiewa poranek, zbudzonyNad chłodnym Tybrem...
CASTELLI. Czoła tego chwałyOgłoszą kiedyś wieki — i miljonyDuchów — i prawda zostanie uznaną!
CÓRKA.Ciszej!... ach ciszej!... Budzi się...
GALILEUSZ.(we śnie)...GiordanoBruno...
CÓRKA Ach ojcze! ojcze!... co za słowa...Co za sen straszny!...
CASTELLI. On śni, że jest wielki!
CÓRKA.(dotyka jego ramienia)Ach ojcze! zbudź się!...
CASTELLI. On śni, że jest dzielny!
CÓRKACicho, na Boga! Nie masz ty kropelki Ludzkiej krwi w żyłach?...
CASTELLI. Śni, że nieśmiertelny! (chwila uroczystego milczenia; — Galileusz budzi się)GALILEUSZ.Ha! świt... świt krwawy! O brzasku boleści!
Dzień hańby wschodzi... to słońce obwieściCałemu światu mą słabość — i zdradę...
CASTELLI.(zbliża się do teleskopu)Już Medycejskie gwiazdy gasną bladeI tylko Wenus jak djament goreje...
GALILEUSZ.Roma! straszliwie dziś nad tobą dnieje!O słońce! nie wschodź ty dzisiaj z chaosu!Bo się zawstydzisz, jeśli będziesz bledszeOd czerwonego, jak krew ludzka, stosu,Co wolne duchy rozwiewa w powietrze...Zagaście blaski wasze, srebrne globy!Niechaj na ziemię tę, pełną żałoby,Nie pada światło wieczystych pochodni!O! nie patrz na mnie złotemi oczami,Poranna gwiazdo, bo wzrok twój się splamiOd hańby czoła mego — i od zbrodni,Którą dziś spełnić mam na własnej sławie...
CÓRKA.(łkając)Ojcze mój!... ojcze!...
GALILEUSZ. Po toż życie całeWalczyłem, z piersią odkrytą na ciosy,Bym dzisiaj, hańbiąc siwe moje włosy,Szedł, jak pokutnik szaty wdziawszy białe,Odprzysiądz prawdę na kacerskiej ławie?...
Nie! nie!... ja nigdy nie znajdę dość siły,By to uczynić!... Ha! tożby na głowęOdstępcy spadły iskry piorunowe,Skrzesane w biegu przez potężne bryłyLecących światów... Jakto? w jednej chwiliŻycie się moje całe w cień przesili —I w mrok niesławy zapadnie blednące,Jak przygaszone w dzień zaćmienia słońce...I nic mi odtąd, nic... nic nie zostanie?
CÓRKA.Ach! czyż to tylko jest szczęściem jedynem,Co się kupuje za ceny najkrwawszeI ciągłą walką zdobywa na świecie?Posłuchaj, ojcze! pójdziemy daleko,Gdzie nie ma smutków — i gdzie łzy nie cieką...Tam będę ciebie, jak maleńkie dziecię,Pieścić co rano... co wieczór piosenkiŚpiewać ci będę... zapomnisz tej sławy,Która tak straszne otwiera otchłanieI na twe czoło rzuca cień swój krwawy —I stwarza zgryzot dojmujących męki...Tam zostaniemy w ukryciu na zawsze!...Ojcze! spojrz na mnie! ja jestem gotowa!...
GALILEUSZ.Gdybym miał syna, coby takie słowaŚmiał wyrzec wobec łez mych majestatu,Myślałbym, że on nie jest moim synem!Lecz serce kobiet, podobne do kwiatu,Z łez nawet rosę wysysa dla siebie —I kwitnie jeszcze na własnym pogrzebie.Gdyby Bóg przeklął samego Adama,Wzniosły wygnaniec z krainy światłościPadłby — i skonał, zanim się zawarłaWiecznej swobody i rozkoszy brama...
Lecz była Ewa — i ta nie umarła —I dała życie ludzkości...
GŁOS.»Dzień gniewu — dzień płomienisty...«
GALILEUSZ.O tak! dzień gniewu... dziś padają tronyDuchów, wzniesione nad błękit przeczysty...O, jakżem nędzny!... o, jakżem shańbiony!...
CASTELLI.Mistrzu mój! ucisz się tą wielką ciszą,Która nad czasów kolei spełnieniemCzuwa — i liczy potężnem milczeniemTych, co ją w duchn swym słyszą...Ucisz się mistrzu, i swojej boleściNie daj na pastwę ciemnego motłochu...Niech ból twój, wielki, jako oceany,Nie będzie wzrokiem szyderstwa smagany,Ani w ulicznym znieważony prochu,Lecz niech w twej męzkiej piersi się pomieści...Ucisz się, mistrzu — i wznieś się nad siebie...Pomyśl, jeżeli promień słońca skrytyNie daje światła w burzliwej zamieci,Czyż zwątpi oko wpatrzone w błękity,Że on nie zagasł — lecz żywie i świeciNa wyższem, czystszem i jaśniejszem niebie?
GALILEUSZ.Mów, bracie! — Jakaś nieznana otuchaZ twojemi słowy przejmuje mi duszę...Jam zgnębionego wcieleniem jest duchaI dźwigać łańcuchy muszę.
(powstaje i mówi z rosnącą siłą)Lecz przeszłość widzi — a przyszłość mnie słucha...Posępna wielkość skazańca purpurę
Królewską rzuca na moje ramiona...Potężnym cieniem na czas mój zapada...I koronuje czoło moje w chmurę,Z której słoneczna leci błyskawica,Co przyszłość całą oświéca...Przy jej jaskrawych połyskach widniejąWalki, tryumfy i prace tych duchów,Co żyją wielką, wszechludzką nadziejąI rwą ogniwa ciemnoty łańcuchów...Ludzkości! będziesz zbawiona!...Nadenmą wiek mój podnosi miecz nagiI myśl przecina, jak promień, na dwoje...Lecz błysk genjuszu, rzucony na wagiWiecznego ruchu, przyśpiesza wschód słońca...Oto już wschodzi zorza gorejąca...Dzień nowy chwyta za nowe oręże...Myśl, co się w ciszy badania poczęła,Jako krew w ludów przelewa się żyłyI nowych prądów zwiastuje świtanie...Powstaną męże potężnej, lwiej siły,I oko w oko obejrzą Twe dzieła,O Wiekuisty! o Stwórco! o Panie!...
(chwila milczenia — slychać bijące w kościolach dzwony)
MAROI.(wbiegając)Co to, mój panie?... cały Rzym wzburzony,Lud się na placach tłumami gromadzi.Dominikanie snują się jak cienie...Na Ara-coeli biją w wielkie dzwony...Ponury poczet kapturów się zbiera...W arterjach miasta czuć stłumione wrzenie,
Jakby przed jakimś straszliwym wybuchem...Procesja ciągnie do twojej pustelni...Mówią... Lecz cóż to?... jesteście tak bladzi...Castelli! pani! powiedzcie mi, co to?...
Synu mej myśli! ty jesteś sierotą —A ja — gasnącym w cieniach wieku duchem!
(osłabły upada w krzesło)
MARIO.A więc to prawda?...
CÓRKA. Cicho bądź!... umiera...
MARIO.Czyż umierają kiedy nieśmiertelni?...
GALILEUSZ.(głosem zagasłym)O, stokroć nędzna — i stokroć przeklętaJest nieśmiertelność ohydy — i _zdrady!Chciałbyś już spocząć... lecz ludzkość pamięta;Jak upiór w dziejach pojawiasz się blady...Wiek jeden mówi — a drugi wiek słucha:»To Galileusz, co zaparł się ducha«.O! dajcie wy mi grób cichy, głęboki,Gdziebym położyć mógł tę głowę siwą...Gdzieby okropne, hańbiące wyrokiNie dosięgały potęgą straszliwąDo dostojeństwa ludzkiego korony:Swobody myśli... O! jakżem znużony!A jak daleko jeszcze koniec dzieła!...
CASTELLI.Odwagi, mistrzu!
MARIO.(do Castellego) Czy ziemia stanęła?Milczysz? Więc jakże dziś ten starzec możeMieć tę odwagę straszną renegata,Odprzysiężeńca — i wobec wszechświata,Co mu nad głową globy swoje toczy,Wyprzeć się prawdy w żywe Stwórcy oczyI na wiek wieków okryć się sromota?...
(do Galileusza)O panie! słuchaj!... Ja jestem sierotą,Biednym sierotą — i nie mam na świecieNic — i nikogo... a przecież, gdy wspomnę,Żem myśli twojej i ducha jest dziecię,Jakieś mnie blaski chwytają ogromne —I w nieskończoność wytężam źrenice —A światy, lecąc w błękitne przestrzenieMojego wzroku czują błyskawice,Krzyżując z myślą moją swe promienie...Widzisz je? — oto całe ich miljardyKreślą w przepaściach koła gorejące...Jakże ty powiesz, że jest nieruchomaWielka budowa współruchu, współwagi?...Czyż się nie lękasz, by wschodzące słońceRzuciło ziemi spojrzenie pogardy,Od której w ogniach wstydu stanie Roma?O! na to trzeba straszliwej odwagi!...
CASTELLI.Wiedz, zapaleńcze, że gdy ludzkość wcielaIdeał w zasad społecznych dziedzinę,Godną jest rzeczą nawet Zbawiciela,Gdy z krzyża woła: »Ja za prawdę ginę!«Braterstwo ludów, równość praw człowieka,Jest tym posiewem, co wzejście swe zwleka,Jeśli mu braknie dżdżów krwawych, łez rosy.Lecz tutaj — po co płonąc mają stosy?
Czyż przeto, że się przemoc naigrawaI cichym rządom przyrodzenia bluźni,Ruch nieśmiertelny wieczystego prawaBieg swój odwróci, albo go opóźni?
GALILEUSZ.Pozwól mu mówić, Castelli! Przez niegoNajgłębsza tajnia duszy mej przemawia...On jest zapałem wiedzy — i przyszłościąOlbrzymiej walki... siłą, która złamieŻelazne berło starego bezprawia...On jest jutrzenką zdobywczej ludzkości,Potęgą woli — i świata młodością...Pierwiastkiem ducha Bożego...I na dziewiczem czole nosi znamięIdei nieskończoności!...
MARIO.(rzuca się do nóg Galileusza)O! dzięki tobie, ojcze mój!... Pójdź, pani!Błagaj go ze mną, niech wytrwa do końca...I niech nie nurza w ohydnej otchłaniKłamstwa ostatnich blasków swego słońca...Pójdź, pani! osłoń wzniosłą starca głowęOd mar posępnych zwątpienia — bojaźniI niech zakryją włosy twoje płowePrzed jego wzrokiem krwawe widmo kaźni...O pójdź!...
CÓRKA.(łkając) Milcz, Mario, bo mi pęknie serce!
MARIO.Ha! tak!...(powstaje) Posłuchaj! jeżeli się dowiem,Że za pieniądze jesteś nierządnicą,
Klnę ci się, pani, mą duszą mem zdrowiem,Że pójdę patrzeć, jak idąc ulicą,Uczciwi ludzie omijają ciebieI jak wyglądasz w hańby poniewierce...Jakto! tyś córka? — i — przez Boga w niebie,Patrzysz, jak ojciec twój siwy i staryGinie w straszliwej dla męża bezcześci —I toniesz we łzach bezpłodnej boleści,Zamiast się podnieść do wielkiej tej miary,Co bohaterów stwarza — i ofiary?...Tyś córka, pani?... i wolisz go żywymTrupem, niż wolnym, nieśmiertelnym duchem?I słabość jego — uścisków łańcuchemDo życia hańby przykuwasz — straszliwym?...
(do Castellego)Ach! i ty, zimny, bogdajbyś od łunyStosów rozgorzał! Bogdajbyś na ziemiBolał ludzkości ranami żywemi!...Bogdajbyś zrzucił tę maskę półboga,Która w milczeniu patrzy, jak piorunyBiją w pierś żywą, jak ciemność złowrogaW twarz rzuca słońcu ohydne swe plamy!Bogdajbyś cierpiał skazańca rozpacząI poczuł gorycz łez tych, którzy płaczą!...
(wspiera się o mur, zakrywszy twarz dłonie; slychać ciche tkanie)
GALILEUSZ.Błogosławiony bądź, duszy mej synu! Ostatniem wolnem, nieskażonem tchnieniemPoświęcam ciebie na prawdy szermierza!Ty wytrwasz dzielnie! ty będziesz promieniem,Co w ciemność całą potęgą uderza,Aż skrzesze iskrę zapału, grom czynu!
MARIO.Ale ty, ojcze, ty?
CÓRKA. Cicho!... słyszycieTen głuchy łoskot i hasła u bramy?...
(chwila milczącego oczekiwania; wchodzi poseł toskański)
POSEŁ.Dostojny panie! rozłączyć się trzeba...Straż Inkwizycyi u wejścia już czeka...
MARIO.Ach! że też słońce z wysokiego niebaNie spadnie na te upodlone głowy!...
POSEŁ.(do Galileusza)Męstwa, mój panie! Czy jesteś gotowy?
GALILEUSZ.(ponuro)
Wyrzec się części człowieka —I hańbą okupie życie!...
POSEŁ.Castelli! wprowadź mistrza do komnaty...Pójdź, pani! losu nie odmienisz łzami!
(podaje rękę córce; wychodzą; przez otwarte drzwi słychać śpiew mnichów, oczekujących na Galileusza)
GŁOS.W dzień sądu Twego...
CHÓR. Zmiłuj się nad nami!
MARIO.(chwilę słucha w osłupieniu, a potem, wznosząc w niebo zaciśnięte ręce, mówi)Więc to tak, Boże, rządzisz swoje światy?............
Przyznaj, opacie, że cała ta sprawaWielkim kłopotem jest dla Watykanu...Już Paweł piąty, dając posłuchanieSławnemu temu winowajcy, mniemał,Że wolno mu jest uczucia człowiekaOd obowiązków papieża oddzielić...
OPAT MARAFFI.(generał zakonu Dominikanów).Lecz Urban ósmy przeszedł go w tej mierze:On, w liście swoim do księcia Florencji,Tak niemal jasno, jak sam Galileusz,Bronił wolności myśli — i nauki;I względom jego polecał gorącoNieśmiertelnego skazańca... a jednak,Jak to wiadomo Waszej Eminencji,Przed sąd Indeksu pozwać go dozwolił —
I słucha teraz, jak biją we dzwony,Gdy geniusz wielki ma być potępiony.
KARDYNAŁ BARBERINI.Ha! trudno bardzo iść przeciw prądowiSwojego czasu! Wszystko, co uczynić możnaW tej mierze, jest — być sprawiedliwymI wzgląd, należny dla wielkiego męża,Połączyć — z względem należnym...
OPAT MARAFFI. Dla świata!...
VULPIANUS.(rektor akademii duchownej w Bolonii).Czegóż wy chcecie, Padre?... Kościół musiTwardo stać przy swych zasadach i prawdach.Jedno ustępstwo, jeden krok fałszywyUzuchwaliłby jego przeciwników.Dziś Augustyn święty, jutro PawełStawaćby musiał do dysput uczonychI odpowiadać pysznym nowatoromNa takie oto: »Harmonices mundi«Lub: »Cena de le Cenere« — lub wreszcie»De revolutioniubus«... Zważcie panie,Że za tą kwestją, tak dzisiaj rozgłośną,Kryje się inna, ważniejsza daleko,Która mniej bystrym umysłom uchodzi...Tu już nie idzie o to, aby orzec,Czy ziemia jest tym punktem nieruchomym,Wkoło którego słońce krąży złote,
— Co zresztą godnem jest miejscem w wszechświecieDla tej planety, na której się wielkieCałej ludzkości spełniły mementa —Lecz o to, czy te tajemnicze drogiBadań przyrody mają stać otworemPrzed umysłami śmiertelnych? Czy duchyTak niezależnie mają czuć i myślść,Jakby nie było na świecie powagi,Która najświętszych tajemnic zasłonyPomiędzy niebem a ziemią wstrzymuje?...Czy nie należy już w samym zarodzieStłumić objawów bluźnierczej odwagi,Z jaką dziś ludzkość w chaosu otchłanieW pysze swej rzuca zuchwałe pytanie,Które dzień sądu płomieniem rozwiąże:»Czem — i gdzie jestem? skąd idę? gdzie dążę?«Tu o to chodzi!...
OPAT MARAFFI. Tak, o śmierć lub życie.
KARDYNAŁ BARBERINI.Watykan, Padre, oglądać się musiNa te pierwiastki, które mu potęgęWśród społeczeństwa zapewniają; pomnij,Co było wrzawy w całym twym zakoniePrzeciw tym listom, które GalileuszDo Castellego pisał, o zakresiePowagi Pisma świętego...
OPAT MARAFFI. Po trzykroćSłuszność miał wielki myśliciel! ChociażbyLos mnie Brunona czekał, wyznam głośno...
KARDYNAŁ BARBERINI.(z uśmiechem)Tak w cztery oczy... wobec mnie, opacie...
Nie; nawet w obec świętej Kongregacji,Że ja sam jestem tegoż zdania; PismoJest wielką księgą etyki — i mniemam,Iż nigdzie twórca Genezy nie wyrzekł,Że to jest wiedzy ludzkości omega.
VULPIANUS.Ależ tradycja, tradycja, mój panie!Ta niewzruszoność jest naszą potęgą!
OPAT MARAFFI.Słabością naszą, powiedz!... Instytucja,Chociażby z nieba miała swój początek,Wtedy jest tylko trwałą i potężną,Gdy w swojej treści i w zakresie swoimPrawo rozwoju mieści i uwzględnia.Inaczej — ludzkość przerasta ją szybkoI musi od niej odstać obojętnie,Ale rozeprzeć ją piersią wezbranąW formy, któreby duchom wystarczały.Weź Ewangelję... Ta, mieści zaiste,Tak wzniosłe prawdy, takie ideały,Że choćby ludzkość na skrzydłach leciałaPo wielkiej drodze wiecznego postępu,Ta księga kroku dotrzyma jej zawsze —Zawsze wystarczy — i owszem zostanieNa wieki wieków wielkim ideałemWszystkich narodów, ustawą społeczną,Której lud żaden nie przerośnie nigdy...Bo serce ludzkie do wyższej się miary,Jak miłość bratnia, ofiara, cierpienieI sprawiedliwość, nigdy nie dostroi!I gdyby Kościół raz zechciał zrozumieć,Że przebudzone badań ducha prądyJuż się zażegnać nie dadzą, ni stłumićOgnistym dymem, który z tego gmachu
Ogarnia Włochy, mniemam, iż powagiSwej strzegłby lepiej, biorąc na swój udziałTo, co w ludzkości wiecznym uczuć zdrojemBić będzie w niebios sklepienie błękitne,Niż, gdy naznacza granice potędze,Którą sam Bóg chciał widzieć niezależną,Stawiając przed nią świat zjawisk otworem.Ta Ewangelja, to księga miłościBratniej, nie jakieś uczone systema,Którego Chrystus daćby nie omieszkał,Gdyby w niem widział zbawienie ludzkości.
KARDYNAŁ BARBERINI.Ha!... ha!... opacie... nie żartem coś bluźnisz!A coby na to powiedział LaktancjuszI patrystycznej teorji filary?
OPAT MARAFFI.Coby powiedział?... Wasza EminencjaNiechaj się spyta, co jabym powiedział,Gdybym się z nimi spotkał w Rzymie! — Rzekłbym:Jakto! na świecie są jeszcze nędzarzeGłodni i nadzy, są łzy nieotarte,Krzywdy, głos których aż do nieba bije,Nieprzytulonych sierot są tysiące,Jest niewolnicza ciemnota i praca —Są wszystkie straszne niedole ludzkości;A wy, uczniowie Tego, który siebieOddał na wieczną miłości ofiarę,Wy się kłócicie o to, czy na niebieDla nieruchomej ziemi świeci słońce —Czy też się ziemia z swą nędzą obraca?Tobym powiedział!
KARDYNAŁ BARBERINI.(z lekkim uśmiechem). Apostolski zapał!...(zbliża się kardynał Bandini).
KARDYNAŁ BANDINI.Hańba nam! wieczna hańba, Barberini!To, co się dzisiaj za chwilę tu stanie,Imię Kościoła ohydnem uczyniWiekom i ludom!...
KARDYNAŁ BARBERINI. Cóż chcecie, mój panie?Myśmy zrobili, co zrobić się dałoBez obruszenia na siebie ciemnoty.Ja sam wpływałem na to siłą całą,Żeby posępną skazańca niedolęOsłodzić chociaż znośniejszym pobytemNad Inkwizycji zamknięte więzienie...Lecz nacisk tutaj wywierają masyI mniszych knowań podstępne roboty.Spojrzyj na prawo! Te białe kapturySą jak wyziewy burzy — i jak chmury,Zdolne na słońce sprowadzić zaćmienie,A nie dopieroż na ludzi — i czasy.
KARDYNAŁ BANDINI.Czas, to my, bracie! Słuchaj, jeśli KościółPochwyci wielką postępu pochodnięI nieść ją będzie przed pracą ludzkości,Jeżeli sztandar wolności rozwiniePo nad ścieśnione granice czczych sporówI godną Bóstwa swobodę obwieściDla niezależnych umysłów i duchów,Jeżeli chwyci przewodnią nic ruchówWieku, co na świat wydaje w boleściTryumfy prawdy, jeżeli sam wniesie
Pochodnię wiedzy w zwątpienia otchłanieI w drodze takiej wyprzedzić się nie da,To będzie wielkim!... to będzie tak wielkim,Jak Bóg, gdy wyrzekł: »Niech światło się stanie!«I czasy jego, nad których poziomemWybłyśnie, będą wielkimi czasami!
KARDYNAŁ BARBERINI.(szyderczo).O marzycielu!... ty — ty chciałbyś może,By Rzym, rzucając podstawy swojej siły,Oparł się o te nieliczne wyjątki,Które mu wiele może dadzą blasku,Lecz — świętopietrza pewno nie zapłacą!...
KARDYNAŁ BANDINI.Nie o wyjątki tu idzie; ja chciałbym,By społeczeństwo, którem Kościół rządzi,Było tak światłem, chociaż — i dojrzałem,Żeby wśród niego miejsca mieć nie mogłyFakta, podobne do klątwy Kaliksta,Przed dwustu laty rzuconej — komecie!
KARDYNAŁ BARBERINI.Przed dwustu laty! Sameś to powiedział.
KARDYNAŁ BANDINI.Tak! — a cóż dzisiaj? Przy jakich to blaskachWidzisz ten wielki dwuwiekowy przedział?Może przy łunie tego stosu, który
Dymi się jeszcze po Giordanie Bruno,By z głowni swoich dać iskrę na podpałPłomieniom, które dziś buchną na nowo,Jeśli się głośno ozwie wolne słowo.A to są czasy nasze! nasze, bracie!
KARDYNAŁ BARBERINI.Och! Eminencjo!... wy zawsze szukacieStron najczarniejszych i w ludziach i w świecie...Ba! wszakże w Rzymie wiadomem jest przecie,Żeście z tym wielkim winowajcą chwiliPlamy na słońcu w swej willi odkryli!
(zwraca się ku drzwiom)Coś nie nadchodzą! — To jednak ciekawemByłoby bardzo, gdyby tak ktoś z góry...Naprzykład... z Marsa na świat ten poglądałI dojrzał na nim punkt — Rzymem nazwany...A na nim punkcik... tę salę sądową...I spostrzegł, ku swej ogromnej uciesze,Jak cały zbiór ten, wraz z Inkwizytorem,Delegacjami i ceremoniałem —I winowajcą, w najwyższym zapaleOdprzysiężenia teorji wszechruchu,Jak drobna iskra obraca się w kółkoNa berle Boga — w błękitnej przestrzeni!Ha!... ha!...
(śmieje się z cicha).
KARDYNAŁ BANDINI. Nad wyraz to smutne, mój bracie!(słychać głośny szmer na prawo).
KARDYNAŁ BARBERINI.Pozwól! słuchajmy!... Wielka delegacjaGłosy podnosi... słuchajmy, to warto!Bardzom ciekawy, do jakiej potęgi
Z tych głów pizańskich wypłynie koszlawoTeorja płaszczyzn pochyłych — i prawo,Że na ciał chyżość nie wpływa ich waga...
KARDYNAŁ BANDINI.O Barberini! wolałbym jak kamieńÓw, wyrzuconym paść — i nie wstać więcej,Niżeli patrzeć, jak ciemne te tłumyRzucają błotem na wiedzy szermierza!...Mnie to, co tobie tak śmiesznem się zdaje,Posępną grozą swej nędzy uderza...Wiecznie to samo — od czasów Golgoty:»Na krzyż go! na krzyż!... zawcześnie się rodził!«— Kiedyż czas będzie, o Boże?
GŁOS 1-SZY Z DELEGACYI. Tak! w PizieKościół ma wierne dzieci! Myśmy przecieNie mogli na to pozwolić u siebie,Żeby w świątyni grzeszne jakieś sztukiSzatańskiej pychy czyniono...
GŁOS 2-GI. Cóż z tegoPrzyszłoby ludziom, choćby też wiedzieli,Jak leci kamień z tej wieży pochyłej,Co tylko cudem nad ziemią się trzyma,Jeśli wiadomo dobrym chrześcijanom,Że gdyby tylko Pan Bóg zechciał, tobyKamień w pół drogi zatrzymał się, lecąc?
KARDYNAŁ BARBERINI.(śmieje się)Ha! z założenia godnego Pizanów,Wniosek wspaniały!... godny delegacji!...
KARDYNAŁ BANDINI.(w zamyśleniu)
I to są usta, które iskrę bożąDucha rozdmuchać mniemają na świecie!...To są umysły, które się mniemająDość wielkie, by cię sądzić, myślicielu!...I to są ludzie, którzy cię z ohydąZ miasta swojego wygnali...
(wrzawa u głównego wejścia)
GŁOSY.Już idą!...
W. INKWIZYTOR.Niech oskarżony wejdzie!... Wy ojcowie,Błagajcie kornie Najświętszego Ducha,By radę swoją, której Kościół słucha,W ognistem objawił słowie.
KAPELAN.(powstając)Módlmy się...
CHÓR Z LEWEJ.Na padół nędz,Na ziemię łez,O! przybądź Duchn boży!Niech śmierci i noc,Posępną mocPrzed światłem Twem ukorzy!
CHÓR Z PRAWEJ.Niech natchnień TwychPotężny zdrój
Na kościół spłyuie święty!Wśród błędnych drógNiech wolę BógObjawi niepojęty!
OBA CHÓRY.W walk krwawych dni,Gdy ludzkość drży,Gdy miecz i stos się sroży,Hetmanie nasz,Ty światło wskaż,Ty przybądź, Duchu boży!...
(w czasie tej modlitwy chóru, straż Inkwisycyi wprowadza bocznemi drzwiami Galileusza, ubranego w pokutnicze szaty, a oddaliwszy się sama ku drzwiom, pozostawia go w pośrodku sali)
W. INKWIZYTOR.Przybliż się, starcze posępny, któregoOd kar najsroższych, zasłużonych dawno,Jakiemi Kościół zwyciężać zwykł wroga,Tylko te siwe włosy jeszcze strzegą —I winy swojej uczyń spowiedź jawną,Tu — wobec sądu — i ludu — i Boga!
(chwila milczenia; Galileusz postępuje kilka kroków naprzód)
GALILEUSZ.O panie! jam był duch wolny, skrzydlaty, Który w błękitne ulatał przestrzenie;I — jak Bóg silny — przez mgły i przez cieniePrzed wzrok swój powołał światy...Jam był ten, który zbliżyć się ośmieliłW noc ciemną niebo gwiaździste do siebieI który w cichem dumaniu, wydzieliłPrawo z chaosu w tem niebie.Byłem ten, który wyrzekł, że to słońceNad waszą głową, panie, gorejące,Nie jest pochodnią, rozpaloną po to,By wzejść — i zgasnąć nad wieku ciemnotą...
Że ziemia, drobny pyłek wśród miljonaGrlobów, ulega wiecznemu ruchowi...I — że potęga, nigdy niecofniona,Ruch ten określa, mierzy i stanowi.Byłem ten, panie, co dość miał odwagi,By wyrzec głośno, że księga zbawieniaW rzeczach nauki nie tworzy powagi —I że nie wiedzy strzeże, lecz sumienia...Że myśli ludzkiej nikt wstrzymać nie zdoła,Bo ona żywym, samodzielnym ruchem...Ja byłem głosem, który »Naprzód!« — wołaI wstrząsa pleśni łańcuchem!
(szmer w tłumie)
GŁOSY Z PRAWEJ>Zuchwały kacerz!...
GŁOSY Z LEWEJ.Wielkie wyznanie!...Wzniosły winowajca!(Herold stuka laską — ucisza się)
GALILEUSZ.A dziś — za skrzydła złamane ściągniętyZ słonecznych wyżyn — jam orzeł raniony...Jam promień, który przygasa — i znika...Jam odszczepieniec — i prawd wiecznych zdrajca...Z korony męskiej czci mojej wyzuty,Z skrępowanemi, jak zbrodzień, ramiony,Odziany w nędzne łachmany pokuty,Stoję przed wami — po trzykroć przeklęty!
(nowa wrzawa w tłumie)
GŁOSY UNIESIENIA.Galileo!... Galileo!...(Herold stuka)
W. INKWIZYTOR.Módlcie się, bracia, za tego grzesznika!
CHÓR Z LEWEJ.Miserere mei, Domine!...
CHÓR Z PRAWEJ. Miserere mei!...(Cisza — słychać szmer odmawianego półgłosem psalmu)
W. INKWIZYTOR.Zbliż się! Dłoń połóż na świętą tę księgęI wobec sądu, co wyrzec ma prawoŚmierć twą — lub życie, wykonaj przysięgę,Że błędów swoich kacerskich się zrzekasz;Że odwołujesz swe zdania w przedmiociePitagorejskiej, bluźnierczej doktryny;Że nigdy nauk o ziemi obrocieGłosić nie będziesz ni jawnie, ni skrycie;Że z szczerą skruchą i poddaniem czekaszNa wyrok sądu za wielkie twe winyI że twój obłęd czartowską jest sprawą.Twe »Dialogi« będą ręką kataSpalone, żeby nie plamiły świataI żeby z dymem rozwiała się zbrodnia;Ty sam, w więzieniu, każdego tygodniaOdmówisz psalmy pokutne Dawida.A teraz zbliż się!
Galileusz postępuje naprzód)
MARIO.(przedzierając się z tłumu)
Ach! wstrzymaj się chwilę!(do sędziów)O wielcy, straszni, potężni sędziowie!I cóż wam z tego, że starzec ten blady,Którego dręczyć byłaby ohyda,Wobec tej ciemnej, służalczej gromady,Co tchem swym stosów roznosi płomienie,Tę narzuconą przysięgę wypowie
I prawdy, która dla was niedostępnaI nie dość jasna — i nie dość prawdziwa,Drżącemi usty złoży zaprzeczenie?— Tryumf to mały — i zdobycz posępna...Głowa schylona, znękana i siwa!...Pozwólcie tylko! Ja, w młodych lat sile,Ja, cobym zgnieść mógł cały ten mur mniszy, —Tu, na kolanach, przed wami — w pokorze,Głosem potężnym, który świat usłyszy,Nie Ewangelji, lecz żywych ran ChrystaDotknąwszy ręką, przysięgę wam złożę,Że każda prawda jasna, oczywista,W którą ja wierzę sam — i wy wierzycie —Kłamstwem jest, błędem, herezją przeklętą! —Że dla ludzkości zamkniętą jest droga,Co wiedzie w głębin duchowych badanie...Że niema rzeczy — gdy jest niepojętą...Że zatem niema wieczności — ni Boga!
(wzburzenie w tłumie
GŁOSY.Na stos go!... na stos!...
W. INKWIZYTOR. Straż niechaj bluźniercęStąd uprowadzi — i krzyki przygłuszy!
INNE GŁOSY.Wzniosły szaleniec!(straż otacza i uprowadza Maria).
GALILEUSZ.(wznosi za nim ramiona)
O synu mej duszy!...
MARIO.(z oddalenia)Krwawi sędziowie! — czy macie wy serce?(chwila posępnej ciszy)
GALILEUSZ.Stało się, Boże wielki! — Jam gotowy.(Kapelan zbliża się, trzymając krucyfiks)
KAPELAN.Przyklęknij, synu! Dotknij ręką księgi,Krzyż ten ucałuj i uchyl swej głowy —
(Galileusz poddaje się tym rozporządzeniom)A teraz — słowa powtarzaj przysięgi!
GALILEUSZ.(cichym, złamanym głosem).Ojcze mój! zasłoń ty oblicze Boga,Bo wobec Niego to kłamstwo nie zdołaPrzejść mi przez usta... i stań — tak! niech czołaMego nie ranią te spojrzenia wzgardy,Któremi wstydu ognistą koronęCzerń ta szydercza, sycząca, złowroga,Na skronie moje wtłacza znieważone...
KAPELAN.(z współczuciem)Och! obowiązek straszliwy — i twardy!(W czasie tego przygotowania Inkwizytor modli się półgłosem, z przechyloną w tył głową i przymkniętemi oczami. Sędziowie i kardynałowie powstają dla wysłuchania przysięgi).
KAPELAN.Mów, synu!
GALILEUSZ.(klęcząc)Ojcze! podtrzymaj mnie nieco...(z nagłą rozpaczą)O niech mi gwiazdy wiekuiste świecą!...(Kapelan poddaje słowa przysięgi, które Galileusz powtarza głosem zagasłym).
GALILEUSZ.Ja, syn Kościoła występny, na świętąTę Ewangelję przysięgam, wśród skruchy,Że cała moja nauka o ziemi,Której przedmiotem są kształt jej i ruchy,Jest kłamstwem... fałszem...
(ciszej) Ach ojcze! dość tego!...(na znak kapelana mówi dalej):Szatańską pychą — herezją przeklętą —Przysięgam, że się błędami mojemiBrzydzę — i aż do tchnienia ostatniegoWyznawać będę — przed światem — i Romą —Że ziemia jest — i była — nieruchomą.Wszystkie pokuty, aczkolwiek surowe,Jak winowajca przyjmuję w pokorze...Tak mi dopomóż wszechmogący Boże!Tak niech mi światłość -wiekuista świeci!
(uroczyste milczenie w tłumie).
GALILEUSZ.(powstając)Ha! jaka cisza!... Sędziowie, słyszycieTen szmer w przestrzeni? — To wszechświat tam leci,Gdzie wieczne światło — ruch wieczny — i życie!Klątwa go chwyta...
(silnym głosem):
E pur si muove!
Comments
Loading comments…