Opowiadanie rannego (Konopnicka, 1915)
Zimny poranek ocucił mnie rosą.Otwarłem oczy, próbując oddechu...Na piersiach moich głowę złotowłosą,Pełną młodzieńczych marzeń i uśmiechu,Trzymał towarzysz broni, chłopiec młody,Co padł już po mnie, a tak ciężko padał,Jak ścięte w lesie młodych dębów kłody...Ten, co mu w serce cios śmiertelny zadał,Miał oko wprawne i rękę tak pewną,Że chłopiec upadł i stężał, jak drewno,Zanim konania chwyciły go dreszcze;Bo uśmiech rzewny miał na ustach jeszczeI słówko jakieś nawpół wymówione;I tylko oczy ku niebu zwrócone,Matowym blaskiem świeciły w przestworze,Zdając się wołać: »Umieram, o Boże!«
Nie miałem siły usunąć tej głowyZ piersi zranionej... Słoneczny blask płowyRaził mi oczy zgryzione od prochu...Chciałem je przetrzeć, poruszyłem ręką,Krew mi się z rany rzuciła i cienkąStrugą uchodzić zaczęła potrochu...Czułem, że jakoś ratować się trzeba,Lecz myśl zmącona nie dawała rady...Spojrzałem w górę, a na skrawku nieba
Były, jakgdyby rany i krwi ślady,I chmury, jako ciała rozciągnione,I dym i oko Boga, zapaloneGniewu pożogą, patrzało na ziemię,Jakby szukając miejsca do pocisku...I tak leżałem na tem bojowisku,Sam nawpół martwy.
Z lewej, z prawej stronyTwarze poległych świeciły pod słońceBiałością śmierci okropną, zdrętwiałą...A krew zakrzepła, jak koral czerwony,Plamiła czoła, lub w sznurki błyszczące,Szkaplerzem śmierci owijała ciało...A cicho było tak w tem polu klęski,Żem słyszał przelot jaskółek zwycięski,Co się ponad niem ścigały z wietrzykiem...A choć nie padło tam ni jedno słowo,Cisza ta przecież zdawała się krzykiemI jakąś straszną sądów bożych mową.
W powietrzu drgnęło... Przywabiony łupem,Szumiąc skrzydłami, sęp wzniósł się wysokoI chwilę zawisł, jak całun nad trupem...A jego krwawe i okrągłe okoBłysnęło w górze straszne, pałające,Pomiędzy niebem a ziemią — jak słońce.Spadł i hakami szponów swych wszczepionyW rozbitą czaszkę, szarpał dziobem krzywymMętną źrenicę trupa, nad nieżywymPastwiąc się, jakby zemstą był trawiony...I znów się cisza nad polem obniosłaOlbrzymią skargą ust, zwartych na wieki...A czarne kawki, jak płaczki z rzemiosła,Jęły zawodzić z suchemi powiekiI tam leciały, gdzie słońce zapada,Wołając chórem: »biada! biada! biada!«
Wtem jęk się cichy ozwał z prawej strony.Ktoś westchnął: »Ałłah!« i turban zielonyUniósł się ponad stratowaną ziemią,A za turbanem podniosła się głowaI pierś szeroka i reszta tułowa.Olbrzymi nizam, z czarną jak noc brodą,Stanął i patrzał, jak umarli drzemią...A potem chwiać się zaczął, jak pijany,Bo krew z odkrytej buchnęła mu rany,Śmiertelną chustą czerwieniąc pierś młodą...Więc zerwał kaftan z lewego ramieniaI zwinął rękaw i w ranę go wcisnął,A w prawej ręce kindżał mu zabłysnął,Jak nów — był przecież bledszym od spojrzeniaZmartwychpowstańca, co okiem tygrysaPatrzy na trupy, krew, zda się, wysysaZ rozbitych piersi wrogów Mahometa...Do najbliższego schylił się atletaI tchu w nim szukał i znalazł go pono,Bo mu pchnął kindżał w niezakrytą szyjęI krwi wypuścił kaskadę czerwonąI wstał z uśmiechem i szepnął: »Nie żyje!«I wlókł się chyłkiem, krwawiąc własne ślady,Płomienny pomstą, krwi utratą blady,I szukał tchnienia, co w piersiach zamiera,Tak przypadając cicho, jak pantera.A gdy dosłyszał, że kto jęknął z cicha,Ze trup się ruszył, że drgnął, że oddycha,Zrywał się z krzykiem szału i boleściI kindżał w serce pchał do rękojeści.
A był tak straszny, jak te mściwe duchy
Hunnów, co walczą aż po śmierci jeszcze...Dzikiego zwierza miał zdradzieckie ruchy,Upiora nocy źrenice złowieszcze,Na czole, twarzy, krwi zaskrzepłej strugi,Ponure piętna trupiego uścisku.I tak się wlokąc po tem bojowisku,Nad śmierć groźniejszy, zabijał raz drugi.Chwilami słabnął, przestawał robotyI za pierś chwytał i chwiał się i mienił,Czoło śmiertelne rosiły mu poty,Kaftan krwią z rany przesiąkł i czerwieniłPas, co mu pasze biodra wełną białą,I zda się życie z niego ulatało...Lecz wnet się krzepił. Mdlejące źreniceRozpalał ogniem, jako dwa księżyce,I wężem pełznąc między ciał tych kupy,Dobijał rannych.
Już tylko dwa trupyNas rozdzielały. Jakby urzeczony,Nie mogłem oczu oderwać od strony,Gdzie się poczołgał ten nizam straszliwy...I tracąc oddech, czułem nawpół żywy,Jak kindżał jego pierś mi nawskróś wierciI serca sięga... Wszystkie męki śmierciOczekiwanej, nieuchronnej, blizkiej,Tak mnie chwyciły w żelazne uściski,Żem głośno jęknął: Boże!Nizam dzikiDojrzał mnie, skoczył i wyciągnął ręce,Rzucając w przestrzeń wściekłości okrzyki.Lecz nagle, jakby w dojmującej męce,
Zwinął się w sobie i przycisnął ranę,Z której buchnęły długo wstrzymywaneCzarnej krwi strugi... zachwiał się, rękomaChwytając próżnię przed sobą... na czoleŚniada mgła śmierci osiadła widoma...Oczy zagasły... Pasując się z skonem,Zerwał się jeszcze, zatoczył półkoleI cisnął we mnie skrwawionym kindżałemI trupa tego, którego dźwigałem,Przeszył na wylot żelazem czerwonem.Był to ostatni cios tej dzikiej dłoni...Jak stał, tak runął u nóg mych z łoskotem;A twarz przedśmiertną łuną mu się płoni,Potem sinieje, potem blednie, potemRobi się sztywna, przeraźliwie biała...I skonał nizam, szepcząc: »Ałła!... Ałła!...«
Comments
Loading comments…