Na odludziu (Konopnicka, 1915)
...Lecz jakby dni lepszych świadomy, pamiętny,Na słocie u wjazdu stał chmurny i smętnyI moją bryczuszkę zoczywszy z daleka,Wykrzyknął żałośnie: »I ten mi ucieka!»A dzisiaj mi wtorek feralny wypada...«Więc stanąć kazałem — i zszedłem do dziada —A on już w pół drogi z prośbami spotyka:»A mój dobrodzieju! nie mijaj mej strzechy!»I zasiądź do barszczu za stół samotnika»I zażyj wygody — a dodaj pociechy...»Martyna drwa nieci na wielkim kominie,»I kołacz się znajdzie — i owies szkapinie»I w ciepłym alkierzu wygodne posłanie;»Lecz w noc tę wtorkową nie rzucaj mnie, Panie!«Zdziwiony spojrzałem — skąd szczerość mu taka?Lecz jakaś poczciwość patrzała z szaraka —A tu już noc spada na skrzydłach zamieci.Więc rzeknę mu tylko: »Dziękuję Waszeci!»Przy waszem ognisku rad siędę, bom zmokły —»A szkapy się moje okrutnie też zwlokły,»I barszcz mi się przyda — bom głodny uczciwie!»Więc tu się ogrzeję — przeciągnę — pożywię...«Otwarłem drzwi izby: na podziw chędoga;Bielone jej ściany i czysta podłogaI komin wesoły, co buchał jarzęco,I mała Martynka z twarzyczką dziecięcą,
I astry na stole — podarek jesieni —I barszcz ten z wędliną, co w garnku się pieni,Tak mnie już schwyciły za serce, za oko,Żem czapkę do góry wyrzucił wysoko —I rzekłem z uśmiechem: »Niech będzie pochwalon!«I jużbym nie mieniał tej chaty ubogiejNa wieczór dzisiejszy za pański gdzieś salon,Gdyby mi do niego już tylko kęs drogi...»Na wieki i wieków!« — dziad odrzekł pobożnie;A w chwilę Martynka przyniosła żytniówkiI kręcąc fartuszek, z pod drobnej swej główkiNa gościa patrzyła ciekawie i trwożnie...Gospodarz biegł konie umieścić u żłoba;Serdecznie gościnny — był rad mi widocznie.Lecz czy się zamyśli — czy mówić coś pocznie?Widnieje mu z czoła jakowaś żałoba —I niby zgryzota — i niby czekanieNa jakieś niemiłe czy straszne spotkanie. —Więc rzeknę mu z duszy: »Powiedzcież mi, proszę,»Przez jakie też dziwne fortuny igrzyska»Zaszliście aż tutaj do tego karczmiska,»Gdy z oczu wam patrzy szlachectwo, jak wnoszę?«A dziad się zadumał: »Rodowe wspomnienia»To trumna zbutwiała — pod wiekiem z kamienia.»Więc, Panie, rzecz ciężka poruszać mogiły —»Jam stary i słaby — i nie mam już siły...»I tylko to powiem, żem zaznał od młodu»Tę klątwę wiekową, co cięży nam z rodu...»I tak, jakby owo kto skarbów strzegł mnogich,»Jam tutaj przykuty do ścian tych ubogich...»A w noce bezsenne — i dnie samotnika»Wypłacam się niebu za spokój grzesznika.« —I zamilkł — i głowę pochylił na ręce —Włos siwy mu światło oblało jarzęce —A jam się zasmucił, żem prawie niechcącyPoruszył mu w sercu ból jakiś palący...Wtem misę dymiącą na stół nam podano —
Z alkierza zapachem aż nęci mnie siano...Więc siadam i zjadam — i ruszam co żywoZa małą Martynką, co niosła łuczywo. —W alkierzu ze ściany patrzyła łaskawieNajświętsza Panienka w złocistej oprawie...
Comments
Loading comments…