Jak sen (fragment)

Come il sogno...Barrili.

Kto z nas nie przeżył, czy sam, czy we dwoje,Jakiejś godziny szczęścia, jakiejś chwili,Od której dawno zamknięte podwojeSen chyba nocy wiosennej odchyli?Kto z nas nie słyszał, jak żądz biją zdroje,Jak wylatuje rój marzeń motyli,By nad samotną i płonącą głowąRozwiewać ciche girlandy tęczowe?

Kto nie potrąca na ścieżce swej nogąDawno rozwianych róż i zwiędłych liści.

Co w sercu ożyć i przemówić mogąGłosem miłości albo nienawiści?Kto zawsze mędrcem był pod swoją togą?Gdzie są ci ludzie, tak zimni i czyści,Którychby dusza nie miała wspomnienia,Co żarem bije w twarz — i zarumienia?

W najbielszej celi najbielszego mnichaJest okno, którem woń wiosny zalata,A ziemia pod niem płodzi i oddychaI gniazdo lepi ptaszyna skrzydlata...W najbielszej celi zapada noc cicha,Przed której czarem nie chroni i krata,A sny — wiadomo — nie zawsze iść mogąZawarowaną kanonami drogą.

One latają, jak białe te puchy,Które wiatr w maju z jabłoni rozwiewa,A moc nad nimi mają mnogie duchy,A każdy z duchów brzęczy, lśni się, śpiewa,Rzeczy związanych rozrywa łańcuchyI przed oczyma stawia rajskie drzewa,Na których widok nie każdy zwyciężaPociąg do jabłek wzbronionych — i węża.

Może to złe jest i mało moralne,Lecz zato prawdą najgłębszą prawdziwe.Na co się zdadzą te bajki szpitalne,Co darmo chłoną i czas i oliwę,Ucząc nas, jak są marzenia fatalneI jak to noce bez snów są szczęśliwe —Póki choć jedno serce będzie biłoŻarem tęsknoty, młodością i siłą?

Dawno to, przecież dotąd widzę jeszczeKsiążkę na morskim porzuconą brzegu.

Wiatr, co przez fale słał srebrnych skier deszcze,Rozwiał ją nakształt lekkich płatków śniegu,A mewa, krzyki wydająca wieszcze,Co sobie w skałach szukała noclegu,Biła ponad nią w dwa skrzydła otwarte,Na welinową cień rzucając kartę.

A pod ruchomym i lekkim tym cieniemWidniały zgłoski w języku Arjosta.I zaraz mogłeś ogarnąć spojrzeniemNapis tak prosty, jak rzecz sama prosta:Come il sogno. Tu czuję ze drżeniem,Że mnie Zoilus w kontuszu wychłosta,Porwie, oskarży i skaże na grzywnyZa tema obce — i przedmiot tak dziwny.

Lecz cóż ja winna, że z włoskiej gdzieś willi,Biegnąc do morza, pływaczka nieznanaRzuciła na brzeg ten tomik idylii,Co skrzył i szumiał, jak kielich szampana?I cóż ja winna, że signor BarriliWiedział, jak róża purpurą nabranaPęka — i szkarłat tajemny rozchylaDla przelotnego o brzasku motyla?

Wyznaję owszem — choć może to grzechem —Żem się tą książką poiła z godzinęPod dniem gasnącym już — a więc z pośpiechem,Bo fale mroczne stały się i sineI o brzeg biły bardzo smętnem echem,A ptak, co skalną zamieszkał szczelinę,Już się ponocną obwołał pobudkąI Włoch czarniawy stał — i czekał z łódką.

Dziś, gdy wspominam powieści osnowę,To słyszę morza szum i róże widzęLekkich chmureczek, rzuconych nad głowę,I maszt srebrzystej podobny łodydze,

A na nim płótna, pod zorzą tęczowe,I te światełka, co jak ostrowidze,Z marmurowego patrzają wybrzeża,I czuję włoską noc, jak idzie świeża...

Więc niby bajka, złotem malowana,Pełna różanych świateł, co się sącząZ przechylonego róż wieczornych dzbana,I mar, które się w pocałunkach plącząI rozplątają — powiewne — do ranaPod mgły i rosy perłową opończą —Ta mi się powieść w pamięci została,Przez pół w płomiennych łunach — przez pół biała.

Po górach dzisiaj i lasach błądząca,Znów o niej myślę bez woli i chęci;Tak piosnka, niegdyś słyszana, potrącaPełną drgnień harfę echową pamięci;Tak twarz, dojrzana przypadkiem z tysiąca,Rysami swymi do myśli się wnęci —I będzie wodzić oczyma za tobą,Póki się z żywą nie spotkasz osobą.

Więc żeby przerwać te halucynacje,A także może z innego powodu(Najistotniejsze zataja się racje —Rzecz dyplomatom wiadoma zachodu),Pragnę w króciuchną tu zamknąć narracjęTę powieść, która wcale nie jest z lodu,Lecz z alabastrów raczej, gdzie wstawionoPłomień, co w różę zamienił im łono.

Signor Barrili, ty chciej mi przebaczyć,Że jak jedwabnik o listki morwowe,Przyszłam się z piórem o ciebie zahaczyćI ciągnąć moje włóknienia tęczowe

Przez postaw obcy, co mógłby się paczyćI mógłby zepsuć roboty połowę,Gdybym nie była od książki dalekąZa siódmą górą i za siódmą rzeką.

Lecz teraz siebie zapomnieć przymuszę,Że powieść twoja istnieje na świecie;Postaciom twoim dam własną swą duszęI w fantastyczne przystroję je kwiecie,Wykąpie w rosach i w słońcu wysuszęI tak postawię — rzecz wolna poecie —Jakby raz pierwszy dotknęły się ziemiKońcem stóp białych i skrzydły lekkiemi.

Jeśli się rzecz ta przytrudna okaże,Jeśli dech stracę w tym nowym mi locie,Pójdę przed twoje miesięczne ołtarze,O nocy, w perłach chodząca i w złocie,Ty, która niesiesz w twej mglistej symarzeRoje snów lekkich, podatnych pustocie,A czasem tęskna jesteś — czasem chmurna,Jak wiatr, co śpiewa mogiłom nokturna.

Ha! jakie echo... Więc nigdy nie zgłuszęTej jednej struny, co drży i co płacze?Więc mi już zawsze zwróconą mieć duszęI wyciągnięte dwa skrzydła tułaczeTam, tam, na północ? Więc wiecznie być muszęJak ten kruk czarny, co leci i kraczeI przez błękitność dnia wlecze za sobąCień, padający na ziemię żałobą?...

Więc zawsze!...Cisza — głos zniknął w oddali,W mglistej oddali gór... Zanim doleci

Tam, gdzie samotna ta gwiazda się paliNad wielką nędzą i winą stuleci,Zanim mnie przyjdzie zatopić w swej faliPłacz pogrobowo narodzonych dzieci,Zanim mnie chwyci duch, który — przeklinam,Chcę spocząć, śmiać się, śpiewać... Już zaczynam.

Comments

Loading comments…