Na szczytach (Konopnicka, 1915)

Tatrzańskie stoki w ziołach tonąI noszą odzież rozkwieconą,Na mchu stawiają stopy boseI traw oddechem piją rosę...A wyżej kamień nagi błyska,Szumiące zdroje wrą z urwiska,Lecąc ożywczą w dół kaskadą,Z jasnością świeżą, srebrną, bladą...Szczyt zasię białe pienią śniegi,Jak puhar, pełen aż po brzegi,Złamanym błyskiem słońca migaI wiecznym chłodem w lód zastyga...Wędrowiec w niźniach zrywa kwiatyI piersi krzepi świeżą wonią...Na połoninie zdrój skrzydlaty,Jak ptaka w locie, chwyta dłonią...

Aż gdy lodowe gór widziadłoTchem swym zastudzi krew na szczycie,Wtedy się pyta z twarzą zbladłą:»Życie! Gdzie jesteś, ciepłe życie?«Wierchy! wy wierchy zamrożone,Na dyamentową gór koronę,Posępne siostry czarnej chmury,Wy nie jesteście sercem góry!...Prąd, co z rodzinnej bije ziemiTętnami młodych sił żywemi,Wam nie przenika piersi drżeniemI nie zajmuje krwi płomieniem...Zastygłe w bieli, nizkim stokomCiężycie masą granitowąI zimną, trupią waszą głowąDech zamrażacie tym obłokom,Co deszcz wiosenny ziemi niosąI plony pracy krzepią rosą...Gdy burza siecze wasze ciałoI piorunową kryje szatą —Lodowisk waszych płachtę białąPonad góralską widzę chatą,I drżę, i pytam przerażony:Ach! naco górom te korony?

Comments

Loading comments…