Nie dziw się (Konopnicka, 1915)
Ty mi się nie dziw, że ja się wciąż pytamI rzucam: »czemu?« w przestrzenie błękitu...Wszak odpowiedzi nikt mi nie dał jeszcze.Idę — i słucham — i w próżni tej chwytamJakieś przebłyski dalekiego śwituI jakieś hasła, jakieś wróżby wieszcze...Lecz to są tylko echa — i westchnieniaI starcia myśli nagłe błyskawice,Okrzyki zgrozy błądzących wśród cienia,Łkania — i skargi — i bluźnierstw wybuchyNa bezlitosną życia tajemnicę,Od której konają duchy...
Ty mi się nie dziw! — Któż z nas, co dziś żyją,Może zasypiać spokojny i cichy,Jak te powoju dziennego kielichy,Które łez rosy nie piją,I tak się zwinąć, jak one, przed cieniemI nigdy, nigdy nie przebić spojrzeniemTej tajemniczej, gwiaździstej zasłony,Która drży w ręku Boga od serc bicia,Z jakiem się do niej zbliżają miljonyNamiętnych duchów, co idą przebojem,
Za żądzy swej niepokojemI nie chcą bez walki — życia?
Ty mi się nie dziw! — Ja jestem dziecięciemWieku, co wyrzekł, że gdyby mu danoPrawdę, jak gwiazdę jaśniejącą cudem,Ot tak, gotową, zdjętą prosto z nieba,Prawdę, krwią jego serca nie oblanąI nie zdobytą potem ani łzami,Onby ją rzucił, bo jemu potrzebaIść — i zdobywać i łamać się z trudem,Zdumiewać światy śmiałem przedsięwzięciem,Cofać się — padać — powstawać na nowo,Drogi swe znaczyć krwawymi śladami,Konać z tęsknoty, czekając na słowo,Które ma kiedyś z ust całej ludzkościDać nazwę świtom przyszłości.
Ty mi się nie dziw! — Ja idę w pomroceZwątpień, któremi trują się dziś duchy...Z dala gdzieś — nikły promyczek migoce,Lecz wokoło mnie lecą huraganyTchnień niespokojnych, które w samo słońceCiskają strzały swoje pałające,Zdając się wołać: »Zdmuchnę — potem stworzę!«Ach! od tchnień takich światełko to bożeDrży — i przygasa, jak płomyk, wydanyBez żadnych osłon na wiatru podmuchy...I trzeba wiele wytrwania i siły,Żeby je w piersiach, jak w lampie z kryształu,Zamknąć — i iść tak w łunach ideałuAż do nieznanej mogiły.
Ty mi się nie dziw! — Ja stoję na ziemi,Po której idą tłumami smutnemiLudzie, których ja braćmi mymi zowię...Stoję — i patrzę — i płaczę nad niemi,
I gdybym była Bogiem, to każdemuDałabym spokój i światło i zdrowie...I myśląc o tej wieczystej Wszechmocy,Którą mi wiara wskazuje w błękicie,I o tej nędzy i o łzach tajemnych,O tych stęsknionych — i smutnych i sennych,Dla których śmiercią jest życie,Gubię się w pełnej przerażenia nocyI pytam namiętnie: czemu?
Ty mi się nie dziw! — Co dziś nie zachwiane?Co wiecznie pewne, niezłomne, prawdziwe?Ach! gdybyś wiedział, jak drży serce żywe,Gdy je w dwie strony targają zwątpienia!I gdybyś wiedział, jaką krwawą ranęW piersiach swych mają ci bladzi badacze,Którzy się w nędzy własnego istnieniaGrzebią, jak w ziemi napół ślepe krety!Ach! gdybyś wiedział, jak serce im płacze,Gdy idą, jako złowróżbne komety,Przez lud, nad którym świecą, przeklinane,Zawsze samotni — i zawsze tułacze,Odarci z uciech, a nieraz i — z cześci...I gdybyś wiedział, ile jest boleściI ile żądeł — i jadu gorzkiego,Ile poczucia nędzy i niemocyW tem jednem słowie: »dlaczego?«Gdy się je rzuca wśród bezsennej nocyW niebo, co w gwiazd swych srebrzystej poświacieStoi nad ziemią, w cichym majestacie,Jak badań otwarta droga —Tobyś mógł płakać nad dolą człowieka,Który z śmiertelną trwogą i gorycząSłowo to straszne wyrzekaI w nieskończoność patrząc tajemniczą,O losy ziemi śmie pytać się — Boga!
Comments
Loading comments…