O panu Józefie Pułaskim
Pan Pułaski starosta,Nikt mu u nas nie sprosta!Jak szablicę przypasze,Nie da sobie pluć w kaszę.
Repnin gniewnie coś dmucha,Kręci wąsa od ucha,Ledwie zważa, jak z łaski,Co pan prawi Pułaski.
Tak od słowa do słowaSzła z Moskalem rozmowa,Aż generał tymczasemWsadził kaszkiet z lampasem.
Pan starosta warecki,Mars postawił szlachecki,I nad czubem — jak z płatkaBłysła konfederatka.
»Jak śmiał?« — Repnin zakrzyczy,Ciągnie szablę ze smyczy,Pan Pułaski też swoją,Patrzą na się i stoją.
Patrzą na się wprost w lice,Wytężyli źrenice,Pan starosta aż paliWzrokiem — wodza Moskali.
Co tam wzgardy dla dziczy,Tego nikt dziś nie zliczy!Patrzy Repnin, a czuje,Że mu wzrok ten w twarz pluje.
Więc od złości aż parska,Pyszna sztuka ta carska,A starosta — oczyma,Jak kleszczami go trzyma.
Wreszcie Moskal nie sprosta:— A jaki pan starosta —(Tu zdjął kaszkiet) — uparty!Ja tak tylko przez żarty...
Więc gdy z głową stał gołą,Pan Pułaski wzniósł czoło,— Ja — bez żartów — rzekł hardo,I odwrócił się z wzgardą.
I szedł w czapce z rozmowy,Nie schyliwszy nic głowy,Pan Pułaski starosta,Co mu nikt dziś nie sprosta!
Comments
Loading comments…