Nigdy ja na tej (Konopnicka, 1915)

Nigdy ja na tej nie stanę wyżynie,Kędy przed wzrokiem, wpatrzonym w wszechświaty,Ziemia z swą nędzą tak blednie i ginie,Jak tęcz mdlejących szkarłaty.Nigdy nie spocznę w błękitnej tej ciszy,Gdzie duch, ukojon oddechem wieczności,Ledwo, że czuje, i ledwo, że słyszy,Namiętne skargi ludzkości.Nigdy łez gorzkich, co płyną gorące,Choćby w nich błękit odbiły niebiosy

I złote strzały złamało w nich słońce,Nie nazwę kroplami rosy.Nigdy mi wiedza tej nie da pociechy,Bym złe i dobre, i ból i uśmiechy,Brała za jedno, co tylko się zmieniaZ punktem naszego widzenia.Nigdy nie dojdę przez śniegi i lodyDo olimpijskich słonecznych tych szczytów,Kędy łez niema i niema zachwytów,Lecz tron wieczystej pogody.Ja będę latać, jako ptak zraniony,Nizko nad ziemią tą, co w bólach kona,Bym mogła objąć z miłością w ramionaSmutnych miljony!I — jak jaskółka — bijąc w skrzydła drżące,Latać ja będę nad nizkie zagrody,Nad pola nasze i lasy szumiące,I modre wody...W miesięczne noce, za mgłami srebrnemiPosłyszę i skargi i rany obaczęI pytać będę uśpionej tej ziemi:Kto tam tak płacze?I choćby wszyscy milczeli, ja przecieBłękity wstrząsać będę mym protestem...I gdy Bóg spyta: »Sąż smutni na świecie?...«Odpowiem: — Jestem!

Comments

Loading comments…