Jerzy Bohusz
MACIEJ RAWA.Drew mi nie żałuj! W narożnej komnacieNarządź posłanie dla księdza; a z ranaDo mszy ze dzwonkiem, ty — i Michał drugi! —A wara w kułak śmiać się, jak grzechotka,Bo, jak Bóg w niebie, grzbiet z pletnią się spotka!
KOZACZEK.To z zakrystjana, proszę jegomości...Tak przez nos śpiewa...
MACIEJ. No, no! z zakrystjana...Już wy tam zawsze jakieś przypadłościPomiędzy sobą, infamisy, macie. —A czy to nie wiesz, przed kim do posługiStajesz w kościele? — Hę? co?... to nie żarty.
To jest Majestat Boży! — (zapala światło) Te świecznikiZanieś na skrzydło!(oddaje chłopcu dwa ciężkie, srebrne, kilkoramienne lichtarze,chłopiec wychodzi)
— A zagaś je znowu,
Lecąc na oślep! —(chwila milczenia; zwraca się do Jana Ponowy, leśnika starosty,zajętego czyszczeniem kordelasa w bogatej oprawie) — Tak mi się coś zdawa,Że cała wasza jutrzejsza wyprawaNa owe w lasach podkomorskich dziki,Te sfory gończych i kundle i charty
Zostaną doma —PONOWA. Co znów waść? —
MACIEJ. Pan chory,Jeszcze się z jednej nie wylizał biedy...A wam się żąda nowego znów łowu...W domu apteka, mastyki, doktory,I jakieś smutki i kwasy... Od kiedyWrócił z festynu od referendarza,Chodzi, jak struty, i w oczach mi gaśnie,
W jakimś frasunku i w jakiejś tęsknocie. —(trzęsie głową)Źle! źle, mój panie Ponowa!...
PONOWA. Toż właśnieMuzyki lasu rzeźwiącej mu trzeba!Kniei i trąbki i echa... i graniaŁowieckich haseł, ogarów... i niebaZ jesiennym wichrem... i konia, co w locieZiemi zaledwie dotyka, jak ptaszę...A tuman z drogi i z myśli rozgania!...Właśnie się dobrze obława nadarza! —Pan się rozsmuci...
MACIEJ. I!... co mi tam WaszePrawisz! Rozsmuci!... Ot, także medyki!...
Lasu mu trzeba!... Zapewne nabojuDrugiego w ramię, jak ongi!... MuzykiKniei! ogarów! — A toć już z dalekaCzłowiek aż głuchnie, wyszedłszy ze dwora;Tak to sobactwo ujada i szczeka,
Nawet Zdrowaśki nie zmówisz w spokoju...(sentencjonalnie zażywając tabakę)A ja powiadam memu Jegomości:Innego tutaj lekarstwa potrzeba...I niebieskiego podobno doktora,Boć wszystkie smutki te i te tęskności,Co ćmą się niosą, jak tatarskie strzały,Stamtąd!... o!... z gniazda kalwinów powstały...
(ukazuje palcem)A was tam jeszcze coś ciągnie!
PONOWA. Do licha!Co mi tam patrzeć, jak Boga kto chwali,Jeżeli pełno dolewa kielicha,A na obławie w sam łeb dzika wali —Po katolicku! —
MACIEJ. Tfu, do paralusza!...Waćpan mi bluźni! Waćpan nie pamięta,Że szlachcicowi religia rzecz święta!...
Że...(Ponowa się śmieje. Maciej, spostrzegłszy to, mówi) ...To nie śmiechy! —
PONOWA. A niechże ja waściTak się napatrzę!... Czy by też kto wierzył,Że w starym taki animusz i dusza?...
Ot, gdyby przyszło do jakiej napaści,
Waśćbyś wystrzelił wpierw, nim jabym zmierzył.(Maciej słucha zamyślony)No! bez frasunku!... Jak gadać, to szczerze!(zbliża się i mówi z cicha)Pana nie żadne kalwińskie pacierzeWabią w gościnę; ba! nawet nie dziki,Choć tak gwałtownie rozgorzał do kniei...Innej on szuka i żąda muzyki,Nie echa rogów łowieckich! Ja bacznieUmiem poglądać... to proszę Aspana,Nieraz widziałem, że stał na polanie.Jak niepamiętny, choć palba grać zacznieI zwierz na niego wychodzi, Mosanie.Głowa spuszczona, twarz smutkiem oblana.Właśnie jak człowiek, co nie ma nadziei —To wszystko idzie z afektu...
MACIEJ. Co, Wasze?
PONOWA.Cóż się Waść zrywasz?... Czy Turkiem was straszę?Czy Tatarzynem?... At! bieda prawdziwa,
Kiedy kto dyskurs nie w porę przerywał —(Zabiera się do czyszczenia broni)
MACIEJ.
Dla Boga, mówcież! Wszak ja nań z maleńkaDmuchał i chuchał; ot, jak mnie widzicie,Takem go temi piastował rękami —Takbym za niego dał stare to życie!...Nie dziw, że serce wszystkiego się lęka,Kiedy miłuje! — To mówcież!
PONOWA. Bóg z wami! —
Powiadam tedy, że cała ta biedaIdzie z afektu do Imć panny Ewy. —
MACIEJ.Matko Chrystusa!... a toćże pan staryNigdy kalwinki poślubić mu nie da!
A czy to w Polsce nie stało już dziewy!..(Reszty brak).
Comments
Loading comments…