Jaś nie doczekał (Konopnicka, 1915)

W ubogiej izbie gość zjawił się błogi:Słoneczny promień wiosenny, majowy!Wszedł przez okienko z szybami drobnemiI jasnym snopem rzucił się po ziemi,Jak złota strzała padł na stół sosnowy,Na deski starej, spaczonej podłogi,Na tapczan nędzny, zasłany barłogiem,Na komin pusty, zimny, bez ogniska,Na obraz, który jaskrawie wybłyskaZłocistą glorją w poddaszu nędzarza,Tak, jakby mógł Ten, co biednych jest BogiemI miłosierdziem i smutnych odwagą,Gromadzić skarby u swego ołtarzaI stać w purpury blaskach i kamieni,Gdy ludzie głodni, nędzni, opuszczeni,Korząc się przed nim, biją w pierś swą — nagą!

Był to niedzielny poranek wiośniany.W izbie wyrobnik siedział z zgasłą twarząU pociemniałej i wilgotnej ściany,Po której zamróz kroplami ociekał...Aż z dum swych ciepłym zbudzony promieniem,Posłyszał wróble, co na dachu gwarzą;Spojrzał po izbie okiem smętnem, mgławem,Potem na jasność tę ożywczą słońca

I szepnął z cichem, stłumionem westchnieniem:»Jaś nie doczekał!«I otarł grubej koszuli rękawemŁzę, co po twarzy toczyła się, drżącaI taka mętna i ciężka i wielka,Jakby to wody nie była kropelka,Lecz kamień, który wyrzucony z duszy,Padnie w głębiny i ziemię poruszy.

Zima ta ciężka była. Śnieżne duchyPomiędzy ziemią latały a niebem,Białemi skrzydły zakrywszy błękity,A mroźne wichrów północnych podmuchyDreszczem wstrząsały ubogie te ściany,Wśród których nędzarz tak rzadko jest sytyTwardym i czarnym niedoli swej chlebem;Tak biedne nosi na grzbiecie łachmany,Tak ciężko musi pracować na dzieci,Wśród skrzących mrozów i wietrznej zamieci!Zima ta ciężka była. Na kominieOgień nie co dnia rozniecał się lichy,Nie co dnia ciepłą gotowano strawę.Ojciec przychodził wieczorem bez siły,Nie mogąc dźwignąć siekiery, ni piły,I padał spocząć, jak martwy, na ławę...A Jaś tymczasem, w nędznej koszulinie,Coraz to bledszy, coraz bardziej cichy,Nakształt mdlejącej lampy lub pochodniZjadał kęs chleba — i siadał na ziemi,Patrząc na ojca oczyma smutnemi,Jak ci, co mówić nie śmią, że są głodni!

Wreszcie z tapczana nie podniósł się wcale,Ojca witając z daleka — uśmiechem...Przeląkł się nędzarz, chwycił go w ramiona,W piersiach mu grały i łkania i żale...Noc całą dziecko zagrzewał oddechem...

Bo mu się zdało, że stygnie, że kona...Modlił się, płakał, o ściany tłukł głowę,A ściany skrzyły się, jak djamentowe...Bo zima na nie rzuciła płaszcz biały,Łzy na nich marzły — i jak perły, stały.

Rankiem wyrobnik zastawił swą piłę,Porąbał stołek, rozpalił ognisko,Przyzwał lekarza. Lekarz, człowiek młody,Oświadczył, że tu jest powietrze zgniłe,Że straszna wilgoć ma tutaj siedlisko,Że dziecku trzeba dać lepsze wygody,Izbę obszerną, jasną i ogrzaną,Ciepłe okrycie, a przytem co ranoPosiłek lekki, pożywny, gorący.Zapewnił nadto, że jeśli chłopczynaWiosny doczeka, to wzmocni go słońce.Wreszcie oświadczył, że mróz — trzaskający!I wyszedł. — Ojciec stanął, jak zmartwiały,We drzwi wlepiwszy źrenice błyszczące...A wiatr tymczasem rozmiatał z kominaIskry i dymy i w szyby tak siekał,Jakby brał szturmem tę izbę ubogą.Blada twarz chłopca zrobiła się sina...Do ojca sztywne wyciągnął rączęta,Rzucił się... wargi drobne mu zadrgały...A śmierć, srebrzystą szatą owinięta,Wzięła go z sobą tajemniczą drogą...Promienia słońca Jaś już nie doczekał!

W mogiłce leży i nigdy mu duszyŻadne już światło nie zbudzi, nie wzruszy...Nigdy nie wzniesie pogodnych swych powiekNa wielkie cuda tworzącej przyrodyI nigdy zapał do wiedzy, swobodyNie drgnie mu w piersi okrzykiem: »Tyś człowiek!«

Ach, ileż takich mogił jest na ziemiI jakże smutne są takie mogiły!Ludzkość żyć winna siłami wszystkiemi,A nędza codzień odbiera jej siły...Ten szereg drobnych grobów wśród cmentarza,Co myśliciela smętnego przeraża,To siew bez plonu, rzucony na marno,Kwiat bez owocu — i stracone ziarno.Poprzez mogiły, gdzie śpią te dziecinyW milczeniu śmierci przeraźliwem, głuchem,Ludzkość, uboższa ramieniem i duchem,Idzie tak wolno, jakby cel się zwlekał!O bracia, czy w nas wcale niema winy,Że słonka Jaś nie doczekał?

Comments

Loading comments…