Pan Balcer w Brazylji — całość
Więc kiedym stanął na onym pokładzieNa pewnych nogach i szeroko w kroku,Tom się pocieszył, że już na zawadzieNie będzie teraz nic, nawet łza w oku.Okręt był wielki, głęboki w nasadzie,A choć wiatr tęgi zadymał mu zboku,Ledwo się w sobie kolebał bezmałaNa linie, co się prężyła i drżała.
Ha, w imię Ojca i Syna i Ducha...Zrobiłem święty krzyż: Płynąć, to płynąć!Człowiek nie plewa, wiatr go nie wydmucha;Katolik przecie, Bóg nie da mu zginąć!I zaraz we mnie wstąpiła otucha,A że mnie jeden z fajeczką chciał minąć,Więc ognia wziąłem i czapkęm nacisnąłNa ucho, kiedy nagle sygnał świsnął.
Jest przeraźliwość jakaś niespodzianaW takowym świście, co jeży ci włosy,Boć to waleta przez ziemię ci dana,A ty się zbieraj i w garści dzierż losy!
Więc się pode mną ugięły kolana,I w oczach nieco zaczułem tej rosy,Która, choć nikt cię nie żegna z żałobą,Samego człeka urzewnia nad sobą.
A już te czółna przewoźne, te łodzie,Co do okrętu latały od brzega,Tak się zwijając i goniąc po wodzie,Jak stado rybitw, gdy płocia dostrzega,To wprost, to wukos, to wtyle, to wprzodzie,Cała ta luza już od nas odbiega.Wtem działo w porcie ryknęło co garła...Głos poszedł duży, lecz woda go zżarła.
Znak to był, jako na grzbiecie już swoimMorze nas samo trzyma, bez kotwicy.Załopotały po boku oboimSkrzydliska, nakształt młyńskiej śmigownicy;Nie czułem zrazu, czy płyniem, czy stoim.Dym buchał gęsty, jak z czarciej kuźnicy,Okręt, choć trzeszczał, lecz mocny się zdawał,I jak rak, wodę łapami rozkrawał.
Tuż za nim, jako kiedy na nowiniePług zajmie krojem skibę a odwali,Taka się połać skróś morza odwinieI szczerym ogniem po strzępach się pali.
Bo już się słońce nurzało w głębinie,Kolory dając ze siebie tej fali,Co się waliła w żar, brózda po bróździe,Łódź czarną ciągnąc za sobą na uździe.
Na statku wrzawa, komenda, tłok, krzyki,Po ludziach depcą, jak w boru po chróście.Człek się tu robi przemyślny a dziki;Ustąp się krokiem, to chybniesz w czeluście.Nie tak się niedźwiedź pilnuje muzyki,Gdy mu gra cygan na drumli w odpuście,Jak tu człek prawa morskiego i rządu,Iż apelować daleko do lądu.
Zrazum był, jako więc w ostęp wpędzonyWprost na nagonkę, w sam kocieł obławyÓw szarak, co to nie wie, z jakiej stronySłuchy ma wytknąć, by nie dać odprawy.Świst wiatru w uszach i rozpęd szalonyMało mnie z onej nie wymiótł precz nawyRazem z magierką, butami i pasem...Więcem się skulił, by zając pod lasem.
Ażci powoli cicho: czym ja zwykał,Czy też tak woda po sobie rozniosła?A com rozumiał, że każdy w swą krzykał,Jeden drugiego pędzając za posła —
Nieprawda! Tuman mi z głowy już znikał.Różny tu urząd i różne rzemiosła.Nad wszystkiem stoi kapitan w honorzeI w rozkazaniu. A nad nim zaś — morze.
Starsze ci ono nad wszystkie burmistrze,A każdy przed niem kiep i staje frontem.Gdy huknie, kiedy przyporwie się bystrze,To właśnie, jakbyś na działo szedł z lontem.Zwolnieje zasię, potoczy się czystszePod drobną falą, jak gdyby pod gontem:To ci od miru tego, od tej łaski,Na cały okół świata biją blaski.
Ale nim sobie rozbierzesz to, człecze,Jużeś poczęstnem szturchańców wziął siła.Już za kark pleszcze, już na łeb ci ciecze,Już cię tu lina skrobnęła, jak piła;Tuś w łańcuch stąpnął, więc z sobą cię wlecze,Tu pompa chlusła i gębę ci zmyła.Gdzie spojrzysz — wszędzie srogość i zawziątek,A morze kipi i bucha, jak wrzątek.
Toż i nie dziwo, żem zrazu w tym warzeZgoła nie wiedział, co z naszą gromadą!Stalić tam w dymach kotłowych i w parze,Do kupy zbici, by owiec tych stado,Gdy je zapłoszy wilk. Spojrzałem w twarze:Te jedne sino mienią się, te blado,W oczach błąd, chłopom kolana dygocą,Trzęsą się wargi, ściskane przemocą.
Więc gdym obaczył znagła te sukmany,Co zwyczkiem siedzą schowane we zbożu,
On to len siwy, wełnami przetkany,Na polskiej chaty przędziony zaprożu,Gdzie wiśnie kwitną, a dach jest słomiany,Jak dziś po wielkiem unoszą się morzu,Za bujnym wiatrem wiewając po świecie:Tom uczuł w piersiach mróz, a ciarki w grzbiecie.
Bo to już wybić musiała godzinaSądna, i one rokowe momenty,Kiedy w narodzie tynk opadł i glina,A wyszły na jaw tajne fundamenty.Już być musiała nie byle przyczyna,Gdy chłop w ostatnie jakby sakramentyOpatrzył duszę i szuka sposobuZa morzem, jakby z tamtej strony grobu.
Kto powierzch ziemi siedzi — nie dziwota;Łacno jest ze mchów płytkiego wziąć grzyba.Aleć kto dębem korzenie rozmotaSkróś tej macierzy, i czyja sadybaSamo jej serce — tam twarda robota.Śmiertelny topór przyłożon jest chybaDo pnia narodu, do rdzenia i miazgi,Skoro z nas lecą za morze aż drzazgi!
Boć ze rzemiosłem to jeszcze pół licha;Człek jest światowy i luźny, sam w sobie,Kunszt go prowadzi i wszędzie przepycha.Źle mi — poprawię. Straciłem — zarobię.Ale chłop, w sochę co żywot wydycha,A ziemię tylko przewraca i skrobie,Kiedy chce od niej — nie puszcza go, stęka,Krwawe rozdarcie jest i śmierci męka.
Więc gdy tak patrzą na one to brzegi,Choć im i cudze były i nielube,Na one wody pieniste, by śniegi,Co walą z hukiem, a idą we śrubę,Podobni ptactwu, co miewa noclegiW śródniebnych drogach, a podczas i zgubę,Od skrawka ziemi niknącej w oddaliOdjąć nie mogli oczu i tak stali.
A już te łuny ugasły na wodzieZ zachodowego pożaru i słońca,Niebo się miało ku cichej pogodzie,Otchnione parą od końca do końca.Lekuchna modrość szła po niem na wschodzie,Aż nagle pierwsza gwiazda błysła drżąca,I liczko swoje zamglone i bladeProsto na naszą zwróciła gromadę.
I patrz, jak dziwne są moce i siłyW onych to światłach litosnych na ziemię:Wszystkie się głowy podniosły i wzbiły,Jakoby tknięte matczynym tchem w ciemię,Wszystkie się oczy rosami zaszkliły,A choć nikt znaku nie dał, lud, jak brzemię,Z jękiem i z płaczem upadł na kolana:...«O gwiazdo morza!... Karmicielko Pana!...».................
Szeroko pieśń się poniosła w przestworze,Bo ludu kupa była — do tysiąca.Dołem, jak organ, dawało głos morze,Powyż — ta jedna gwiazda błyskająca,Gwiazda, co gdzieś tam po naszym ugorze,Po naszych polach chodziła świetląca,
A teraz przyszła tu zliczyć te głowyI dzieciąteczek posrebrzyć włos płowy.
I tak nas zaszła noc nad tą głębinąZ wyciągniętemi klęczących ramiony,Jak te bociany, gdy loty rozwinąOd gniazd, gdzie miały bezpieczne uchrony,A niewiedzące są: wrócą, czy zginą,Czy koła dawne obaczą i brony...Więc tylko skrzydła na wichrach położąI płyną — niebem nakryte i zorzą.................
Sczerniały nagle wody. Mroki dużeTak się rozwlokły po nich, jako chusta:Zlękli się ludzie, że będziem mieć burze.Ale był płonny strach i trwoga pusta,Bo morze rado tak nosi się w chmurzeI poomacku w ciemnościach się chlusta,A co o boki okrętu uderzy,To warknie, jak zły pies, i kły wyszczerzy.
A już szedł rozkaz i dzwon już znać dawał,Żeby się wszyscy do miejsc swoich mieli.Więc naród hurmem z tych klęczek powstawałI hurmem schodził po stromej grządzieliPod pokład. Jeszczeć wieczora był kawał,Lecz każdy zawczas pilnował swej ścieli,Bo ludu było w okręcie, jak mrowia,I nie każdemu starczyło wezgłowia.
Dopieroż to się zaczęła przeprawa,Jako na wojnie bywa w batalii;Jeden drugiemu przed sobą nie dawa,Naoślep pędzi i na zakręt szyi.Już się do bójki ma, już sroga wrzawa,Gdy ja, na pomoc wezwawszy Maryi,Klinem się puszczam w ciżbę, a łbem bodę,I takem sobie zadobył gospodę.
Nie przedniać była. Na dworskim folwarkuLepsze dla gęsi tucznych stawią kojce.Jeden pod tobą, a drugi na karku,A ty w pośrodku tkwisz, jak ślimak w skojce,Dokoła wzdychań, chrapotu, poswarku;Razem to — dzieci i matki i ojce...Jeśliś ochludny, trzy razy się skóraWstrząśnie na tobie, nim w barłóg dasz nura.
Dziwnaż ta morska noc i dziwne spanie,Jakiegoś nie znał, człeka, od jak żywa.Ledwo ci dusza ugaśnie, ustanie,Aż cię tu jakaś dalekość porywa,Jakaś cię rzuca moc i kołychanie...Stój! — krzyczysz, myślisz na poręcz — że grzywa,Że koń cię poniósł wietrznemi kopyty...Alić wtem wyrżniesz łbem — i padasz zbity.
I nic. I znów ci powłóczą się oczy...Aż tu nad tobą: «Ratujta!» kto wrzaśnie,
I znów ci serce, jak piłka, wyskoczy,I znów się porwiesz — i nic. To cię właśnieTak zamdli, tak cię zanudzi, zamroczy,Że drugi dobrze za północ nie zaśnie,I wzdycha tylko i pot z niego kapie,I słucha, jak w tym parze ciżba chrapie.
Ledwo nad ranem ustała ta zmora,I zaraz mnie też przychwycił sen tęgi.I ot mi w oczach stanęły, jak wczora,Miasteczko, kuźnia, kowadło, obcęgi...Słucham — z łąk leci gęganie gęsiora,Patrzę — chłop szkapie przyciąga popręgi,Jasiek w miech dyma, lśnią w słońcu ufnale,A ja w podkowę, co siły mam — walę.
Hej! Niejeden tam śnić musiał tej nocyO chacie, o tym zagonie, o rodzie...Stękały chłopy, jak w ciężkiej niemocy,Insze zaś w głos się śmiały, by przy miodzie.Niejedna baba skoczyła, jak z procy,Gdy ostrzej chybło pudlisko na wodzie;Wzdychań, pokrzyków niemało tam było —Tak nas to morze, jak wino, spoiło.
Dzieciątka, tylko pośpiły się ciche,Jakby się nigdy przebudzić nie chciały.Pisklęta one bezpióre i liche,Gdzie które padło, jak padło, tak spały.Człowiek, choć we śnie, a różną ma pychęI różną żądość; a taki ptak białyMógłby na piersiach Chrystusa spać Pana,Jako rzeczonem jest o głowie Jana.............
Ledwo dzień oświtł — a ranek był chłodny —Szedł naród z dobrą na pokład otuchą.Nuż do węzełków, bo drugi i głodnyLegł, postem morze witając na sucho.Wiatr ruszał wodą i szum czynił godny,Właśnie jak gdyby powiadał na uchoJakoweś mile rzeźwiące orędzie:— Ej, pójdzie jakoś! Ej, jakoś to będzie! —
Bo niema, coby tak silnie przywarłoDo człeka, jak to na jutro czekanie.Choćby się serce, jak żebrak, obdarło,Jeszcze w tym jednym zostaje łachmanie.Śmierć — i ta patrzy źrenicą umarłą,Rychłoli wskrześnie, a z martwych powstanie.Więc choć się naród zmitrężył niemało,Morze nadzieją ku niemu się śmiało.
Dopieroż tu się tej arce dziwować,Co nas na sobie przez zatop ów niosła;A toby było i folwark gdzie schować,A wodę pruje, by szczuka, bez wiosła.Zadzierasz głowy, chcesz maszty zrachować,Na które sosna — sto lat mało — rosła,Alebyś darmo swój rozum przykładał!Dopieroż jeden stał, i tak powiadał:
— «Okręt mieć most, jak człowiek, swe imię,A ten tu z nami, to «Krejc» się mianuje,Co po naszemu «Krzyż» znaczy. Aż w RzymieSam papież takie metryki spisuje.
Przy biciu z harmat, przy ogniach, przy dymie,Ma okręt chrzest swój i chrzestnych przyjmuje.Dopieroż granie i wino i miody,A pierwszy kubek na wiwat — do wody.
Więc jako człowiek najwyżej ma głowę,Tak okręt zasię maszt wielki, koronny.Trza zbrodzić lasy i puszcze światowe,Zanim się trafi dąb, silny a gonny,Co go nie toczy czerw, kory ma zdrowe,Ani go suszy jemioły liść płonny.Bo widłak na to, ni bochniak — nie będzie,Co mech skołtuni, a grzyb go obsiędzie.
Taki nim spuszczą, to czynią z nim próby;Bo musi rostu mieć do setnej stopy,A od przyziemka też godnie być grubyW sobie, przynajmniej na jakie trzy chłopy.Dopieroż gdy te odprawia rachuby,Siekierą po nim! I nuż go przez tropyWilcze, przez gawiedź borową, przez haszczą,Jako niedźwiedzia powalą i taszczą.
Długoby przyszło i w ciężkim mozolePowiadać wszystko, co potem z nim bywa;Bo moczą w wodzie i warzą go w smole,Aż z niego wyjdzie precz treść leśna, żywa,Nie tyle razy przewróci chłop rolę,Nie tyle żyd się przez szabas nakiwa,Co on tram męki wycierpi, nim zgołaMasztem powstanie i wichrom da czoła.
Ten drugi zasię, co «bukszpir» go piszą,Z żywicznej sośni jest, albo z modrzewa.Żagle się na nim jak chusty kołyszą,Gdy niemi kramarz na budzie swej wiewa;Sznury się po nim pną i luźno wiszą,Na czubie, w koszu, coś gwiżdże i śpiewa.Pachoł to, co tam siedząc przy powięziLin, śwista sobie, jak drozd na gałęzi».
Otwarły chłopy gęby, jako wrota,I patrzą, niby na wiewiórkę dzieci.— «Spadnie!» — «Nie spadnie!» — A ten się chybota,Jakoby leciał już. Tak krzyknie trzeci:«Trzymaj się chłopie, bo wiatr cię pomiota!»Ten nic! Więc inszy: «Nie słyszy Waszeci,Bo sroga góra je i woda huczy...A zresztą takich tam — sam djabeł uczy!»
I prawda! Nie raz, i nie dziesięć razyWidziałem, jak się masztowi do czubaPnie taki, jako po olchach te łazyI te dzięcioły. To idzie, by śruba.Na drzewcu żadnej zadzierki ni skazy:Skręt karku pewny inszemu i zguba,A on nic! Śmieje się tylko i świata.To cóżby, jak nie ta siła nieczysta?...
Ale największy dziw w ciebie uderzy,Kiedy to pojrzysz na one głębiny.Bo choć się oko najdalej zamierzy,Nie ujrzy ziemi skrawka, ni drzewiny...
Ocean tylko przed tobą się szerzyW dalekość, którą nakrywa par siny...Próżnobyś oczy obracał, jak słońca:Nie — tylko woda a woda bez końca.
A teraz patrz-że, jak po tych bezdrożachOkręt steruje i plac sobie czyni,Gościniec miawszy znaczony na zorzach,W tej niezmierzonej, bezbrodnej pustyni,Jak zna te chody przepastne na morzach!To prędzej u nas chłop zmyli w SterdyniDrogę — z odpustu idąc — do rogatek,Niż na tych wodnych obrusach — ten statek.
Więc się i w ludziach bezpieczność jakowaI dobre w sobie ocknęło dufanie.Od »Pochwalony«, od słowa do słowa,Tu jedna kupka, tam druga przystanie;Radzą — a każda ma rozum swój głowa —A jak to będzie, a owo jak stanie,Aż brzękło gwarem po onym pokładzie,Jak kiedy pszczoły uroją się w sadzie.
Więc to tam było napatrzeć się czego,Onych ubiorów i ludzkiej odmiany...Bo się lud zeszedł, het z kraju całego:Kurpie, Mazury, Łomżyńce, Płocczany,
Alić najgęściej z porębu naszego,Od Liwca, Narwi brunatne sukmany...A w każdym inszy ruch, insza postawa.Tak się to ziemia w narodzie wydawa.
Dopieroż tu się zapalą te oczy,Dopieroż staną te lica w kolorze!Ten z czapą jedzie wtył, ten ją wbok tłoczy,Ten, jak lny, jasny, a ów, jak dąb w korze.Lud zwięzły w sobie, żylasty,Łeb prosto nosi, jest twardy w honorze,A choć po równiach polistych rad siedzi,Górny jest, jakby dziś był u spowiedzi.
Drugi ma ledwo ten kubrak na grzbiecie,A patrz, jak ręce od siebie rozkłada!Właśnie, jakoby choć z włóka w powiecieNa niego stała. Dokoła gromada,A ten — tak, owak, a inak po świecie...Każdego przeprze, każdego przegada,Jakby podwójcim był albo ławnikiem.Taki się z drogi nie namknie przed nikiem!
Najgłośniej prawił Opacz. Chłop, jak rzepa,Szeroki w gębie na każdym jarmarku,Lenił się nagiąć do pługa, do cepa,Więc luzem chadzał przy drożnym szarwarku.
Wiejska się na nim przetarła polepa,Bo w artylerskim sługiwał gdzieś parku.Ten krętych włosów był i dużej głowy,A na kamzeli miał szynel wojskowy.
Teraz zapalił cygar, jął się w boki:— «Cóż tam za morze!» — mówił i pluł ślinę.— «Niech mi położy kto ze dwa sorokiRubli: tak, brat moj, choć wpoprzek przepłynę!»— «Dlaboga! — krzykną baby, gdyby sroki —Przez tylą wodę?... Przez tylą głębinę?...»A on: — «Nie takie ja widział w Odesie!»Tak baby: — «Reta!...» — A on: «Nie bójcie się!»
Na to Sekura Paweł: «Wszystko niczem,Kiedy my się tu szczęśliwie dostali,To tam i dalej pójdzie!» — «A my liczem,Że tego będzie już bliżej, niż dalej!» —Rzecze Pietr Bandys: — «Ot, strzelił jak biczem!»Zakrzyknie inszy. — «A u nas gadali,Co suchoputną najsporzej jest drogą:Trzy dni coś, tylko że trafić nie mogą».
A wtem Przytuła Szymon: — «Ot to biedaZ głupim narodem!» — rzekł i kiwał brodą.— «Jak owce to to... Chce — kupi, chce — przeda!A to nie wiecie, co wszelki kraj wodą
Oblany dokół, a woda precz nie da?Czemże to zaprzesz granicę? — Czy kłodą?Nie bój się! Dobrze tam strzegą od szkody...A ten mocniejszy, kto więcej ma wody!»
— «Co z chłopstwem gadać? Łby tępe, jak drewno.Albo to widział co taki kozica?« —Rzekł Magier stelmach, splunąwszy wbok gniewno.Ten od Łukowa szedł i grał w szlachcica.Bo to tam u nich tak szlachty ulewno,Że jak nie zrodzi groch albo pszenica,To słomy w buty na wiechcie nie stanie.Ci w płaszczach chodzą sinych, nie w sukmanie.
Słyszą to chłopy. Nuż trącać się, zżymać,Aż Kacper Bugaj z Łęczny, setna dusza,Nie mógł zęboma języka utrzymać,Przestąpił, wcisnął nisko kapelusza,Ręce pod boki, i nuż gębą dymać:— «Każdy je mądry, jak wraca z ratusza,Kiedy go burmistrz po skórze wyłupi...Ino na ratusz, to wszyscyśma głupi!»
Tak chłopy też w swą: — «A jużci! A przecie!»A ten sparł boków i aże przysiada:— «Co głupich robić gębą, kiej na świecieDość ich bez tego! A gadka powiada:I głupi chleba nie ciśnie na śmiecie,Ino tak samo, jak drugi go jada!
Ma on swój rozum! Tyla, że nieboże,Mądry się jeno na nim poznać może!...»
Pojrzał z pod czoła Magier. Widno w twarzy,Jak mu war idzie od ciemion od karku.Wtem ściśnie pięście i okiem zajarzy...Aż Opacz: — «U nas, w artilerskim parku,Dwóch było głupich i poszło w kucharzy,A że się chłopy wypasły przy garku,Więc jaki taki feldfeblu zeznawał,Jako jest głupi, a rozum — udawał.
To jak nas liczyć wziął na poligonieFeldfebel, ćwiartkę dostawszy tabaki,Wyszło, że rozum dobry same konieMiały u lawet, a my wsie — duraki.Tak raport. Bo tam w każdym eskadronieSrogi porządek. Tak dalej w baraki!Dalej w doktory! I nim się wydało,To o tem nawet w gazetach pisało». —
— «Powiadał nam ta Niemiec z kolonii...» —Zaczęła baba, a insze, jak w sedno:— «Co tam Niemcowi dowierzać bestyi!Niemiecka wiara a kocia — to jedno!» —Wtem druga: — «Gorszy je Niemiec od żmii.A my latoś chudziznę tę biedną
Przedali Szwabom od Mławy, to wszytekGrosz nam się rozlazł! Nic nie szedł w pożytek».
Ale szewc Szczęśniak, pojrzawszy na żonę,Co dzieciąteczko na łonie tuliła,— «Oj dałby — rzecze — Bóg w tę, czy w tę stronę,Bo nas już bieda ze wszystkiem zamdliła!» —Na to Sekura: — «Gadają, co oneKraje bogate są, złota w nich — siła,Tylko że naród je czarny i dziki,To przez to nas tam chcą mieć, katoliki».
— «Laboga! — wrzasną dziewki, co tam stały —Słyszysz ty, Zośka? Tam chłopy jak sadze...»— «A cóż tam Zośce, kiej Stacho je biały!...»— «O... Stacho znowu!... A cóż ja ci wadzę,Że mnie do Stacha przykładasz?» — Przerwały:— «Dać spokój! — Cichaj!» — «Ej, powiem! Ej, zdradzę!» —Buchnął śmiech pusty, dziewczęcy, swawolny:Zośka stanęła w ogniach, by mak polny.
Lecz w inszej kupie radzili ludziskaO ziemi: — «Słychać, co dołki są płoche,A górki żyzne. — Ja idę, gdzie niskaRola. A co mi po górach wlec sochę?...— Żyto siał będę... Zaorzę życiska,Kobiecie na len odetnę ta trochę,Trochę na owies, na jęczmień uładzę,A reszta — het precz ziemniaki obsadzę».
— «Słyszałem, co tam ziemniakom nie plaży,Ale pszenica to krzy się, jak trzcina». —«Co nie ma krzyć się, kiej słońce tak praży?Podkład też — słyszę — godny, czysta glina,Choć na chleb smaruj». — «A tu gospodarzyJuż jeden żydek przepytać zaczyna,Po czemu parę chcą. Bo to tam bywa,Przez jedno lato ozime dwa żniwa».
— «Bo to nie?... Przecie na takie gorącaSama się święta ziemia chlebem poci.Ruszysz lemieszem — to już je czująca,Już się ta po niej spodziewaj dobroci!»— «Słychać, co owca w półtrzecia miesiącaDwojgiem się naraz i trojgiem też koci,A jagniak wełnę ma, jakiej skop nie da!»— «Tęgi kraj! — Jeno się dostać tam bieda».
Westchnął a za nim insi. Chłop rad wzdychaTam, gdzie się drugi w mówieniu rozszerza.A jest w tem skarga nieznośna, choć cicha,Co ziemią rusza i w niebo uderza,Więc może także i twardość i pycha,Co to na rynek nie niesie pacierza,Jak dziad — jakowaś dostojność ta kmieca,Od prastarego idąca gdzieś wieca.
Ale na boku, od inszych odbita,Stała nieduża gromadka narodu;Na grzbiecie siwa sukmana, a świtaPięknie czarnemi taśmami u przodu
I po kieszeniach, po plecach wyszyta.Twarze surowe, śniade, jakby z głodu,Albo z przedawnej a skrytej żałości.Rzadki zagadał co; stali w cichości,
Pilno patrzając za morzem tem chyżem,Jakoby chcieli uśpieszyć je w biegu.Wtem jeden: — «Słychać, kardynał ma z krzyżemPrzyjmować naród na tamtym ta brzegu...»A drugi: — «Chryste!... Toż mu się uniżem!» —I cichość. Tają dusze, jak smug śniegu...Tak pierwszy: — «Papież dał pismo spisować,Co nasi księża chrzcić będą i chować».
Westchnęli. Milczą. Aż jeden do niebaRęce podniesie: — «O, Panie nad pany!Otom jest Łazarz... Nie uskąp mi chleba,Co światu z ręku anielskich je dany!»Lecz insi: — «Cichoj! Tak głosem nie trzeba...»Umilkł. Łzy połą wyciera sukmany.A wtem niewiasta, już drżąca ze starości:— «Aby te kości donieść!... Aby kości!...»
Tak buchną na mnie serdecznej krwi wary.— Lud-ci podlaski jest! Oneć unjaty...A toć ja przecie tej jednej z nim wiary!Toć i ja rodem z podlaskiej gdzieś chaty...
Tak do nich. Wnet my przystali do pary,Wnet przyjacielstwo sierdziste, że — raty!Boć ta kowalska bekiesza z sukmaną,Dalibóg, że razem kiedyś w sprawie staną!
Zetkły się głowy, ścisnęły prawice,Z nadra do nadra posięgły nam oczy.Wyszły kolory tajemne na lice,Iż to tam naród od wieków krwią broczy...A choć nikt uszów nie ostrzył na szpice,Czuj duch! Trzymają na tęgiej utroczyJęzyk. Słów mało a mowa niedługa:— «Skąd?... Poco?...» — «Duszę ratować. Z nad Buga». —
Rzeko! Żebyś ty wiedziała do siebie,Co siły w tobie jest i co jest mocy,Jaką to twardość toń twoja kolebie,Jaka przysiężność z dna bije wskróś nocy;Tobyś się rwała za wichrem w podniebie,Obwołująca, jak owi prorocy,
Co nad wodami siedzieli Jordana:— «Wstawajcie, ludy, bo idzie sąd Pana!» —
Ha, cóż! Toć jeszcze nie amen, nie hola!Ziemia nie papier, nie trzyma pieczęci,Komu tu wola, a komu niewola...A wy, tymczasem, ratujta mnie święciPolscy, żebym też nie musiał zejść z pola,Póki tu snopa nie zbiorę użęci...A strzeż mnie, Chryste, przed śmiercią i truną,Zanim nie grzmotnę młotem, aż skry luną!
Nagle uderzył huk i mowy zgłuszył,Morze się pienić jęło i kołychać.Wiatr tropy zmylił i z tyłu się ruszył,Fala na falę zaczęły nas spychać.A na pokładzie, jak gdyby deszcz prószył,Takie szły bryzgi. Już ciężko i dychaćI stać. Już w ciebie gorące zawrotyBiją, naprzemian dreszcz idzie i poty.
Ha, niema o czem powiadać tu wiele,Ziemia, jak ziemia, a morze, jak morze,Każde ma swoje osobne fortele,A ty się ratuj, jak umiesz, nieboże!Pozalegali ludziska pościcie,Piszczą, jak właśnie drwa mokre, gdy w korzeZielonej zrąbiesz je, a chcesz rozpalić.Ale się nie miał nad niemi kto żalić.
Bo na okręcie jest tak, jak na wojnie.Wyjdzie — kto wyjdzie, a zginie — kto zginie.Ty zęby ściśnij i czekaj spokojnie,Aż cię zagryzie złe, albo przeminie.Jużci chłop strzyma. Lecz bab było rojnieI starców zeszłych, niepewnych w godzinie.Więc choć się strząsłeś sam, nie miałeś miruOd wszelakiego jęczenia i skwiru.
Dopieroż tedy pod owym pokładem,Gdzie ludu wparto coś więcej tysiąca,Tam się opijesz powietrzem, jak jadem,I sił ostatka pozbędziesz z gorąca!Nie tak mrowisko uroi się gadem,Gdy zgóry sypnie żar i wartkość słońca,Jak się tam naród roił w owej dziurze;Już się i wieszać chciał jeden na sznurze...
Inszy radby się choć w wódce zatopił,Ale że licha była i to droga,A tu i strażnik miał oko i tropił,A jak takiego zobaczył raroga,Dalej pod pompę z nim! Tak chłopa skropił,Takie mu cięgi dał, choć bez batoga,Że drugi, co i na nogach nie ustał,Jak chart umykał, a ten za nim chlustał.
I jadło co dnia gorsze ci się widzi;A słodkiej wody chcesz, to bij się o nią.Brud, ścisk: już człowiek sam sobą się brzydzi,Już jeść nie idzie do kotła, choć dzwonią.Więc jako w kuczce napchani ci żydzi,Tak my nad onych niezmiernych wód tonią
Siedzieli w tłoku i w duchu tym parnym,Każdy pod męki swojej płatem czarnym.
Het, precz odeszła ta dobra otucha,Która nas zpierwa po morzu tem wiodła.Bo w człeku blisko od brzucha do ducha;Taka w nim niskość jest i żądza podła.Raz wraz to kłótnia, to bitka wybucha;Jakowaś wściekłość każdego z nas bodła.A choć sam sobie tej biedy napytał,Jak żbik, na inszych parskał, jak dzik, zgrzytał.
Aż się w to jedno złe i drugie wdało:Ludzie zaczęli grać. Po kątach zrazu,Dorywkiem, milczkiem i jakby nieśmiało.Ale że na to nie było zakazu,Tak się włożyli. To nieraz noc całąŁbami stłoczeni, by ryby u jazu,Siedzą, a tylko głos słychać zażartyI padające na tapczan gdzieś karty.
A wszystko w hazard szło. Bo chłop je świeżyNa takie rzeczy, więc strasznie gorący;I jak się puści, to duszy odbieży,Póki nie skipi w nim ten wrzątek rwący.Dopieroż potem padnie i tak leży.Już go nie wołaj do żadnych tysiący:Nie chce, nie pójdzie. Ugasła w nim siła.Wydmuchał parę, jak kocieł, jest — bryła.
Alić podpałków nie brakło tam onych,Co lud jarzyli, by smolne łuczywo,W ogniach go codzień trzymając czerwonych.Ugasnął jeden: to drugi co żywo!Póki grosz czuli w tych trzosach palonych,Czy za pazuchą, to precz było żniwo;Bo z taką kupą te letkie narodyCiągną, by owad powietrzny na miody.
A już nad wszystkich Opacz. Ten niewielaGadał, a tylko ćmił cygar i chodził,Na tych ramionach strząchając szynela,A w oczy patrzał. — Kto do kart się godził,Dopieroż gdziebądź chuściątko zaściela,I dalej w kupki! To chłopów tak wodził,Że gdzie się ruszył, już pełno tam roja,I tylko słychać: «Ta moja, ta twoja!»
Alić z Opaczem pokumał się pędemJakiś to łyczek wędrowny po świecie.Zalatywało od niego złym swędem:Cygan nie cygan, takie tam ot, śmiecie.Dopieroż to się chłopy zgrywać rzędem!Co który pomknął — to płótno w kalecie:Nie wiem, inkluza miał, czyli wężowąSkórkę, czy zgoła nadrabiał tak głową.
Aż się Przytuła zgrał do suchej nici.A miał grosz godny, bo przedał w Obrytem
Szmat gruntu, chatę, i tutaj na wiciPo Bogu z owem grosiwem, zaszytemW szkaplerzach, dotarł. Jakże się nie chwyci,Jak nie załamie rąk z srogim skowytem!Chryste! Myślałem, że padnie tam trupem,Tak zsiniał. Język w kół, a oczy słupem.
Ledwo my chłopa strzymali w tym pędzie,Bo nam się topić na morzu chciał duchem.Przycichnął patem jakoś, tylko wszędzieZa onym marnym chodził wiatrodmuchem.Gdzie ten z kartami, Przytuła też siędzie,Na ręce patrzy mu, za każdym ruchemOczami idzie pilno i precz śledzi...Aż raz kiedy to tak na boku siedzi,
Patrzy, a łyczek ma karty w rękawieInsze i niemi, gdzie trzeba mu, sunie.Zbladł chłop, jak wapno, skamieniał aż prawie.Jakże mu potem krew w lico nie lunie!Jakże nie skoczy, nie zaklnie plugawie,Jakże na łyczka piorunem nie runie!O ziem, i po nim! — «Ha, psie ty fałszywy...Nie zajdzie słońce, dopókiś ty żywy!»
Bełkoce tamten, ściśnięty kolany,A chłop, co pięści odejmie, to krzyczy:— «A ty wisielcze! A katu urwany!A ty kołtunie! A psie ty bez smyczy!A toś ty z kłami był na świat wydany!A niech cię zbieli trąd!» — A tamten ryczyOstatkiem duszy, tak chłop go nadeptał:— «Oddaj, psi synu, co czart ci naszeptał!»
Widzę, źle będzie, bo człowiek był w gniewieStraszny, a już się ze wszystkiem ochwacił.Co my do niego, to jakby zarzewieNa proch. — «Precz! Wara! Nie będziesz ty płacił!Ja sam! Precz! Na bok!» — A nóż miał w cholewie,I byłby łyczka, jak amen, zatracił,Tylko mu sięgnąć źle było, bo klęczał,Przez kożuch. Tamten coraz ciszej jęczał,
Już, już ustawał... — «A niech go tam spłata!» —Przemówią chłopy. — «Nie będzie miał grzechu!»A insi: — «Bogać! Nie będzie utrata,Ni w niebie dziura!» — I już im do śmiechu.Wtem, jak gdy gołąb z nagłości przylata,A sinem skrzydłem uderza z pośpiechu,Tak nagle głowę Horodziej wynurzyZ trzepotem włosów siwych skróś tej burzy.
A że nie gwałtem widział od starości,Obiedwie ręce poprzed sobą trzymaI puka laską, jak gdyby w ciemnościDrogi se szukał zgasłemi oczyma...Namkli się ludzie dla zeszłych tych kości,Dziad do Przytuły i za kark go ima,A z taką siłą chwycił i tak ciasno,Że się onemu aż zębce zatrzasną.
Chłop zgłupiał. Patrzy, a stary precz trzęsieŻylastą ręką na nim te manatki.
— «A ty co, bratku?... To krzywda ci w mięsie?To ty tu sobie urządzić chcesz jatki?A wstajesz mi ty?... Po takim ci kęsiePies przez chałupę nie puści do matki!...Wstawaj, bo zduszę do ostatniej pary...A ty, złodzieju, oddawaj talary!»
Chłop Horodzieja znał. Z stron jednych byliI razem uszli z tęgiego opału.Więc się w nim zaraz ten impet przesili,Głowa odejdzie z onego postrzału.Targnął się, zaklął w pień, alić po chwiliRąk zwolnił, splunął i wstawał pomału,A choć, jak niedźwiedź, otrząsał się, fukał,Łba spuścił, niby że to czapki szukał.
A łyczek leżał, ot, prosto bez ducha.Nie wiem, czy zamdlał tak, czy pory czekał.Aż go tam jeden kopnął; więc się brzuchaWłasnego chwycił i oczy powlekał,A choć mu gębą pociekła zła jucha,Porwał się — i jak szczur rowem — uciekał,Trzosik po drodze puściwszy i karty.Horodziej głową trząsł, na kiju sparty.
— «Oj źle, oj źle to będzie z nami społu,Kiedy wy takie dajecie naczęcieTej naszej drodze! Juże nam do dołuIść, nie żaglować pod żaglem w okręcie.Oj, nie umiecie szanować Żywiołu!Ukróci on was i zgubi w odmęcie...
Oj, poda na sąd was to morze, poda,Tylko się po was zachluśnie ta woda!
A cóż to? Myślisz, żeś ziemi się puścił,Gdzie cię wkorzenił Bóg, to ci do złegoJuż wolna droga? Toś się już rozpuścił?Już nie wiesz, jak masz żyć? Co jest do czego?Toś już to prawo wszelkie zaczeluścił?Nie bój się! Jest u Żywiołu każdegoPrawo! A ciebie nie skryją i w niebie,Jak ty Żywioły obruszysz na siebie!
A toćżem widział w Wągrowie, w kościele,Jak to Bóg Ociec nad niemi panuje.To mu się tylko powietrze to ścieleDo stóp, a Ogień szaty oblatuje.Tuż Morze, modre, jak u nas kołbieleNadbużne, takoż do służby się czuje,A on Stworzyciel w wichrowej koronie,Ręce ma nad niem, a Ziemię na łonie,
A dokół gwiazdy, miesiące i słońca.Tak na początku pokazał się świata,I taki będzie zaś u świata końca.Bo Żywioł wieczny je, a nie oblata,Jako liść drzewny, ni czas go nie trąca,Ani się najdzie najmniejsza w nim strata...Ni Ogień iskry, ni Wiatr tchu nie zroni,Nie zginie z Ziemi proch, ni kropla z toni.
Bo nad tym ogniem Michał stoi święty,Na koniu, z włócznią, a smok mu w kolana...
A nad powietrzem Elijasz, co wziętyWichrem do nieba. A Woda jest — JanaChrzciciela, który był w więzieniu ścięty;A Ziemia zasię Chrystusa jest Pana,Iż po niej stopką najświętszą swą chodził,Kiedy się w ciele ludzkiem był narodził.
Więc ty się waruj tu na tej głębinie!Boś nie jest jako na boru z napaści,Aleś Żywiołem bożym, co nie minie,Objęty, w Jana świętego jest właści!On tu nad tobą stoi! W zorzach płynie,Nad wody świata, nad morskie zapaści,Na chmurach widna ścięta jego głowa,Gdy słońce krwawo pod zachód się chowa».
— «A i cóż oczy wytrzeszczasz, jak gały?» —Zwrócił się nagle do Pawła Sekury:— «Dalej! Ruszta się! Wstyd, żeby tak stałyChłopy, łbów zdrowych zadarłszy do góry!Nie noc je przecie, dzień boży je biały...Dalej! Choć zwijać te liny, te sznury,Aby te ręce o pracę zaczepić!» —Ruszył. My za nim. Tak umiał lud skrzepić!
Tylko, że krótko tego było. Gadał:Słuchali. Drugi i wzruszył się w sobie,I tuman tak mu od mózgu odpadał,Jak kiedy komin pomiotłem wyskrobie.Lecz wprędce czadził znów i do kart siadał.Więc się to stało podobnem chorobie:Jad ludzi nędził tak, że twarze zbladły,Grzbiety się zgięły, a piersi zapadły.............
Szły dnie, szły noce, a czasy się oneNa żadną lepszą nie miały odmianę.Dziatki zaczęły mrzeć. Ognie się płoneRzucały po nich. Więc oczy, jak szklane,Więc w liczku blade, to znowu czerwone,Kwilące, ciężkie matkom, rozpłakane,Siniały potem, cichły, i tak kładłyGłowy pod kosę śmierci, jak kwiat padły.
Ale się długo nikt z niemi nie bawił.Jeszcze to w oczach ma ciepłe te łezkiOstatnie, pachoł już sznura przyprawił,Już nim okręcił trupka, i — do deski!Kto bliższy, pokląkł, by pacierz odprawił,Wtem — chlup do morza! I — Ojcze niebieski,Szukajże teraz duszyczki tej na dnie,Bo ci z regestrów anielskich wypadnie!
Więc tam nie tyle sprawiała żałościTym rodzicielkom śmierć, co te pochowy.Boć to jest ciężka rzecz, owoc wnętrznościDać w te huczące czeluście i rowy.To się tam druga tak krzyżem pomości,Że tratuj po niej — nie umknie ci głowy.Więc potem patrzeć niewiastom nie dali,I nocą one dzieciątka spychali.
A morze, kiedy zaczuło tę strawę,To zapienionem stało się i gęstem,I tak szło po nią na samą aż nawę,Jak wilk z trzaskaniem szczęk głodnych i z chrzęstemRóżny tam nietwór miał swoją obławęI lud przestraszał jawieniem się częstem:
Myślisz, że piła tak falę przecina,A to grzbiet ostry i czarny rekina.
Czasem gdy morze ustało się niecoI cicho niosło przejrzystą skróś wodę,Toś widział, jak ich wielkie cielska świecą...A zawsze stare w tył, a poprzód młode.Utrafią zdobycz, to tak ci się zlecą,Jak kiedy u nas kijanki w pogodęZa pożywiołem ganiają się onem,W prawo i w lewo wiosłując ogonem.
Ale są zmyślne! Niełatwo przynętuChwycą, choć połcia zawęszą słoninyŁba tylko dźwignie taki i z odmętuWiatr ciągnie, aż mu z paszczy lecą śliny.Podpływa — aż ci tu palba z okrętu!Walą, jak w jasną świecę karabiny...Lecz, choć go trafi kula, nie uszkodzi:Zajuszy trochę i na głąb uchodzi.
Mówią, że rybak jeden, co noc przepił,Chwyciwszy w morzu takiego rekina,Wziął go na łańcuch, u statku uczepił,A sam, gdy przyszła do drogi godzina,Układł się w łodzi, by snem się pokrzepił,I spał, a ten go tak ciągnął, jak lina,Co na niej Bugiem prowadzą galaryDo Uściługa. Lecz mało w tem wiary.
Bo za potężny jest zwierz ten do łodzi,Przytem żarłoczny nad wszystko i srogi.
Więc prędzej taki na morzu uszkodzi,Niżby miał komu pomagać do drogi.Ale że powieść ta po ludziach chodzi,Bo tu na gadkę, jak kot na pierogi,Łakomy każdy z tej długiej tęsknicy,Na onym stepie modrym, bez stannicy.
To raz, był ranek mglisty, na pokładzieGwałt! Patrzę, lecą szypry, marynarze,Za nimi ciżba narodu w nieładzie;Tak ja do burtu. Spychają nas straże,Sternik klnie, z haków zerwało dwie kadzie,Szum, plusk na morzu... A wtem się ukażeOgromny, stary rekin, co z żelazemSłoninę chwycił i połknął zarazem.
Dopieroż go tu windować do góry!Nie tak się szarpie wół, gdy go obuchemRzeźnik w łeb zdzieli, jak ów. Byłby sznuryUrwał i poszedł, gdy wtem mi nad uchemKula świsnęła z miczmańskiej dwurury...Zwierz się okręcił, raz chlupnął, i brzuchemNa wodę! Tak go dobyli, nietwora,Dopieroż triumf grać, i do topora!
Jakże się weźmie ciskać, trzepać w pławy,A prać ogonem po onym pokładzie!To nam muliskiem zachlustał pół nawy,A kto mu podszedł, wnet siedział na zadzie.
Ja tam nie byłem do niego ciekawy.Haniebna siła jest w tym ludojadzie,Anibym wierzył, by mi kto powiadał,co on tam chłopów na kupę naskładał.
— «Nic to! Niech morza spróbują frajery».Śmiech dookoła... – Jest racja, i juści.Tymczasem u łba nie skąpią siekieryI już mu wnętrznych sięgają czeluści.Rąbnął go jeden, coś razy ze cztery...Aż zwierz się zmroczy i dech z siebie puści,I leży wielki, czarny, rozciągniony...Nuż dalej hurmem do niego, jak wrony.
Kucharczyk jeden, w krochmalnym birecie,Osiadł go, jakby kulbakę, okrakiem.Cmoka, że niby na końskim to grzbiecie...Nuż piętą w boki, nuż po łbie kułakiem.A wtem się porwie on zwierz i pomiecie:Chłop z niego! Blady, jak chusta, czworakiemKlapnął o ziemię, by żaba rozbita...A ten dopieroż raz chrapnął — i kwita.
Byłoż to teraz napatrzeć się czego,Kiedy tak leżał, jak niedźwiedź zwalony:Takiemu mało kłów rzędu jednego,Ale, jak zęby chłop wbija do brony,Gęsto a płotem, tak właśnie u niego,A każdy, jako sztyk w ogniu stalony.Więc niema się tam i bawić co wielce,Kiedy raz człeka zatrzaśnie w te kielce.
Dziwią się baby. Coraz która zbliskaPodejdzie, rękę do brody podniesie,I chwieje głową: — «A cóż za zębiska!...A cóż za ryba taka!... A bójcie się...»Wtem jedna: — «Reta! To nasze dzieciskaTakim ciskają?...» — I w płacz się zaniesie.— «To te sieroty nasze... w takie garła?...»Więc insze za nią: jak żałość je sparła.
Lecz wtem cień upadł na wodę zwysoka,I ptasia wrzawa przebiła nas z góry.Patrzę, a tam się na podób obłokaRybitwy srebrzą nad maszty i sznury!Gromada była tak zbita dla oka,Że cały kłąb ten jednemi się pióryUnosić zdawał, i tylko po krajuStzępił się, śniegiem niesionym z wyraju.
Ale Horodziej, na kiju oparty,Rękę u oczu wpółślepych przyprawił,I pilno patrząc, rzekł: — «A ot, i wartyBóg Przenajświętszy dziateczkom przystawił.Nie będzie na nie smok godził zażarty;Na wszystkie On już sieć srebrną nastawił...A ot na piórach ptaszęta je niosą,Ociekające matczynych łez rosą!» —
Nuż więc te matki dogóry pozieraćTęsknemi wzroki, łaknące pociechy...Nuż łkania tłumić i oczy ocierać,I bić się w piersi i kajać za grzechy!
Chciał ci tam Opacz starego przepierać,I już po gębie latały mu śmiechy;Ale nie dalim, bo one podniebneRzeczy, jak chleb, są niewiastom potrzebne..................
Tylko Szczęśniaka żona stała blada.Oczy, jak żużle, świecą i jak próchno;Coś od dni kilku, czy jadło nie nada,Czy woda, ale dziecku nogi puchną.Radził ci doktór. I cóż tu za rada?Mdłe to, ugaśnie, gdy wichry nań dmuchną,A białe, jakby na rosach blichował...— «Oj, żeby tylko Pan Jezus zachował!»
Patrzy się w morze, a siwe jej oczyWzrok ciemny mają, głęboki, uparty,Aż ją to wszystko na sercu zamroczy;Ten krzyk, te śmiechy, te płacze, te żarty.Więc się zachwieje znagła i potoczy,Jako ten powój na niczem się sparty.Tak Szczęśniak: — «Hanuś! A ty znów co, babo?»A ona zcicha: — «Nic. Tak mi coś słabo». —
Młode to jeszcze było, w pierwszym kwiecie,Więc skóra na tem miętka i czująca.A tu się temu tak tułać po świecie,Tak tajać w onej duchocie z gorąca...Toż nie dziw, że tem i słabość pomiecie,Jak wiatr wiosenny, co trawy mdłe trąca.W wszak to one przesilone grogiChłopa nadgryzą, nie takiej niebogi.
Więc patrzę na nią, aż ona dziecinęPilno przy sobie rękoma ogarnieI patrzy w morze ogromne i sine,Jak urzeczona, podobna tej sarnie,Co z kniei wyjdzie na strzał, na drożynę,Łaniąt strzegąca, a węszy, gdzie psiarnie...Wtem jedna: — «Chłopak, to wam chory chyba?»A ona z krzykiem: — «Co wy? Zdrów, jak ryba!»
I zaraz chustę na niego i w stronę.A na tę bladość pierwszą — tom się zdumiał,Jakie w nią ognie buchnęły czerwone.Dzieciak też właśnie, jakgdyby zrozumiał,Zachchł i schował się w rańtuchy one.Tylem i widział go. A okręt szumiałBo na ten wiwat, kapitan dla wiaryTytuń wystawił i tęgiej sztof miary.
Tożto rzuciło się na one gody!Jak kiedy mielnik wszystkie puści śluzy,A tu pęd buchnie i srogi war wody,Taki się zrobił huk wśród onej luzy.Bo naród morski nad wszystkie narodyPrędki do wódki jest i zaraz w tuzy.A najrzy dziewkę — jak drzazga się pali.A klnie, żeby mu czarci nie sprostali.
Więc nuż piszczałki, bęben, aż i smykaDobył tam jeden żydek rzępolista,
I dalej taniec, śpiewanie, muzyka,Skaczą, aż okręt pod nimi się chysta,A coraz wrzaśnie który, jakby dzikaDżgał pod łopatkę. — A niechże was trzysta!— Myślę ja sobie i czapkę na uszy.Wtem krzyk! — A mnie coś wnętrzności aż ruszy...
Bo znany był mi głos i jak rodzony.Zośka! Chrześniaczka moja! Jezu Chryste!Czyli się tylko nie chybła gdzie z strony...Rzucę się w ciżbę, a tam ją — siarczyste! —Majtek do siebie ciągnie rozchmielony.Jakże nie zdzielę w łeb! — Nie tak rzęsisteIskry z pod młota lecą, jak mnie z pięści...I tylkom poczuł, że kość pod nią chrzęści.
Padł i dał farbę, jak lis w świeżym tropie,A tych już na mnie, by wróbli na strachu.Strząsłem się; byłbym zmiędlił na konopie,Ale żem w ścisku wziąć nie mógł rozmachu,Tak krzyknę: «Stasiek! A bywajno, chłopie»A dziewka moja w wrzask: — «O reta, Stachu!»Zgruchnął się naród, jako, że do czego,Ale do bitki jest dusza u niego.
Tożby ich tutaj mógł malarz malować,Jak jęli marszczyć łby a brwiami ruchać.Najpierw się bokiem sunęli próbować,Łokcia nastawiać w klin a w wąsy dmuchać.Groźno tam było i nie szło żartować!Już w lica ogniem zaczęła krew buchać,Już się co bliższy zamachnął, w garść plunął,Gdy wtem zagrzmiało ciężko i deszcz lunął!
Jako więc kiedy o kość się u progaPsi gryzą, a tu dziewka chluśnie z cebra,Tak wnet ugasła ta całą pożoga,I tylko majtka Stach macał pod żebra.A tuż nawałność bliżyła się sroga.Już z nieba strugi polały się srebra,Już gasną, lecą jak ołow w głebinę,Stygną, i w wały staczają się sine..................
Jak kiedy hutnik w staw szlakę wypuści,A wody ze dna podniosą się z sykiem,Tak wnet przyrosło tych morskich czeluści.Już pokład liżą spienionym językiem,Już fala jedna drugiej przez łeb szuści,Jako te owce, gdy lecą za trykiemPrzez wąski wierzej, a wszystkie chcą razem,A owcarz, licząc, nawraca je płazem.
Wnet plac opuściał z zbytniego narodu,A kto miał w czubie, wytrzeźwiał odrazu,Bo lud tu odmian nawykły od młodu,Pod strachem żyje, jak okoń u jazu.Wtem reja trzasła. Huk poszedł od przodu,Do gromowego podobny rozkazu.Sternik zbladł, skręcił śruby, co miał siły:Zachwiał się okręt i bieg wziął pochyły.
A już i niebo spuściło się nisko,Ciężkie chmurami, i męt po niem chodził,
Rwąc na paździerze to szare płachcisko,Którem się od nas dzień biały przegrodził.Chwyciłem masztu, bo stać było ślisko,A wtem mnie bałwan jeden tak ugodził,Jak chłop, gdyć nogi podbije kłonicą,I uciekł, cały siny błyskawicą.
Jakże nie rykną wichry! Jak po niebieNie zaczną trzaskać z okrutnym grzechotem!Jak się nie porwą, nie wpadną na siebie,Jak się nie cisną o morze pokotem!To koń takiego dołu nie wygrzebie,Kiedy go jezdnik uwiąże pod płotem,Jak one wodę skopały kopytem,W błyski kowanem, a w gromy podbitem.
Nie tak się w sobie rozszumi, rozchwiejeBór, gdy się sośnie zamiotą od burzy.I nie tak rola zorana czernieje,I nie tak żyto pokwiatem się kurzy,Jako więc morze pod oną zawieję.Wał na wał pędzi, dogania go, nurzy,Zatapia, ryczy, jako byk do stada,Zrywa się, leci i w otchłań przepada.
Huknęły teraz niebieskie harmaty,Które sam Michał Archanioł nabija.Mrok upadł gęsty, i tylko się szatyJego czerwoność skróś chmury przewija.Pękły nad światem ogniste granaty,Świszczą, żądłami kręcą, jako żmija...Lecą do morza pobite czerepy,A strugi deszczu tak walą, jak cepy.
Zanim ci ja burze tęgie, bom od dziecka,Po leśniczówkach, jak wilczę, schowany.Wiem, jak Kampinos grzmi, jak Myszyniecka,Jak i Zielona - aż het, za PrużanyOnać to sławna puszcza Białowiecka,Gdzie się zataił żubr, potopem gnany,W gąszcz taki, że sam Bóg drogi nie wiedział,Poniechać musiał, a zwierz się osiedział.
Jest ci tam wojna, gdy wicher uderzyW krętych róg sosen, lub puści ze smyczyOgary wietrzne po pustej trzebieży,A tur go ciągnie w chrap mokry i ryczy.Lecz przecie się to do morza nie mierzy!Tu strach osobny jest, co kości liczyTak, że ci każda do szpiku dygota...Strach większy, niźli przed końcem żywota.
Jeszczeć to chłopu mniejsza. Chłop dostoi,Choć się w nim dusze ruszą fundamenty.
A drugi taki, im ciężej się boi,Tem twardszy bywa w śmiertelne momenty,I za trzech zuchów tchórz nieraz nabroi.Lecz baby, srogie czyniły lamenty,Od których prawie, że już uszy puchły;Kapitan kija podniósł, i tak zgłuchły.
Dopieroż okręt lżej zaczął sterować,Bo już nad wszystko wrzask babi nie płuży.Gdy się kto bierze po morzu żaglować,Rzecz to jest mocna i pomiar jej duży;Już się tam nie lża po tynfie targowaćZ śmiercią, gdy nawa pod wodę się nurzy:Co masz, to dawaj, czy miedzią, czy złotem.Wypłyniesz? Będziesz rachował się potem.
Do samej nocy goniły nas sineOczy błyskawic i grzmot łajał z warkiem.Aż my się w wichrów wcisnąwszy szczelinę,Przebili z tuczy. Tak skrzydłem ptak szparkiemPruje naukos powietrzną głębinęI przed nawałnic uchodzi poswarkiem.Lecz piorun jeden dognał nas, wypalił,I sążeń drzazgi od masztu odwalił.
Zaraz też, jakby na to tylko czekał,Jął się wichr ciszyć i składać po sobieZjeżone grzywy. A grzmot tak uciekał,Jak gończy z troka, gdy w kniei przeskrobie.
Raz, drugi, trzeci, skroś mroków zaszczekał,Zacichł, znów drogę oszczeknął na globie,Aż ciszej, dalej, z ostatnim skowytemSchował się w niebie chmurami nakrytem.................
Noc cicha, parna, nie błysła ni jednąGwiazdą na całym niebieskim przestworze,I tak nas dwoje objęło bezedno:Czarne to niebo i czarne to morze.Czekałem, nie śpiąc, aż mroki przerzedną,Bom słyszał, wysep że ujrzym na zorze.Kupa nas było, lecz nie szła nam rada,Iż w tych zapaściach człek łacno nie gada.
Każdy tam w duszy doległość miał własną,Którą żuł milczkiem, by piołun ugorny.Dzienne otuczy — te prędko ugasną,Gdy w sercu pomierzch wybije wieczorny.Gorące oczy nierychło tam zasną,Mgła na nich siada jak opar jeziorny...Wbijasz je w ciemność, by w trumnę otwartą,Nie luzowaną u troski swej wartą.
A z tych pstrych gromad, co razem w tej arceMorzem pływały, przylgnęla do siebieGarść ludu, chłopy, młodzaki i starce,Jakby się wicią zwołały w potrzebie:
Bo człowiek, z dolą choć wyjdzie na harce,Nierad się chmielem bez tyki kolebie,Lecz wnet się wiąże do kupy drużyną,A osamiałe ptaki prędko giną.
Więc albo jak tam szły ziemie pobliżem,Albo jak biedą swoją kto graniczył,Tak my się jednym pisali już krzyżem.A zaś Horodziej nad nami ławniczył,Najwięcej ludu przybużnym szło niżem,Choć inszych teżby niemało naliczył.Jeden borową żywicą, a drugiZalatał skibą, gdy ruszą ją pługi.
Więc Łuć Ostańczuk, więc Bandys chłop tęgi,Dobry na zimno, dobry na gorąco,Więc Pietr Zagajny, co nic prócz siermięgiNie wyniósł z chaty w tę drogę ciekącą,Więc Ziąba Wawrzon, co garść miał, jak cęgi,A skórę srodze do łupnia świerzbiącą,Więc Łuka, Bugaj, więc Kos, więc Sołoda...Co liczyć?... Naród płynął, tak jak woda.
Jeden, to drugi, dym z fajki wydmucha,Podeprze brody i patrzy przed siebie...A wkoło ślepy szum i ciemność głucha,Okręt się morzem, by piachem wóz grzebie.Tom poczuł wtedy, jak światem Bóg ruchaI jak go w onych biegunach kolebie,To w śmierć, to w żywot, a nigdy nie zmyli...Insi milczeli takoż i knastr ćmili.
Magier się tylko kręcił. widać duszaSzlachecka tęższe ma, niż chłopska, szrubyI łacniej jakoś, językiem choć, rusza.Aż buchnął: — «Cóż to? Zamokły wam czubyRazem i z mózgiem? Co u paralusza?Czy my Kartuzy? Czy wiążą nas śluby?Ledwo się puścił wrótni, tfu do licha!Ledwo, że przez próg przelazł, a już wzdycha,
A cóżeć to tam zostawił za krocieI za rozkosze takie w tej chałupie?Czyliś tam w maśle pływał? Chodził w złocie?Tfu!... że się baby puścił i na kupie,Jak kur z kokoszą nie gdaka na płocie,To już se mierzi świat? Chłopiska głupie...»Wtem Wawrzon: «Co ta baby czyje mieszać!Że ta chłop stęknie, nie będą go wieszać», —
— «Oj, prawda! — Bandys na to — Nie z rozpustyCzłowiek się wydał do tylego świata...A co ma robić, jak garnek je pusty,A gruntu niema i tyle, co szmataNa owinięcie palca? Toć już szóstyRok, jak komorne wyrabiam u brata,Kątnikiem siedzę...» — A Bugaj: «Ba! coby,Jak nie głód, we świat gnało u choroby!»
Wtem Magier puścił dymu: — «Różnie to taBywa. Jak komu. Ja bo się od dzieckaNie trzymowałem spódnicy ni płota.Człek je od rodu szlachcic. A szlachecka
Rzecz świata przeznać. Nie tak, jak hołota:Z pieca do miski i znów do zapiecka...U nas tam wszystko szlachta!» — «A toć wie się,— Bugaj mu na to — Je szlachta — Zalesie
Od Żdżarów zaraz wbok!» — «Co mi tam Żdżary!— Zakrzyknie Magier — ja ta ze ŻdżarskiemiNie będę stawał w kumotry, ni w pary!A żeby oni szczeźli! Takiej ziemiTyli sztuk poszedł! Na same pomiaryTo my wydali, szlachta, z podrobnemiKoszty, co więcej, niźli złotych dwieście,A jeszcze trzech nas siedziało w hareście».
— «Mniejszać o hareszt — przemówi Szaława.Lecz grosza płakać!...» — «Ba! — Magier odrzecze —Żeby nie Żdżary! Ba! żeby nie sprawa.Tylebyś mnie tu i widział człowiecze!Cóż tu za honor mam? Jaka tu strawa?Jaka wygoda? Że na kark mi ciecze?Ba! Żeby!... Tobym nie puszczał zaścianka,Nie wlókł się z żoną, co też jest szlachcianka».
Na to Ostańczuk Łuć: — «My, Łahiszyńce,Insze znów mieli prawo: to mieszczańskie.Wzięlim, nie licząc, i guzy i sińce,Ale swojego nie dalim. Co pańskie,To pańskie. Ale te nasze dziedzińce,Te pasze, grunty, te jeszcze pogańskie
Pouroczyszcza Oziaty, do deskiOddał skarb! Papier my mieli królewski.»
Tak Magier: — «Szelmy łyki!» — A Łuć: — «Kartę,Taką, co na niej są złote literyZ królewskich czasów. To więcej jest warte,Niźli dzisiejsze stemple i numery.Prawda, zetlałe tu już i wytarte,Bo temu sto lat po razy coś czteryMinęło; ale stoi wpisaneCo nam, co kniaziom Ogińskim nadane».
Tu Magier nie gógł dosiedzieć na ławie,I gęste dymy puszczał: — «Szelmy łyki!To szczęście mieli! To stali na prawie!Oj, żeby papier taki na Żdżarczyki!
Tożby, jak wjuny, kręciły się w stawie,A my ich dalej w sak, i na patyki!A to fortunne kanalje!» — A na toOstańczuk mową cichą, lodowatą:
— «Od przedawności ona królewszczyznaO grunty z nami, mieszczany, się darła,Tak, owak było, lecz przecie iściznaSzła w brogi nasze i biedę poparła...Aż się skończyły kniazie, ogińszczyzna.Nowe nam pany posięgły do garła.Zjątrzył się naród, choć łby tam pochyłe,My mieli dawność naszą, oni siłę.
To jak my papier do sądu nosili,To obchodzilim nocą trząchawicę,Lepiej nadając drogi, niż dwie mili...To na Muchawiec my szli, Tyśmienicę,Po błotach my i wyż kolan brodzili,Drugą i trzecią obeszli granicę,Żeby nas aby nie potkła gdzie zdrada.Tak kompaniją szła cała gromada». —
Tu mu, jak szydłem, Magier przebił mowę:— «A zmyślne szelmy! A dajże ich katu!» —I dalej w palce trzaskać i chwiać głowę:— «Oj, rozum taki naszemu mieć bratu!A namże aktów zagrzebał z połowęAdwokat»! — A ów: — «My tam hadwokatu
Nie dali w ręce grosza ni hramoty.Sami stawali w sądach». — — «A niecnoty! —
Magier w śmiech na to — a setne hultaje!»A Łuć: «Ta cudza gęba to jest letka,A dobre prawo głos samo podaje.Tak my starego obrali se HwedkaUhacza. Ano, niech przed nami staje,Że to tam w sądzie nikt kupą się nie tka.Dziad głuchy, ślepy; takowy nie zdradzi,A wreszcie sama hromada poradzi.
To co się na nas przepierca zaniesie,Gębą, to my nic. Czujem, taj i stoim.A ten tak rąba ozorem, by w lesieDrwa, a pogląda, czy strogo się boim...Tak my nic, cicho. Tak on więcej prze się...Aż schrupnie. Tedy my z papierem swoim.Tak sąd — do zgody — tak my stoim niemo:Papier przed siebie — Nie! — Nie żełajemu!
Więc jak zaczęli karami nas prażyć,To do siódmego prażyli nas potu.Nie szło ni żyć już, ni dobra nam zażyć.Co pojrzysz, wisi powiestka u płotu.Przestali sudzie spać i krupy warzyć,Nie patrzył statku nikt, ani omłotu,Aż i kryminał przyszedł. To tam w PińskuJedni siedzieli, a druszy zaś w Mińsku.
No, nie złamali narodu. Tak wzięliNa pojedynkę we łbach robić szumy.Ale my zdawna od ojców to mieli,Że są na świece dwa dobre rozumy:Szlachta od tego są, żeby coś chcieli,O coś krzykali, a my zasię, tłumySzaraków, wtedy najpewniej obstoim,Gdy cicho siedzim, a zgody się boim.
Aż i wygralim!» — Umilkł. Strząchnął bary,Przedmuchał fajkę, pojasa poprawił,Ziewnął, aż trzasło, i w kłębek się szary,Jak jeż, do kupy zwinął i nastawił.Lecz Magier wzdychał: — «Ba! gdyby nie Żdżary!...»I głowę zwiesił i żółć w sobie trawił.Insi drzemali. Tak biły godzinyNieme nad światem, aż dzień obrzasł siny....................
Wtem, jak gdy chróstniak nowizną skróś zbożaWyrznie się czarny, tak z wody odwałemWręby się jęły wyrzynać skróś morzaWyspu onego, o którym słyszałem.Choć lekkim ogniem paliła się zorza,Małom co widzieć mógł w pomroczu białem,Gdyż taka ziemia morska, falą bita,Mgłą bywa gęstą i parem nakryta.
Gadali, że to świętego WincentaWyspa jest, że się mieni: Kanaryska.Ale Prokurat, co jeszcze pamiętaFrancuza, gniewno wdół szarpnął wąsiska,Aż mu twarz stara, szramami pociętaW żar buchnie: — «Fałsz jest! Zmienili nazwiska!Święta Helena to! A za patronaNie Wincentego ma lecz Napoljona...
Napoljon tutaj siedział Bonaparte,Przez chytrych wrogów zdradliwie zamknięty;Ale mu gwardja przejęła tu wartę,I wojsko świeże dowiozły okręty...Choć dzień noc Anglik miał oczy otwarte,Napoljon puścił w niego takie męty,Że skoczył z wojskiem w czółna i w mgłach pływa...tylko się bęben w wód huku obzywa.
Słysz? — Myślisz — morze? To trąby tak grająWalącym pułkom na dobrą ochotę...Patrz! Myślisz — słońce? To orły wiewająW chorągwiach, całe srebrzyste i złote...Czuj! Myślisz — piorun? To z harmat znak dają,Że cesarz wdziewa swą szarą kapotę...Vive Napoleon!... Na ramię broń, wiara!— Gwardja!... Gdzie gwardja moja wierna, stara?...»
I chchnie w szeptach, zwiędłemi coś ustyGwarząc sam z sobą, aż spadnie mu głowaNa pierś, gdzie rękaw zatknięty ma —pusty,I gdzie żelazny krzyż na strzępku chowa.
Więc tylko morza huk słychać i chlusty,Tylko szum fali ucina w pół słowa,Które tu owdzie padają przerwaneW powietrze ciche i złoto-rumiane.
Aż skoczym nagle: strzał gruchnął po wodzie.Słuchamy — drugi! Nie bawiąc — wnet trzeci!Już na pokładzie gwałt, spuszczają łodzie,Już miczman w czółno wpadł, już jak ptak leci.— Ohi! — o! — Oho! — A wtem na zachodzieWielka nam jasność pół morza obświeci...Okręt się palił tam! Snać od pioruna,Bo sroga była i roznośna łuna.
Cudne to było ono widowisko,Ale się w zgrozę mieniło dla człeka,Gdy patrzał, jak się tam ludzkie mrowiskoTłoczy, tratuje, przewraca, ucieka.Ten w morze skacze, choć łódkę ma blisko,Bo strach mu krzyczy, że jeszcze daleka.Insi od wrzasku i dymu szaleniSami się naskróś rzucają płomieni.
Kupa tam ludu musiała zaginąćOd głowni onych, od iskier kurzawy...Bo się to śmierci nie łatwo uchynąć.Gdzie woda z ogniem pilnują przeprawy.Ja sam widziałem: chłop jeden chciał minąćMaszcisko srodze płonące śród nawy,Wtem się potyka... A nimbyś zakrzyknął:«Jezus, Maryja, ratuj!» — w ogniach zniknął.
Więc choć z bezpiecznej patrzyłem ostoi,Mróz mi przez koście szedł, aże do szpiku...Bo jest w człowieku, co więcej się boiTej niemej śmierci, głośnego niż krzyku.
Więc tutaj cichość, a tu ci się roi,Że słyszysz w jakimś okropnym językuOstatnie słowa... ostatnie wołanie...Aż ci włos zjeży się i dęba stanie.
Tak dzwon, gdy bije w Horodle na wieżyZa potopionych bez pory na Bugu,Raz tylko w cichość wieczorną uderzy,A setny jęk się rozniesie po ługu...zmilknie, a dzwon znów — raz. I znów się szerzy,Znów leci rozjęk, het, od UściługuAż do Dubienki. tak niesą się jękiWzdłuż Buga, co jest rzeką łez i męki,
Zanim się w Jordan zamieni radości...A już z pośpiechem wracały się łodzie,Co osmalonych przyniosły nam gości.Najgęściej Włochów było w tym narodzi.Ci dalej żebrać, tej ludzkiej litościSięgając ręką po onej przygodzie,Jak na jarmarku, po małp widowisku.Tfu! Z piekła taki nie wyjdzie bez zysku.
Ale i nasi byli. Teraz w krajuFlisa nie braknie! Wiatr jakiś podrywaLudzi i niesie, jak liście po gajuDrogami błądzi, morzami to pływa,Za ptactwem ciągnie na świat, do wyraju,Czego nie rabiał nigdy od jak żywa.
Ot, jakby uciec chciał samy od siebie...Musi, planeta taka stoi w niebie.
Więc kiedy weszli na pokład, na susze,Po tych śmiertelnych przestrachach i męce,Tak zara twarzą o ziem, i nuż w skruszePonad głowami podnosić te ręceSmolne od dymów. To dziś jeszcze prószęŁzy na tę kartę, gdy owe jagnięceTrzody przypomnę, jak całą gromadąOgniem znaczone runa Bogu kładą.
Sam jeden teraz, gdy insze już padły,Gorzał koronny maszt, niby gromnicaNad konającym statkiem, gdzie się kładłyCałuny dymów. Tu owdzie iskrzycaBuchnie mietliskiem, lecz łuny już bladły,Już dopalała się ta czarna świéca,Już gasła, pełgła, aż z setnych dział grzmotemRunęła, sypiąc w morze szczerem złotem....................
Wtem trąci mnie ktoś. Odwrócę ja głowę.Magier! Czerwony w twarzy, pomieszany,Śmieje się niby, a ognie mu płoweStrzelają z oczu. Myślałem — pijany.A on: — «Wiesz, Wasze? Wiesz, kogo tu noweLicho przyniosło czółnem? Ha, na ranyChrystusa Pana! Tej brakło mi pary!Żdżarski jest... Żdżarski tu z synem jest stary!»
Cisnął mi ramię i syczał tak w uchoJak żmij, kiedy go nadeptasz nienackiem.
Patrzę, ogromny szlachcic z kością suchąPodnosi głowę, bo leżał był plackiem,I wali w piersi kułakiem, aż głucho.Przy nim wyrostek z wejrzeniem junackiem;Ten w taratatkę odziany był siną,Stary zaś w kaptur i w płaszcz z peleryną.
Zrozum nie widział z pod tego habita,Jak nos krogulczy z wąsami siwemi.Aż błysnął twarzą. Ta była porytaW brózdy i łzami świecąca wielkiemi.Wtem garść koścista synowski kark chwyta,Zniża go, łamie i ciśnie do ziemi;«Tu dziękuj Bogu, że cię wyratował.Tu, smyku, krzyżem padaj!» — padł na pował.
Nuż Magier w wąsy dąć, a gębą puhać:— «A publikanin!... A celnik!... Patrz, Wasze!»Lecz nie czas było mi patrzeć, ni słuchać,Bo nas ścisk naparł i zmieszał, jak kaszę.A tu już nasi poczęli się zgruchać,Obsiadać ławy, by wróble poddasze,I radzić. Co? Jak? — Niewielem miarkował,Ale że Opacz okrutnie rajcował.
Aż buchło, jako war z kotła: — »A co to?...To po nas okręt dosłała królowa,A tu go obcą zapchali hołotą?...»— «Nie strzyma! Musi do dna! tu połowa
Luda je zadość!» — «Jak jaje to zgniotą!Głowę dać przyjdzie!» — A Opacz: — «Co głowa?Tu wsio, ty brat moj, wsio k'czortu przepadnie!Małom w Odessie statków widział na dnie?...»
— «Laboga! Rety!» — wrzasną baby — a ów:«Ja tu wsio widzę i wiem, że już kruchoI wody dobrej mają i sucharów.Eh, mam ja oko! Eh, brat moj, mam ucho!Jak co, to tych tam co hrubszych bojarówNa łodzie wsadzą, przeprawią na sucho,A reszta pójdzie fiut!» — Tak baby: «Reta!»Wtem Roch: — «A cichaj! tu robota nie ta!
Tu nic po krzyku. Tutaj albo zaraKupą się ruszyć i w kije zatrzaskać,Albo...» — Tu przerwał Bugaj: — «A psia para!Jak to umieli narodu przygłaskać!Jak to gadali, co Papież się staraSam!... A tu — łaska...» — A Bandys: — «Oj, łaskać,Że i wrogowi nie życzyć, pomucha!...Albo...» — Chciał kończyć Roch, lecz nikt nie słucha,
Wszyscy gadają naraz. Lecą szmery,Gwary, wzdychania... Aż głośniej zagadaRoch: — «Albo sznura w pas, i do siekieryI z deską w wodę!» — Zamilkła gromada.— «Ha! Możeć-by to...» Wtem Opacz: «Frajery!Dobre to z rzeką, lecz z morzem — nie nada».— «Przez cóż to?» — pyta Bugaj. A ten gębyOdmie: — «Co będę pytlował otręby!
nie nada i już!» — Tak baby wzdychają...— «Dalekoż jeszcze do tego tam brzegu?» —A Opacz: — «Czort wie! Taż rudla stawiająInaczej w morze po każdym noclegu!» —— «Co? — Kręcą, brat moj, jak lis ten po śnieguChwostem, by drogi za niemi nie macać,Żeby po tropie nikt nie mógł się wracać!» —
Więc nowa w kupie zdumiałość i troska:biją na twarze odmienne kolory.Nuż dalej baby w szloch: — «O Matko Boska!A toć nas tutaj pogubią beż pory!»Wtem Roch Zatrata, co ćmił papieroska,Wstał: — «Co będziewa mądrzyć, jak doktory!Pójdźwa! Niech Starszy — jak i co, powiada!»Obcisnął pasa, ruszył, za nim rada..................
A już wiatr pędził nas na tę zgorzałośćBliskiego ognia i swędy te trupie.Więc coraz nowa wzmagała się żałośćW onych przybłędach, co stali tam w kupie.A ja, patrzący na matek omdlałość,Na ojców ciężkie łzy, na dzieci głupie,Tak trzepoczące się, jak marne muchy,Dzwon miałem w piersiach rozbity i głuchy.
I dzwonił mi on te swoje nieszporyWielkopiątkowe nie dzień i nie drugi...byłbym się chętnie przyzostał do poryNa wyspie onym; lecz tylko nam ługiMigły zielenią utkaną w koloryKwiecia, tylko nam zawrzasły papugi,I dalej! Łodzie nie brały nikogo.Kapitan przykaz dał, strzeżono srogo.
Szeptali, że jest jakowaś choroba,Że się starszyzna boi komisyi:Lecz ciszkiem szło to, bo była nie dobaGadać i zdrowej nastawiać tam szyi.I Roch i Bugaj spłukali się obana owej to tam swojej rebelii...Trzy dni siedzieli w kunie, o czczym duchu,A Opacz śmiał się i gładził po brzuchu.
Ale że równo uczynek tam jakiByć musiał, bo wiatr ciągle się przeciwił,I krwawe były zachody i znakiNa niebie, jakby moża kto zakrzywił...Sternik łbem kręcił, brał gęsto tabaki,I jednem okiem do nieba się dziwił,Zmrużywszy drugie, a głowę wbok chylił,Że do własnego nosa drogę mylił.
Gdyby nie ludzi ścisk i nie ta trwoga,Co jako z widzeń anielskich, tak biłaZ onych teatrów na chmurach przez BogaWymalowanych, to mógłby tam siłaCudów obaczyć. Bo bitwa się srogaCo zachód prawie na niebie paliła,Żeś widział pułki lecące i działa,Przysiągłbyś, ziemia tętentem ich drżała.
Tak nasi zaraz różne wiedli rady,Że skąd się takie na niebie pokażeWojsko, tam uszy posyłaj na zwiady.Bo to są pierwsze pikiety i straże
Czasów, co wojnę prowadzą w swe ślady,Aż spadnie prędce na ziemię, w stugwarzeTrąb, kotłów, bębnów i harmat, i mieczy...Ale Horodziej stary temu przeczy.
Ten siwą głową, jako bocian, kiwa,Aż rzecze: — «Jeszcze... jeszczeć to daleko!A z temże wojskiem, to znowu tak bywa:Gdy Bóg ma litość na krwie te, co ciekąZ narodów, to sam batalje odgrywa,Z archanielskie pułki się tam sieką,Żeby spokoić tę ziemię, co krzyczyO krzywdy swoje, nim zegar doliczy.
Więc nie na przestrach to i nie na wojnę,Lecz na znak, iże czekać jeszcze trzeba,Takie się bitwy czynią, takie zbrojneRycerstwo wali precz pośrokiem nieba,Iżby się lasy rozwiły spokojne,A pola ciche iżby dały chleba,A ten skrzywdzony iżby się posilił,I pewną rękę miał i zaś nie zmylił.
A jak czas przyjdzie, to Pan Bóg tam zwołaTe duchy: — «Chcesz iść ty, albo ten drugi?»To ów: «Chcę, Panie!» — To Bóg zjaśni czoła:— « Tak dawał oba skrzydła, a idź w sługi!»To taki składa skrzydła archanioła,Kapotę bierze, krakuskę, miecz długi —I — « Na koń, wiara!... Jezus Marja! Ze mną!»T wtedy czas jest! A pierwej — daremno».
Zamachnął ręką na roczne powietrzeI odszedł. A nam w piersiach war się ostał,Jak kiedy człowiek na pięście się zetrzeZ taki, co krwi mu serdecznej zachłostał.
Więc ognie po nas szły, więc cichsze, letsze,Boby człek w mierze bez bójki nie sprostał.Aż westchnął jeden, a drugi, dziesiątyZaklął, i tak my rozeszli się w kąty..................
Aż ci ledwo świt, o szarym dnia brzasku,Wpadł szyper: — «Wszyscy na pokład, i hura!Rewizja!» Dziewki narobiły wrzasku,Dzieci w płacz, baby, co tam miała która,To na się. Stanął tłum. W latarni blaskuMigają twarze. Chłopów się ponuraKupa zebrała, patrzą, jako wilki.A tam świecą, żeby dojrzał szpilki.
Tak nam to spadło, jak ta z dachu cegłaNa łby. Więc stoim, by te owce głupie.Kobietę jedną, która w nocy zległa,Zamrok ogarnął, oczy trzyma w słupie,A ta szarańcza, jak tylko tam wbiegła,Tak w krzyk: — «Trup tu jest! Powietrze jest trupie!Niepochowany trup jest!» — Bom zdalekaRozumiał nieco, jak psiarnia ta szczeka.
Ale Szczęśniaka żona dni już paręChorzała jakoś i w swoim się kątkuTaiła, Chciały jej tam baby stareUrok odczyniać węglami na wrzątku;Nie dała. Jeno się w te chusty szareOdziawszy, sama przy swojem dzieciątkuLegła, bledziuchna, że tylko w jej twarzyOgień na ustach i w oczach się żarzy.
Więc gdy tak trzęsą te nasze tapczany,Ta rzęsów tylko zmruży i odwróciGłowę z tym ciężkim warkoczem do ściany,I niemowlątku swojemu zanuci.
...«Uśnij mi uśnij, Jasieńku kochany!...»Śpiewa. Wtem nagle siędzie, głową rzuci,Wyprostowana, plecami o ścianęOparta, oczy miała, jak pijane.
Śmiertelna w twarzy, usta, by upioraCzerwone; wzrokiem tych szukaczy śledzi.Aż gdy ta do niej przybliży się sfora,Tak krzyknie: — «Ludzie, ja chcę do spowiedzi,Do sakramentów chcę! Księdza! Ja chora!»Wtem strażnik: «Co za kobieta tam siedzi?»Tak Szczęśniak w łeb skrobie: «Mojać baba»,— «Co? Pomieszana?» — «I, nie. Tak ot słaba».
Więc że ów ludzkość w sercu miał, tak rzecze:— «Szkoda, bo ładna!» — Wtem szypra odbije,Co sięgał ku niej. — «Ty sam ją, człowiecze,Podnieś i sprowadź. Co ręce tam czyjeSzaprać ją będą? Sam o nią miej pieczę...»Ruszył się Szczęśniak, a ta w krzyk: — «Zabiję,Jeno mnie dotkniesz!» — Tak on: — «Hanuś, co ty?...»A ona: — «Józef, puszczaj!... Józef złoty!...»
I ręce obie podniesie i składaJak przed ołtarzem, jak przed monstrancyją.A łza jej po łzie z rzęsów by grad pada,Aż srebrne łuny na twarz całą biją.W lnianej koszuli, roniąca się, blada,Z wzniesioną piersią i odkrytą szyją,W głosie modlitwa, i rozpacz, i trwoga —Tak mi została w oczach ta nieboga.
Stropił się Szcześniak: był miętkiej natury,Ale że ścisk się czynił, jak w kościele,Więc krew mu buchła kipiątkiem do góry:— «Wstawaj! — zakrzyknął — Patrzta! Ceregiele
Będzie robiła! Bierz się na pazuryI wstawaj, bo ci tym kijem zaścielę!»Szarpnął szmat; wrzasła... Za nią cała kupaW krzyk: Jaśka dobył... Dziecko, dobył — trupa.
Nie wiedział! Do dziś nie wiedział! Do ranka!Zaczął dygotać cały, twarz mu zbladła,I niemym głosem szeptał: — «Hanka!... Hanka!...» —Lecz nie słyszała. Jak martwa wznak padła,A tu już trupka chwyciła nagankaZ wrzaskiem i klątwą: — «Ha! Morze okradła!Złodziejka! Morze okradła, niegodna!Brać ją! Niech patrzy, jak psiak pójdzie do dna!»
W jednej spódnicy, w chuściątku i bosoPowlekli. Prawie ponieśli na ręku,Ale jak tylko obwiało ją rosą,Zaraz się wzmogła z onego zalęku.Stanęła, strząchła rozplecioną kosą,Bez krzyku, płaczu, bez jednego jęku.— «Ustoję» — rzecze. A ci: — «Niech chłop trzyma!Niech będzie kara! Niech ma przed oczyma!»
Złożyli trupka, ciągną sznur, sztuk belki,Tuż przednią. Hanka i nie spojrzy na nie,tylko w ten obzór zapatrzy się wielki,W te niezmierzone huczące otchłanie.Aż rzeknie słodkim głosem rodzicielki,Co dla pieszczocha szykuje posłanie:— «Puść, Juzef! Chuścinę jaśkowi podłożę...» —Puścił chłop, a ta za dziecko i w morze!
A tak to nagle, tak błyskiem się stało,Że nikt nie zdążył krzyknąć, ruszyć krokiem,Tylko wiatr powiał tą szatką jej białą,Tylko, jak światłość, mignęła się mrokiem.Rzuci się Szczęśniak, lecz dwóch go trzymało...To teraz jeszcze tak mam ją przed okiem,Cała rzuconą w śmiertelne te loty...I ognia czuję żar i zimne poty.
I patrz! Wnet wichry przeciwne ustały!Okręt się gładko, by po szkle, pomyka,A owe glorje, co krwawo gorzały,Bóg zwijać każe i w niebie zamyka.to się czarami te rzeczy być zdały!Szkoda, żem nie miał ze sobą «SennikaJozephowego», co został spisanyW Egipcie, a zaś w Łukowie wydany.
Tam stoją świata planety i dziwy,Co człeku pomóc mogą, albo szkodzić.Niejeden znak się pokazał prawdziwy,Kto go tłumaczyć umiał i dochodzić.Dwa są Senniki; lecz drugi fałszywy,Choć takoż chce się z Egiptu wywodzić.Tego «Pharao» piszą, albo «Nowy»,A zaś od spodu przydają dwie krowy.
Ale nieprawda jest, bo z DrohiczynaŻydek go jeden zmyślił i ułożył.A kiedy przyszła sprawa przed rabina,To boso stanął i Thorą się bożył,
Jako niesłuszna jest o fałsz przyczyna,Bo on swe własne imię tu położył,Które w kahalnych księgach «Nowy» stoi,a to są krowy, co pachtem je doi.
ta jedna tłusta, jako dawniej były,Kiedy miał szlachcie dość paszy w folwarku.Ta druga chuda — ot, gnaty a żyły,Jak dziś jest, gdy ma serwitut na karku.Faraonowi te krowy się śniły,Gdy podchmielony raz wracał z jarmarku.Sen ten się sprawdził aż tu w Drohiczynie.— Tak wygrał sprawę przy mądrym rabinie.
Ale już słońce coraz silniej prażyŁby chłopskie, zbite mieszczańskie czuprynyI pogolone głowy marynarzy.Już nigdzie mokrej nie obaczysz liny.Już się na masztach żywica aż smaży,I w skrawozłote ocieka bursztyny.Bieleje niebo, żar pomost rozpala,A morze ciężko, jak war, się przewala.
Mówią, że ziemia nakształt wielkiej dyniBrzuchem się tutaj wypęcza do słońca,A czuby wciąga. Przezornie to czyni,Boby ją na skróś strawiły gorącaWięc tylko pasem żar idzie pustyni,A chłód lodowy zawiewa ją z końca.i Ta się toczy, jak owoc dojrzały,Co środkiem żółty, a po czubach biały.
Zwie się to miejsce równik; iż się właśnieNa równe tutaj świat dzieli połowy,Tak odmienione, że słońce gdy gaśnieZ jednej, to z drugiej świt rusza się nowy.Toż kiedy u nas chłop chrapnie, a zaśnie,Tam w pole wtedy wychodzi karbowy,I do roboty parobków zagania,I słychać bydła ryk i kurów piania.
Więc miejsce ono, by zmyłki nie było,Pan Bóg gwiaździstym obręczem dał pobić.Przyczem się sporo gwiazd złotych skruszyło,Bo w niebie młotem, nie wiedzą, jak robić.Zamachnie taki się anielską siłą,Zamiast gwóźdź zwolna klepać, a sposobić...Więc Bóg tym żużlem, by rzecz była wieczna,Dał sypać drogę, co zowie się — mleczna.
Choć insi mówią, że równik jest na temMiejscu położon, gdzie stanąć ma prawo,Jako człek człeku porównym jest bratem,Nie — ten na ławie, a tamten pod ławą...Jako ma równość nad całym być światem,Ani się nędzarz uwzdycha za strawą,Ani się bogacz w dukatach zakopa...Ni szlachty wtedy nie będzie, ni chłopa.
Dobrzećby było to! Lecz radbym wiedział,Kto będzie majstrem, a kto czeladnikiem,Kiedy i w kuźni ustanie ten przedział,A chłopak mi się zastawi równikiem?Człek się na prawie majsterskiem osiedział,Jest w cechu — tego nie zlizać językiemChorągiew bracką nosi, ma w KrakowieBrata, co ksiądz jest, Balcerski się zowie.
Radzim my tedy; to ten, to ów słowoDorzuci, zwykle jak w ludzkiej gawędzie...Lecz Opacz puszcza dym i kręci głową:— «Nie tak to robi się! Nie tak to będzie!No wyjdzie przykaz, że wsio jednakowo:Łby strzyc, mieć szyniel i kwas jadać wszędzie!Kto nie usłucha, w tiurmę i nahajka!Tak równość zrobi się! A reszta bajka».
Wtem Magier huknie, niby z butla piwo:— «Co tu i gadać o jakiejś równości!Nie będzie szlachcic przyrównan, jak żywo,Ani łykowi, ni chamskiej tej kości!» —A na to Żdżarski, spojrzawszy się krzywo:— «Milcz Waść! Szlachectwo nie ścierka Waszmości,Żebyś niem gębę raz po raz szorował.Klejnot jest. Krwawnik. Krwią ziemię farbował».
A Magier: — «Co mi tu, Wasze!...» — I świsnął,Jak nadeptany na ogon padalec.Lecz suchy szlachcic wyciągnął garść, ścisnął,I utkwił w niego kościsty swój palec.— «Fałszerz!» — rzekł głośno i okiem zabłysnął.On skoczy, kija chwyciwszy kawalec,Jak ryś z gałęzi, gdy się zapamięta,Bełkocąc tylko: — «Doku... doku... menta!...
Pokaż mi, Wasze, na to dokumenta,Bo o obelgę pozwę... infamiję!...»Myślałem, szlag go trafi w te momenta,Gdyż kark miał byczy, a zbyt krótką szyję.Ale koścista ręka wyciągniętaSuchym weń palcem godzi, jak w cel bije.— «Fałszerz!» — powtórzył zimno. — «Ja... do sądu!... —Wrzasł Magier — Świadki!» — A ów: — «Czekaj lądu.
A toś ty, bratku, myślał że ja nagiWyjdę z tej pastki, coś mi ją nastawił?Że wezmę na się dziadowskie biesiagi?...A bogdajże się tym pozwem zadławił!Szlachta!... Magiery!... Zbójeckie watagi!...A ot mnie Chrystus przez morze przeprawił,Bym cię dosięgnął, a pomstę wziął z ciebie,Tak mi dopomóż Bóg i Trójca w niebie!» —
Lecz Magier trząsł się, jak w wielkiej chorobie,Zsiniał, dech tracił i błędne źreniceObracał kołem: — «Ja ci... Ja tu tobiePokażę! Ja ci pokażę... granice!Jeszcze twe próchno przewróci się w grobie,Jak ja sądową zapalę ci świécę...Jeślim ja — fałszerz, tyś krzywo przysięgał!»— «Co! — wrzasnął Żdżara — Ja?» — I już go sięgał
Kościstą ręką, gdy wtem, z pod pokładuSypną się ludzie dziwną procesyją.Popierw niewiasty, dzieci, a pozaduChłopy się długim, ciemnym sznurem wiją.Zawściągł się Żdżara z swojego napadu,Głowę pod kaptur schowawszy i z szyją,Lecz suchy palec upartym tkwił gestem...Poznałem... Nasi szli, z dzieciątka chrzestem...
Horodziej trzymał je, krok stawiąc drżący,Za nim chłopięta berlicę mu niosą;U boku Zośka, jak bławat kwitnący,Szła z uplecioną do wstęg jasnych kosą.
Spuszczone rzęsy, rumieniec wabiący,Tuż Stach, tuż dziatwa w płótniankach, a boso,Zaczem gromada cała: starzy, młodziZ odkrytą głową na pokład wychodzi.
Nie było księdza naszego w okręcie,Coby dzieciątko owo przewiódł zgołaZ odwiecznych ciemnic, przez ziemskie poczęcie,Do świetlącego Chrystusem kościoła.Więc kmieć ów, gołąb biały, co żył święcie,Wodą i krzyżem naznaczył mu czoła.Z zaś na chrzestnych dzieciątku obranoStacha i Zośkę, jak wiśnia rumianą.
Dziwią się obcy, patrzą, pchają głowyPomiędzy drugich, którzy bliżej stali;Bowiem był widok ciekawy i nowyDla nich, jakiego jeszcze nie zaznali.Słychać okrzyki, śmiech, wrzawę rozmowy,Palce wskazują to sznury korali,To krasne chusty, któremi niewiastyCzoła zawiły, to gorset kwiaciasty.
Bo co kto miał tam z szmat lepszych od święta,To przywdział teraz i pysznił się sobą...Jakowaś duma była rozpłyniętaW twarzach, i radość na poły z żałobą.Ten pawie piórko zatknął, tam upiętaWstążczyna błyska; tak lud tą chudobą,Jak może, ową biedę swoją kryje.— Co będzie oko przetrząsać ją czyje?
Kołem, a płotem ciekawi objęliMazurów, Kurpiów i ten lud nadbużny,Lnom się tej naszej dziwując kądzieli,Postołybacząc i obrządek różny.
Zaczem bogatsi grosz rzucać zaczęliDzieciątku temu w węzełek podróżny...Francuzy, Włochy, nawet Portugesy,Choć chytre, gęsto sięgały do kiesy.
Ale Horodziej, w płótniankę odzianyPodniósł dzieciątko w błękitne przestworza,Gdzie gorzał słońca krąg, ogniem nalany,I rzekł: — «Oto się narodził śród morzaCzłowiek; i chrzest mu z imieniem jest dany.A jeśli wola używi go boża,Krzyżtof zwan będzie od tego okręta,Co «Krzyż» jest. Niech swój początek pamięta.
A ty go ręką swoją, Chryste Panie,Przeżegnaj! Bo jest tułacz nad tułacze...A pliszka w gnieździe ma lepsze posłanie,Niźli dzieciątko to, co się kołaczeW korabiu po tym świata oceanie!»Tu między matki ozwały się płaczeCiche i ojców odjękły im głosy...Horodziej milczał i patrzył w niebiosy.
Aż rzecze drżącym głosem Symeona:— «Krzyżem ty staniesz na drodze tej, dziecię,Co będzie kośćmi naszemi znaczona,Po cudzych ziemiach gdy wiatr nas pomiecie...Bo się nierychlej nad nami dokonaTo zmiłowanie, aż zorze nam trzecieZabłyśnie, które te wnuki obacząNasze, lecz nie my!» — Tu wszyscy zapłaczą.
Więc jak w kościele, kiedy monstrancyjąNad ludem wzniesie pleban od ołtarza,Takie z tej siwej głowy blaski biją,Taka z niej skrucha idzie i przeraża.A morze huczy swoją litaniją,W której się wielki jeden jęk powtarza,Jęk, co był słyszan od początku ziemi:...«Zmiłuj się, Panie, nad nami nędznemi!»...............
Dzień ten był wesół i syty pospołu,Bo pod równikiem nikt postem nie suszy,Że ostatniego bić mieli dziś wołu,Więc się biedakom co nieco okruszy...Lud już upragnął świeżego żywiołu,Bo na ziemniakach przez pół wyzbył duszy,Wół w dobrem mięsie był, nie stary jeszcze,A znać czuł cości, bo skórą szły dreszcze.
Z krótkim porykiem obracał za siebieŁeb płaski, jakby czego szukał okiem...Może skrzypiących pługów w ciężkiej glebieCo sznurem ciągną po polu szerokiem,Może tych jarów, gdzie kwiat się kolebie,Nakryty srebrnych tumanów obłokiem,Może łąk, gdzie się odbiwszy od stada,W bród jałowica do paszni zapada.
Boć i to bydlę ma swoje tęsknotyI swoje wielkie, ciche zadumania.Postają wolce, a patrzą w świt złoty,Kiedy je oracz uwrotem zagania.
Idź między trzody senne, pod namioty,W step, a usłyszysz głębokie wzdychania...W tej niemej twarzy już duszy połowaStworzona: jęk ma, brak tylko jej słowa.
Więc gdy porykał tak, to mi tam prawiePachły te błonia stojące pod tęcząRos, kędy dropie brodzą, a żórawieNa rdzawych piórach noszą się, a jęczą.A wtem go pachoł ugodzi w łeb krwawie,Uwiązanego żelazną obręczą...Ryk srogi poszedł. Zaczem się zatoczy,I na kolana! Zwróciłem wbok oczy.
Bo jest najgorzej przydawać żałościDo onych niemych zgonów i do męki.A wszak i ludzie rzekają to prości,Że twarde serce najlekszej jest ręki.Wysechłby człowiek, by sztokfisz, do kości,Gdyby urzewniał na wszystkie te jęki,Co biją w niebo z struchlałej tej sierci...W mig mu złupili skórę, i na ćwierci.
Więc się tam zaraz, jakby na odpuście,Tumult uczynił i gęsty tłok ludzi.Jeden mu porze skróś żeber czeluście,Drugi mu wątpia parujące studzi.Na pałce sparty i w jaskrawej chuściePrzez biodra, pachoł niczem się nie trudzi.Pogląda tylko po onej czeladzi,I nóż szeroki, płytki, ręką gładzi.
Nie chce on rąbać cielska, co już leży,Gruchotać kości i wyrzynać mięso.Aż wtem mu twarda szczeć na łbie się zjeży.Szczęki kielcami ku sobie zatrzęsą,Podniesie pałki i raz jeszcze zmierzyW odciętą głowę, co białą się rzęsąRuszać zdawała... Ugodził ją wściekły...Spojrzałem, z martwych oczu łzy pociekły.
Cały dzień przeszedł na głośnej ochocieI na swawoli szyprów, którzy różnePsoty czynili tej świeżej hołocie,Co pierwsze myto płaciła podróżne.Pompa tam była do nocy w robocie...Lecą skorupy z misek, butle próżne,Kto frajer, dalej lać go bez pamięci!Tak to się w onych krajach równik święci.................
Ranek się czynił perłowy, a sinyOd mgły, co rąbkiem po morzu się kładła,Aż w nią uderzy z złocistej szczelinySłońce i modre rozkryje zwierciadła.A tu już po nich igrają delfiny,Przyjazne ludziom i statkom dziwadła,Których na wiele tysięcy ta woda;Znak to, że będzie bezpieczna pogoda.
Jest ten zwierz krągły, jakoby wrzeciono,W łusce nie chadza, choć do ryb się liczy,Pławy ma bystre, i z głową wzniesioną,Chwastem skry krzesząc, ugania zdobyczy.A ten ma w sobie dziw, iż wodę słonąNozdrzem wytryska, nakształt szklanych biczy,Wesoło grając po bokach korabia,Gdzie letki obłów kupami go zwabia.
Cudnieć to było patrzeć na te świtySrężogą srebrną drżące w on czas ranny,Gdy nad ocean parami nakryty,Skróś mgły zaczęły bić one fontanny!Słup w górę idzie, rozszczepia się w kity,Spada i sypie perłowych ros manny...W stu miejsach naraz wybija z mgły, tryska,W stu tęczach srebrem lśni i złotem błyska.
A tem ci milsze były te widzenia,Iż z dnia nam na dzień bliżyły się brzegi.Już się ta błędna niezmierność odmienia,Już ptak zapada gęstszy na noclegiPomiędzy żagle; już się rozpierścieniaLżej fala, już wiatr inszemi się ściegiPod niebem nosi; juz z lądów przywiewaDech kwiecia, trawy i ziemi, i drzewa.
Więc niespokojność jakowaś się budzi,I serca ogień podpala nam żywy.W jedną się stronę gromada pcha ludziNa pomost. Stoją, i wiatr ten życzliwyNozdrzami ciągną, z zadusznej tej gródziWyległszy. Tak pszczeli rój, chciwyWiosny, po wierzchu ul w marcu obsiada,Suszy się, brząka, i skrzydła rozkłada.
Teraz się widzieć dały te odmiany,Które ta droga zrobiła w narodzie.Stwardły na grzbietach siermięgi, sukmany,Solnemi pary przewzięte na wodzie.Z zapadłą piersią, z drżącemi kolany,Z twarzą sczerniałą na wietrze i w głodzie
Jako z jasyru i z miejsc zadżumionych,Tak z pod pomostów lud wychodził onych.
I dziw! Niewiasty nawet się nie żalą,Tak każde serce nadzieją tam dyszy.Otwarte usta, źrenice się palą,Ten, ów już sobie zmawia towarzyszy.A okręt sunie, za każdą się faląBliżąc tym lądom, co wschodzą już w ciszy.Wtem — «Ziemia! Ziemia!» — zagrzmiały okrzyki...Więc rzępolista swej dobył muzyki
Zarzyna smykiem to grubo, to cienko,Aż pies wyć zaczął w kajucie miczmana.Stary Prokurat przyszczypnął was rękąSaperski, nucąc: «Jeszcze nieprzegrana!» —Wyrzucił czapkę Stach i przed ZosieńkąChwycił i krzyknął: «Hej, danaż ty, dana!...»Więc żydek krymkę zdjąwszy, obszedł wkoło:Kto miał grosz, rzucał w tę chwilę wesołą.
Ale nieszczęsny Szczęśniak szedł na stronęI rąk załamał i oczy wbił w morze,Co mu zabrało i dziecko i żonę.Nigdy już dla nich nie wzejdą tu zorze...Patrzy, a wielki łzy toczą się słoneNa twarz znędzniałą; i stoi nieboże,I głową trzęsie, jak owego ranka,Niememi usty szepcąc: — «Hanka.. Hanka!...»
A już się wznosił brzeg skalny przed nimi,Jakby nie dając przystępu do siebie.
Czarnemi góry wyrznęły się kłamiW modrem powietrzu i na jasnem niebie,Ku morzu schodząc wąskiemi smugami,Za które statki chronią się w potrzebie.Lecz nasz się okręt kierował na skałyNajtęższe, co tam dwie z osobna stały.
Port to był. Ziemi upragnionej wrota,Obudowane zamczysto a ciasno;Lała się przez nie zgóry struga złotaSłońca, polewę czyniąc morzu jasną.Fala się o nie z srogim hukiem miota,Zda się, że wody srebrnym je zatrzasnąWrzeciądzem. Ziemia, bogata a dzika,Oceanowym kluczem się zamyka.
Każdy tu okręt pośpiesza przed nocą;Tak dostęp trudny jest i taki zwary.Nie zdąży? — To go do rana szamocąU drzwi te morskie celniki i warty,Które z okrutną wściekłością i mocąTrzaskają w srebrne swoje halabarty.I to się przyda, że nim tutaj wpłynie,Niejeden statek da nura i zginie.
A już też «Krejc» nasz, jak panna, się stroiDo tańca. Lecą służbiste gawiedzie.Od pacholików aż w oczach się troi,Jeden przed drugim chce być dziś na przedzie.Kapitan, w jasnym mundurze, jak w zbroiWódz, na ostatni szaniec korab wiedzie...W lin zgrzycie czeladź po masztach szczebluje...Lecz Opacz cygar pali i wbok pluje:
—«Co mi za okręt, co mi za załoga,Jak puszek niema, choćby ze dwadzieście?W odeskim porcie, tam każda pirogaWali, aż żydy gewałt krzyczą w mieście.Jest przykaz, ile dla Hospoda BogaProchu suć w jaszcze na Jordanu chrzeście,Ile...» Tu szyper pchnie go wedle brzucha...Zaczem chciał kończyć, lecz nikt go nie słucha.
Wszystkie się oczy zwróciły w tę stronę,Gdzie na pokładzie przednim, z wierzchu drzewaŚmigłego masztu, nad morze spienioneBrazylska flaga nad nami powiewa.Chorągiew zacna. Ma pole zielone,Jak bukszpan. Równe, czy zprawa, czy zlewa,Zaś środkiem złota przedziela je deska,na niej żeglarski znak: kula niebieska.
Tak pod tą flagą, co wdzięcznie nas wiodła,Z szerokim pluskiem i w poświstach pary,W port my wchodzili, kędy oczy bodłaStrzelistych masztów mnogość nie do wiary.Każdy tam statek osobne miał godła,Każdy się z kształtu odmieniał i z miary.Każdy się pysznił we swoim kolorze,Żeś patrzał jako po zakwitłym borze.
Tu, jak chałupy, stoją okręciska,A od nich wielki cień pada na wodę;Tutaj się mignie parowczyk nam zbliska,Co ma jaskółki chyżość i swobodę.
Tu łódź się czarna szczeliną przeciska,Tu inszą z drogi odtrącim, jak kłodę.Port zawalony był, jakoby miasto,Rozbudowane tłumno a wieżasto.
Piękna to jednak rzecz, niech co chce będzie,Na własne oczy zobaczyć te dziwa!Zaś, gdy człek wróci, i na swojej grzędzieRoztrząśnie snopa z tych cudzych ziem żniwa,To choć w pomierzchu za piecem usiędzie,Zostaną na nim te blaski, te szkliwa,I będą świecić, jak nici pajęcze,Kiedy w nich słońce zapali swe tęcze.
A ledwiem sobie to pomyślał, Boże!Ty wiesz, jaka mnie ogarnęła skruchaI jakie w oczach stanęły mi zorze,I wiatr zaleciał, co z pól naszych dmucha!Więc czując, iż się we mnie serce porze,Wstrząsłem się w sobie i podałem uchaKu naszym, co tam w żywym ogniu stali,Nie dbając na żar, i ziemi patrzali.
Właśnie Pietr Brandys prawił: — «Słyszta, kumie!Przecie tak w durniach ostać się nie możem,Przed tą królową!» — A Łuka: — «Jak umie,Tak niech ją wita naród słowem bożem.Je katoliczka, to juści zrozumie!» —Wtem Roch: — «Co będę gadał?... Człek się morzemDość umordował! Aż we łbie mi chrzęści...Od gęby — głupi chłop; mądry — od pięści».
Lecz Bandys: — «Dalej, radźta, kto ma gadać!Jużci tam całej nie puszczą gromady...Majestat przecie! Byleco powiadaćNie idzie!» — «Ano — Bugaj na to — radyInszej niema, tylko się poskładać,I niechaj Magier prawi! On tam zawdyProwadzi, wie, jak co!» — «Nie chcemy szlachty!Krzyknie Czop Michał, — Ze szlachty — konszachty». —
Czop był braciszkiem zmłodu przy konwencieW Miedznej, jak dotąd o tem świadczy plecha,Którą przy każdem golić daje święcie,Stąd w okolicy przezwali go «klecha».I tak już został. Ten takie zacięcieMiał, że co powie, to jakby orzechaDo pary nalazł. Tak mu się te słowaSame składały. Tęga była głowa!
Wtem Łuka: — «Ano, niech gada Horodziej!Toć on je tutaj jak ociec nad nami...»— «Co taki stary wie!» — zakrzyką młodzi.— «Takiemu prawie pod kościół z torbami!» —— «Racja!... Horodziej, nie żaden dobrodziej!» —Wrzaśnie Czop. — «Jak tak, to gadajcie sami!» —Odkrzyknie Łuka. Zaczem się zaniosłaOkrutna spierka: brać, czy nie brać posła.
W jedną i w drugą stronę lecą głosy,I w dwie gromada rozpadła się czernieAż wtem staruszka, która białe włosy,A twarz zeschniętą miała, jako ciernie,Podniosła oczy srebrzące skróś rosy,W lnianą płachetkę odziana mizernie,
Wyciągnie ręce sczerniałe i drżąceDo brzegu tego i w skrawe to słońce...
— «Ja ją przewitam, tę zorzę zaranną...Ja do niej rzekę: ...O jasna królowo!Szli my do ciebie, żyjący tą mannąŁez, nędzą naszą!... Tę chatę lipowąRzucilim! Z ławą tą... Z Najświętszą Panną,Z jaskółczętami pod żytną posową...Lny niesprzędzione w komorach ostałyNa tych przęślicach... Tak wichry nas gnały!
...Dzieciątka nasze pomarły z tej drogi...W głodach, w niespaniach i w serca ciężkościSzli my... Struchlały pod nami te nogiNa cudzych ziemiach twardych i te kości...Pątniki sąśmy liche... Lud ubogi...Goni naś światem strach, mrących z żałości...Przygarnij ty nas, a daj nam otuchę!...Jako do matki my!...» — I ręce suche
Przed sobą w modrem powietrzu tem składa,I w słońcu trzyma utopione oczy,A łza jej ciężka po łzie na twarz pada,I po tem lnianem płachciątku się toczy...Zamilkła. Głowy spuściła gromada.Aż nas, jak kiedy psów sfora obskoczyZwierza, tak z pluskiem stu wioseł po wodzieSetne ogarną czółna, barki, łodzie.
A już na tyłach okrętu zepchniętyŁańcuch z kotwicą zatapia się w morze...
Plusnęły fale, wzdrygnęły się męty,Kotwica grzęźnie w toń i brózdę porzeCiemną. Tak lemiesz, w grudź pulchną zatknięty,Skróś ziemię bierze i z głębia ją, orze...Chwyta się kotew, puszcza, znów się ima,Aż: — «Halt! Halt!» —krzykną. Zagrzęzła już. Trzyma.
Zwolnił tchu okręt, wypuścił słup sinyPary, drży, stęka, dygoce i staje.A już na pomost rzucają nam liny;Już jeden chwyta, drugiemu podaje.Zazgrzytną sznury, łańcuchy, drabiny;W mig nas obejmą przewoźne te zgraje:Ledwoś tłumoczek chwycił, już cię cisnąłPęd na dno łodzi, i wodyś zachłysnął.
Gromada nasza najpierw się przebrała.Płyniemy raźno szerokim taborem,Pilno patrzący tego kardynałaZ krzyżem, i onej królowy ze dworem...cicho nas fala niosła, ziemia grałaZłotoróżanym zachodu kolorem.Lud uniesiony już słyszy w zachwycieChorągwi jasnych szum i dzwonów bicie.
Ląd! Ląd! Brzeg! Ziemia! Tłum ciśnie się, tłoczy,Niepewny w nogach, chwiejący, zemdlały,Wezbrane serca, zmącone w łzach oczy,Na ten świat nowy......Wtem — bębny zagrały.— «Kardynał!» — krzyczą. Aż znagła otoczyNas zewsząd wojsko. Lud patrzy zdumiały,Dzieci w płacz. Baby wszasły chórem: — «Rety!»Oficer krzykął: — «Marsz!» — Błysły bagnety.
Oj, głupi naród, i ja też z nim głupi,Żeśmy swych w świecie szukali wolności!Oj, źle ten przeda i kiepsko ten kupi,Kto się na cudze zamieniać jął włości!Tam, chłopie, próchniej, gdzie Bóg cię wesłupi,Iżby w swym domu miał belkę z twej kości,A wiedz, że choć się z Adamem powadził,Każdemu dawa raj, gdzie go obsadził!
Jeszczeć pół biedy, gdy mocna w kim dusza,A głowa górą na życia głębinie;Taki nie tonie, choć fala nim rusza,Da nura, strząchnie się i znów wypłynie.Alić to rzadka rzecz u chudeusza,Co w książkach nie żył, nie bywał w łacinie,I tyle tylko wie, że ma do woli:Lub zginąć marnie, lub nie dać się doli.
Ano, nie dałem! Niech będzie w tem chwałaTrójcy najświętszej, co światem mnie wiodła,I onej gwieździe, co ze mną bywała,A którą sobie obrałem dla godła.
Onać jest gwiazda, co królom roztlała,gdy pilno jadąc z trokami u siodła,Do Betleemu śpieszyli z pokłonem,A z których Balcer jest moim patronem.
Tak więc i teraz, o gwiazdo ty złota,Obświeć mnie z góry, com twoim jest sługą,Abym raz jeszcze przed końcem żywotaOdprawił w myślach tułaczkę tę długą,Zanim mnie wicher śmiertelny pomiata,Jak łódź strzaskaną burzliwą żeglugą,Na brzeg ów wieczny, gdzie oddać nam ducha...I żeby na tem nie siadła noc głucha.
Bowiem jest wiele do ludzkiej pamięciW tem wędrowaniu polnego narodu,Co od swych pługów i siana użęciPorwał się szukać ogromnych mórz brodu.Tak rój marcowy nad gruszą się kręci,Kwieciem mniemając okiście te lodu,Któremi szron jej gałązki ubiera...rój spada, chwilę brzęczy — i umiera..................
Jak raz był właśnie sam dzień Trzejkrólowy,I pewno u nas dzwonili we farze(choć tu o święcie nie było i mowy,I zgoła nie wiem, czy są kalendarze),Kiedy w czas ranny, przed barak portowy,Gdzie wprost z okrętu zagnały nas straże,Zaszedł dziwaczny tabor z szczękiem, z brzękiem:Długi sznur osłów i murzyn z bębenkiem.
Osły gęsiego ciągły. Rosłe, siwe,Z ciemniejszym pręgiem przez grzbiet, kłapouchy,
Do łyka miały przyplecioną grzywę,Co wydawało chrzęst dźwięczny i suchy.Zwierzęta drożne widać i stróżliwe,Nieskąpo takoż wyłożone brzuchy,U karków dzwonki, trzęsidła, a z bokówGłęboki kosze przypięte do troków.
Przy osłach murzyn. Ten stary był, chudy,Prawie że nagi, bo tyle co pasemSzmaty związany przez biodra i udy.Drumlę miał w zębach i w bęben bił czasem.Więc co zabrzęknie w te piszczki i dudy,Osły w ryk za nim z okrutnym hałasem.I tak szła w kolej muzyka ta chórem:Drumla, bębenek i ośli ryk wtórem.
Nuż baby w okna dziwować się! ZaczemRozhukło w szopie od gwaru i śmiechu.Bo to u niewiast śmiech razem i z płaczemW jednym, wiadomo, chowane są miechu.A wtem wszedł starszy, zagadał z tłumaczem,I — w drogę żywo! Z wielkiego pośpiechuLedwo że ludzie manatki związaliJak byle, aby prędzej! Aby dalej!
Więc już i wołać nie trzeba tam było,Bo we drzwi jeden przed drugim się śpieszył,Tak to narodem do świata rzuciłoI tak się każdy odmianie ucieszył.Niebo się rankiem coś niecoś omgliło,Lecz teraz nagle grot górny je przeszyłI zalał blaskiem świat dziwny i nowy,Na który wszystkie podniosły się głowy.
Santos się zwało miasto, gdzie nas zrazuDoniósł ów korab, który morzem pływał.
Teraz, w mgle złotej, na podób obrazu,Stało przed nami daleki het kawał...Chcieliśmy bliżej, nie było przykazu,Więc drab zastąpił i ruszyć nie dawał,Tylko nas w oczy z tych blasków ubodłyWieże iglaste i śmigłe, jak jodły.
Miasto się zdało na milę obwodu,Albo i więcej, bo słońce ślepiło,Odbite w morzu, co szybą się loduZaiskrzonego dla oka czyniło,Z pagórków miasto zbiegało do spodu,Mury i domy ściągając pochyło,Morze zaś przeciw szło i pluło pianyNa płaskie dachy, na tamy, na ściany.
Wkół świat dziwny, ogromny i świeży,Jakby go Pan Bóg dopiero co stworzył,Że jeszcze na nim ten jasny szmelc leży,Który swą ręką najświętszą położył.Radeby oko, lecz co się zamierzy,Już mu się nowy transparent otworzył.Więc tylko wierzchem tu, owdzie się trąca,Jak czajka, z wiosny nad łąką bijąca.
Staliśmy tedy, niepewne wędrowce,Jaki z nas dola uczyni igrzysko,Aż z mgły port wyszedł złotej i parowce,Bo my na górce byli, a brzeg nisko.Zbiły się w kupkę niewiasty, jak owce,Patrząc na ono słoneczne zjawiskoZ pod chust ściągniętych na czoło, jak w żniwa:Tak wielka była gorącość i żywa.
Tymczasem wkoło obeszły nas draby(Iż tam beż straży nie zrobisz ni kroku).
I dalej w kosze pakować nam baby,Dzieci, tobołki i torby obroku.Patrzę, aż Opacz w kosz lezie, że słaby...chłop, jak tur! chcieli wyrzucić go z troku,Ale narobił wrzasku, że zaniesieSkargę, że był on na flocie w Odesie.
Nie chciał się starszy zbyt długo z nim bawić,Więc machnął ręką i ruszać dał w drogę.Opacz też zaraz, by czem się zastawić,Stęknął i zdrową rozcierać jął nogę.Splunąłem na bok, bom nie mógł przetrawićZłości, patrzący na jakąś niebogę,Która, iż miejsca w półkoszkach nie stało,Między nas, chłopy piechotne, szła śmiało.
Ale już murzyn na drumli dał hasłoI w bęben puścił pałeczki siekańcem.Ryknęły osły, aż w uszach mi trzasło,Tak się wiedziały z tym czarnym pohańcem!Kosz o kosz szturgnął, a w koszach zawrzasło.Dzieci w płacz, nuż je spokoić szturchańcem...Wtem tłumacz, co nas, jako owce z pola,Rachował, krzyknie: «Dwóch głów braknie! Hola!» —
Spojrzeli wszyscy po sobie, jak owoW tym wieczorniku woskowe figury,Co kiedy Chrystus o zdradzie rzekł słowo,Obrócą oczy i patrzą się: Który?I każdy siedzi z kręcącą się głową,Sam w sobie trwożny swej ludzkiej natury,A tylko Judasz, co zwąchał się z biesy,Patrzy w twarz Panu, a dzierży się kiesy.
Rzuciłem okiem raz, i jużem wiedział:Żdżarskiego brakło i brakło Magiery!
Osiem dni jeden przy drugim przesiedział,Do oczu skacząc, trzaskając w papiery.Zzieleniał Żdżarki, a Mager oszedział,W coraz się sroższe wbijając cholery,Aż nocą, straży uszedłszy poglądu,Jeden i drugi dał nura do sądu.
Słucham, co będzie, a tu już z gromadyHuk: — «Szlachty niema! Szlachty! Panów braci!Toć bez szlacheckiej pójdziewa parady!»...Tłumacz klnie, krzyczy: — «Kto koszty zapłaci?» —Co robić? Niema sposobu ni rady.W drogę, to w drogę, a resztę pal kaci!Wtem mi zaszlocha nad uchem coś blisko.Spojrzę: Żdżarskiego mizerne chłopczysko.
Jako więc jagnię, macierzy gdy zbędzie,Głosem się w pole raz po raz obwieści,Tak i ów chudziak ogląda się wszędzieI trzęsie w sobie od srogiej boleści.— «Ha — myślę, słabość mający na względzie —Na moim mieszku dwóch z biedą się zmieści.— Jakże ci?» — «Jasiek». — «To trzymaj się połyI nie becz! Głodnyś?» — «Nie». — «To bądź wesoły».
I tak my z miejsca przystali do siebie,Jako przystaje szczep do płonnej gruszy,Boć to wiadomo, że w równej potrzebieChleb jest dla ciała, a litość dla duszy.Niech kto chce, serce pod popiół zagrzebie,Nieprawda! Małość jakowaś je ruszy,Odmuchnie, słońcu podstawi, zarosi,I znów je żywe i świeże człek nosi..................
chybnął się tabor na lewo, na prawo,był łódź, gdy wiosło odepchnie ją z brzegu,A ona luźną kołycha się nawą,Oboje burty maczając w pian śniegu.Mienią się chusty na słońcu jaskrawo;Tu kamizela, tam rańtuch w szeregu,By mak, skraśnieje, tu sprzączka, by złota,W trzpień jałowiczny zatknięta, migota.
Aż się zmieszały te różne koloryI zaszły blasków słonecznych mgłą litą...Jako więc u nas w wiosenne nieszpory,Gdy dziewki kwiecia naniosłą obfito,A tu dym buchnie sinemi bisiory,I ołtarz błyśnie monstrancją odkrytą,Cały się kościół mży złotym tumanem,Z księdzem, z narodem, z ławkami, z organem.
A gdy tak patrzę w tę jasną sprężogę,W której pagóry spłynęły z poniżem,I ztrudna okiem rozeznać co mogęW tem migotaniu świetlistem a chyżem,Horodziej z blasków wyszedł i tę drogęWielkim w powietrzu przeżegnał nam krzyżemI zaczął śpiewać (głos trząsł się staremu)....«Kto się w opiekę poda Panu swemu!» —
Buchnęło pieśnią, by ogniem po strzesze,Bo wszystkie głosy zaniosły się społem.I tak, śpiewając, ciągnęły te rzeszeZa onych jasnych nadziei aniołem;Każdy się w swojej fundując pociesze,Z dolą rad śmiełem potykać się czołem,Jakoby za nim tysiączną szła siła...Taka w tej pieśni moc i dufność była!
Zagrały echa. Szedł naród wsłuchanyW muzykę wietrzną, co głosy udaje.Zrazu się pędem trąciła o ścianySkał, zaś odbita o świata okraje,Wróciła, wpadła w jar, jako w organy,Grzmi, huczy, zaczem wzdychając — ustajeI w cichość spływa pod niebem wysokiem...Więc chrząkną chłopy i ruszą się krokiem.
Droga nam w góry poszła. Wąska szyjaPomiędzy skały kręciła się jarem.Trudno tam nogą próbować bez kija,Bo kamień luźny, obrosły wiszarem:Ledwo go chybniesz, z posady się zbijaI leci w przepaść, nakrytą oparem,Z którego syczą źródliska, jak węże,A żaden dna tam ni gruntu nie sięże.
Więc ten podolny lud wielkie miał dziwo,Właśnie, jakoby świat poszedł na nice...U nas chłop sterczy naokół nad niwą,O czapę całą nad żyta, pszenice,O staje widać sukmanę tam siwąSkróś pól, skróś łęgów, po boru granice;A tu się ziemia wybija nad człeka:On wdół, a ona pod niebo ucieka.
Tubym rad piórkiem złoconem malowałOne to farby i kształty dziwaczne...Te pnie obrosłe, leżące napował,Te piętra skalne, pod chmury aż znaczne.
Alem ja prostak, w miasteczkum się chował,Gdzie świat sam gada o sobie, gdy zacznęOd kuźni — aże do rynku i fary...A na te cuda brak w głowie jest miary.
Rośnie gwar, tupot. Hej, inak się gadaNa wolnem polu, niżeli tam w szopie!Rzeźwo się w duszy poczuła gromada,Kiedy tak kupą chłop ruszył przy chłopie.Rolnym narodom zamknięcie nie nada.Tak było zaraz po świata potopie:Chłopy budować, a Pan Bóg swą mocąGruch wieżę o ziem: — «A ona wam poco?» —
To słyszę, do dziś kamieni tam kupaLeży i godny szmat ziemi nakrywa;Ludzie nie biorą, bo z tego chałupaNic trzyma pionu i zawsze jest krzywa.Gadają, jeden tam grunty wykupaI role one z pod gruzu dobywaŻydkom na wioski i szlachtę z nich nowąMyśli fundować. Lecz podrwił ów głową.
Szlachta dawnością stoi. Tak od ślinyNikt nic wytrząśnie z rękawa szlachcica.I złe i dobre wybiły godziny,Różny szedł światem czas i nawałnica,Zanim to zeszło z praojców na syny.Scheda je mocna, mocnego dziedzicaPotrzebująca; a piąty, dziesiątyNie strzymał, i dziś po nim puste kąty!
Szlachectwo idzie od gniazda do gniazda,Jako płonąca wić w górach Karpatach.
Jeden z nią padnie, to drugi z niej gazdaOgnia zachwyci i dalej po bratach!Leci buława wierchami, jak gwiazda...A trafi w dziada, co w zeszłych jest latach,To pod dach własny dziad ognia poddawa,Ażeby na nim nie siadła buława.
My to ta wszystko, Podlasiaki, znamy!Choć tam podrobna szlachta, co zagonemWe trzech się dzieli, a orne ich błamyI pies — rzekają — nakryje ogonem...Przecie nieprawda!... Bo przestąp-no bramy:Zara cię inszym obleci zakonem,Zara duch inszy z szarzyzny wyświeci,Zara wiesz, że to cości od waszeci!................
Tymczasem raźno i z dobrą otuchąLud idzie. Dokąd? — nie pyta, nie bada,Kontent, że z toni wypłynął na suchą;Jeden drugiemu to, owo powiada.Baby też sobie, ta w głos, ta na ucho,Jak to w gromadzie... Tu rada, tam zwada,A niemowlątek gruszenie i śmiechy,Nad wszystko sercu dodają pociechy.
Horodziej poprzód ruszył. Kijem puka,Osłabłym oczom naddając i nodze.Nikt przed nim kroku pierwszego nic szuka,Bo każdej kupie potrzebne są wodze.Podejdzie który, to stary wnet fuka:— «A czego leziesz? A pilnuj się w drodze!A za starszymi, za krzyżem idź pańskim,Za ładem, nie za porządkiem cygańskim!»
Alem ja pilno przymykał się bokiemKu tłumaczowi, co swego miał muła,I poświstując, to stępią, to krokiemJechał, jak sotni naszej asawuła...Miałem ci świat ten odkryty przed okiem,Ale ciekawość po żebrach mnie pruła,Żeby się zwiedzieć wnętrznego zwyczajuI przyrodzenia, co duszą jest kraju.
Więc my tam z sobą w rozmowy się dali,Iż polityczny był człek, i bywały.Ściągnie ów uzdy i cygar zapali,I puści w kółka dym gęsty i biały...Nuż ja fajeczkę z zanadrza i dalejPykać! A tytoń miałem doskonały,Kupiony w szopie (choć niema co chwalić)Od urzędnika, co strzegł, by nie palić.
Jakby mi miodem po sercu kapało,Gdym cmoknął krótki cybuszek wiszniowy,Który na drogę matczysko mi dałoZ kapciuchem. Kapciuch był żółty, irchowy.Tuż przy mnie chłopię Żdżarskiego dreptałoZ głową zadartą, słuchając rozmowy.Tak lekkim krokiem szliśmy, a cień małyI krótszy coraz upadał ze skały.
— «Brazylja — mówił tłumacz — od zórz słońcaKraj morski, a zaś rzeczny jest z zachodu.Tam Amazona, do morza ciekąca,Granicą broni suchego przechodu,
Z gór, co samego sięgają miesiąca,Pędząc na oślep, bez mostu i brodu,Jak w działa, huczy w wielkie wodospady...Trzem takim Wisłom, jak nasza, da rady.
Tą górą kraju ciecze. A w pomorzeDolne, iż ziemia tu środkiem garbata,Druga kraj woda na wiele mil porzeI srebro pławi, a zwie się Laplata.Pług tutaj nizin zbyt mokrych nie orze,A tylko pastwa dla trzód jest bogata.Zaś bliżej w ocan chwost kręci, jak liszka,Ogromna rzeka świętego Franciszka.
Gór znacznych w kraju dość. Te «sery« zową,Różne ku temu przydając przezwiska.Co zda się słusznem. Bo ziemię surowąNajpierw tam ciepłe ogrzeją bagniska,Potem się wody z niej scedzą, a owąMiazgę, jak twaróg, tak słońce wyciska,Aż stęgnie, stwardnie, i czuby, jak szydła,Postawi. Właśnie, jakby ser z tworzydła.
Te, gdzie nam droga idzie, blisko morza,Zwą «Sery do Mar», niby: Morskie sery.Głuche tam puszcze i ciężkie bezdroża,W których zwierz różny ma swoje kwatery.Ale to ledwo, że pierwsze podnoża...Za niemi trzykroć, a nawet i cztery,Większe są góry; a Pan Bóg tam półkiPod niebem stawia na one gomółki.
Lud czarny ziemi tej jest przyrodzony.Ten luzem żyje od rodu do śmierci,
Różnym kolorem od siebie znaczony,Jak konie maścią, lub nieme te sierci...Są w nim mulaty, terc, i kwarterony,Czarne, półczarne, aż się i na ćwierciOne mieszańce liczą. Właśnie prawie,Jak dworskie owce, gdy myją je w stawie.
Brazylja z różnych mianuje się części,Które tu «stany» zowią. Tych jest siła.W jednych się Niemcom od dawnych lat szczęści,W drugie rząd teraz lud polski dosyła.Prawo jest, ale że głównie na pięści,Bo sąd daleko, a droga zawiła,Który porządek niezgorszy się zdajeNa te niepewne tak i świeże kraje.
Więc świat tu górny i leśny i wodny,Wszelkiego dobra zadosyć ma w sobie,Że z lada ziarna już plon będzie godny,Choć ziemię ledwo patykiem poskrobie...Tyle, że pracy i rąk ludzkich głodny,W pustce swej leży, by w ciężkiej chorobie,Z której by powstać mógł, trzeba mu biciaMłotów, kos szczęku, huku siekier, życia!»..................
Wtem, gdy tak prawim, krzyk! Patrzę ja, co to,I ręką oczy zastawiam od słońca...A tu przeciw nam tą ciężką żarotąKupa bab z dziećmi wędruje płacząca.Tobołki niosą, a idą piechotą,Omdlewające z pożaru gorąca,
Nawpół oślepłe, z stopami krwawemi,Za ręce wlokąc dzieciątka po ziemi.
Zaraz mnie tknęło: «Nasi!» W końcu świataPoznałbym takie odzieże i lica...Odzież, co prawda, nie była bogata,Ledwo się grzbietów ta biała tkanicaTrzyma i wisi — tu łata, tam szmata,Jak gdy z szaraka lenieje turzyca...Aż wtem i cała owa kompanijaZakrzyknie: «Stójcie! Stój!... Jezus Maryja!
Toć nasi! — Ludzie! A czy was piorunyNiebieskie biły?... Czy siła nieczystaPędzi was tutaj po deski do truny?...Toć piekło żywe jest!... Kraj antychrysta...Jeśli wam żywot miły i fortuny,Wracajcie do dom! Do dom się, jak glistaChoć ziemią, kopcie! To nic dla człowiekaKraj jest! Kto nie trup jeszcze, niech ucieka!»
Mówią i płaczą razem. Szloch i słowaLecą, jak grad ów, który z deszczem leci,Gdy kaszą sypnie zadymka marcowa.Do płaczu matek przydają wrzask dzieci.Chciał murzyn minąć, lecz kupa go owaŚcisła. Tak krzyczym: — «Stać! Stać!» — Drugi, trzeciPrzed tabor rzuci się, do osłów skoczy:Osły w ryk, a ów — pięścią między oczy!
Stanęlim. Minąć nie było i rady,Bo droga wąska i w górę się pnąca.Tłumacz się jakoś nie śpieszył na zwiadyMuł wierzgał pod nim z srogiego gorąca
I z much; więc dalej ja do tej gromady!A iż rzecz każdą naczynać trza z końca,Rzekę: — «Pochwalon! A skądże wy teraz?»...— «Na wieki! — krzykną baby. — Z Minasgeras!»
— «Co za czort taki?» — pytam. Na to baby:— «Ziemia je, powiat, kopają tam rudy!» —— «Któż was tam wprawił?» — «A kto, jak nie Szwaby!Kręcił się jeden, jak Judasz ten rudy,Aż wyprowadził het precz całe Graby». —— «To wyście z Grabów?» — «Z Grabińskiej my Budy.Jedność to zdawna była, ale że sięPożarli teraz o zbierkę po lesie». —
— «Więc cóż?» — «A cóżby?... Zaguba, i tyle!» —Tu baby ciężkim zaniosą się płaczem.— «Dołów za nami rachować na milę:Tak mogiłkami, bez krzyżów, ślad znaczem...Chcieli my z skargą... Nie w naszej to sile!Gdzie, kogo patrzeć o krzywdę i na czem?...Ot, spłynąć łzami do morza, jak Wisłą»...— «A chłopy?» — »Chłopów w rudniku przycisło!»
— «Dlaboga!» — krzykniem i nagłym się ruchemGłowy zachwieją w przeciwne dwie strony.Aż za tym głosu wielkiego wybuchemSzmer lekszy idzie i barzej tłumiony,Wzdychań i szeptów niesiony podmuchem...Tak dzwonnik szarpnie naraz wszystkie dzwony:
Hukną — zaś sznurów targając lekuchno,Trąca je ciszej coraz, aż zagłuchną.
Dopieroż pytać: Jak było? Gdzie? Kiedy?Tfu! Prędzej dostałby u gęsi wody,Niźli porządku u babiej czeredy!Wszystkie gadają naraz, na wyprzody,Każda z inszego końca do swej biedyRzecz ciągnie w stronę i do swojej szkody;Wtem krzyk nad insze... Dreszcz każdego włoskaUczułem w krzyku tym: — «O Matko Boska!»...
Jako więc z gniazda, gdzie drobiazg bezpióryPróżno się broni przed szponem sokoła,Piskliwa wrzawa bije — a wtem zgóry,Szerokie przez wiatr skrzydłem pisząc koła,Macierz zakrzyknie, a krzyk pójdzie w chmury,I strach śmiertelny naokół obwoła:Tak się z tej wrzawy głos jeden niewieściWybił okrzykiem matczynej boleści.
Spojrzę, i nagle z przed oczu mi kupaCała zniknęła, a w oczach ta jedna...Szeroko, nakształt krzyżowego słupaOtwarła ręce w niebieskie bezedna,Blada, że oczy zawrzeć, i za trupa...Z głowy chuścina opadła jej biedna,Ubiory na niej ni chłopskie, ni pańskie,Szlacheckie niby, a niby mieszczańskie.
Stoi, a cała tak zdaje się drżącą,Jak ta osina, co w ciszę liść rucha...Wzrok wbity w oną słoneczność jarzącą,Jakby to była noc czarna i głucha.Włos siwy powstał, znać myśli się mącą.— «Stasiek!» — zakrzyknie... I urwie — i słucha...
I znowu: — «Stasiek!»... — A głos był wnętrznościRodzących i szedł mrozem między kości.
Jak w podniesienie, tak cichość powiała,A ona, sercem bijąca w tej ciszyZaklaśnie w ręce, ku ziemi się całaPrzychyli... — «Słyszy!... — zaszepta — On słyszy!Skróś ziemi słyszy matkę! Bogu chwała!Oddycha jeszcze... żyw jest... jeszcze dyszy»Wtem się zaniesie: — «Na Chrystusa rany,Ratujcie!... Syn mój!... Żywcem pogrzebany!»...
Padła. Jak kiedy wiatr zmiesza obłoki,Bystremi pióry lecący po niebie,Tak mi się w oczach świat zmienił szeroki,I takem nic mógł odnaleźć sam siebie.W błyskach i w kirach ciężkiemi tam krokiOdszedłem, matko nieszczęsna, od ciebie,A serce moje sczerniało w tej chmurze,I miałem w gardle krzyk przeciw naturze.
Już góry, jakby nocy czyniąc przyjście,Odstały od nas w przeciwne dwie strony,Grunt upuszczając za sobą faliście,W głębokie jary i w górne wygony;Już zaszumiały ogromnych drzew liście,Któremi świat tu z naczęcia sadzony,I świeżość nagłym obdała nas chłodem.— «Pinheiro!» — krzyknął tłumacz, skoczył przodem,
I trzykroć na wiatr wypalił z krócicy...Psy się oszczekły gdzieś raz, drugi, trzeci.Lecz nic nie widać było w tej ciemnicy,Bo noc za słońcem bez zmierzchu tam leci.Huk tylko grzmotnął i po okolicyBiegł, podrzucany, jak piłka przez dzieci...Zmieszał się tabor. Zgiełk, wrzawa, wołanie.Tak bocian w loty bije, nim ustanie.
Ale najgłośniej krzyczał Opacz: — «DjabliZ takim artielem! Z takim rządem w drodze!O głodzie pędzą... Gorzałkę zagrabli...Jak gąsior w kojcu siedzę, cierp mam w nodze.Stójcie, co zlezę... Hej, Pablo, czy Pabli!...Pastoj, psi synu, co nogę rozchodzę...Czort was!... Ratujcie!... Na żyłę mi suchąCierp trafił!... Stój, psie, zakuty na głucho!» —
Lecz darmo wołał. Głos ginął w tupocieNóg, kopyt, w wrzasku ryczącej kapeli,Gdy wtem skry buchną w tej gęstej ciemnocie,I ogień słupem przed nami wystrzeli.Zajarzy łuna, a w łuny tej złocieWyręb się znaczny przed nami rozbieli,Z którego bije czerwoność ogniska,A dym wybucha w iskrzate mietliska.
Tuż na piekielnym onym transparencieGmach dość potężny pokazał swe mury,Jakby z pod ziemi wyrósł na zaklęcie...Ten mi się wydał wątpliwej natury,Więc tylko patrzę, czy wszystko w momencieNie zniknie, ognie te i te struktury,Kiedy wtem z piskiem rój się nietoperzyPorwie i ślepym lotem w nas uderzy.
Pojrzę... Tfu! Czyli pokusa mnie mami,Czy urok? Skaczą u ognia szatanyI bodą kocieł długiemi widłami...(Piekła tak obraz bywa malowany).Baby w krzyk: — «Jezu! Zmiłuj się nad nami!»Ścisną się chłopy w kupę, jak barany,Zmilkł nagle Opacz i między tobołyWkopał się z głową, już martwy na poły.
Tak w zastraszonym i zbitym my tłumiePodeszli pod te brony, pod te mury,Co stały nieme, jak gdyby po dżumie;Echo dał tylko okólnik ponury,Na znak, że ludzi, choć cudzych, rozumie.Skoczą brytany, zaostrzą pazury,Warkną przeciągle, wtem mały kaganekBłysnął, od skrzydła niesiony przez ganek.
Razem zgrzytnęły zamki, a przed namiStanęła postać dziwaczna i nowa:Kapelusz na łbie z wielkiemi kresamiW górę, z pod niego wychyla się głowaZwiązana chustą z długiemi końcami;Twarz w błyskach ognia sierdzista, surowa,Kożuch nawywrót chwycony z prędkości,Nos sępi, reszta ginęła w ciemności.
— «Ki djabeł?» — myślę. A ów głosem: — «Na tu!Na tu, sobacza duszo!... A do nogi!»...Tak krzyknę: — «Hej, hej! Po jakim to światuWiatr ludzi nosi i przez jakie drogi!»...Więc ów: — «A wiatr ci, wiater!... Daj go katu!»...I splunie ślinę i wąs zjeży srogi,I głową trzęsie, patrząc w nas. Aż doda:— «Oj, kołowata!... Oj, głupia wy trzoda!»... —
Wtem skoczy tłumacz: — «Gdzie partja?» — «Wysłana»— «Jak, gdzie wysłana?» — «A w puszczę». — «I kiedy?»— «A dziś ich ze stu wywlekło się z rana». —— «Stu?... Pięćset było!» — «Nie będzie tym biedy...Już im tu ziemia na amen nadana!» —Podniósł brwi tłumacz, wzrok spuścił. — «No, tedy —Rzekł, skubiąc bródkę — dać ludziom wieczerzę,I czekać, aż ich komisja zabierze». —
Zawrócił, pięty mułowi wbił w boki,Dłonią go klasnął rozgłośnie przez kłęby,Krzyknął nam: — «Z Bogiem!» — I z miejsca wpadł w mroki,Bo już noc szczera nakryła wyręby.Wtem strażnik: — «Dalej! Odpinać tam troki!Czego stoicie, otwarłszy te gęby,Jak wrota? Tutaj nie pora na dziwy.Pilnuj się każdy sam, pókiś jest żywy!»
Nie wyszedł pacierz, a z kotła już jadłoDymi, klekoce, kłębuje, wypryska,Duch się rozchodzi, bo czujne w niem sadło.Skaczą murzyny, poddając ogniska,Babie się koło po ziemi rozsiadło,Gwarzą, i tylko ubogie dzieciskaPosnęły we łzach po długiem płakaniu;Matki je na mchów składają posłaniu.
Mogliśmy w izby, lecz wszystkim się zdałoPod niebem raźniej, niżeli pod dachem.Z kotła też mile po sercu głaskałoWyczczony naród wieczerzy zapachem.Luda się wokół, jak wody, rozlało;Hukają młodzi i prędko ze strachem
Obywszy duszę, wpadają do lasu,Krzyczą, pisk dziewek przydaje hałasu.
A wtem mnie strażnik trąci i tak rzecze:— «A czy was tutaj choroba przywlekła?Widzę, żeś mędrszy w tej, kupie, człowiecze;Więc ci powiadam: Grzęźniecie do piekła!Cud boski, kto się z tej dziury wywlecze,Bo febra tu jest zjadliwa i wściekła,Co więcej naszych, niż tysiąc, wygniotła...Mówię ci, gniewu Bożego jest miotła!» —
Tak chwycę ja się pytać, ale staryJuż ruszył. Tabor obchodzi dokoła,Po którym ognisk płonęły pożary,By zwierza straszyć i wszelki gad zgoła.Za nim brytany dwa ogromnej miaryWęszą... Ów głosem raz poraz obwoła:— «Dokładać chróstu, a zlecać się Bogu,Bo na śmiertelnym stoicie tu progu!» —
Zaczem się czynić zaczęła noc głucha,Nakryło ziemię zniżone sklepienie;Zatrwożonego w głębinach swych duchaTu, to tam, słychać strzeliste westchnienie,Zatrzeszczą ognie, snop iskier wybucha,I znowu wielkie, szerokie milczenie.Tylko po drzewach wiatr górny gdzieś chodzi,Zarusza borem i jęk w nim rozwodzi.............
Hejnał! Hej, nie ten, którym w CzęstochowieJutrzenkę z wieży witają zaranną,Gdy w bławatkowych gwiazd wieńcu na głowieIdzie, sypiąca z rąk blaskiem, jak manną.Trąba to raczej, którą aniołowieDzień sądu straszną otrąbią hozanną,Na cztery świata wołając rozłogi:...«Żywi! Umarli!... Wstawajcie na nogi!»...
Zrywa się tabor. Widziałem raz w kramieObraz i długo patrzyłem nań z proga:Żołnierstwo jakieś, przy miejskiej się bramieKąpa na rzece. Wtem bębny i trwoga.Jakże się chwycą!... Tu pleco, tam ramię,Tu ud, tam ręka, tu głowa, tam noga,Za broń, za szmaty, za tarcze, postoły,Ten oklep na koń skacze, choć je goły...
A taka ci w tem sprawa, takie życie,Jakbyś krzyk słyszał i szczęk i wołanie,I onych pulsów i żył widział bicieI tchów tych prędkość i koni parskanie...Toż i my tak się porwali o świcie,Patrząc, rychłoli u bramy los stanieI krzyknie: «Straża!» A ty się do bojuCzuj, wędrowniku, i nie śpij w spokoju!
A świat był oczom cudny. One wrotaPuszczyńskie, w zorzach przed nami stojące,Jako więc brama czyniły się złota,Kiedy je przetwarł wiatr bystry na słońce.
Już tam, jak w skarbcu zaklętym, migota,Już biją tęcze, barwami grające,Już kwieci rajskich woń, już wieją chmuryPtactwa w jutrzence maczanemi pióry.
A wszystko nowe, dziwne, jak przyśnioneW noc świętojańską, gdy kwitną paprocie.Więc już tam oczy były zachwyconeI już tonące w tych blaskach, w tem złocie.A naród cały tak rwało w tę stronę,Jakby mu wnet tam miał liczyć kto krocie...Horodziej nawet w otwarte szedł dźwierzeI na wschód patrzał, szeptając pacierze.
Gromadą chłopy runęły na bory,Szumiące w swojej porankowej krasie,Kiedy to brzaski mżące i koloryMigają sobą, jak w jedwabnym pasie.Świsty, prześwisty, tukania, klangoryBiją ci z onych kniej, a w tym hałasie,Nagle gdzieś głucho, przeciągle, zdaleka,Zwierz kędyś ryknie, zawyje, zaszczeka.
Alem ja sobie pomału obchodziłGmach ów, zważając postawne te mury,Które, choć czas je co nieco uszkodził,Choć tam i kroksztyn wykruszył niektóry,Przecie się jeszceze na pański dwór godził.Wtem strażnik: — «Myszy tu dzisiaj i szczury.Niedługo resztki pozłoty się zedrą...A gmach cesarski! Stawiał go Dom Pedro!
Na łowy zjeżdżał tu, że bory blisko,Mieszkiwał nawet czasem od przygody;Ale że było podziemne źródliskoI w fundamentach zaczęły bić wody,Więc febry dostał podeszłe panisko...Tak odtąd, już tu ni wina ni miodyNie ciekną. Już się nie pieką jelony.Ba! Sam Dom Pedro zbył dawno korony!
To gmach oddali na emigracyą.Dom emigrancki. Tak go tu przezwali.Przyjdziesz? Wikt dadzą, ściel, aż komisyąRząd przyśle, która cię znów popchnie dalej...Mory po tobie, jak po bębnie, biją,Ale parada jest! To w jednej saliTrzysta się chłopa zmieści, póki z bagnaŚmierć nie wylezie i w rów ich nie zagna.
Czekaj Waść jeno! Sam doznasz na sobie.Tfu, na psa urok!» — Splunął, nosem prycha...— «Wnet ci gnić zaczną wątpia, wnet w wątrobieKolki zaczujesz, czy inszego licha.Jałowcem ja tu kadzę, cierzniem skrobię,Żeby jak — na nic! Trup trupa wypycha...Zaraza toczy mury te, te belki...Ale cesarski pałac! Honor wielki!»
Krew mu w twarz buchła. — «A żeby chorobaZ takim honorem! Tfu! Siedzę, bo muszę».I nagle: — «Co Waść?... Tak mi się podoba,Więc siedzę! Ale niechno ja się ruszę,To i Dom Pedro, i ja, i my oba»... —Tu zmącił mowę w jakiejś zawieruszeSłów, której niktby nie rozebrał wątku,Bo ani końca w niej, ani początku.
Taki już rozum miał. Dobry do chwili,Że o czem nie bądź chcesz, możesz się zgadać;Aż nagle w nim się ta szala przechyliI w jakiś dziwny mąt zacznie upadać.Już rwie tę mowę, już błąka się, myli,Już nie wie, jak te myśle ma poskładać,A tak ponurej, złej czyni się twarzy,Jakby stał piekłu samemu na straży.................
Tak dnie mijały, a rząd działy zwlekał.Jako więc ulgnie wóz w ciężkie roztopy,Tak my ulgnęli tam. Darmo lud czekał,Żeby już orać na własne te kopy...Gorzko więc naród na zdradę wyrzekał,I już się burzyć zaczęły precz chłopy.Tak piwo, długo stawszy w ciepłej kadzi,Chmielem z niej buchnie i czopa wysadzi.
Najpilniej było Mazurom. Tych rojemWodził za sobą Szaława. Chłop tęgi,Ociętny w gębie, językiem, by krojemSzedł w rzecz i żadnej nie ścierpiał popręgi.Przy nim stał Zięba Wawrzon, razem z swojemKrewieństwem, obaj Dudkowie, Bąk z Łęgi,Jan Koźbiał, Ćwiroń, Włodarczyki, ŻmuraI insza luza mazurska niektóra.
Młode to było, szarpkie, żywot mniski,Wiadomo, takiej nie służy komendzie.
Więc to tam różne szły szepty a spiski,I miarkowałem zaraz, że coś będzie.Płotem szli, kupą siadali do miski,Gwizdając w zęby, jak w puste żołędzie,Kiedy porady jakowe szły w kole...Jak źrebce, tak to wszystko rżało w pole.
Więc u ogniska posiadłszy na ziemi,Wzdychają chłopy i zwieszą w dół głowy:— «Toćby już pora za wołmi siwemi,Za pługiem huknąć na gaje, dąbrowy...Na kamień nas ta głuchota oniemi...My tutaj siedzim, jak w dziplu te sowy,A tam ci ziemia aż pachnie zdaleka,Aż dusza do niej wylata z człowieka!
— Małośmy czasu zmarnili w baraku?...A tu znów insze szykują fortele...Tej komisyi ni widu, ni znaku,Co miała grunty mierzyć. Jakieś trzmieleWodzą lud, miodu puszczając dla smaku...Przytułki, djabły, gospody, hotele...A co mnie hotel?... To dobre dla miasta,Dla panów... Ja chłop, gruntu chcę, i basta!
— Potom tu przyszedł, potom świat zwędrował,Potom się rzucił, jak ryba we wodę,Chatęm poprzedał, dobytek zmarnował!A oni mi tu przytułek! Gospodę!...Lud w sobie duszę aż do krwi zmordował,Wiek przejdzie, zanim zażywi tę szkodę...Z wiosek wypłynął do morza, jak rzeka...A oni mi tu gospodę!... Niech czeka!» —
Stęknął Pietr Bandys, iż zdjął go żal srogi,Stęknęli insi, pojrzawszy po niebie...Lecz Maciek Tatar powstawał na nogi:Ten rzadko gadał, a zawsze w potrzebie.— «Głupi — rzekł — leci, a patrzy, dość drogiW pozad ma. Mądry zaś patrzy przed siebie.Radby chłop światu, ino żeby jaszczemJagły nosili za nim, abo z barszczem!
Za szyszkę u mnie, i nawet nie za to,Kto się w pół drogi swej puszczać chce sprawy.Dwa razy traci, kto płacze nad stratą,A kto wyciąga źdźbła, ten nie ma trawy.Czas cierpliwemu dokłada łopatą,A zbytni pośpiech ma worek dziurawy.Dobreć są ręce, do pracy gdy skore,Lecz i słonina wadzi, jak nie wporę.
Czekać, to czekać! A cóż ty, człowieku,Inszego robisz od rodu na świecie?Z małości — czekasz lat swoich i wieku,O którym nie wiesz, czy dojdzie ci w kwiecie;Zaś czekasz, ćwieka wbijając po ćwiekuW ostatni dom twój, czy rychło cię zmiecieŚmierć pierworodna. A noc i zaranieI żywot cały — co?... na grób czekanie!»
Mówił tak zwolna i kijem w polanoUderzał, które wypadło z ogniska,I dusił iskry. Aż głownię obranąZe złotych kwiatów, jakiemi żar pryska,Kopnął, wbił w popiół, i choć już strzaskanąI czarną, jeszcze ją butem przyciska,
Tłoczy, aż ostrym oddała dech swędem...Wtedy siadł i po chłopach pojrzał rzędem.
Milczeli. Wreszcie zagadał Szaława:— «Mądrze, bo mądrze gadacie, mój kumie!Jak z książki. Ale nie chłopska to sprawa!Co mi po całym tym kramie i szumie,Kiej ani słomy, ni ziarna nie dawa?Na jednej książce chłop niech się rozumie:Na roli! I dość! Ja znam swoje pole,A rabin — dobry jest w żydowskiej szkole».
— «Rabin? — zakrzyknie Łuka — Ja z rabinaKpię, jak i z tego parciarza Chaima...Kupił raz rzepak u mnie Chajm Drabina,Ja mierzę, a ten — halt! Że ćwierć nie trzyma......»«Nie trzyma? — rzekę. — Niech leży!» — A glinaŚwieża w klepisku była. Idzie zima,Nic. Żyd po rzepak, a tu kożuch na nim...Tak do rabina»... — «Co z takiem gadaniem! —
Przerwie Hnat Józef — Nie o tem tu rada,Ino, cobyśma na jedno się zdali!Chłop ci nie siła, a siła — gromada!» —Wtem Ćwiroń: — «Cie go! Podwójcim obrali,Sołtysem, że tak od gromady gada? —Ujął się w boki — Dość mam tych mądrali!Co mnie tu próżno siedzieć za niewola?...Od siebie rajcuj, a ode mnie — hola!»
— «Racja! — Mazury wrzasną, aż zachrzęściW uchu — Co próżno będziewa czekali?
Do miasta pójdźwa! Niech nas na te częściRozpiszą, co nam gdzie gruntu nadali!»...Nuż dmuchać w wąsy, nuż zrywać się gęściej:— «Drogą my przyszli, drogą pójdziem dalej!Niech czeka, komu się czekać lubuje...Nas dość! Wieś z chłopa jednego zbuduje!»
— «I z baby!» — krzyknie któryś z śmiechem. A ci:— «No, to i z baby! Nie będzie kłopotu!Jeszczeć na grzędzie nie zbraknie tej naci!Nie posiej — i tak wyrośnie u płotu!» —Wtem Bugaj powstał i rzecze: — «Pal kaci!Za wiatrem plewa!» — I jak u omłotuSchylił się, nabrał dechu pełne trzewy,I wzdąwszy gębę, dmuchnął niby w plewy.
Szaława głową rzucił, aż magierkaWtył mu uciekła (urodę miał czarną):— «Jeszczeć niewiada — huknął — kogo ścierkaWymiecie tutaj! Kto plewa, kto ziarno!Rzuć kości! Pokaż, czyja lepsza bierka!» —A już Mazury do niego się garną...Lecz Bugaj, palec kręcąc suchożyły,Jak śrubę, rzecze zwolna: — «Sza-ła-wi-ły!»
Zaczem powstała wrzawa. Setne głosyBiją w powietrze, mieszają się, kłócą...To w jedną stronę szumiące, jak kłosyZa wiatrem, to jak kiedy w trójkę młócą:Bije dwóch równo ziarniste pokosy,A trzeci wprzecz im, gdy cepy wyrzucą,
Luzem uderza. Aż kłótnie rozmiotłaWieczerza, którą dobywano z kotła.................
Tymczasem Bandys wyjął z torby flaszęZ gorzałką, która tam się «kasza» zowie.Chrząknęły chłopy. — «Do was! — W ręce wasze!» —— «Pijcie, a z Bogiem! — Daj Boże na zdrowie!» —Aż mulnik, osły puściwszy na paszę,Obciągnął pasa na chudym tułowie,I jak legawiec, do kota gdy skumli,Patrząc we flaszę, zapiszczał na drumli.
Ale się chłopy okrzykły: — «A ciszej!Tutaj niedźwiedzia nie wodzą w ulicy!Dość wiatru w uszach, że człek sam nie słyszySiebie, a jeszcze ten piszczy na grdycyGęsiej! Dla szczurów dobre to! Dla myszy!Bartek! A rusz się! A dobądź skrzypicy!Co tam! Dał Pan Bóg łeb wielki kobyle,Niechaj się za nas kłopoce, i tyle!» —
Dobył skrzypicy Bartek, zwan Muzyka,Pociągnął, jakby pies zawył na głuszy...Przykręcił struny, otworzył kozika,Zastrugał wióra i naddał nim duszy,Sparł brodę, chrząknął. Aż nagle spod smykaTaka siarczysta przygrywka się ruszy,Że i wesele w niej i znowu żałość,I ból i dzika na niego niedbałość!
Słucha lud grania. Hej!... Gdzie to te chwile,Kiedy im z karczmy buchała ta nuta,
Lecąc przez błonia szeroko, na milę,Po sadch, kędy dziewkom kwitnie ruta...Gdzie, gdzie to dzisiaj?... Przepadło, i tyle!Wtem brzęknie raźno podkówka u buta...Luz sobie czyniąc łokciami po drodze,Sunie Zatrata, zjeżywszy wąs srodze.
Chwycił się czapy, potrząsnął nad uchemI od Kujawów oberka przynucił.Zaczem zamachnął na odsieb kożuchem,W boki się ujął i wkółko obrócił.Jakże po innych nie pójdzie to duchem!Wnet drugi, trzeci czapczysko wyrzucił...Roch «klękanego» wywija na przedzie,A baby klaszczą, by swachy po miedzie.
W mig się to stało; a nimbyś powiedziałGłupiemu: — «Głupi!» — już szły obertasy,Aż dziw, że naród, co tak już zaśniedział,Co ścierpiał takie okrutne niewczasy,Rżnie tak, jak gdyby o sobie nie wiedział,Jakby na smutkach porosły już lasy...Ten dziewkę chwycił, a tamten się zgołaSam kręci, aże mu pot kipi z czoła.
Zatrata majster był. Jak odsieb runął,Tak kółka pisał precz przy kółkach nogą...To się kolanem na ziemię osunął,Jak gdyby klękał przed swoją niebogą,To na powietrzu iskrami aż lunął,Tak błyskawicę z podkówek dał srogą,To spadł, to znowu drobiący po piasku,Prawie że ćmił się z prędkości i z blasku.
Przestał grać murzyn i białem się szkliwemOczu przyglądał tej naszej uciesze...Stanęły osły patrzając się z dziwem,Jak Roch Zatrata hołubce wlot krzesze...— «Hu — ha!» — Głos leci, jak gdyby po żywemSercu cię trącał! Jak gdybyś w pieleszeWłasne, w opłotki powrócił się one,O których nie wiesz, czyć jeszcze sądzone...
Ale Horodziej już stukał swą laską:— «Dość! Dość mi tego błazeństwa! — zawoła.Cóż to? Na jarmark przyszłeś z masła faską?W karczmie ci grają?... Czy radość masz zgoła?To zamiast wzdychać, za Bożą to łaską,Choć w sercu swojem, gdy niema kościoła(A szła niedziela właśnie) w ten dzień święty,Będziesz tu hukał i hopki bił w pięty?...
Błazny wy! Wróble wykręcać w stodole,Ale nie żywot fundować wam nowy...Tfu!» — Splunął. Chłopy przystają się w kole,Rychtują czapy kipiące w tył głowy,Ów wzdycha, tamten pot ściera po czole...A wtem Roch młyniec zakręci wichrowy,I obie ręce puściwszy jak śmigi,Krąży na podób puszczonej w pęd cygi.
Tak coraz szybszem toczący się kołe,.Był jakby pyłu tumanem nakryty...Podkówki tylko migały się dołem,Bokami poły latały od świty,Aż gdy go okiem nie ścignie już gołem,— «Hu! — ha!» — zakrzyknie i stanie jak wryty,
I w niebo ciśnie i chwyci nad głowąSiwą magierkę z zaścieżką różową...................
Wtedy Szaława wstał, sprostował karku,Dorzucił na żar gasnący polana,I patrzał w ogień...A po tym przyparku,Jakim nas słońce prażyło od rana,Już na niebieskim się onym folwarkuChłodek jął czynić i chwila różanaSzła, niosąc zorzy dech cichy a złoty,Co z nas lekuchno odmuchał dnia poty.
Lecz ów brwi w kozła postawił i powie,Patrząc się w ogień posępno — «Tak basta!Tak wy tu sobie tańcujta na zdrowie,A ja — tu spojrzał na swoich — do miasta!»Porwą się tedy owi MazurowieBieżeć, kiedy wtem Dudkowa niewiasta— «Stachu! — zakrzyknie. — Ty co, niedowiarku?Samą mnie tutaj?... Z dzieckiem?»... — Więc jak w garku.
Tak między baby zakipi. Łap swegoKażda za połę, za nogę, za szyję...Chwyciła Baśka Koźbiała i drze go...Marychna — Bąka warząchwią w łeb bije,Ciągnie Ulina Ćwironia chudegoDo kobiałczyny i wrzeszczy: — «To czyje?»...Przycichły chłopy, jak myszy pod skrzynią...Tak nam Mazurki w mig spokój uczynią.
Lecz Stach, choć ruszył, poglądał cichaczemKu Zośce, która, jak ten kwieć jabłoni,
Pobladła, siłą mocując się z płaczem...Tylko tych rzęsów jedwabnych przykłoni,Ustka drgające ściśnie i trwa. ZaczemTargnie ów sobą, obróci się do niej,Uderzy czapą, gdzie iść miał, o drogę,Rozpostrze ręce i huknie — «Nie mogę!» —
I zaraz przy niej siadł i te kochaneOczy całował i brwie te sobole,I główkę na pierś tuląc, one lnianeWłoski jej gładził, by dziecku, po czole.— «Tak cichoj, cichoj! Już cichoj! Zostanę!»...Aż ona z nagłym łkaniem: — «Mój sokole!»...I tu jej jasne łzy polecą gradem.Po onem liczku struchlałem i bladem.
Tak od Szaławy odstało z połowęOnego wojska, a plac spuściał szyście.I tylko luźne parobki się oweBrały iść, jako więc za wiatrem liście.Wtedy na zachód obrócił chłop głowęI twarz czarniawą i szedł sążeniścieW bór ciemny, właśnie jakby na przepadek,Nie dbając, czyli kto za nim w pośladek.................
Szła północ. Miesiąc na niebie dojrzewał,I widny czynił świat onego czasu.Słyszę, od boru coś tętni na przewał...— «Łoś, nie łoś» — myślę — i milczkiem z szałasu...A jakom zawsze zwierza się spodziewał,Więc za krócicę! Czekam, aż z pod lasuZ wrzaskiem wypadnie kupa. Myślę: «Dzicy!»Palec na cyngiel, podniosłem krócicy...
A już się ze snu porwał ten i owy,Tak ja: — «Na oko przypuść, i w nich — hura!Kij ściskaj w garści, a pilnuj od głowy!» —A tu już na nas wprost leci ta chmura.Strzelę ja wgórę na sygnał bojowy...— «Reta!» — ktoś wrzaśnie. Poznałem Mazura,Wpadł Zięba, drze się, jak bies, wniebogłosy,A na nim małpa wszczepiona we włosy.
Tuż insi. Lecą za nimi od boruGałęzie, piasek, kamienie i kije.Tak, do ludzkiego podobna nietworuCzereda, z puszczy wypadłszy, w nich bije.Zmykają Wojtki, nie patrząc honoru,A małpie wojsko grzmi, pluje i wyje.Pisk, trzask! — Pardonu nie daje nikomu,Aż ich przepędzi i wróci do domu.
Jedna została jeńcem w tym odwrocie,U mazurskiego kołtuna wszczepiona.Rzuca chłop sobą, w krwi cały i w pocie,Wrzeszczy, lecz głośniej jescze drze się ona.Bieży ów — małpa na nim, jak na płocie.Tak na podjezdku siedzi, kracząc, wrona,I dziób rozdziawaia po chłopskim ugorze,Gdy w gęsią szyję sznurki Maciek orze.
Ciągną ją pozad? Tem głębiej pazuryWczepia ze strachu. — «Dlaboga! — chłop ryczy —Łeb mi urwiecie!» — Bo więc się do skóryŻywej dobrawszy, nie puszcza dobyczy.A wtem Kubina: — «A poskocz no który!A podaj sierpa z węzełków!» — zakrzyczy.Podali. Baba splunęłą za siebie,I trzykroć sierpen krzyż znaczy po niebie.
— «Pójdzi! — zawoła. — Stań za tym wykrotem!Głowę wtył, sztywno, i nie miej nic strachu». —Stanął. My insi wedle niego płotem...Tnie baba sierpem z wielkiego rozmachu,Złocista cała miesięcznem tym złotem...Spadł kołtun, małpa z nim, jakoby z dachu.Nuż z pętlą do niej! Chwycilim niebogi,A Zięba babę podebrał pod nogi.
Długo ta w oczach niewiasta mi stała,Z tym wyniesionym sierpem ponad głową,Od nocy owej księżycowej biała,Z lnianą zawijką na czole... Tak owąJudyth malują, kiedy w łunach cała,Nad szyją króla tę klingę stalowąWznosi, ogromnej pełna jakiejś mocy,W sprawie swej z Bogiem zszeptana tej nocy.
Nie chciały gadać Mazury o puszczy,Ale ich drżączka łamała coś trzy dni.Więc onej ludzkiej uchodząc precz tłuszczy,W kątach siadali markotni i wstydni.Aż, jak się kiedy ograszka wyłuszczy,Tak im się lico pomału rozwidni,Gdy przyschła na nich ta małpia wyprawa,I jeden tylko nie wrócił Szaława.
Długo nas jeszcze ona to przygodaMazurska w naszej cieszyła mitrędze,I śmiechem po nas pryskała, jak woda,Z niejednej piersi spłókując dnia nędze.
Małpeczka owa też, iż była młoda,Prędko odwykła na swojej poprędzeOd lasu, bawiąc nas swą szpetną gębą.Ta wielką odtąd przyjaźń miała z Ziębą.................
A lud na duchu omdlał. Te krainyWrzące hart biorą od kęska do kęska.Człek nie z żelaza, lecz z miętkiej jest gliny,Ledwo się w którym ta moc najdzie męska,By w dobrej sile złe przetrwał godziny.A tak dwuraźna tam biła w nas klęska:Bo czas ubiegał, i duch za nim w ślady,A na obojgo nie widział nikt rady.
Jednych do żółci burzyło to prawie,I o tych najmniej nie miałem kłopotu.Insi szli chętnie ku łacnej tej strawie,Ku zleniałemu onemu żywotu.Lud mułem obślizł, jak pień legły w stawie.Żadnej w nim sprawy, żadnego nawrotu!Więc myślę, że jest lepszy głód i wojna,Mór nawet, niż ta bagnistość spokojna.
Tylko niewiasty (dawno było trzebaSłówko mi przerzec choć o tym narodzie!)Obeszłe rosą łez, gdzieś w siność niebaWpatrzone, trwały cierpliwie o głodzie,Kęskiem nadziei żywiące się chleba,Już wybiegają troskami poprzodzie
Czasu o chaty, dzieci, już rzuconeNa klęczki, szepcą: «Pod twoją obronę»...
Prawda jest, że tam szumiało, jak w roju,Od swarów, plotek i różnych małości.Baby — wiadomo — nie mogą w spokojuDnia utrwać, bo im żółć zalewa kości.Więc sobie w onym tęskliwym postojuFolgę czyniły. Tak, zanim umościGniazdo, jaskółka okrutny wrzask czyniI świergot. Ha, cóż? Przecie gospodyni!
A potem głoski te dziewczęce, szklane,Te pieśnie nasze, z takiego dalekaTu przyniesione, odbite o ścianęPuszcz tych!... Już różnie próbował los człeka,Niejedną w piersiach wypalił mu ranę,A kiedy słucham, łza w wąsy ucieka...Taki szmat nieba naszego i polaW pieśniach tych, z nami przyniosła tu dola.
Więc to staruchę jaką, chciwe skazek,Jak maki kupką rosnące, obkolą,To gdzie na drzewie przybiją obrazek,W wianki obwieszą, jak u nas, pod Wolą,To w ostrokole uczynią przełazekI o zachodzie z chłopcami swawolą...Drobiazg to. Ale na tym krańcu świataDom z tego pachnął sercu! Pachła chata!
A tak to duszę brało, że ja, stary,Com od młodości odstąpił już w lata
I myślał fajce mej dochować wiary,Znagła poczułem, jak serce kołata,I na śnie różne stawały mi mary.— «Ha — myślę — niechże mnie ta puszcza swata!»I zaraz jąłem podobać głos cienkiI czarne oczy Żukówny Jelenki.
Żukówna z Kurpiów była. Rzecz wiadoma,Że jak na żonę, to tylko Kurpianka!Bór to u siebie tak chowa, jak doma,Do marcowego podobne sasanka.Puch na tem szczery... A gdy się zasroma,Gdy śniade liczko skraśnieje z pod wiankaCiemnych warkoczy, toś przepadł od słowa,Tak ci zapachnie jagoda borowa.
Zrazum się bronił. A jakom jest z roduRzemieślnik twardy, tak jąłem, jak młotem,W głowę się stukać... Nie brałeś zamłodu,A to ci teraz, staremu, co po tem?To kurpiowskiego zachciało się miodu?...Kurpiowskiej pszczółki z brzęczeniem tem złotem?Bacz, byś do barci nie wsadził gdzie łapy,Jak niedźwiedź, bo ci ją przychwycą capy!
Ale czy urok jaki, czy przygoda,Jelenka sama tak lgnie mi, jak smoła.To kwiecia narwie i mile je poda,To jakoś tęskno popatrzy z pod czoła...— «Ha — myślę — w dziewce widać krew nie woda,Gdy się tak winie ku mnie, by jemioła...Jakby rzec chciała: — «Mój panie Balcerze,Jeślim ci miła, to niech mnie Waść bierze».
Więc, by, broń Boże, nie było w tem grzechu,Ojcu i matce skłoniłem się o nią,Rzekąc: — «Już Waszmość, mój panie Wojciechu,Musisz się ze mną podzielić swą donią!»Kręci ów głową; aż ona w uśmiechuSłonecznym cała, by jaskier nad błonią,— «Tatuńciu! — szepnie — Nie brońcie mi doli!Mnie jest pan Balcer po sercu... po woli»...
I zaraz oczy rzęsami nakryła,Jak gdy majowe słońce zajszie chmurką,A jasna rosa u rzęsów zaszkliła...Lecz matka w ręce klaśnie: — «Co ty, córko!A gdzież o ciebie swat z wódką przysyła?Gdzie drużby idą z muzyką w podwórko?Gdzie oracyja? Gdzie chleb kipi z niecek?Gdzie tu na wieniec ruta? Gdzie zapiecek?»
Skraśniała dziewka, łzą oko zachodzi,A Żuk: — «Powoli tam, matka, powoli!Tu nie Zielona! Tu morze świat grodzi!Swaty!... Hm! Swaty!... Tu nikt ze swawoliSwatem nie gardzi! Mogą u nas młodziMuzyki patrzeć, kołacza taj soli...I jaćbym nie chciał byle jak zdać dziecka —A cóż? Co robić?... Tu nie Myszyniecka!»
I kręci szyją w tej siwej kapocie,Taśmami szytej, i patrzy w okienko,Aż mu źrenice stanęły w łez złocie...Więc tabakierki dobył, puknął w denko,Pociągnął rzemyk, zażył. — «Tu sierocieTrzaby opieki... Tak cóż ty, Jelenko?...Tak padnij do nóg matce! Niech bez żaluCię dawa!» — Padła w rumieńcach koralu.
O moje skarby, najmilsze, kochane! —Myślę ja sobie — a wąs mi aż wstaje.Już ja twym sługą do śmierci ostanę,Czy tu, czy w insze los rzuci nas kraje...Drogę przed tobą w listeczki różaneUsypię!... Serce tak we mnie roztaje,Że głos ściśnionem gardłem wyjść nie może,Więc tylko ryknę: — Tak mi Panie Boże!...
I zaraz my tam pierścionki zmienili,Co je Horodziej poświęcił pacierzem,Już czekający w tęsknościach tej chwili,Gdy ksiądz się najdzie, a my się pobierzem.A choć puszcz była od mili do mili,Tak mi się sromu nakryła puklerzemDziewczyna moja, że chociaż pijanyMyślą, czekałem na ślubne organy.
Więc mi niemałą pomocą w tej wojnie,Jakąm sam z sobą miał, był ów sierota,Com go przygarnął. Gdy wejrzy spokojnie,Już wolniej ukrop po żyłach się miota.Już w piersiach cicho, już w myślach dostojnie.Więcem tu doznał, jak się ta lichota,Którą uczyni człek inszym — obracaW moc, kiedy duszna zmorduje go praca...................
A strażnik rzadko zaglądał do gmachu.Rankiem na wieży obwołał hejnały,(A jak kot łaził po wyszkach, po dachu),To znów przepadał gdzieści na dzień cały,To murzyńczukom napędził przestrachuBatem, co ognie u kotłów trzymały,A w coraz insze ubiory przybrany,Jak Włoch się nosił, Francuzy, Hiszpany.
Aż gdy w cygańskie raz przybrał się hadry,Nie mogłem ścierpieć, więc rzeknę: — «Bez gniewu!Nie chcę ja żadnej z Waszmością mieć zadry,Lecz co za racja takiego odziewu?»A ów spodełba: — «Waść sięgasz w zanadry?Waść serdecznego zatargać chcesz trzewu?»...Pokiwał głową, zaś wspiął się do góryI w ucho: — «Żeby nie czuć własnej skóry!
Własna mnie skóra mierzi, że się tuta —Polak — najduję na cudzym śmietniku!To mi polskiego, uczciwego butaŻal jest, i chodzę w francuskim trzewiku.Kapoty polskiej też żal, bo za suta,Za dobra! Lżej mi w hiszpańskim mentliku.Gdy więc tu naród przeróżny umieraI łachy ciska, to człek się przebiera,
Jak mu tam padnie... A zasię, co z domu,Szczędzi. Do trumny przyda się na pochów.Waść mnie nie wydaj... To ja pokryjomuCo dnia na wieżę z niemi... To do lochów
Niosę, przewietrzam... A nie mów Waść komu!Składam... Do czysta chędożę to z prochów...Zawsze się coś tam zapyli, coś przetrze»...Umilkł i wielkim nosem brał powietrze.
— «Więc to sam wieszam na haki, na grzędy,Albo do skrzyni kładę, i tak leży...Szkoda, że nie mam choć witki lawendy,Lub rozmarynu, co dawa dech świeży...Aż jak poczuję, że już, to w te pędyZrzucam te łachy i do swej odzieży,Do własnej! Czapkę mysz zjadła mi nową...Co mniejsza, bo tam na sąd z gołą głową». —
Umilkł. A na mnie zostały te mowy,Jak ćmy, gdy człeka z nagłości oblecą...Zaczem w gmach szedłem. A tam już wiatr nowyPo łbach buszuje. Nie poznasz już, gdzie co.Już wódka, już ci pijanemi słowyKlnie jeden, drugi bełkocze co nieco;Już się tam różne najdują pociechy,Już gęby, które dymają, jak miechy.
— «Życie, bo życie, brat! Wola, bo wola!»Rajcował Opacz, ująwszy się w boki,Iż go ta czarna rozparła fasolaZ czującem sadłem. Chłop tak był głęboki,
Że nim wyłożył żywot, już mu z polaUmknęli insi, a on te obrokiKu sobie zgarniał, co w zęby popadło...Taki otchłaniec był z niego na jadło.
— «Tęgi łeb, kto tę zmyślił Brazyliją!Riumkę za jego, wot, wypiłbym zdrowie.Nikt mi z przykazem nie stoi nad szyją,Chcę — śpię, chcę — nie śpię i wszy biję w głowie.Psy mi te czarne warzą, miskę myją,Ja tabak kurzę, i co mi kto powie?Barak — wot, głupość, gdy sytno w baraku...Tak dawaj, brat mój, na riumkę haraku!»
Raz — nic. A drugi — utrafił im w sedno.Dalej mu rzucać na rękę trojaki...Wypatroszyli kaletkę niejedną,Krzyk, bijatyka, przekleństwa, siniaki...To nieraz gwiazdy na niebie już bledną,A ci wichrują i grają w kułaki.Nie wszyscyć. — Ale że była garść tęga,Których tak w błoto wnurzyła mitręga.
Gdybyż wieść jaka, jakowa nowina,Że się to nasze czekanie skończyło,Że już stąd idziem precz, że się naczynaŻądany żywot z siekierą a z piłąŻe pług już dla nas granice zarzyna!...Nic! Tak przyciśli nas, jakby mogiłą.Strażnika pytać? — To tylko rozłożyTe ręce: «Nie wiem... Nikt nie wie... Gniew boży» —
Ale Sekura Paweł tak sumował:— «Co za mamona na oczy mi padła,
Żem ja, człek-oracz, w te światy wędrował,Pługa rzuciwszy i kosy i radła!Sam Bóg mi zagon zadokumentował,Chata, by gołąb, pod strzechą mi siadła,A ja tu cudze pocieram dziś kąty,Bez duszy chodzę i w głowie mam mąty.
Kamień mi dajcie! Uwiążcie pod brodąI na dno. Tak mi bądź miłościw, Boże!A zaś patrzajcie, jak będę szedł z wodą,Bo ja się głową do chaty położę...Czarty niech tutaj po górach się bodą!Ja chcę na równię! Na pole! We zboże!Ziemia tam płacze za mną... Ziemia woła.Jezus Maryja! ratuj!» — Tu nie zdoła
Żalowi, ryknie i łbem rznie o ścianę.Dziw, że się w dwoje, jak bania, nie spuka.A tuż się głosy zaniosą pijane:— «Zalać robaka! Najlepszać to sztuka!» —Dość. Czy ja świadkiem naprzeciw ci stanę,Ludu ubogi, gdy dola cię fuka?...Czy skarżyć będę i szukać przyczynyNa ciebie, którym też nie jest bez winy?......................
A na toż właśnie, partia nowa wtedyW dom emigrancki przyszła. Same Szwaby.Tylko, że na nich nie było znać biedy,I niejednemu aż trzęsły się schaby.Nie moglim przystać do onej czeredy,Ani my, chłopy, ani do bab baby,Bo z tem nijakiej ni mowy ni zgody,A chrzest nie z krzyżma bierą, tylko z wody.
Zwyczajnie, lutry takie, czy kalwiny,Jak te, co u nas po Olendrach siedzą.Fajczysko w zębach, raz wraz plują śliny,A kawę z miski trzy razy dnia jedzą...I oni się też, od pierwszej godziny,Tak przegrodzili z nami, jakby miedzą.Rzekniesz: — «Pochwalon», a ten ci niecnotaZamiast: — «Na wieki» — rzec, cości mamrota!
Ci, kiedy przyszli, a wytchli z tej drogi,Każdy się zabrał do jakiejś fabryki.Ten dratwy ciągnie, szlifuje ów rogi —Pukają młotki, zgrzytają pilniki,Trzeszczą szrubsztaki, a w hałas ten srogiWpadają Szwabek klapiące trzewiki.Te «lauby» swoim stawiają od spieki,Jakby tu siedzieć mniemały na wieki.
Nic po nich nie znać tęskności, żałoby,Pod którą polski chłop z sił schodzi, pada...Spokojnie czynią rzecz swoją, jakobyTu się rodzili i żyli z pradziada.Skończą robotę, to w różne sposobyŚpiewają, jakby właśnie szpaków stada,Z wiatrówek biją, biegają do mety,Poczem fasoli pojedzą, i — w bety.
Z nami — ni tak, ni siak. Nie było zwady,Bo pilno się swej trzymali porębie.
Ale że z naszej niejeden gromadyKułak zaciskał i ślinę mełł w gębie.— «Już my tu jakiej dożyjem się zdrady! —Mruczały chłopy — Już my tu na zębieU tych odmieńców! Czuj duch tylko, kiedyNaniosą nam te pludry jakiej biedy!» —
A dookoła bagniska dyszałyTchem zaraźliwym z pożaru gorąca.Co rana obłok podnosił się białyZ ziemi, co stała mokra i dymiąca,Jak one stogi, gdzie trawy zaprzały,A rozpalony i wielki stos słońcaGorzał nad nami od świtu do nocy,Lud wyżymając z ostatniej już mocy.
I tak śmierć weszła do naszego gmachu,I uglądała milczkiem, gdzie ugodzi.Zaczuł ją naród... Z nagłego się strachuÓw dreszczem wstrząśnie i rzecze: — Ot, chodziPo moim grobie ktości!» — ów z pod dachuRwie się, jak błędny po bagnach gdzieś brodzi,Inszy zanudzi sobą i zabiada,Na tym pot zimny, jak rosa, opada.
Więc w tej duchocie martwej zmora siadłaNa piersiach ludziom, niby Babia góra.W kąty się kryją, odchodzą od jadła.Jak bursztyn, tak się na nich żółci skóra.Potem ciemnieje, jak słoma, co padła,I którą z deszczem roznosi wichura,W półkrwawych potem, półzłotych kolorachMieni się, jako żywice po borach.
Tak naznaczone były ludzkie głowy,Jak gdy w porębie topór znaczy drzewa.A choć nie widział nikt onej królowy,Wiatr wszyscy czuli, co ze zgła jej wiewa.Czekała. Pory czekała, jak owyŻeniec, gdy łan mu pod kosę dojrzewa,A ów pogląda, folgując do chwili...Nocami, w miesiąc patrzący, psi wyli...
Aż się zamachła! Hej, nie w źrałe kłosyTrafiła ślepa żniwiarka! Nie w zboże!Ale w kwiatuszek, co biały od rosy,Słonka uglądał i czekał na zorze...W dziewkę trafiłą moją! więc mi włosyNa łbie stanęły, jak dęby te w borze,Kiedy ją strażnik pomacał pod żebra,W oczy jej pojrzał i rzekł: «Śmierć jest! Febra».
A żar tak suchy liczko jej podpalił,I piersi miała tak ogniem bijąceŻe zaraz dla niej gromnicę osmalił,Rzekąc: — «Ta zajdzie wpierw jeszcze, niż słońce».A szło południe... Z nóg ojciec się zwalił,Jak kłoda; baby poklękły płaczące,Jam z wielkiej mocy o ziem czapą gruchnął,Za włosy porwał się i rykiem buchnął.
Ratować?... Czem? Jak? Choć łbem bij w podłogi!Leżała cicho, lecz była snać w męce,Bo jej się w twarzy mieniły pożogi...Aż nagle siędzie, w krzyż złoży te ręce,— «Upał mam w sobie! — zawoła — Wiatr srogiPo żyłach chodzi mi!» — I te jagnięcePiersi przyciśnie i szepnie: — «Już bijąDzwony na dobrą noc... Jezu, Maryjo!»
Takie więc było ostatnie jej słowo...Oczyma tylko po twarzach nam wodzi,Wie, czuje, słyszy, poruszy tą głową,Ale ją cichość śmiertelna już grodzi...Nagle się w czole zamarszczy surowo,Dwie łzy ukanie zimne, i tak schodziW zadumie z świata, nieporatowana,W dziewczęctwie białem, mężowi nie dana...................
Przeciw ty komu walczysz, Panie! Panie!Przeciw tej parze, co znika obłokiem?Przeciw listkowi, co padł, a nie wstanie?...Źdźbło suche gonisz zapalczywem okiem?...Któż więc nad nami ma mieć zmiłowanie,Kiedy ty, ociec, dociskasz wyrokiem!Jakoż więc mamy żyć, jak mamy dyszeć,Kiedy ty, ociec, nie będziesz chciał słyszeć!......................
Nie dałem dziewki grześć w te długie rowy,Które tam zaraz kopacze czynili —Iż jak się nacznie czas taki morowy,To ludzi strzęsie, by maku z badyli —Ale jej wianek zwinąwszy u głowy,Poniosłem het precz sam, nim się spatrzyli,I takem ziemi dał ją i pochował...Bom twardo oną niebogę miłował.
Trzeciegom dnia się powrócił o mroku,Wyschły, jakgdyby po ciężkiej chorobie.Ni łzy, ni mowy jakiej, tylko w okuSrogość, co drugim nie dawa, ni sobie.Krzyk za zębami, pięść ścisła przy boku,Skóra sczerniała na mnie, jak na Jobie,
By ryś biegałem, co postrzał wziął kuli...Ludzie mi z drogi szli, bo bójkę czuli....................
A mór bił po nas i składał w zagony,W porę, bez pory, nie dbając o źrałość.Za wiatr już były po tamtym, za małość,Więc za najmilszą głową utęskniony,Nie czułem nawet, że inszym też żałość.Tak człeka stwardzi ból i tak mu zwyknie,Że go po żywem mięsie kraj — nie krzyknie.
Wnet po mej dziewce Prokurat szedł stary —A zasnął cicho, jak dziecko w kolebce.Śmierć, nim takiego powali za bary,I nim mu nogą na gardziel nadepce,Dawne a lube przywodzi nań mary,I w ucho różnych cudności naszepce,A tak, lekuchno, w ostatnią go ciszę,Bajką, jak matka, do spania kołysze.
Więc czego nigdy nie czynił za siły,Teraz jął śpiewać żołnierskie piosenki,A jasne łuny po licu mu biłyOd jakiejś dawno zagasłej jutrzenki.Już sztywniał, już w nim drętwiały te żyły,A jeszcze machał rękawem bez ręki,I salutował powietrzne gdzieś wodze,Na wielkiej, w którą już odchodził, drodze.
Aż targnie sobą, siędzie, zgarnie z czołaSnop białych włosów, co spadł mu na oczy,I krzyknie: — «Cesarz! Sam cesarz mnie woła!...Wiw Napoleon!» — krzyknie, z łoża skoczy...
I zanim strażnik przytrzymać go zdoła,Ostatnim marszem za progi gdzieś kroczy.— «Raz, dwa... Raz» — liczy; wtem chwieje się, bladnie,I z suchym trzaskiem czaszki wtył upadnie.
A kiedy poległ tak, i gdy tak leżyRozkrzyżowany pod nieba błękitem,A wąs mu mleczny, jak wiecha się jeżyNa licu, kulą u szczęki przebitem,Nagle go słońce w pierś martwą uderzy,I promień kładzie na sercu odkrytem,I błyszczy, w one ostatnie momenty,Jak krzyż, po bitwie, przez wodza przypięty....................
Ale nie wszyscy mieli śmierć tak cudną,Jako ten żołnierz. Dla inszych się w kataZ żeńca mieniła, co ręką swą brudnąWpierw cię zbezcześci, nim zgładzi ze świata.Więc się, jak kłody, staczali w rów żmudno,Nie jak ptak, który na wolność wylata;Bez onych zadrgań jasnych i trzepotówDucha, co w drogi wieczyste już gotów.
I byłoby to wpadało, jak trzodyPomorkiem tknięte, w te skony bydlęce,Tylko że ich tam, czy stary czy młody,Cieszyła w trudnych terminach i w męceStaruszka owa z nadbużnej zagrody.Temu w krzyż złoży stygnące już ręce,Tem szkaplerzem śmiertelny pot zetrze,Nad tym od pokus obżegna powietrze.
A iż nic do niej przystępu nie miałyTchy zaraźliwe, co w siebie je brała,Chłopi ją «Świętą z nad Buga» przezwały,I ta się nazwa już przy niej została.
Jak miesiąc, migał nocami jej białyRańtuch, gdy w szeptach anielskich szła cała...A drugi oczy gasnące otwierał,Grzechy spowiadał jej i tak umierał.
Zaczem kończyli różnie. Jeden runął,Jak gdyby w czoło trafiony kartaczem,A ów powoli do dołu się sunął,W ciężkich wzdychaniach, ze skargą i płaczem.Tamten w pień zaklął i duszą wraz plunął,Inszy, nie mając obejrzeć się za czem,W cichości sztywniał i oczy zawierał,Ów, krzyk ogromny dawał, gdy umierał.
Aż się powalił i Paweł Sekura.Ten, jak dąb, runął podcięty na boru...Oczy mu żółcią tak zaszły i skóra,Że człowieczego zbył prawie koloru,Do żywicznego, tlącego się wióruPodobny raczej. A tak do wieczoruO dzień się zmienił chłop, że go bezmałaMatka by własna nie była poznała.
Ale iż wielką ów siłę miał w sobie,Więc się tak z śmiercią, jak z zbójem potykał,I przez gwałt onej nie dawał chorobie,Choć stygnął, stracił dech, że prawie znikał.Jedną ten nogą, jak mówią, był w grobie,I już się nad nim dzień boży zamykał,Gdy nagle zgasłe źrenice otworzył,Porwał się, stanął na nogi i — ożył.
Lecz jak się w źrebca wilk weżre borowy,Tak się i w chłopa głęboko śmierć wżarłaI sięgła więcej niż życia połowy,Krzyk i głos ludzki wyrwawszy mu z garła.
Jakby piorunem rażony, zbył mowy,I tak mu dusza na ustach przywarła,Ni wtył, ni naprzód nie mogąc do świata,Jak wróbel, gdy się po wniku kołata.
Więc od tych, którzy z tej wyszli choroby,Choć śmierć już kręgi łamała im kołem,(Bandys w konaniu przeleżał trzy dobyI tuż nad samym zatrzymał się dołem),Jakby zdaleka cuchnęły już groby.Śniadzi chodzili, z pożółkłem tak czołem,Jak ów Piotrowin, wstający w połowieZ jamy, co wisi u fary w Łukowie.
Niechętne taki miał z ludźmi rozmowy.Jakby w języku skręciło mu szprychy.Po kątach patrzał i nakształt się sowyOdąwszy, siedział zgarbiony i cichy.Więc nas tak wiater obleciał grobowy,Jakby śmierć wszystkich postrzygła już w mnichy,Co mi się zdało nieznośnym bez miary,Bo niźli cichość w kupie — lepsze swary.
Cichość dla kupy, jak mielnik ów, bywa,Co młyńskie koło rozwiedzie na trybyKupa, rzecz w sobie osobna i żywa,Wrzawa jej głosem. Jak rzeka, tak rybyNieme łoskotem fal swoich nakrywa.Ruch ma szeroki, a nie wie, co dyby.
I choć nie sami przedniejsi w niej chłopi,Wszystkich w ognisty szmelc swym żarem topi.
Więc gdy tak śmiercią dyszały te mury,Na wiecznym progu gdy wszyscy stoimy,Szwaby się od nas wyniosły na góry.Nuż ognie palić smolne, kurzyć dymy;Tak się rozwlokły nad nami te chmuryW słońcu, jak gdyby złote baldachimy,A uczyniwszy od nas tę przegrodę,Po jadło tylko schodzili i wodę.
Co bacząc, rzecze raz Przytuła: — «Braty!A możeby my tak samo zrobili?Po nieboszczykach popalić te szmaty,I w góry! Choćby na jakie dwie mili...Choćby w szałasach... To może zatratyUjdziem! U Szwabów mór równo nie tyli!»Lecz go zakrzyczą: —«Ot, grzeszne gadanie!Co ma być — będzie; co się ma stać — stanie!»
— «Będę się śmierci umykał z pod kosy,Jak ta bylina z pod sierpa uwrotem,A ona i tak ułapi za włosy,Choćbym się grodził fortecą, nie płotem.A jak nam przyszło pociągnąć tu losy,Kto rekrut, rekrut. Uciekać!... Co potem?Śmierć raz sądzona. Więc niechaj się dziejeCo chce! Niechaj ta już wszystko zmarnieje!»
Lecz choć tam człowiek tak stwardniał na duszy,Jak zeschły rzemień, to precz mi się śniły
Po nocach, wskroś tych wielkich borów głuszy,Nasze wioskowe, zielone mogiły,Te brzozy białe, co wiatr gdy je ruszy,Z szeptem liść trzęsą i wierzch gną pochyły,Tak sypiąc rosą, jak łzami szczeremiNa kości, co tam w święconej śpią ziemi.
I tak mi w oczach, jak mara niezbyta,Sunął mój pochów z światłami i z cechem...Tu furczy bracka chorągiew rozwita,Tu dzwon żałosnem oblata świat echem,Tu mi zię kłania szumiący łan żyta,Tu mnie ksiądz kropi, bym nie szedł precz z grzechem,Tu organista, chrząknąwszy, zaczynaStatecznym basem piać: Salve Regina...
Z wzdychaniem lecą krewniaków pacierze,Pod dom mi wieczny kopią fundamenty,A ja tu w trumnie nadobnie se leżę,Wąsa zjeżywszy na one lamenty.Tak idę w ziemię w ojcowej tej wierze,A gdy nad głową i krzyż mam zatknięty,Do dnia sądnego spać mogę tak pięknie,Czekając, aż ten grób nade mną pęknie....................
I dziw! Gdy tyle poległo tam siłyDobrej i tyle jarego żywota,Horodziej przetrwał! Pień stary, pochyły,Co dawno czarne skrzypiały nań wrota.A kiedy młodym pomocne nie byłyTargi ze śmiercią żadne, ani wota,Ten ostro trzymał się, berlicą pukał,I na lud, iż dał górę złemu — fukał.
— «Baby wy! Cóż to, czy nic do robotyLepszego nie masz, kpie jeden i drugi,Jak umieranie? By dukat dzień złoty!Bóg pracę rozdał, a gdzie do niej sługi?»Wtem Łuć Ostańczuk: — «Toć ja nie z ochoty!Toć jaby wolał pleść łapcie u strugi...Toć nie z rozpusty!»... Tu Pińczuk się zwinął,Jak jeż, i milczkiem ze świata wychynął.
Więc po tym chłopie żal objął mnie srogi,Iż twardy kark miał, choć niby pochyły.A widząc, iż ma już oziębłe nogi,I że się po nim już cienie rzuciły,Pod szopę my go wyciągli, w pół drogiDo ostatecznej pospólnej mogiły.Gdyż nie osobno grzebiono tam w ziemięTrupa, lecz razem, gdy śmierć cisła brzemię.
Aliści rankiem patrzę, co u licha?...Sen-li, czy jawa? Mój Pińczuk u proguW śmiertelnym stoi źgle i nosem czymcha.Patrzę, aż idzie do swego barłogu,Siadł, dobył fajki, machorką napycha,Cmoknął i westchnie: — «Nu, tak sława Bogu!»...— «Wszelki duch! — krzyknę — Czego żądasz, bracieUmarły?»... — A ów: — «Krzesiwka nie macie?»
Porwę się, cmoka cybuszek swój krzywy,Jakby nic nigdy, i pluje w podłogę...A już się zgruchnął naród na te dziwy.Zdaleka stają, po oczach znać trwogę...Wtem tknie go baba i wrzaśnie: — «Toć żywy!»Więc dalej insze: za rękę, za nogę,
Nuż o śmierć pytać! Lecz nie chciał powiadać,Tylko to jedno: — «Nie moglim się zgadać!» —...................
Tak my tam zbyli więcej, niż połowyLudu, z gromady naszej w tym pomorze.Sam Bóg rachował tylko one głowyChłopskie, co po śmierć ciągnęły za morze.W płytkie je rzędem składali my rowy,Pod wapno żywe. Po małej więc porzeKlęsnęła ziemia, pożarłszy te ciała,I znów głodnemi usty ku nam ziała.
Tak poszedł Tatar Marcin, tęga głowa,Tak Czop, ów z Miedznej ucieszny braciszek;Poszedł Muzyka Bartek, co od słowaZ baranich umiasł głosu dobyć kiszek.Poszedł Sołoda, poszedł Kacper Sowa,Karbowiak Michał i Wójcik Franciszek.Wszyscy tam padli w najpierwszym tym boju,Niech spoczywają na wieki w spokoju!
Ci, co zostali, trzymali się ściśleRazem dla większej pewności i mocy.Tak tratwy, luzem płynące po Wiśle,Związuje retman na wicher i w nocy.Lud się sprostował, drzemiący obwiśle;Tak go naciągła śmierć, jak rzemień w procy,I duch wyświetniał z tej klęski i byrzy,Jak błyskawica, pogodę co wróży.
Lecz gdy tak setne do Boga szły dusze,Nie oszczędzone też były i dziatki.
A śmierć się po nich, podobna pomusze,Chciwie rzucała, co czerw składa w kwiatki,Gdy maj ośnieży jabłonie a grusze.Więc ubijały się przed niebem matkiO drobiazg ten swój, któremu co ranaGóreczka była osobna sypana.
To strach, co w ziemię poszło tej białościLiljowej ciałek, co ocząt błękitu!Tak śmierć chrustała ptaszęce te kości,Jak dla igraszki, bez trzasku i zgrzytu.Furty się rajskie dla jasnych tych gościNie zamykały od świtu do świtu,A wieczorowe jutrzenki i zorzeOd główek lnianych złotniały, jak zboże.
Więc gdy raz matki za dziećmi aż wyją,Co je żerdziami wepchnęły w dół draby,Patrzą, a idą całą kompaniją,W czapkach, z fajkami w zębach, gwiżdżąc, Szwaby.Jakże nie wpadną w srogą rebeliją,Jakże na Niemców nie rzucą się baby!— «Bij, kto katolik!»... — Wrzask leci i głosy:Niemcy wtył, baby za nimi, jak osy.
Tną, gdzie popadnie! Już misy i garki,Jak żądła rażą z furkotem, a rojno;Już baby z żalu, iż naród to szparki,Tem sroższą w sobie zajarzą się wojną,Już w guzach szwabskie i głowy i karki.— «W nich! — krzyczą — Dalej! A kupą! A hojno!»Wtem jedna gołą pięścią Niemca udrze:— «A czapkę z głowy!... A szanuj śmierć, pludrze!»
Dopieroż w Szwabach krew buchła. Hergoty!Wrzeszczą, machają fajkami nad głową
I w pozad runą. Aż wsparci o płotyNuż się oglądać za bronią jakową.Chwycił kół jeden. Nuż za nim w te lotyRwać koły insi... Oj, byliby zdrowoPrzetrzepli baby! Wtem strażnik ze smyczyPuści brytany i — «Huź go!» — zakrzyczy.
Rzucą się psiska, jak biesy zajadłe,Z warkiem, skowytem, z pianami u pyska,Na piersi skaczą, tarmoszą po sadle,Rwą łydki, Niemcom targają pludrzyska...Chwycą się baby gromadą, jak trznadle,Uciekać, gdy je kot spłoszy z śmietniska,Ciskają miotły, skorupy i grabie...Tak się skończyły batalje te babie....................
Opacz, tymczasem pod boki podparty,Jadł, pił za piąci i cygar swój kurzył.Umarł kto? Dalej ów mazać dług z karty,Iż się to, było, każdemu zadłużył.Więc krzyż, i amen, i dość. A że wartyPrzy chorych strażnik czyniący się znużył,Obrał się Opacz patronem nad kotłem,Gęsto murzynów sięgając pomiotłem.
Dopieroż to się zaczęły redutyNa tem szafarstwie i różna intrata!Zrzucił chłop trzosa, tak żywot miał suty,Kiep szlachcic przy nim, kiep przy nim brat łata!Już czuba sadłem smaruje, już buty,Już ledwochodem, by dynia brzuchata,
Toczy się, sapiąc, już pije, a owoWszystko mu w porę i wszystko mu zdrowo.
Więc kiedy słyszy przygany tam czyje,To tylko splunie: — «Ej, głupi ty, chłopie!Chcesz, to się wieszaj! Wot tobie na szyjęPowróz! Toż mówią: Dla durnia — konopie.Co robić?... Świata — mówią — nie przeżyje,A ziemi — brat moj — mówią — nie przekopie,I nie przerobi — też mówią — roboty...Tak cóż?... Żal, co ty nie znał naszej floty!»......................
Tymczasem wiater pociągał od morza,Niby dalekie i ciche szeptanie.Zaczem, głośniejszy, zaruszał przestworza,Wypłynął, jakby piór łabędzich wianie,Rzucił się, skręcił wbok i przez rozdrożaNiebieskie pędził na słońca spotkanie,Jak okręt, wszystkie gdy rozwinie żagle,Aż dmuchnął słońcu w twarz i stanął nagle.
Sczerniało słońce, wichr porwał się dziki,Zakręcił trawy i w trąbę je zwinął.Wnet wokół wielkie zagrały muzykiI łomot głazów, jak gdyby świat ginął.Już lecą grzmoty wręcz, jak kopijniki,Łając się głucho; już błyskiem wódz skinął...Dymi się z nieba czerwonych krawędzi,Huk, tętent, wojsko przeciw wojsku pędzi.
Bitwa! szeroko w półkolu rozgrzmiało.Z świstem dwa wichry trzasnęły o siebie.Na szaniec mroków wtoczone już działo...Lont błysnął, ognień przeleciał po niebie,
Ryknął grom palbą. «A słowo się stało»...Wrzące się niebo, jak morze, kolebie...Burza nabija, przytyka, lont pali!...Zawyła w mrokach ziemia... Świat się wali.
Ale pod ogniem gromów, jak do metyLecący hufiec, chmura bije w szaniec,Błyskawicowe wytknąwszy bagnety...Zachwiał się na swych okopach pohaniec,Chmura naciera, już trąbią waletyW litaur wichrowy, już z harmat siekaniecUmilka... Chmura z chorągwią swą białąWpada na szaniec burz i gwoździ działo.
Gdym się wychylił po tej trzaskawicy,Już odpływały owe ciemne roty,A huf obłoczny zwycięskiej konnicyBrał blaski w siebie i czynił się złoty.Pogrzmiewał jeszcze świst i zapaśnicyDo swojej chcieli wrócić się roboty,Lecz błękit objął niebo i nie dawał,Het, odsadziwszy od siebie ich — kawał.
Westchnęła ziemia, poczuwszy w swem łonieNagłą i wielką świeżość. Bór się strząsa,Dreszcz gąszczem idzie i tęgie tchnie wonie,Pstry żmij wyprężył się i ogon kąsa...Trysnęły roje muszeczek nad tonie,Jako słup iskier, gromada ich pląsa...Świergot, trzepoty ptactwa i gwizdanie,Jak w ono świata najpierwsze zaranie.
W świat! Naprzód! Dalej! I nam też pociechaOna zadniała, przez wszystkich żądana;I my też w sobie poczuli już echaKlekocącego nadziei bociana!Już ściele nam się droga i uśmiecha,Wznoszą się głowy, prostują kolana,A serca biją radosnym trzepotem,Jak pszczoły przed tym wiosennym oblotem.
W świat! Dalej! Naprzód! Już kamień położymNa tej przestrachów i smutków pustyni,Gdzie pod piorunem i gniewem my BożymStali! Już dla nas błękitna się czyniDroga, którą stąd pójdziem, a otworzymTen żywot nowy, i niebo już siniGwiazdą się modrą, co idąc poprzedzie,Te wędrowniki na wyraj powiedzie.
Więc jak żórawie, gdy w pióra szumiąceUderzyć mają i w bujne te loty,Wiece wpierw głośne sprawują na łąceI w klucze wiążą powietrzne swe roty,Krzyk wypuszczając pod zorze grające,Pod zachód nieba rumiany, a złoty:Tak my tam onej zbierali się pory,Gwarne porady czyniąc i klangory.
Od komisyi, co siedzi gdzieś w Ryjo,Pisanie przyszło, by obierać stany;Więc się z myślami różnie chłopy biją,Obsiadłszy ławy od ściany do ściany,
Za jaką radą iść, albo za czyją,Gdy świat ten wszystkim zarówno nieznany,I każda droga zarówno ubiegaW niepewność, która dusze nam zalega.
Właśnie, jak gdyby obierał kto strykaW zamkniętych skrzyniach, albo wór pieniędzy:Pomknie do jednej, już prawie że tyka,Aliści ręki zawściąga czem prędzejI w palce stuka i znów ich pomyka...I na pajęczej wiszący tak przędzy,To chce, to nie chce, aż z onej robotyTroiste na twarz wybiją mu poty.
Radzim... A tłumacz, co jeszcze z wieczoraPrzybył, na karty rozpisał nam stany,Żeby na rozmysł przez dzień była pora,Gdzie lud chce grunty brać i być dosłany.Aż skrzypią ławy pod nami od wczora,I dużo szumu tam i dużo piany,Ale że piwa godnego to małoW butlu się onym radzieckim ustało.
— «Co tu za rada? — krzyknie Błażej Dyla —Kiedy przede mną nie stoi półkwartek!Bo ja wiem, gdzie, co? Dziesięć mil, czy mila?Nawykładali człowiekowi kartek,Jak od spowiedzi; rób. co chcesz, i tyla!»Tu czapę o stół cisnął. A wtem Bartek:— «Ja na los idę!» — Wziął czapkę, jak puląStrząsnął, wyciągnął kartę: «San Paulo».
Ruszą się młodzi, obstąpią go wkoło:— «A co? A może najlepiej tak właśnie!» —— «Pewno! — Roch krzyknie i pojrzy wesoło —— Na los, to na los! Niech piorun zatrzaśnie!Co będę mądrzył?!» — Tu wyszedł na czoło,Zanurzył rękę, przebiera, aż chlaśnieTrzy kartki na stół. Tak insi: — «Nie sprawa!Po jednej tylko brać! Niech dwie oddawa!»
Wrzucił, wziął jedną. Czytam: — «Parahyba».Ci w śmiech. — «A to ci chłop w garści ma miarę!»— «To ci świat mądry! — krzyczą — To ci ryba!Trzech brać nie dali, tak łap ów za parę...Ano, jak para, to z Baśką już chyba!» —Tu na Dudkównę zerknęli Barbarę,Iż chłop lgnął do niej i braciom miał swatySłać, jak się tylko dorwie własnej chaty.
Za Rochem Bąk szedł. — «Święta Katarzyna!»— «Dobra!» — zakrzykną. A Bugaj: — «Niczego.Zawszeć to w niebie pewniejsza przyczyna,Jakby na człeka wypadło co złego!» —Tak znów strząsł Bartek czapę. Stach naczyna:— «Piauhy!» — «Piach? — Na nic! Chcę gruntu pszennego!»— «Kampinas!» — Wtem Kos: — «Kampinoskie lasy...Znam... Pod Warszawą... Dawneć to już czasy».
Westchnął. Lecz insi zakrzykną: «A co to?...Ziemię brać losem?... A nuż grunt jałowy?Na nic tu z taką radą i robotą!Tu mądrej trzeba i znającej głowy!» —Wtem Kos: — «Gadają, co po rzekach złoto...A niechby dali wody do połowy!» —— «Złoto? — Pietr krzyknie — Toż ono się kopa!»...— «Nieprawda!» — woła Kos. Zgłuszyli chłopa.
Wszyscy gadają naraz, tumult rośnie,Każdy chce swoje przewieść do ostatka.Jak kaczor w kępach, ten krzyczy rozgłośnie,Tamten, jak derkacz, krzyczy, ów się zrzadkaPrzebija basem, jak bąk; ten nieznośnieJak krakwa drze się, a ten, jak kołatkaWielkoczwartkowa nad wszystkich grzechota,Właśnie, jak gdybyś na pińskie wpadł błota
O wielkanocnej porze. Aż z tej wrzawyHuk gruchnął. Cichość zrobiła się kołem:Horodziej ciężko podnosił się z ławy,W milczeniu dotąd siedzący za stołem.Grzmotnąwszy pięścią w deski, jak gdy w trawyStrzelec się puści tym rzecznym padołem,Przekręci lufy, podsypnie garść z sakwy,Huknie — wnet cichną bąk, kaczor i krakwy.
Patrzy Horodziej w chłopów; a oczymaBrał stary, jakby cęgami, człowieka,A chłopy w niego też... I tak ich trzymaNa samem ostrzu rzęsów i precz czeka...Aż krzyknie: — «Hej, tam! Sikawki tu niéma?A wody na łby!... A skocz-no, gdzie rzeka,Jasiek! A chluśnij choć konwią od strachu,Bo się pakuły najęty na dachu!» —
Chłopy w śmiech, a on pilno patrzy w strony...Po nich, jakoby uglądał, gdzie gore...Wtem drzwi uskoczą i w tumult się onyPcha ciżba ludu, co przyszła w tę poręZ gór. Tak zakrzykną razem: — «Pochwalony!» —— «Na wieki!» — głosy odrzekną im skore.— «Wy skąd?» — «Od Warty!» — «My zasię od Wisły,A my od Bugu». — Tu ręce się ścisły.
Kręcę ja głową. Obchodzę te chłopy,Bo mi zanadto coś patrzą z niemieckaOwe to kitle, lejbiki i jopy...Czapki też insze, niż ta mazowiecka.Ze wszystkiem idą psubratom tym w tropy.Tak myślę: «Ciasto-ć nasze. Jeno nieckaCudza! A patrzcież, narody wy moje,Jak to się do tła odmieni, choć swoje!» —
W izbie szum. — «Dawnoż z domu wy?» — «Od rokuChyba. — Spojrzeli po sobie — A będzie!»Lecz naszym błysnął strach, jak iskra, w oku.— «I nie na swojem jeszcze? Nie na grzędzie?»A ci: — «Ej, łatwo na trok, ino z trokuNie! To my tutaj obeszli precz wszędzieTemi światami przez góry, przez doły...Bab niema, to człek letki i wesoły». —
— «A Bóg-że was tu! — zawoła Jan Bania,Podniósłszy ręce i oczy do nieba —
A toć my rady pragnący, jak kaniaDżdżu! Toć nikt nie wie, gdzie iść, co brać trzeba!»A tamci: — «Hale! My z tego lataniaWszystko przeznali! I co? Wszędzie chlebaSkąpo! Tak idziem dalej... Aż krainęCałą tę zejdziem... Pampas... Argentynę»...
— «Laboga!» — krzykniem. A ci — nuż powiadaćRóżności one i szum czynić w głowie...Nuż w wąsy dmuchać, a z czubem dokładać.Chłopy, jak brona, zębate w tej mowie! —Obrzasł świat, kołem jął mrok już przepadać,Nim się pośpili ci wiatropędowie,W różane kwiecie i w srebrne lelije,Właśnie, jak kiedy panna wieniec wije.
Wszedł dzień świetlisty i modrej pogody.Po drzewach szeptał wiatr cichy i mały,A one, rade tej świeżej ochłody,Same szły, same listków podawały.Jako więc Buga rozleją się wody,Gdy nagle puszczą kry i śniegozwały,Tak się w polanie, nakrytej od słońca,Narodu powódź rozlała szumiąca.
Stół dla urzędu w środku. Tam się rojąSprawce, agenty różne i tłumacze.
Ludu nagnali świeżego, tak swojąKupą się trzyma każdy, a te gracze,Co potężniejsze w gębie, poprzód stoją.Więc kiedy znagła to wszystko obaczę,Błoń mi się zdawa zakwitła rozmajem,Tak farby się tam pstrzą i mącą wzajem.
Stanęli nasi złamanym pierścieniem,Baby po flankach, do frontu zaś chłopy.Twarze śniadością obwlokłe i cieniem,Zapadłe oczy, czupryny jak snopy...Zmizerowany zbyt długiem cierpieniem,Naród, by arka owa nad potopyŚwiata spłynąwszy, brał listki i wiechyZielone tego dnia na znak pociechy.
Więc kiedym pojrzał po onym widoku,Jaki tam sobą te rzesze czyniły,Jak gaj, ten cały ordynek mi w okuZostał, wiośnianą nadzieją odżyły...Tak ci, o Chryste, kiedyś staną w krokuCi chłopi, z ciężkiej zbudzeni mogiły,I na sąd pójdą z gałęźmi zieleni,By — przez nadzieję swą — byli sądzeni!
A ty, wejrzawszy na one sukmany,Na oczy, z których lecą srebrne płacze:— «Oto — przerzeczesz — mój lud ukochany,I ziemi mojej przesmutne tułacze!» —Tak chłop ci do nóg: — «O Panie nad Pany!Toćżem ja czekał, aż sąd twój obaczę!»...A Ociec zasię wszechmocny: — «Dość tego!Mierzyć półwłóczek raju dla każdego!» —
Lecz tu, nie poszło sprawą tak, od słowa,Ledwie stanęło, już dzielą się w dwoje,Już każda głowy dostaje połowa,Już nóg, już ramion, już ręce ma swoje,Już inszym głosem każda gada głowa...A kiedy jeszcze w pośrodku tak stoję,Nuż one znów się rozszczepiać na częście...Więc zaklnę, plunę wbok i ścisnę pięście.
Jak niedoschniętą chłop kopicę sianaWidłami rankiem rozrzuci po łące,Tak się i nasza drużyna zebranaRozbiła w kopki zosobna stojące.Już każda swego dostała hetmana,Już z każdej lecą te głosy szumiące,Już iść gotowa pod własną buławą,Już rozum własny ma i własne prawo.
Ale Horodziej, oburącz opartyNa wielkiej berli, wyciętej z dębiny,W pielgrzymskiej guni swojej czynił warty,Nad głowy ludzkie patrzący w bór siny.Na górce sterczał i nad niż otwartyWidny był, nakształt zatkniętej brożyny,Do której znów chłop, ująwszy grablicę,Kopek nagarnie i zrobi kopicę....................
Od Niemców kolej poszła. Stoją ławąZ dziećmi, z betami, z Niemkami swojemi,Nie zamąceni bynajmniej tą sprawą.Torby, toboły przy nogach na ziemi,
Szydła, pilniki, dratwy, garnczki z kawą,W kitlach, w kaszkietach, z daszkami białemi,W pantoflach, w trepach, stoją rozkraczeni,Ćmią fajki, ręce trzymają w kieszeni.
Wtem ich komisarz spyta: «Gdzie?» — Jak w rocie,Ogień po cynglach z komendą wraz błyska,Tak drgnęło w onej niemieckiej hołocie.— «Blumenau!» — krzykną. Nie znałem nazwiska.Zaczem pobrały karty i w nawrocieDrogi stanęły gotowo Szwabiska.Bo taki idzie do leda poręby,Leda gdzie, byle fajkę miał u gęby.
Wtem tłumacz krzyknie: — «Hej, wy tam, gromada!Wy dokąd chcecie i gdzie się obrali?»Chłopy nic. Patrzą, czy czasem nie zdrada...Tak ów: — «Gadajcież! Co będziem tu stali!» —Wystąpił Łuka: — «My tutaj brać ladaCzego nie będziem. Nas tutaj dosłaliZ poręki samej angielskiej królowy.Wszystko nas musi dojść!» — Tu podniósł głowy,
Po chłopach spojrzał. Tak chłopy: — «A przecie!» —Tak Łuka znowu: — «Nas tutaj okrętemZ Bremenu wieźli po całym, het, świecie,Przez morze! Nas tu prawem nie zbyć krętem!My nie nadrachy tu żadne! Nie śmiecie!Wszystko na piśmie musi stać! I żebyPieczęć też była!» — A chłopy: — «Jeszczeby!» —
Tu w wąsy dmuchać zaczną, jak w rzeszoto,Stawiać się, w boki spierać kułakami:Pomknęli przed stół, pchają się, aż gniotą.(Po stole bębnił komisarz palcami).«Dlaboga! — krzyknie tłumacz. — Tu nie o to!...Gdzie chcecie, pytam, iść? Gadajcież sami!Tu urząd słucha i ja tutaj stoję»...A wtem Roch hardo: — «Gdzie? — A toć na swoje!»
Tak tłumacz: — «Dobrze. Na swoje, człowiecze!Ale gdzie? Dokąd? W jaki stan iść chcecie?» —Drapią się w głowy... Wtem Dudek przerzecze:— «A w gospodarze! Parobkiem, toć przecieDość się nabyłem w Grannem!» — Tak ucieczeÓw, łba chwyciwszy oburącz. — «Niechże cięPiorun! — zakrzyknie. — Co za ludzie tacy!Tu z jednym więcej, niż z tamtymi, pracy».
Rozłożył ręce, stęknął. Wtem do tego,Co pisał, Marcin przybliżył się Duda:— «Prosiłbym też ja pana wielmożnegoDać mnie tam, gdzie się łepskie proso uda»... —Lecz Świercz zakrzyknął: — «Głupi! Widzicie go!...A toć pod proso ziem zawsze jest chuda!Ja chcę pszenicę siać i koniczynę...Co z prosa? Ja na takich ziemiach zginę!»
Tu insi wpadną w rzecz. Buchnęła wrzawaPomiędzy chłopy, jak słoma w kominie.Żaden drugiemu przed sobą nie dawa,Ten kseb, ten odsieb od razu zawinie.Krzyczy Roch, krzyczy tem głośniej Żórawa.Tuż Włodarczyki przy Kosie Marcinie,
Tuż Koźbiał, Bandys, Przytuła, tuż Duda,Ten — co się uda gdzie, ten — co nie uda.
Stuka komisarz po stole — nie słyszą.Krzyczy, aż chrypnie tłumacz — żaden nie wie.Tak kiedy wichry borem zakołysząI puszczą tęgi prześwity po drzewie,Wszystko się insze zda głuszą i cisząPrzy onym gwałcie żywiołu i gniewie;Darmo tam dzięcioł dziób psowa po lesie,I puhacz darmo, na sęk siadłszy, drze się.
Wtem tłumacz znalazł sposób. Szepnął w uszyKomisarzowi. Wstali i odchodząPobrawszy księgi. Nuż chłopstwo się ruszy!Nuż w pokłon! Drogę czapkami im grodzą...Jakby więc miodem smarował po duszy,Już cicho, już się wszyscy z sobą godzą.Tak się ów rozśmiał i wrócił do stoła.— «Gadajcież teraz, a prędko!» — zawoła.
Zhukną się głosy i razem poniosą:— «Do Kurytyby chcema!» — «Do Parana!»— «Do Igłaszowa!» — «Ja do Matagroso!»— «Ja, gdzie sól ryją!» — «Ja zasię do Jana,
Abo do Pawła!«» — «Ja równo gdzie proso!»— «Do wszystkich świętych my!» — «A my, gdzie sianaW sam pas» — «A my ta w Bahiją» — «W Destero!» —Tu się zatchnęli, urwą i tchu bierą.
Słuchają burzy onej zadziwieniKomisarzowie i patrzą po sobie.Zaczem ten bródkę skubie, ów z kieszeniNożyka wyjął, paznokcie se skrobie...Aż tłumacz: — «Ludzie! Czyście nawiedzeni?»Boże, co ja z tem stadem owiec zrobię?»Za mapę chwycił: — «Toż wy się rozsuliJak groch, patrzajcież! — po całej półkuli».
Zamilkły chłopy stropione i gębyOtworzą, bacząc, co ów zaś powiada?...Tak zaraz szeptać zaczęła przez zębyZ tłumaczem owa komisarska rada.Zmarszczy się tłumacz i krzyknie: «W porębyPójdą mocniejsi, gdzie grunty rząd nada,A słabsi — kawę plantować w facendzie!A więcej nikt się was pytać nie będzie». —
Skończył i ręką uderzył w papiery.A chłopy cicho, sza! Ni mruknął który.
Nie już te młódki same, lecz kozeryW mig pochowały rogi i pazury.Owe Parany, Bahije, DesteryTak poszły, jakby wodą chlusnął zgóry...A z owej buty wielkiej i z junactwaOdrazu uszy obwisły u bractwa.
Ale nadbużny naród nasz, unity,W śniadościach długiej męki miawszy twarze,Tą siwą wełną, jak owca, nakryty,Długo stał niemy w okrutnym tym gwarze,W stół komisarski trzymając wzrok wbity.Aż wyszły z kupy dwa szczere ŁazarzeI rzeką: «Dajcie nas, Wielmożne Pany,Tm, gdzie ze Rzymu jest słychać organy,
Jako nam było przyobiecowane.Duch-ci w narodzie łaknący jest, chory...Szkalperze chcemy nosić poświęcane,I pieśnie śpiewać, jak za dawnej pory.Dziatki mieć chcemy chrzczone i chowanePo polsku. Chcemy w kościoły, w klasztory...Suplikacyi chcemy, litaniiDo przenajświętszej Panienki Maryi!
Od Narwi my są oporne... Od Buga,Od Międzyrzecza, Sokołowa, Biały...Jako tam ziemia szeroka i długa,Tak się krwie nasze daleko polały.
Z pola, z warsztatu wyrwany, od pługaLud, tu aż onej uchodzim nawały,Ratując duszy. Więc niech nas urzędyNie gwałcą w cerkiew! A iść — pójdziem wszędy.
Przemierzyliśmy orenburskie stepy,Powygniatali więzienne pościele,Bosonoż lodu deptali czerepy,Trupem przybużne zapchalim kołbiele.Pałki w nas biły i pletnie — jak cepy:A równo w swoim wytrwalim kościele.— Więc ziemia, jak tam padnie. Byle świętaMsza ona! Byle one skaramenta!»...
Umilkli. Prószą łzami niby rosą,Głośniej mówiący tą ciszą, niż słowy.A tuż się insi za nimi obniosąW jakiś jęk wielki, tłumiony, cechowy.Wstrząsłem się w sobie, bom poczuł, że to sąŚwięci wyznawcy, z światłością u głowy.Tylko że światłość pod czapą schowana,Boby się przy niej nie zdała sukmana....................
Tymczasem, pory chwytając i chwili,Póki się w chłopach nie ocknie znów dusza,W dwie nas gromady pośpiesznie dzielili.Tak myślę: — «Co ja mam, do paralusza,Iść w bory?... Kowal! Z rzemiosłem świat — tyli!Do miasta pójdę! A chamstwo niech rusza,Gdzie chce! Dosyć się nażyłem mitręgi.Człek nie jest prostak! Ma w ręku chleb tęgi!»
Lecz chociem sobie to wszystko tak prawił,Oczy tam moje bezwolnie leciały
Jakobym właśnie pół duszy zostawił,Gdzie Maćki owe, gdzie Dudy, Koźbiały...Zmarszczyłem czoła i wąsym nastawił,Zły sam na siebie a żalem nabrzmiały.Więc zmrużę oczy, obrócę w bok głowy,Gwiżdżąc przez zęby kuranicik jakowy.
Wtem Szczęśniak, z twarzą wyżółkłą i chorą,Od której biła już śmiertelna zorza,Przed stołem czapki uniżył z pokorą,I stanął, jak ta w polu męka Boża.Aż rzecze: — «Niech tam Panowie obiorąZuchelek ziemi dla mnie wpobliż morza,Bo w morzu chłopca mam i zaś kobitę»... —Tu załkał, oczy prędko otarł w świtę.
Słucha go tłumacz i panom rozpowie,Westchnąwszy, o tym wielkim nieszczęśniku.Zimno to oni przyjęli panowie,W stołkach się przy swym gibając stoliku.Lecz mnie przez skórę zaczęło iść mrowie,A czując, że mam duszę pełną krzyku,Rzucę się temu sierocie na szyjęI ryknę: — «Z wami! Z wami, póki żyję!»
I tak mi letko stało się i miło,Jakbym piór dostał i lecieć miał światem...W garściach mnie tylko okrutnie swędziło,Że albo bić się z kim, lub ściskać z bratem.Aż razem z oną błogością i siłąJelenka białym zapachła mi kwiatem...Tak zatnę zęby i syknę: — «Aj, że cięTeż, dziewko moja, już niema na świecie!
Ostajże mi się, ty biała lelijo,W czarnościach boru, gdzie nikt ciebie nie wie.Niech ci tu wichry huczą litaniją,A ty cichichno śpij przy onym śpiewie.A we mnie smutki, jak w żelazo biją,Podsypujące żałości zarzewie...I nie ja kowal, jakem mniemał o tem,Lecz dola, z ciężkim i wzniesionym młotem!»
Zaczem za rękę ścisnę ono chłopię,Co mi w sukcesji po Żdżarskim ostało,I włosów jego przygładzę konopieI rzeknę: — «Jasiek, a trzymaj się śmiało!Do góry uszy, a pilnuj się w tropie,Bo drogę mamy przed sobą niemałą». —Aż widzę, ciągnie do oczu ów poły...Tak pytam: — «Głodnyś?» — «Nie!» — «To bądź wesoły!»
Tymczasem chłopi, zgodzeni z swą dolą,Szli jedni w prawo, a drudzy znów w lewo.Już im i to się wydaje być wolą,Że w planty mogą iść, lub w bór ciąć drzewo.Już Horodzieja, jak ojca okolą,Już cisi stoją pod słońca ulewą,Jakby ich na to Najświętszy Bóg stworzył,By nieśli, co im kto na kark nałożył.
Ale niejeden rozdartą miał duszęNa dwie przeciwne, bolące połowy.Za jedną ciągło — chcę, za drugą — muszę.I szyje się tam targały i głowy.A co niedawno, w onej zawierusze,Każdy osobno chciał iść w ten świat nowy,Teraz, jak kiedy toporem w pień zatnie,Poczuli w sobie rdzeń i miazgę — bratnie.
Wtem Opacz stanął na progu z cybuchemW zębach. Jak szlachcic w boki się podpiera.Do pełnej misy chłop przywrzał już duchem,Ordzewiał w sobie, jak stara siekiera,Pleśnią się nakrył, by dzieża kożuchem.Tak krzykną: — «Gdzie chce iść, i co obiera?»A ów: — «Ej, braty! O kiju do chlebaSkuczno iść! Tak cóż? Tu zostać mnie trzeba.
— Co gnaty będę obijał po lesie?Czy tam pieroga dadzą? Wódki flaszę?Świata nie przeżyć, mówili w Odesie,A co tu zjemy, mówili, to nasze.Tak idźcie, braty, wy. A mnie nie chce się!Orać? Siać hreczkę? Tak cóż! Ja tu kaszęGotową z sadłem mam! Cóż mnie w te światyChodzić? Taż czego szukać? Idźcie, braty!»
Puścił kłąb dymu, rozparł się i ślinyPluł, patrząc w buty od tłuszczu błyszczące.A już ubiegły południa godzinyI mniejszym żarem sypało już słońce.Bór szumiał ku nam ogromny i siny,Jakoby prędzej te dusze żywiąceBrać w siebie żądał, i dawał już głosy,Że padła nasza kość i nasze losy.
Więc zaraz my tam stawali do drogi,Nie chcący nawet posilać się niczem,Tylko się obie ścisnęły załogi:— «Bóg prowadź!» — «Z Bogiem idźcie, bracia!» — krzyczem.Już się rozchodzim, a wtem się głos srogi
Poniesie, jakby przez serca ciął biczem:«Nie chcemy! Na nic tu z taką poradą!Gromadą przyszlim, odejdziem gromadą!»
Jako więc wody z dwóch stawów się spłyną,Kiedy młynarczyk podniesie upusty,Tak się czupryna uderzy z czupryną,Rańtuch z rańtuchem, kapoty i chusty.Już się trzymają ściśniętą drużyną,Już trzęsącemi od żałości ustyI słowa przerzec nie mogą w tej chwili,Jakby do siebie z zaświata wrócili.
Patrzy w nas z dziwem ta obca czereda:Ten w śmiech, a tamten ramieniem poruszy.Hej, nigdy cudzym zrozumieć się nie da,Co jest bratniego, narodzie, w twej duszy!I to jest nasze dziedzictwo i scheda,Choć resztę życie roztarga, rozprószy,Że kiedy dola nad nami się zaćmi,Gromadą czujem się, czujem się braćmi!
Wszakże za późno było. Już tam w księgiWpisane głowy po dwóch stronach stały.Już dalszej onej uchodząc mitręgi,Śpieszno na muły urzędy siadały.Urwał się jeszcze do borów kęs tęgiChłopa, lecz słabszych do kupy nagnałyDozorce, jakby właśnie owiec trzodę...Starzy tam głównie szli i dziewki młode.
Ale Horodziej stał z głową zadartąW niebo i ruszał zwiędłemi wargami,W niemym pacierzu o drogę otwartąRadząc się z Bogiem, co była przed nami.Aż spojrzy po nas: — «Jakże? Toćby wartoChoć — «Anioł pański» za tych, co tu sami
Ostają?» — Baby runęły wśród jęku,Mało już która z dzieciątkiem na ręku.
Więc jak na harfie, gdy struny niektórePanna potrąca, a insze pomija,Ciszej to głośniej poniosło się wgórę:«A łaskiś pełna... A zdrowaś Maryja!»...Lecz ja, co całą znam ministranturę,Czy msza, czy nieszpór jest, czy wigilija,I z ampułkami naszałem już tacę,Huknę łaciną: — «Requiescant in pace!»
W osierdziu puszczy dzień oświtł nam trzeci,Zemdlonym, ledwo już wlokącym nogi.Za nami tylko i przed nami świeciPrzestrzał siekierą wyrąbanej drogi.Ptak śwista jeszcze i jeszcze tam leciNa pnie, na koron zwalone porogi,Które się bronić przystępu zdawałyW te knieje, niby forteczne zawały.
Pierwszym szedł, pierwszym przestąpił je krokiem,A za mną walił lud z obojej strony.A taka gęstwa nakryła nas mrokiem,Jakby przez niebo zaciągał zasłony.Drzemy się haszczem w milczeniu głębokiem,Gdy wtem Horodziej krzyknie: — «Pochwalony!» —
A huk się porwał i rozgrzmiał daleki,Jakby nam puszcza odkrzykła: — «Na wieki!» —
Więc my poczulim dom i cości swegoW onych niezmiernych dalekościach świata.Bo to i w puszczy, jak więc u każdego,Jest dusza, co się z tą człowieczą — brata.A choć jej głębie zatajone strzegą,Przemówisz do niej? — wnet odzew przylata,Właśnie, jakby się druhowie zgadali...I tak my weszli tam i tak zostali....................
Szumcież mi jeszcze, wy ogromne bory,Sadzone tutaj od naczęcia świata!I wy, krzyczące ozwijcie się kory,Gdy po was z jękiem siekiera kołata!Huczcież mi grzmotem, mazurskie topory,Gdy skry z nich krzesze prawica żylata,Jako bywało w ten pierwszy czas stary,Kiedy się człowiek brał z ziemią za bary.
Niechajże jeszcze na oczach mi stanieTen nieprzebyty gąszcz i niestrzymany,I naród, w swojej siermiężnej sukmanieU proga puszczy tej rozkrzyżowany,Suplikujący do Ciebie, o Panie,Byś błogosławił ten dział mu nadany,I był tu z nami tak samo pospołem,Jak w wioskach, białym nakrytych kościołem.
Niechajże jeszcze obaczę te głowyŻarem spalone i wyschłe do kości,Jak się na wiew ten i pomierzch borowyOdkryły i jak tam stały w nagości,Jak nagle ucichł gwar w ciżbie i mowy,A naród tak szedł, jakby do świętości,
Do sakramentu... Niech jeszcze zobaczęTę puszczę, chwilę tę i te tułacze!...................
Bór był osiadły w bagnach przez połowę,A przez pół piął się po skalistym żlebie.Drzewa tam zbitą czyniły posowę,Utapiające wierzchoły swe w niebie.Światła się nagłe i mroki suroweRzucają, gdy się ta puszcza kolebie,Par duszny, jak gdy w łaźni grzeją piece,A piżmo tęgie czuć, niby w aptece.
Od spodu zaraz, z mokrej grzęzawinyPędem się wgórę prą okrutne haszczeNa rękę grubej, strzelistej w kiść trzciny,Po której chrząsty brzęczą i ptak klaszcze.Spojrzysz w gąszcz — a tam wężowy kłąb siny...Modrzą się grzbiety i ziewają paszcze.Nad bagnem kwiaty w jaskrawym się pyleChwieją i lecieć zdają, jak motyle.
Dopieroż one ciemne mateczniki!Te skrzypy, jako w organie fujary,Te jodły, co jak szabaśne świeczniki,Gałęzie od pnia puszczają do pary.Ten gąszcz, bez nazwy, zmieszany i dziki,Te stołby, niby kościelne filary,Te kołyszące się, jak z masztów, wiechy,Te insze, krągłe i zbite, jak strzechy!
Darmobyś tutaj dochodził rozumem,Jak mienić drzewa te i te szuwary.Bo wszystko tu się pcha gwałtownym tłumem,Niehamowane i bez wszelkiej miary,Każde swym kształtem jawiąc się i szumem.A kto nie widział, nie doda ten wiary,Bo bitwa prawie jest o dech do słońca,A ziemia w potach stoi, wciąż rodząca.
Po drzewach pną, się, jak po masztach, liny,Okrutne matnie czyniąc i zasiecze.Jedno tam wgórę pełznie, jak gadziny,Drugie, jak woda z dachu, na łeb ciecze...Liść osobliwszy u każdej krzewiny,Te jako pióra, a tamte, jak miecze.Dławi się wszystko i dusi pospołu,Taka chuć życia u tego żywiołu.
Więc kiedy słońce w te padnie komory,Przez zieleń sącząc się i szkliwa owe,Dziwnemi blaski grają one bory...Właśnie, jak kiedy upadną na głowęAnielskie z okien kościelnych kolory,One widziadła lekuchne, tęczowe,W palmy, w gwiaździce, w róże, jak kiedybyW niebie zaprawił malowane szyby.
Dopieroż nad tem wrzask, świsty, trzepoty...Ptak leci — nie wiesz, czy płomień, czy kwiaty,Bo jeden bywa ognisty i złoty,A drugi modry, jak nasze bławaty.
Inszy lśni, jak te we skarbcu klejnoty,W szafir odziany i w jasne szkarłaty,A wstrzęsie pióra, to w onym się ptakuBlaski migają, by w drogim kanaku.
Więc kiedy cię tam to wszystko otoczy,Te światła, farby, jaskrawe te puchy,Gdy cci się tęczą rozbłysną przed oczy,W żywem maczane słońcu ogniomuchy,To ci itak we łbie zakrąży, zamroczy,Jakby skarb nagle otwarły ci duchy,Co go w Ojcowskich skałach skarbnik strzeże,Aż przecknie Łoktek król, a z nim rycerze.
Jakże więc naród w najpierwszej tej chwiliNie runie w puszczę, nie huknie rozgłośnie!Tu się Mazury za głowy chwycili,Że piachów niema i brzoza nie rośnie;Stają, wracają, próbują tych dyli,Patrzają w kwiaty, tak tkane, jak w krośnie,A choć tam w piersiach duch ledwo kołata,Rwą się tak, żeby dźwigali pół świata.
Lecz we mnie, gdym tak patrzał na te dziwy,Serce się nagle rzuciło, jak młotem...— O ubożuchne, podlaskie wy niwy,Toż wy zbożami też tkane, jak złotem!Toż tam lny nasze, jak szafir ten żywy!Toć gryki srebrnym świat grodzą nam płotem!
Toć Pan Bóg u nas ma swoje śpichlerze,Gdzie chleb, zaś tutaj szaty jeno bierze!
Świadcz-że nam teraz, ty ziemio daleka,Któraś nas sobie rodziła, nie komu,Czy my ci byli, jak syn, co uciekaZe spokojnego macierzy swej domu?Świadcz nam, czy jedna choć sucha powiekaByła, gdy my tak nieśli pokryjomuDusze i głowy z onego stracenia,Gdzie człek wiecznego niepewny zbawienia...
Świadcz-że nam, czy my ciebie się puśclilLekkomyślącem sercem i z rozpusty?Czy nie stawali od mili do mili,Trzęsącemi się żegnając cię usty?...Czy zgłem śmiertelnem za siebie rzucili,Na tę niepamięć wieczną? Czy twe chrósty,Twe płoty w serca nie wrosły na wieki?...Świadcz nam, ty kraju miły, ty daleki!......................
Prędko się z nami sprawiły urzędy,Pomiar czyniące przez borów połacie.Gdzie szli, tam haszcze rąbalim w te pędy,Na kołach pchając ich, w przewoźnej chacie,Aż się zrobiły ku niebu wyględy,Złotej podobne i świetlistej kracieW dzień, a srebrzącej od gwiazd i miesiąca...I tak się stała ta puszcza — żyjąca.
Skrzykęli zaraz murzynów z szarwarku,Iż w tej są bystrzy i sprawni robocie,
Coby na podób swojego folwarku,Chaty stawili i pletli zapłocie.Przyszli, z brzemieniem tykw złotych na karku,Gibcy, w tej skóry spalonej nagocie,I nie fundując się w żadne warsztaty,Jak stali, tak nam szli budować chaty.
Szałasy raczej zwaćby je z przyczyny,Iż w nich ni krokwi nie było ni belki.Wyłamie taki na bagnach pęk trzciny,Kołek przy kołku zatknie w krąg niewielki,Zaś ujmie garścią razem u czupryny,Zwiąże, i tak się sprawiwszy z ciesielki,Liściem to żywym poszywa do ziemi,Jak kalenicę chłop snopy żytniemi.
A iżby mu tam budowa nie klęsła,Obrzuci błotem, ubije ze środka,Pod wierzchem, na leż, z gałęzi da przęsła,Mchy nosząc na nie i ściel, jaką spotka,Zaś patrzy, hardy ze swego rzemięsła(Choć piły w ręku nie miał, ani młotka),Myśląc — że cudo! Alić, jak się uda,To tęższa u nas forteca — psia buda.
Lecz ja, na górce wziąwszy ziemię działem,Gdzie widniej było w niebo i naokół,Ognisko sobie pod daszkiem stawiałem,Pobiwszy z drągów uczciwych ostrokół.Karczunkum nie chciał brać. Dość mi na małem,Byle człek życia kowalem już dokuł...Tak umyśliwszy trwać wolno i luźnie,Polowąm sobie, jak mógł, zrządził kuźnię.
Przy kuźni, jako ten gołąb pod strzechą,Jasiek mi gruszył; a to, a znów owo...
Bo wszystko chłopcu tam było uciechą,Każde piosenką stawało się słowo...Więc jak dąb zeschły umai się wiechąJemioły, zieleń zwinąwszy nad głową,Sieroctwo moje maiło się wiosnąChłopięcej duszy, co piórka jej rosną....................
Z okrutną w puszczę lud rzucił się mocą,Ciąć one bory stojące z prawieka.Tylko te ręce, te serca dygocą,Tylko ta dusza w siekierę ucieka!Huczą topory dniem i huczą nocą...Nie patrzy słońca i świtu nie czekaTa przesilona praca, co się zdałoW pień, do korzenia puszcz zwali tę całą.
Życia przyrosło w piersiach. Na odpuścieNie kipią czapy tak ni na jarmarku,Jak tu, gdy chłop szedł w borowe czeluście,Junacko głowę trzymając na karcku.Wnet po wykrotach, po jarach, po chróście,Wśród syku gadzin i papug poswarku,Latają pieśnie od Wisły, od Buga,Hulaszcza jedna, a rzewna ta druga.
Więc było patrzeć na te batalije,Na Wyrwidęby te i Waligóry!Prężą się karki, wzdymają się szyje,Żył widać bicie skroś spalonej skóry,
Aż świśnie topór, huknie, jak grom bije...Kwietnych plątańców pękają wnet sznury,Małpy z gałęzi skaczą z dzikim wrzaskiem,Z gniazd ptactwo leci, siejące piór blaskiem.
Nie gonion z kniei, od jak stało świata,Zwierz wstał, zawęszył, okiem toczy, prycha,Po trzykroć leż swą koliskiem oblata,Zadarłszy chwosta, i ziemny wiatr wdycha.Drgnął, stanął; pędzi, gdzie trzcin gęsta krata,Ogromnem cielskiem w moczary się wpycha;Trzeszczą łamane trzciny, bagno plucha,Zwierz chrapy podniósł rozwarte i słucha.
Lecz topór huczy, jak działo armatnie.— Bij! Pal! — Odwiecznej drżą fortecy mury...Co ostrze z jękiem ugodzi i zatnie,To chłop odjęknie i pojrzy do góry...Aż siły z siebie dobywszy ostatnie,Rąbnie! Jak granat pień pękł. Lecą wióry,Błyskają, rażą, by drzazgi z kartacza...Tak Mazur srogą bitwę z puszczą stacza.
A był w tej wojnie pęd taki i siłaCo i za bębny stał i za komendę.Bo tam z toporem razem dusza biła,Sama siekiera grzmiała tam: «Zdobędę!»Bo nie wodzowi, co pułki posyła,Lecz sobie naród zdobywał tam grzędę,Na której róść miał. Więc duch bił z tej mocy,Wyrębującej się na jutrznię — z nocy.
Dziś jeszcze, jeszcze teraz ucho słyszyMuzykę siekier i toporów ową...
I teraz jeszcze mam za towarzyszyTe echa, co mi grają pod posowąSamotnej izby, gdy się w niej uciszy...I widzę, jak te bory chwieją głowąZ wielkiego dziwu i jak słońce trzęsieBlask w knieję, tęcze nizając na rzęsie....................
Lecz puszcza stała twardo. Ściąłeś drzewo?Polec nie miało kędy przed inszemi,Ale podparte, na prawo, na lewo,Między stołbami wisło ściśnionemi,Sypiąc wdół kwiecia i liścia ulewą,Umiatające gałęźmi po ziemi...Tak zwartą rotę gdy kula przewierci,Nie pada żołnierz, lecz stoi — po śmierci.
Słyszałem ci ja o tej Bukowinie,Co tam podcięte stały w borach buki.Idzie chudzina, jakoś się uchynie...Aż ci tu szlachta wali i halduki,A wszystko grube, po miedzie, po winie...Tak zagrzmi nagła śmierć, zakraczą kruki,Runie bór ścięty, trup pada na trupa,Pnie ludzie, konie — razem! Jedna kupa!
Więc mi to nieraz na myśli stawało,Kiedy tak nasi w topory dzwonili.Huknie co tężej? — «A słowo się stało!»Już nasłuchuję od chwili, do chwili.Niespokojności zażyłem niemało...Ale że jakoś przypadku nie było.Znać cię, chudzino, nie wielce przybyło!...................
Tymczasem baby wylegną przed chaty,Ogniska palą i bób warzą czarny,Albo naręczem dźwigają pataty,Co jak kartofel są, ale poczwarny.Wokoło duszne biją aromaty,Powietrze brzęczy, jak dzwonek ten farny,Od wielkich, złotych much, co je żar drażni,A parem dyszysz tak, jak kacap w łaźni.
Postój, a pomilcz... Już gad syczy z trawy,Już zwierz z gęstwiny skoczy, patrzy w ciebie,Już ci nad głową ptak szumi bujawy,Szeroko skrzydła rozwiódłszy po niebie.W oczach ci z trzaskiem kwiat pęka jaskrawy,Rój pstropierzystych papug się kolebie,A słońce sączy przez liść krople blasku,Właśnie jak szmaragd, topiony na piasku.
Więc choćbyś stał tak i patrzał do świataDzień cały, jeszcze nie objąłbyś okiemWszystkiego, co tam pełza, błyska, lata,Co z pod nóg rwie się, co wybucha tłokiem!Tak święty jeden (od księdza wiem brata),Cudnym jakowymś zachwycon widokiem,Na szczerej drodze lat przestał niemało,Pięćdziesiąt cości, a dniem mu się zdało.
Lecz pod noc padał strach. Te czarne knieje,Ludzkim się oczom nie jawią aż do dna.Słysz... Coś się czai... Słysz!... Cości się śmieje...Gdzieś gardziel ryknie, gdzieś paszcz ziewnie głodna
Słysz... Śmierć gdzieś z trzaskiem otwarła wierzeje...Puszcza, jak morze, bezkresna, bezbrodna,Ma dziwotwory swoje, a ich głosy,Ich szepty, szmery — na łbie dębią włosy.
Słuchasz i czujesz, że tam, w tej głębinieMrocznej świat jakiś nieznany się rusza,Że coś tam cierpi, mocuje się, ginie,Że jakaś ślepa wyrywa się duszaZ głębi cielsk, w oną zagnanych pustynię,I trwoga ci tu powraca pastuszaTwego dzieciństwa, gdyś łyżką od kaszyBór pokazował i mówił: — «Tam straszy!» —...................
Ogromnym krokiem lud wracał z roboty,Z błyskawicami zawziątku w źrenicy,Choć nie schodziły mu z czół wielkie poty,Które nie z rosy były, lecz z krwawicy.A tu iskrzasty snop buchał już złotyZ ogniska mojej polowej kuźnicyNa górce, gdzie mi Jasiek dymał miecha.Więc łoskot młota, więc gwar i uciecha.
— «Hej! To my pany tera i bogacze —Krzyknie Przytuła — Że też to w ObrytemNie wiedzą ludzie nic, co ja tu znaczę!Tu teraz gruntu tyla, tu bór przytem!Oj, będą tutaj na bezrok kołacze,Bo wpół pszenicą obsieję, wpół żytem!» —A Roch: — «Laboga! Już puszczam popręgi!» —Inszy w śmiech: — «Dobry! — klaszczą w ręce — Tęgi!» —
Wtem Koźbiał westchnie: — «Nim będzie co z tego,Niemało wody na Wiśle upłynie!
Pola tu nigdzie nie widzę dobrego.W bór nas zagnali, jak zwierza w pustynię...Grunt ciężki; trzaby sprzężaju srogiego!A gdzież ja tutaj na owies przyczynię?Na groch, tatarkę, na wykę, na proso,Co w letkich szczyrkach najlepszy plon niosą?»
— «Patrzta — Świercz krzyknie — ślepego Mazura,Jak mu to piasek zasypał te ślepie!» —A Roch: — «Co gadać? Już taka natura,Mazur zna gliny tyle, co w polepie...»— «Nieprawda! — krzyknie Koźbiał. — Jest niektóraZiemia i u nas!» — A Hnat: «Hej, ty stepie —Zaciągnie nagle głosem — ty rodzony!Hej ługu, młodą kaliną sadzony!...»
Zawtórzą insi, hukną. Każdy śpiewaPo swemu, sobie i swojej nadziei...Czego upragnie, czego się spodziewa,Dobywa z duszy w tej głosów rozwiei...A wtem wszedł księżyc, i blasków ulewaSączyć się jęła strugami do kniei,Co stała cicha i światłem srebrząca,Pod rozwidnioną źrenicą miesiąca.
Ale Horodziej obchodził nas wkoło(Stary krok drobny miał, lecz jeszcze szparki).Tylko te włosy dzielone przez czołoOd skroni mu się zlewają na barki.Aż stanął, stuknął kijem: — «A gdzież siołoBędzie? Bo jakieś osobne folwarkiSzykować chcecie... Gdzież tu sioło będzie,I gdzie tu kmiecie usiędą na grzędzie?»
Podniósł berlicy, brwi ściągnął sobole:— «I cóż patrzycie we mnie, jak w raroga?Pytam: gdzie będzie tu gromadzkie pole?Gdzie wygon? Kędy na pastwisko droga?Gdzie tu wysadą zaszumią topole?Gdzie w łąkach stogi świeżego muroga?Gdzie staną chaty rzędem? Sady? Kopy?Gdzie tutaj stanie wieś? Gdzie siędą chłopy?
Bo jak miarkuję dotąd i jak baczę,Holendry chcecie fundować tu... Szwaby...Tfu! Płócienniki jakieś... Djabły... Tkacze...Co na osóbkę siedzą, tfu! jak żabyW błocie!... Ja ciągnął tu między oracze,Między rataje Boże, Boże raby...Ja tu fundować myślał w te wysiołkiWieś sprawiedliwą polską!» — «Czy my kołki —
Kos krzyknie — żeby żerdzi się trzymali?Każdemu luźniej, jak pola rozeprze!» —Lecz stary kiwał głową: — «Oj, obaliWiatr cię, obali, jak czajkę na Dnieprze,Ty, samoluzie!» — Lecz inni wzdychali,Dnie wspominając szczęśliwe i lepsze.Każdemu stoi przed okiem, jak żywaTa wiejska droga miła, chociaż krzywa...
Milczą. Zbyt pełno w sercu tam i w duszy,Żeby wymówić słowem... Ten zagrodę
Rzuconą widzi... Ten szum słyszy gruszyNa własnej miedzy. Inszemu po wodęŻóraw u studni skrzypi... Ów pastuszyFlecik załawia uchem... Jakieś młodeWonie i rosy powiały skroś spieki,Jakiś pociągnął wiatr świeży... daleki...
Więc nas obeszła cichość wielką falą...Westchnie Kos, Bugaj wąsa wdół zatarga.A choć nie mówi nikt, same się żaląSerca... Z serc samych leci niema skarga.Tak krzyknę: — «Dawaj drew! Niechaj się palą!Bo nam się dusza w tych smutkach obszarga,Jak wrona w słotę!» — buchnęło ze stosu,I wnet nam ducha przybyło i głosu.
Lecz choć powrócił śmiech, wrzawa, ochota,Jedno poczuli wszyscy: — «Jak raz dolaZatrzaśnie za kim czarne one wrota,Co od swojego odgrodzą go pola,Nie ufunduje dawnego żywotaNigdy i nigdzie!» Aż krzyknie Roch: — «Hola!Dosyć tej rady, gromado życzliwa!Trza z brzaskiem walić w bór, pod siew, pod żniwa!»...................
Lecz i do żniwa świat był i do siewu...Rąbie chłop z ranka do nocy dni cztery,A ledwo radę da srogiemu drzewu.Porozpalały się w garściach siekiery,Jak to żelazo w cęgach; bez odziewuO głodzie tnie chłop, a ledwo zadzieryUczyni w korach za dziesiątym razem,Bo drzewo takoż zdało się żelazem.
Pół biedy jeszcze, gdzie stały na dzieleJedlice, które się tam pinho się zową.Ta, choć sierdzista i twarde ma biele,Upadnie przecież pod siłą takową.Ale najgorzej było, gdzie kanele!Te, jak chcesz rąbaj, albo w nie tłucz głową,Na nic! Strom zwięzły jak z krzemienia stoi,A ręki ludzkiej najmniej się nie boi.
Więc wściekłość naród brała u tych karczy.Zdziczały chłopy tak, że choć na noże!A jam już widział, że sił tu nie starczy,Że nie my puszczę, lecz puszcza nas zmoże.Topór w powietrzu aż jęczy, aż warczy,A jak od stali odskoczy po korze...Klnie Roch: — «Niech gromy siarczyste zatrzasną!»Klnie Zięba, duszą pocący się własną.
Lecz Dudek, który tu przyciągnął z żoną,Ze stron polistych, gdzie gaj jest jak słoma,Ciskał siekierę i z głową zwieszonąSiadał i płakał, podparty rękoma:— «Chryste! Za każdą osinkę skręconą,Za każdą brzózkę wyciętą tam, doma,Na dworskiem, Bóg mnie pokarał tym borem!Ani go ugryźć, ni uciąć toporem!»
Kto klął, kto płakał, lżej przecie mu było.Ale Sekura, w swej straszny niemocie,
Na głucho z oną pasował się siła.W pianach, z krwią w oczach, trzęsący się w pocie,Jakoby właśnie złe w niego wstąpiło,Tak w drzewo rzucał się. Aż w tej robocieZapamiętany, upadał na trawy,Garściami zielska rwąc, drapiąc murawy.
Wszakże i ten się nie cieszył zamianie,Kto w góry poszedł i grunt tam miał dany.Bo choć haszcz tylko porastał te granieI ledwo rzadki dąb był tam rąbany,Spodem — głaz żywy zato. A na ścianieSkalnej tam tyle ziemi, co śmietanyW grancu się babie pod wieczór ustoi.Gdy rankiem chudą krowinę wydoi.
Orać? — A jakoż, gdy krój w głąb nie bierzeI tylko powierzch dzioba, jak motyki?Siać? — A to wnet te skrzydlate drapieże,Ogromny czarny sęp i gołąb dziki,Chmurą nakryją usiewy ci świeże,A choćbyś stępił i te gwałtowniki,Przylecą wichry i ziem tę lekuchną,Jak szmatę zwiną, poniosą i zdmuchną.
Tak czy z tej ugryźć, czyli z inszej strony,Twardo i zębów nałamać nam trzeba!Świat bo tu z wieków pod puszczę sprawiony,I darmo po nim chcieć pola i chleba.A choćbyś zwalił te górne korony,Które wzrokowi nie dają do nieba,Jakoż wyruszysz pnie, co pono swemiKorzeńmi siedzą aż w jądrze gdzieś ziemi?
Gdybyż choć siły poprzeć, ile trzeba...Skąd? Czy garść mąki my tam?... Kroplę mleka?...O czarny bochnie razowego chleba,Jakżeś ty pachniał nam z tego daleka!O przeżegnany ręką Bożą z niebaOd onych czasów naczątku człowieka,Dorobku pierwszy ojca Adamowy,Jak świętość, temi cię wspominam słowy!
Nie przeto, iżem osłabiał, jak z głodu,Żem młot rękami musiał dźwigać dwoma,Lecz, że juz bardzo odcięty od rodu,Kogo nie dojdzie chleb, co go jadł doma...Że przez tę rzekę nie będzie już brodu,Ani do swoich przewoza ni proma,Gdzie chleb poniecha człeka i opuści...Że mu tam ginąć, w śmiertelnej czeluści!
Hej, ziemio, ziemio, że my się też ciebiePuścili! Miedz twych i twojego płota!A toć po wodzie my tam i po chlebieMoc większą czuli i więcej żywota,Niż tu, gdzie wszystko naokół i w niebieCudze i gdzie jest dusza, jak sierota,Obzierająca się w dalekość siną,Za progiem chaty swej i za rodziną!
Hej, ziemio, ziemio, ty matko rodzona!Łanie ty wdzięczny i rolo życzliwa!Toć ty tam sama podajesz zagonaI ziarnu tak się otwierasz, jak żywa!Lecz ta — macocha jest! A czy kto kona,Czy padnie, ani dba ni się zadziwia...
Nad trupem twoim znów wszystko w tych borachBędzie róść, szumieć i błyskać w kolorach.
Ani tu słońce nie jest takie ranie,Jak u nas, w tęczach palącej się rosy...Ani tych ptaków podobne śpiewanie,Jak naszych czyżów, ziąb, skowronków głosy...Ni gwiazdy niema tej, co gdy tam stanieNad te użątki nasze, nad pokosy,To człek wyraźnie widzi, jak ta BoskaMoc o najlichszy kłos w polu się troska.
Tfu! Jeszcze teraz łza w oku mi świeci,Gdy wspomnę żałość tę i te ciężkości.A przeciem nie miał żony a ni dzieci,I równo było mi, gdzie złożę kości.Dola — ptak, mówią. Przyleci, odleci,I darmo gwałtem zapraszać ją w gości.Lecz nie o dolę mi szło! I przy doliTaka się rana nie goi, a boli....................
A chłopy trwały setnie, nic tej duszyNie popuszczając głosu ni lamentu.Chłop, jak się zawziął, to pędzej ukruszySkałki, niż jego. Ma twardość djamentu.A jak podźwignie raz brzemię i ruszy,Do śmiertelnego już idzie momentu...I chyba tylko w tej drodze go strzymaKrzywda, a inszej zapory mu niema.
Jeden Przytuła... Sczerniał, zsechł na wióra,Wilkiem poglądał, mrokiem krył się w boru.Tak ogorzały mu te bujne pióra,Tak bolącego był w sobie honoru.
Drugi raz w ziemię zasadził kosztura,Sparł się, zadumał i trwał do wieczoru.Tylko się wstrząsnął czasem, rzucił głową,Jakby w grób spojrzał, i nic, żeby słowo...
Raz, mglisty ranek był i głuchem echemBiły topory w bór, a ów tak do mnie:— «Słuchaj Waść!... Gdybym kiedy z ciężkim grzechem,Z śmiertelnym, zeszedł z świata bezprzytomnie,Gdybym, wiesz, umarł...» — Tu dobył z pośpiechemMieszka: — «To garść tu miedziaków... Nie pomnę,Dość, ale na mszę starczy... To was proszę,Panie Balcerze, za duszę... te grosze..» —
Tak rzekę: «Co ty?» — Aż on się zaniesieOgromnym płaczem: — «Laboga! Laboga!Jaka tu żałość okrutna w tym lesie!Jaki ból! Jaka tu tęskność jest sroga!...A któż mą duszę, jak ptaka, poniesieDo dom, do gniazda?... A gdzież mi tu drogaDo mego rodu?...» — Tu zdusi ryk, wzdycha...— «Tak pamiętajcie... Za duszę msza cicha!» —
Poszedł. A w puszczę padły wielkie ciszeTych dni. Bór w sobie stanął zadumany,Ledwo że liść się który zakołysze,Ledwo zaszepcą na bagnach burzany.Zwierz w legowisko padł i ciężko dysze,Zacichły w trzcniach dzwoniące organy,A słońce niebiem w srogich ogniach chodziI patrzy tylko z góry, gdzie ugodzi....................
Lecz Łuć Ostańczuk, jak zaszył się w błocie,Tak ledwo słuch dał, by dzięcioł, gdy puka.
Czasem się tylko iskierka tam złotaMigła, gdy fajkę nałożył z kapciuka;Tak w bagnach siedział, pogoda czy słota.Aż widzę — grobla! Patrzajcież Pińczuka!U grobli bajdak i chata w nim kurna.W gotową nie chciał iść. Powiadał: — «Durna!» —
Tak więc te bobry, gdzie Biebrza jest rzeka,Koszary swoje stawiają na wodzie;Tak wydra, choć się uswoi u człekaI płotkę z ręki bierze, gdy jest w głodzie,Pomiędzy śluzy u tamy ucieka,Aby tam żyła po swojej przyrodzie,Jako ten Pińczuk, co w błotach rad pluska,Dziw, że się po nim nie rzuci ta łuska!
A jak to człowiek ze sobą rad niesieWszędy coś swego i świat swój udaje,Tak on tu sobie wydumał Polesie...Już sto żył wodnych ług mokry mu kraje,Już czapla, juże gdzieś rybitwa drze się...Już smolne dymy kopcą ci o staje,Że tylko słuchasz, rychło się z oddaliSurma obezwie a pieśnią rozżali.
Pińczuk szuwary wysiekł, dobył szybęWodną, nad którą szła bąków muzyka.Tak ciszkiem sobie zrządziwszy sadybę,Okrakiem siedział na belce, drąc łyka,
Płoty a jazy zrządziwszy na rybę...— «Tak cóż ty — mówię — Łuć? Na pustelnika?»A ów: — «Ta czegóż?...» — Tu świsnął: z pod belkiŻółw wylazł, stanął i podniósł łeb wielki.
Tak Pińczuk: «Każy, Hryć, jak w sądzie stałyMy, Łahiszyńce?» — A zwierz skurczył szyję,W skorupę wtulił łba i tak się całyUczynił martwy, że bij go — nie żyje!— «A tutże każy, jak z sądu wracały?» —Tu żółw z pod tarczy onej, co go kryje,Nagle wypuścił łapy i uciekał...Łuć śmiał się, łyka ciągnął i zewlekał....................
Tymczasem u nas płacz babi się szerzy,I słychać coraz głośniejsze lamenty;Bo niechże która mietliskiem uderzyW próg, już się w budzie trzęsą fundamenty.Toż dach, co wodą spływał, póki świeży,Teraz się spaczył i skręcił — wyschnięty,A ów liść po nim skąsiło tak mrowie,Że deszcz skroś pluskał tam, jak przez sitowie.
Dzieci zaczęły chorzeć. Już tam tegoGarść ledwo zbyła, prawie na rozsadę,Niedoumarłych od moru onego,Co ich wykosił caluśką lewadę.Do chłopów baby i każda na swego:— «A coś za ociec taki? A daj radę!A broń! A ratuj! Nie czyjeć, a twoje!» —Tu je obleją łzy, jak rzęsne zdroje....................
Nie śmiał wymówić nikt, lecz znaczno było,Że lud ten gnębi niezbyta tęsknota,Że tu się serca poznały z tą siłąCo droższym czyni swój zagon od złota.A choć się naród nieczułą zdał bryłą,Baczyłem wicher, co po nim się miota,I czerwia tego czułem, który głuchoOd wnętrza toczył lud, by wierzbę suchą.
Więc coraz częściej siadała gromadaU kowalskiego mojego ogniska.Ale nie była to już owa radaW sto różnych głosów, co huczy i pryska.Milczą. Kos ledwo półgębkiem zagada,Roch zgrzyta, szarpie Żurawa wąsiska.Zwieszają głowy i czoła się chmurzą,A w piersiach duszno czegoś, jak przed burzą.
Aż raz, gdy siedzim tak, Dudek się schyli,Obejmie swoją niewiastę za szyję:— «Maryś! A choćby my do dom wrócili?Do Wólki?» — Ona tych rzęsów odwije,Pojrzy, to liczko zbiedzone przymili:— «A czy Pan Jezus przez cię?... Próg obmyjęŁzami... Kwiatuszków nasadzę... WybielęKomin het... Krzyżem co święto w kościele...»
Tu głos serdeczne złamało jej łkanie,Trzęsą się usta urwanemi słowy.A po nas poszło, jak wiatru powianie,I jak za wiatrem schyliły się głowy.Wstał Dudek: — «Niech ta! Niech się co chce stanie!...» —I nie przydając nic do onej mowy,Szeroko ręką machnął przez ćmę czarną.— Tak nam to pierwsze do serc padło ziarno.
A dziwną sprawą stało się to Bożą,Iż padło z piersi najcichszej — prostaka,Z ust najcierpliwszych, co gdy się otworzą,To chyba piskiem duszonego ptaka.Tak najranniejszą Bóg obświetla zorząTe ubożuchne, nie tego łepaka...Pokorne dusze i dusze pasterzyWiedzą, gdzie przyszłość w żłobeczku swym leży.
Nie wszystko ja tu powiadam zkolei,Ale to tylko, co sobie rozpomnę.Więc nie wiem, czyli chociaż cień tej knieiZ słów moich padnie na czasy potomne.— Tak gdy w wieczornych zórz złotej zawiei,Wojsko żórawi przepływa ogromne,Za wróble je ma wzniesiona powieka,Iż rzecz się mieni z wielkiego daleka.
Jać tylko oto przygrywam piosenkę,Za wyprzednika jestem i za posła...Zaś przyjdą, którzy mają lepszą rękęNiż moja, co jest twardego rzemiosła;Ci śpiewać będą pracę tę i mękę,I będzie światem ogromna pieśń rosła,Z której ten naród polny, te prostaki,Wylecą w słońce, jako krwawe ptaki.
Tedy się echem rozlegnie po światuHuk siekier, gromem bijących w te knieje,I zdeptanemu podobne zaś kwiatuZamysły duszne nasze i nadzieje...Ociec synowi, abo i brat bratuPowiadać będzie: — «Słysz, co się to dzieje!» —
Tak nad swą niskość i nad chatnie dymyNaród ten polny wyrośnie w olbrzymy!
Tak stanie, na swej podniesieniu wiary,I mogił swoich i swojej prostoty,A męka jego tak przyda mu miary,Tak go wyświetli w huf jasny i złoty,Że się zdumieje nad nim ten świat stary!Bo wielkiej wojny — o żywot — są roty,Które Bóg stawił na zgubnej pikiecie,Palcem im pisząc po czołach: — «Zginiecie!» —...................
Chodziły słuchy, że są kędyś stany,Gdzie lud się polski osiedlił i krząta,Że chłopy noszą krakowskie sukmany,Krakowskie bryki mają i chomonta,Że karczma tam jest, kościół i organy,Własny porządek od kąta do kąta,Kancelaryja, wójt, pisarz, ławniki,Wieś jak się patrzy, nie taki bór dziki!
Więc my tam nieraz w cichości słuchali,Czy od nich do nas choć wiatr nie powionie...Czy tam parobek gdzie z bata nie wali...Wóz nie trajkocze... nie parskają konie...Ten, ów się w twarzy zmieni i rozpali:— «Coś słychać jakby! — Coś jakby w tej stronie!» —A drudzy oczy wytężą i uszy...Lecz tylko pustka podzwania w tej głuszy.
Nad inszych gorzał w sobie Roch Zatrata.— «Pójdę ja! Może oną wieś wytropię,Bo mi wyraźnie dym skądciś zalata,Jak gdyby baby suszyły konopie...Wyaźnie słyszę: cierlica kołata...Chłop odsieb krzyka... cep wali po snopie...
Rżą źrebce... trędzle dzwonią uwiązane..Jezu! Toć my tu od niech gdzieś o ścianę!...ścianę!...»
Z krzykiem się chwycił oburącz za głowęI runął z kuźni precz, jak oszalały,Prosto przed siebie, w te gąszcze borowe,Tylko mu poły sukmanki wiewały.Ani sposobu mieć jaką z nim mowę,Bo zdał się we śnie być, choć dzień był biały.Tak się urwała w nim owa tęsknica,Jak chmura, kiedy lunie nawałnica....................
Cierpiał lud, póki soch czekał i pługa,Jarzemnych wołów i siewnego ziarna.Już gospodyni to jedna, to druga,Dzieżę na chleby obmyśla i żarna,Gdy w tem wieść gruchła, że stąd aż do ługa,Kukurudz tylko i fasola czarnaSadzona być ma i że do tej pracyNie pługa, ale dostaniemy gracy.
— «Reat! — zawrzasną chłopy — To my potoCiągnęli tylim światem w te pustynie?Graca!... co z gracy?... Toć z taką robotąChłop, bez sprzężaju, jak ruda mysz zginie!Więc nie pszenicę usiejem tu złotą?Nie żyto nam się, jak ruta, wywinie?Kukurudz?... Czy my grzywacze?... Laboga!...»Tu burza głosów zerwała się sroga.
Dyszkantem baby, a chłopy zaś basem,Wszystko się naraz zaniosło okrutnie.Jak rój to brzęczy zmieszanym hałasem,Te pszczoły cieniej, a grubiej te trutnie.Nad brzęk pospólny zahuczy głos czasemRocha lub Maćka (tak właśnie trzmiel utnie):
— «Co nam kukurudz?... Co graca? Fasola?...Sprzężaju chcemy! Ziarna chcemy! Pola!»
Już mnie i słuchać bolało w wątrobie.Aż schrypły chłopy, a baby też nieco.Zaczem się jęło przyciszać to w sobie,Jak kiedy roje na łąki precz lecą...Wtem Ziąba: — «Nic tu po takim sposobie,Tu rady trzeba szukać, choć ze świecą...Krzyk dobry, jak jest kto, co krzyku słucha,A tu że dokół co?... Toć puszcza głucha?»
Szeroko powiódł ręką. Jakoż stałaOgromna, cicha, obojętna, senna,Od spodu bagnisk swych oddechem biała,Nakryta żarem, a głębią — bezdenna.Więc na wyrębie garsteczka ta małaNaszych, o swoje krzycząca tu lenna,Tak marna zdała się i taka licha,Że zgroza włosy podniosła mi cicha.
Markotnie chłopy przyjmują te mowy.Burczy gromada jeszcze i pogrzmiewa,Szarpią się barki, rzucają się głowy,Iż targło naród od jelit, od trzewa...Tak kiedy w dęby wiatr wpadnie borowy,A huknie, długo potem szumią drzewa...Gałąź szeleści, liść liściom podawaOnego deszczu, aż zwolna ustawa.
Ucichli. Stoją. Patrzają się w ziemięPonuro. Czasem niewiasta zabiada...Aż Ziąba, w wykrot skoczywszy, jak w strzemię,Okraczył pniaka i krzyknie: — «Gromada!Toć z nas żadnego nie bito jest w ciemię.
Od czegoż głowa na karku i rada?Żeby zaś radzić! — Nie?...» — Tak chłopy — «Juści!» —Poszedł głos echem borowe czeluści.
A ów: — «Tu jedna rada: wybrać głowyCo tęższe, ile starczy z naszej strony,I do angielskiej niech idą królowy,Że katolicki lud tu jest krzywdzony!Że nas wpędzili tu, w ten gąszcz borowy,Jak stado wilków, bez pługa, bez brony,Bez konia, wołu, bez chleba, kościoła,I że tu naród na pomoc ją woła!» —
— «Racja!» — zakrzykną chłopy. — A ów zasię:— «Niechże uczyni rozsądek tu jaki:Albo siednięte na lekkim popasieI do odlotu gotowe my ptaki,Aboli naród, co w ziemię tę ma sięWkorzenić tutaj i puścić tu znakiPotu krwawego, jak ten przygwałconyJasion, co puszcza korzenia z korony». —
Odsapnął, czoła otarł i nuż oczyObracać, ktoby się tu godził w posły?A już się koło w gromadzie zatoczy,Szepcą... Już z szeptów pogwary urosły,Kiedy wtem Jasiek z nagłości przyskoczyKu mnie, jakoby go pióra uniosły.— «Majster! — zakrzyknie — A to na karczunkuPrzytuła wisi!» — Tak wrzasnę: — «Ratunku!» —
Jako więc buhaj łbem huknie we wrotaPłonącej szopy, aż trzasną wierzeje,I w świat, a za nim pożoga się złotaŻywego ognia, jak rzeka, wyleje:Tak ja uderzę w ścisk, a cała rotaZa mną, bez drogi, przez haszcze do knieje...
Poprzedzie chłopak, jak wiatr, i tak burząLecim, tylko na te czuby się kurzą.
Dopadlim... Chwytam, trzęsę — nic! Po czasie...Już tam nie było i pary w tem ciele...Sztywny już, wisiał nieszczęśnik na pasie,Swoim zielonym, co brał go w niedziele,W toż samo drzewo zatknięty był zasieTopór z rozmachu i wiorów niewielePod nim, ot tyle, co w trumnę pod głowę...Jakże nie ryknę: — «Rany Chrystudowe
Otwarte! Tegożeś tu dożył końca,Bracie!... Takążeś śmiercią... sam... bez pory...Takżeś się umknął w cień wieczny z pod słońca!...Takiżeś wpisał toporem w te koryTestament!...» — Stała gromada milcząca,Odkrywszy głowy. Jako więc w nieszporyJeruzalemskie, gdy dzień się przyniża,Podnieśli ciało my z pod męki krzyża
I zaraz mu tam ręce tych tułaczyDół wymościły wiorzyskiem foremnie.Lecz choćbym sto lat... ej, co sto lat znaczy?...Choćbym więc oślepł — zostanie się we mnieTo wielkie, zimne spojrzenie rozpaczy,Co mówi niebu i ziemi: — «Daremnie». —I tam i tutaj, i gdzie pójdę — wszędzieTak patrzeć i tak mówić do mnie będzie....................
Hej, puszczo, puszczo niezgłębionych borów,Stanęłaś ty nam w drodze czarną ścianą,Na której kartę ognistych kolorówWidziałem, ręką Boga wypisaną!
Skroś ciemnej nocy, skroś mroku wieczorówWidzę cię, w gwiazdy i kwiaty utkaną...W cichości stoisz. Naraz z ciebie buchaKrzyk, jęk, przekleństwo... I znów cisza głucha.
Hej, puszczo, puszczo! Zeszli my się społem,Jak te dwa wichry z zachodu i wschodu.A ty się ostrym stawiłaś nam kołem,Przeciwna rzeszom onego narodu,Co spadł na ciebie lecącym sokołem,I piersi jego przebiłaś od spodu...I posypało się skrwawione pierzeKtórego Bóg sam, choćby chciał, nie zbierze.
Hej, puszczo, puszczo! Połknęłaś ty rosyKrwawe, po których gdy ziemia zarodzi,Słyszane będą westchnienia i głosy,Jak kiedy z płaczem po lasach kto chodzi!Otrzęśli my się o ciebie, jak kłosy,Gdy je w sto cepów grad tęgi ugodzi...I padło ziarno, pleniste a świeżeW ugory twoje i w twoje rubieże....................
Chciałem krzyż... Stoją w milczeniu ponurem.A Kos: — «Samobój! Toć u nas tam takiNie na cmentarzu leży... gdzieś za murem...Kamień mu... Kupę chróstu dla poznaki...»A w tem Horodziej zastuka kosturem:— «Ty co?... Adwotkat? Ksiądz?... Patrzcie go, jakiSpowiednik! Będzie tu człeka spowiadał,Co się z nim Ojciec Niebieski już zgadał! —
Dalej! Bierz duchem, kto topór, kto struga!Nie będzie tego mówiono, że leży
Chłop z Obrytego, Podlasiak, z nad Buga,Jak zakopane bydlę, na rubieży!» —Chwycą się. Przeszła godzina niedługa,Już na wzgóreczku krzyż żółci się świeży...Horodziej podszedł, przewiązał go pasemOnym, przeżegnał: — «Śpij z Bogiem tymczasem!» —
Jeszcze my stali, gdy mrowia czerń srogaRuszyła, niby piechotne kolumny,I sama sobą szła ta czarna drogaNa ono wzgórze, na ciało bez trumny...Pełznie... Już wpełzła do połowy stoga...Już go nakryła... Już chrzęst słychać szumny...Już piach przewierca... Już się po nim toczy...Znikła... Piach rusza się... Zakryłem oczy....................
Dzień gasnął. Gwiazdy migały już w niebie,Jak kiedy złote ściegi kto przewleka,Milczkiem szły chłopy, nie mówiąc do siebie,Tak w gardle żal im połknięty dopieka.A w tem zakraka sęp i zakolebieCzarne skrzydliska nad nami... ZaszczekaSzakal gdzieś od gór, zawyje, a z drzewaŻbik z wrzaskiem paszczę zgłodniałą rozziewa.
Idziem tak, aż mnie nagle przejmie mrowieI wiater przykry od bagna zaleci.Spojrzę — na bagnie przez trzciny, sitowie,Miga coś, coś się porusza, coś świeci...Tak myślę: — «Czart jest, alboli zwierz, kto wie?» —A już się we mnie strzelecka chuć nieci.Zaciągam wiatru i nadstawiam ucha...Chrzęstło... — «Zwierz!» — myślę, a w bagnie coś plucha.
Więc Rocha, w pobok co szedł przy mnie, trącęI szepnę: — «Coś ta siedzi w onem błocie...»— «Gdzie?» — Mignę głową, a w tem pałająceDwa ślepia, całe w krwawniku i w złocie,Błysną z ćmy, jakby z chmury dwa miesiące.Tak ścisnę pięście: — «Hej, dałbym krocieZa strzelbę!» — kiedy nagle w te latarnieOstrym ładunkiem ktoś z kupy wygarnie.
Chlupnęło w bagnie, jakby cisnął saka,Zagasły ślepia zdmuchnięte od ręki.Po świście kulki poznałem Kurpiaka,Żuka z Zielonej, rodzica Jelenki.Ten się swojego nie puszczał szturmaka,I w obrzydzeniu miał loft i szrut cienki...Tak krzyknę: — «Wiwat Kurpie!» — A już kupaNaszych się wali i po trzcinach chlupa.
Nuż hukać, ognie krzesać u wiszora,I przeć się w bagno zarosłe tą haszczą.Tygrys był! Jeszcze drgał, tego ozoraSkąsiwszy własną ukrwawioną paszczą.Tak Żuk przymierzy lufy, gdzie komora...Huknie... Zwierz skoczył, padł. A już go taszcząZa łeb, za ogon, za uszy, za łapy,A ów posokę wylewa przez chrapy.
Więc zaraz my tam palili ogniskoU bagna, gdzie legł kawał gołoborza,
Nuż dziw! Bo zwierz był, jakoby kocisko...A na nim w pręgi pisana ta koża.Pchają się, wszyscy chcą go widzieć blisko,Patrzą, macają, lecz Żuk dobył nożaI ściągnął skórę, napruwszy jej kęsa.Ścierw my cisnęli precz, bo cuch szedł z mięsa.
Hej, że też ciebie nie było tam, czarkoŻytniówki naszej, poczciwej siwuchy!Człowiek nie bachus, a przepiły miarką,U ognia siedząc pod noc między druhy...Ale gawęda i tak poszła szparko:Ten łże, ten zgada, nastawia ów słuchy.Nad wszystkich Kurpie trzymają prym w mowie,Majstry na zwierza w wszelakim obłowie.
Wnet, jakby żywe, stanęły nam lasyNasze na oku, z tą mroźną ponową,Ten obrus śnieżny, jak białe atłasy,Ta okiść, srebrną wisząca posową...Już słyszym łomot chróstu... psów hałasy.Już jelon bieży, staje, kręci głowąKoronną... Słychać gdzieś chrząkanie dzika...W tem błysk! Huknęła strzelba kłusownika.
Więc jak gach, w cudzą wkradłszy się komorę,Cichutko stąpa i tchem ledwo szepce,Tak ów się czai po zdobycz w tę porę,Bacząc, czy suszki trzeszczącej nie zdepce.Zaczem przyciąga sanice tam spore,Pokurcia zgwizdnie, co w śniegu krew chłepce,
Utroczy zwierza, gałęźmi nakryje,I w bór, nos na wiatr podając i szyję.
Słuchają chłopy, śmieją się... Znać z twarzy,Iż im ta powieść znajoma i miła.A cóż? Toć borom sam Bóg gospodarzy,Zwierza w nim chowa i na strzał posyła.Z pradziada było tak! A mówią starzy,Że wszelka knieja pospólną wpierw była,Nim usypała szlachta one kopce,Co mówią: — «Potąd twoje, a tam — obce.» —
Lecz Paweł Koźbiał trząsł ręką i brodą.— «Co mi tam knieja! I co mi tam bory!Ja sobie siedzę nad rzeką, nad wodą,Gdzie w trzcinach krzyczą cyranki, kaczory.Człowiek aż głuchnie, jak do dnia zawiodąWszaskuny owe lub w ciepłe wieczory.To z leda kija człek w szuwar wygarnie,I ma co w miasto nieść albo w śpiżarnie».
Więc zaraz w dwoje rozhukną się głosy:Ci chwalą wodny łów, a ci borowy.Już Bartki, Maćki, Bugaje i KosyOdrzucą w strony kapoty i głowy.Już brzęk, szum, jak gdy poruszy kto osy...Tedy ja, widząc zawziątek takowy,Nuż strzelbę chwalić. Żuk na to: «A pstrzykaNiezgorzej! Z dziada mam ją, nieboszczyka.
Ojciec mój takoż strzelał z niej. Już z roduKochamy się tak w łowiectwie, my, Żuki.Com lisów natłukł, co wilków zamłoduTą kozią nogą! — Myślałem, że wnuki...
Nieprawda! Poszła z mojego ogrodu,Na Bożą grzędę dziewka! Dziś my krukiSamotne z matką...» — Tu ból uwiązanyTargnął się we mnie, zawył, rozdarł rany.
A wtem się podniósł wichr. Zrazu padołemRozszeptał trawy, rozszumiał byliny,Zaś się zamachnął szeroko, a kołemTrzask i syk poszedł łamiącej się trzciny.Aż wzmógł się, zebrał w sobie, gruchnął czołemW odwieczne stołby borowej głębiny,Zatrząsł pnie, wzleciał, urwał się ze smyczy,I po wierzchołkach świsnął w tysiąc biczy.
Zawyła puszcza. Huk poszedł po kniei,Jakby sto gromów trzasło. Już świst dzikiLeci przez wzdęte struny tej zawiei,Jak przez syczące wężowe języki.Już zgrzyt, szum, łoskot, nie patrząc kolei,Buchnęły w jeden gwałt! Aż z tej muzykiPrzeciągłe wyszły jęki i lamentyOd ziemi aż po nieba fundamenty.
Bór ożył. Drzewa wyciągają ręce,Załamią z trzaskiem je i trzęsą niemi.Insze w śmiertelnej skurczyły się męce,Wiją się, głową uderzą po ziemi;Tc ryk rozpaczy mają, te — dziecięceGłosy rzewliwe, z skargami cichemi...Insze stanęły z wyciągniętą szyjąI jak psi na mór lub na wojnę — wyją.
Czasem upadał wichr, jakby od gromu,A puszcza niema stawała i głucha;Tak matka, gdy jej trumnę syna z domuNiosą, na progu zmartwieje i słucha...
Aż znów się zrywał jęk, świst, huk, trzask łomu,Znów trzęsła borem dzika zawierucha,Skróś której wyły tak okropne głosy,Jakby świat tarzał się i darł za włosy.
Tak to wichr w onych ostępach powtarzaOdwiecznem echem płacz stary człowieka,Płacz najpierwszego boleści włodarza,Adama, kiedy z ogrojca ucieka...Tak wtórzy jękom otchłańca Łazarza,Gdy na poczęcia noc swego wyrzeka...Tak grzmi przestrachu sądnego żałobą:— «Góry! Pagóry! Przykryjcie nas sobą!» —...................
Siedzim tak, milcząc, a serca nam głuszaCiężka obeszła, jak woda, jak morze.Wtem Roch: — «Toć nie co, tylko tu się duszaPokutująca po tym tłucze borze...» —Więc wszystkich nas to niemile zarusza,Iż źle wspominać rzecz taką w tej porze,A Kos: — «Ha, któżby?... Nieborak Przytuła...Wichr dmie, bo ziemia wisielca zaczuła!» —
Lecz ku borowi głowę dzierżąc Żuk: — «ACicho! — zaszepta — Ja tu coś miarkuję...»Słyszycie-no, jak tam coś po drzewach puka...Nie dzięcioł! Dzięcioł nigdy tak nie kuje...O!... Teraz!... Znowu!... Teraz tam!... To sztukaJakaś! To dwóch się po głosie zgaduje!» —Spojrzę, gdzie chłopak? — «Jasiek!» — krzyknę. JeszczemNie wiedział czego, już wstrząsłem się dreszczem.
Tak targnę wąsa, splunę: — «Tfu! Do grzechu!Będę turbował się lada stukotem?»Lecz jak nóż utknął strach we mnie i dechuNie puszczał z piersi. A chodził słuch o tem,Że dzicy... Chryste!... Jakże się w pośpiechuNie porwę! Zimnym jak nie spłynę potem!Chcę biec — i nagle staję skamnieniały:Świstło! Wyraźniem usłyszał świst strzały!
Wtem, jak piorun, co nim grzmi, wpierw błyska,Widzę, od bagien leci to nieboże...Bez tchu, bez głosu doleciał ogniska,Powietrza chwycił, przemówić nie może...Ręką u piersi płótniankę zaciska...Chwycę go. Krzyknął. Krew... Całe krwi morze...Wyprężył mi się, rękoma uderzył,Zwisnął, zaszeptał, głową rzucił — nie żył.
Zdarłem płótniankę z piersi. Drobna ranaCzarna, jak gwiazda żywota zgaszona,A od niej, siedmiu drogami wysłana,Śmierć jadowita szła, znacząc promionaModre, jak węże... Piórkami utkanaStrzała tam tkwiła... Tak z oczu mi słonaŁza spadła na to pacholęce ciało,Co zaświatowe kolory już brało.
Runęły chłopy w bór. Tak krzyknę: — «Wara!Kogo tu będziesz szlakował i gonił,W tej puszczy siedzi noc głucha i stara,Której sam Pan Bóg te oczy zasłonił,Ślepe! W co bić chcesz?... Dość jedna ofiara!Już źle tu z nami, gdy Bóg jej nie bronił...Już nam się czarna godzina tu mości...» —Wtem ryknę, srogiej nie mogąc żałości.
— Wiejcie więc teraz, wy wichry pustyni!Krzyczcie więc w niebo, jęczące wy głosy!Niech się tu koniec wszystkiemu uczyni,Niech — jako psi kość — tak zgryzą nas losy!Lecz ciebie Chrystus o krew tę obwini,Ziemio ty, co tu takie pijesz rosy,Co milczkiem strzały wypuszczasz w pisklętaBezpióre, w puchu jeszcze... Bądź przeklęta!
Szedł czas. O posłach już mowy nie było.Ostańczuk smołę pędził w swym bajdaku.Serce się jakoś w narodzie ściszyło,I znów po dawnym robota szła szlaku.Lecz powierzch tylko, bo z oną mogiłąGardłowa sprawa zawisła na haku,Którą lud w wnętrznej rozsądzał cichości:Wracać, czy tutaj położyć mu kości? —
Więc u pustego siedzący ogniska,Myślałem sobie, że sama nas dolaNagli, popycha, przygwałca, dociskaW powrotną drogę na własne te pola.I nieraz, kiedy cicha gwiazda błyska,Westchnę ja w duszy: — «Ha! Bądźże twa wola!Wracać, to wracać!» — I zaraz w tej męceFolgę poczuję i wąsa pokręcę.
A na świat padły deszcze. Iż tam czasyTakie przychodzą, że leje, jak z cebra,Więc stają wtedy puszczyńskie te lasyWe mgle, jak gdyby nadmuchał w nie srebra.
Tylko się po nich bieleją te rasy,Tylko się drzewom tym kurzy przez żebraTumanem sinym. Tak je tam ta słotaOkadza, niby popy carskie wrota.
Wypełzły z borów gady, iż im płużyTaka pogoda mokra na pomioty.Gdzie stąpisz, żmij się jako powróz dłuzy,Czerniejąc, modrząc się, lub czyniąc złoty.Przejdziesz — twe szczęście! Lecz niechże unurzyW stopie żądlisko — już nic do robotyNa świecie nie masz... Wszystkiemu waleta...Bo śmiertelnego jest pieczęć sygneta.
Obchmurniał naród tą długą ulewą,Z której mu oschnąć nie dała i chata.Ale się zawziął już i precz ciął drzewo,Iż niemasz — jak sam człek jest sobie — kata.Biją topory we mgle, w prawo, w lewo,Na każdym dziale siekiera kołata...Alić kto chłopa zna, któ w huk się wsłucha,Czuje, że w ostrzu tem już niema ducha!
Tak kiedy bije na boru chłop w sosny,Na zręby chaty, na belki, na deski,Topór mu w garści furczy, jak ptak z wiosny,Głos dawa jasny, szeroki i rzeski;A kiedy na dom ostatni, żałosny,Tarcice ciesze pod krzyż ten niebieski,Siekiera w rękach mdlejących ustawaI — jak grudź ziemi o trumnę — głos dawa.
Bodajmbym zełgał i tym był prorokiem,Co pod drzewiną w słoneczku se siedział,A tak się jednem smaczno zdrzemnął okiem,Że zmiłowania Bożego nie wiedział —Ale tak myślę, że wielkim się krokiemBliżył ten doli sądzonej nam przedział,Gdzie wszystkie więdną i gasną nadzieje,A człowiek mówi: — «Niech co chce się dzieje!...»...................
Jakoś w tym czasie przyciągło NiemczyskoW bory telegą, pykając fajeczkę.Zaciągnął budę, przed budą bób z miską,Piwa na ligar wytoczył też beczkę.Kram gotów. Baby latają, że blisko.Ta mydło, ta nić targuje, ta świeczkę;Więc świeżych wieści, jak z pieców tam chlebaSzło przez dzień, że i piekarni nie trzeba.
W tydzień coś jaki czy we dwa — nowina!Leci Bartkowa Jaga z tej kramicy.Nie doleciała, już krzyczeć zaczyna:— «Pańszczyznę jadą pisać urzędnicy!» —Jeszcze ta pierwsza nie zaschła jej ślina,Już od granicy bór wre do granicy...Cisną topory chłopy, i jak stali,Tak cała kupa do kuźni się wali.
Kipi lud, jako więc ten ukrop w garku.A tutże jedzie wóz, drugi i trzeci...Urząd! Tak dalej z każdego folwarku(Folwarkiem zwali murzyńskie te kleci!)Trzy dni przez tydzień spisywać szrwarkuNa chłopa, a dzień na baby i dzieci,
Z faszyną. Stoi gromada, jak niema...Aż huknie, niby z moździerza: — «Nie chcema!» —
I zaraz noga od nogi, iż w krokuChłop chce być pewny, gdy idzie na pięści...Już żywy ogień zajarzy się w oku,Już garście w kułak, już twarda kość chrzęści.Zasiekli zęby, stoją. A zaś z bokuBaby. Tak wojsko wódz dzieli na części:Pod pierwszy ogień front, a dla przygodyNa skrzydle sobie szykuje odwody.
Przed nami, niby taborem Nogajce,Wozy od drogi stanęły w półkole.Wtem tłumacz zacznie, dłubając po fajce:— «Tu nie o chcenie idzie, nie o wolę...»Lecz Roch w rzecz wpadnie: — «A rajce! A zdrajce!To wy nas tutaj przedali w niewolę?...To my w pańszczyznę tu szli? Na odrobki?To tak?...» — W garść plunął: — «A dalej, parobki!» —
Świsnęło w kupie, jak w puste żołędzie.W kłąb się zwinęli wrzący; prą się, pchają...Widzę, że o krew czynić się tu będzie,Tak huknę: — «Hola! Posłów nie wieszają!Kto poczciw, w mojej stawaj tu komendzie.My nie cygany! Nie zbójców my zgrająPrzyszli tu! My tu emigracja polska!Nie luza jakaś zbójecka, warcholska!» —
Tak chłopy: — «Stać! Stać!... Pan Balcer niech gada».A tłumacz na wóz myk, jak do fortecy...
(Komisarz za nim, pisarz — wszystko wsiada),Aż gdy poczuje za sobą już plecy,— «Co? — krzyknie.— Napaść?... Komisję napadaHałastra chłopska?... Bunt?... Ja się tej hecyNie boję! Ja tu z urzędu! My mamyPrawo za sobą! A wy co tu, chamy?» —
Tak stąpię krokiem: — «Z respektem tam! Hola!»Pokręcę wąsa i obrócę śliny:— «Tu nie bunt! Tutaj jest gromadzka wola!Kolonja tutaj! Nie chamy, murzyny...Zgoda, to zgoda! A nie, to do pola!(Tu machnę ręką ku drodze w bór siny)My pod pańszczyznę nie damy tu karkuI nie będziemy odrabiać szarwarku!»
— «Jużci! Nie będziem!» — odhukną mi chóremChłopy i łbami wyrzucą, jak tryki.Tak stąpię krokiem znów (ci za mną murem).— «Co my tu mamy? — krzyknę. — Jak te dzikiSiedzim w tej kniei! Łatwo skrobać piórem,Ale żyć trudno!» — Tak za mną znów krzyki:— «Nijak życ! Dobrze Pan Balcer powiada.Jak on, tak za nim i my też, gromada!»
Duch powiał po mnie żarem. Więc tak prawię:— «Tu bez odrobków jest dosyć ciężkości!Przelecieliśmy, jako te żórawiePrzez morze, swoich puściwszy się włości...Miał tu nas kraj ten potykać łaskawie,Obiecowali przeróżnych dobrości,Aż jak za nami zatrzasły się wniki,To my nie ludzie już? Nie katoliki? —
O chrzest napróżno dzieciątko się prosi,Bez ślubu idą dziewki w poniewierkę,
Duszę obrudził człek i tak ją nosiW sobie — tu splunę — tfu! jako tę ścierkę!Mór po nas, jakby po trawie tej kosi,Z ciał chrześcijańskich ma zwierz tu wyżerkę,Gdzie padniesz, tam ci cmentarz i mogiła,A rząd nas tutaj w szarwarki obsyła?
W pańszczyzny? W tłoki?... Z nas tłoki wybieraGłód, pożar słońca, robactwo i nędza...Strzęście nas, czy tu kto ma choć halera!Jak psi my w budach! Jak bydło bez księdza!Do garści prawie przyrosła siekiera...Niechaj więc nas tu w odrobki nie pędzaNikt! Bo nam nie lża, tylko paść i zginąć...A prawa swego nie damy tu minąć!» —
Zatknę się, bo mi dech w piersiach zaparłaOkrutna pasja i żałość zbyt sroga.A za mną chłopy, co który ma garła:— «Nie damy! Nie chcem nad sobą batoga!»Nuż tamci z wozów w swą! I tak się darłaPo drugiej stronie rozżarta załoga,Aż huknę: — «Ciszej! Tu jeszcze tej mowyNie koniec!» — Zmilkli. Więc ja znów w te słowy:
— «Cierpielim. Chcielim dobyć z tej pustaciOrnego pola pod zboża, pod sioła...Chcieliśmy tutaj za synów, za braciZiemi tej ludziom być... Kipiały z czołaŚmiertelne poty przez borów połaci...Dość! Niech nikt na nas o więcej nie woła!Bo tu są wichry, co takie sekwestryKrwią wpisać mogą w tej puszczy regestry!
Kośćmi my swemi mościli te szlaki,Co do tej czarnej przywiodły nas bramy.Kto przyjdzie, już tu po nas najdzie znaki:Gościńce trupie, mogilne te jamy...Z piór my się tutaj otrzęśli, jak ptaki...Toć nasz jest szarwark! Inszego — nie damy!A teraz — precz stąd, dopókiście cali,Bo ogień buchnie z nas i bór ten spali!» —
— «Huu!...» — Chłopy nagle zawyją, jak stado,I w niewstrzymanym zaniosą się pędzie...Tak stanę, ręce przed oną gromadąRozkrzyżowawszy: — «Stój! Przez Boga — sędzię!Bezpieczni przyszli, bezpieczni odjadą.Włos jeden z głowy im tutaj nie zbędzie!Na sobie trzymam ich, i na swem słowie.»— «Ruszaj! — ku wozom krzyknę. — Chcesz mieć zdrowie!»
Jako więc owcarz gna owce przed burząZ góreczki, w kupę zbite i tętniące,A tu za niemi pola już się kurzą,Już wicher kręci trawami po łące,Już grzmot, już się te błyskawice mrużą,Oblatujące niebo w oba końce,Tak z nawałności tej i z rebeliiPędziły wozy, na złamanie szyi.
Ale jak stado, stłoczone we wrota,Upali piorun i udrze mu runa,Tak wozy babska dopadła piechotaI gruchła o nie napodób pioruna.Ciągną, drą worki... Już świeci w nich złotaKukurudz, niby błyskawiczna struna,Już jako chmura ulewą ciężarna,Z szumem fasola sypnęła się czarna.
Prażą ci z wozów kijami i biczem,Ciskają grace, co wieźli nam — w baby.Lecz się rozjadły, nie straszą się niczem.— «Precz, krzywdziciele! — wrzeszczą — Precz wy Szwaby!»Tak z rozpalonem od gniewu obliczemTa się rozwory chwyta, a ta draby,Kamieńmi, piachem walą, ciągną siano...Aż dech im zaprze z krzyku, więc ustaną....................
— «Ha! — rzekę, gdyśmy o wieczornej chwiliU ognia siedli — to już i po kramie!Tu już my bierki po stole rzucili...Tu już i stoim w powrotnej tej bramie.» —Wtem Kos: — «To pójdziem od mili do mili!Możeć nas jeszcze ta bieda nie złamie...» —A insi: — «Pójdziem! Jak do Częstochowy,Pójdziem!» — Tu oczy podniosą i głowy.
A gwiazdy gęsto po niebie rzęśniały,jakby te żółte kwiatuszki po łące...Aż nagle, w rańtuch owinięta biały,Wstanie staruszka od ognia i drżąceRęce rozwiedzie. — «Powiały... PowiałyWichry... — zanuci. — Poniosły tysiącePrzez wielkie morze... precz... od swego płota.Jakoż was najdę, ja ziemia — sierota?...
Ten jeden tysiąc — zatonął do morza...Ten drugi tysiąc — polegnął od moru...
Ten trzeci tysiąc — zaprzepadł w bezdroża,Ten czwarty padnął kamieniem u boru.Na wielkiej drodze stoi męka Boża...— Czekajże ziemo — sieroto, wieczoru!...Czekała ziemia, aż przyszły te posły,Powiały wichry, garść prochów przyniosły!»...................
Stoi tak, cała rozchwiana w swym śpiewie,Opadły z głowy podniesionej chusty...Już ścichła, jeszcze samamo tem nie wieI bezdźwięcznemi niemo rusza usty...Tak westchnę, wstanę, ogarnę zarzewie(Niemasz cię, Jaśku, coś nosił mi chrósty!),A jakom wziął tę komendę swą mocą,Tak rzekę: — «Jutro wyruszym przed nocą.»
O utęsknienie! O duszny ty głodzie,Którego cudzym nie utłumić chlebem!Żaglu, co nosisz obłąkane łodzie,Oceanowych dróg pienistym źlebem!Wietrze, wiejący ku miłej zagrodzieNa każdą chwilę i pod każdem niebem!O bystre skrzydło, na którem się ptakiKu gwiazdom noszą śródniebnemi szlaki!
Tyś to nam było gościńcem i drogą,Którą się nasza rzuciła gromadaW świat, niedeptany jeszcze ludzką nogą,Gdzie nic po swemu do człeka nie gada,Gdzie nijak, o nic nie pytać nikogo...Tyś to nas, jak te żórawiane stada,W powrót poniosło pod zorzy obłękiem,Obwołujących się żórawim jękiem!...............
Dotąd ja widzę ordynek nasz cały:Młódź bystra poprzód, za nią Roch Zatrata,Tuż Kuba, Ziąba Wawrzon, dwa Koźbiały,Pietr Bandys, Bugaj, Kacper, zwan Harmata,Dalej, w starości swej zeszłej struchlałyHorodziej, drepce, włos za nim polataMleczny, jako więc łabędziowe pióra,Za Horodziejem Szczęśniak, Lis, Sekura.
I ciebie widzę, Marychno Dudkowa,Dzieciątko swoje tuląca w chuścinie,Drżąca, czy Bóg je weźmie, czy zachowa...I ciebie, Dudku, i ciebie, MarcinieSrokaczu! Twoja ogolona głowa,Jak żywa, tam mi widna w tej godzinie...Tuż Zagajnego widzę, widzę Struga,I ciebie, święta staruszko z nad Buga!
Stajała nasza kupa, jak śnieg taje,Kiedy go słońce marcowe obświeci.Huk ludu ciągło na one wyraje,A teraz ostał co drugi, co trzeci...I oto znowu na ściężaj nam stajeDroga, przez którą ptak ztrudna przeleci,Niebo i ziemia... A my między niemi,Ani z pod nieba tego, ni z tej ziemi.
O, ktoby mi dał, iżbym tę gromadęMógł wymalować, ku ludzkiej pamięci!Idą. Dech świszczy. Wychudłe i bladeTwarze. Pod węzełkami idą zgięci.Stopy ich broczą krwią... Tu więc ja kładęRękę, w te ślady, w te krwawe pieczęci,Iżby nabrała koloru tej męki,Choć wiem, że nigdy nie zmyję już ręki.
A zaś opowiem wszystko i wypiszęAż do ostatka tułackie te drogi.Bo mi się serce na wichrach kołysze,Jak sęp rybołów, nad morskie rozłogi.Ode dna, wielkie głosy biją w ciszę,Narzekające, i widać tłum mnogiMar, z których każda wspominania żądaI śniadem licem skroś fali przegląda.
A ja, na mary owe patrząc zgóry,I jęku głosów tych nabrawszy w duszę,Rozciągam skrzydła, zakrzywiam pazury,I pierze, rdzawe krwią, na piersiach puszę.Zaś spadam, błyskiem bijąc w mar tych chmury,Cały rozwiany w lotu zawierusze,A ile chwycić i unieść mam mocy,Tyle ich falom wyrywam i nocy.
Lecz one, wisząc u piór moich końca,Ociekające deszczami srebrnemi,Wołają: — «Ty nasz zbawca! — Ty obrońca! —Ty imię nasze zachowasz na ziemi,Iż wygładzone nie będzie z pod słońca!»... —A wtem je smętność grobowa oniemi,Bowiem przypomną, że nie wrócą żywo,Lecz jak rozwiane echo i słów szkliwo................
Rzucili my się skroś borów. A byłoTego, jak morza przed nami. Te drzewa,Te krze, to się to aże bałwaniłoW sobie, jak fala, gdy falę zalewa.Więc tego ludzką nie przebrodzić siłą,I wyjść stąd żywo niech się nie nadziewaŻaden, bo mu ta puszcza pierworodnaNie pofolguje, i musi iść do dna.
Ale że było rozruchu niemało,Zanim to sobie naród dał przełożyć.Bo się każdemu z przodku wydawało,Że tylko iść, a iść, a kroku sporzyć,A łbem przebijać gąszcze one śmiało,To musi bór ten na świat się otworzyć.A nikt nie liczył — o czem iść? Choć letce,Co miał, na plecach uwiązał w płachetce.
Wiedziałem, jako tu gdzieś bliższą drogą,Przez step, do rzeki można, pod wschód słońca.Lecz za borami naród trzymał srogo,Jako że owe pożary gorącaW leśnych nas kniejach tak łatwie nie zmogą.Więcem już swego nie przeparł do końca,Bo się niewiasty, dzieciątka co miały,Też bardzo pilno przy borach ozwały.
Tak my się darli dzień i drugi darli,Przez bór ten, jak przez okrutne boisko,Gdzie społem żywi prą się i umarli,I gdzie od trupa pod nogą jest ślisko...Lecz my, jak raz się w gęstwinę tę wparli,Tak szli, nie wiedząc — daleko czy blisko,I ślepo się w tej plątając obierzy,Gdzie i ten pień ci wróg, co gnijąc, leży.
Naprzód, a naprzód! Hej, są takie moce,O których człowiek, że je ma, nic nie wie.Aż gdy nim dola, jak pies, zaszamoce,W kościach mu ono zajarzy zarzewie...Na gniazdo lecąc ptak, zcicha świegoceI wielkie morze przemija w tym śpiewie...Tak dusza w ludzie czyni się skrzydlata,Gdy wie, że miłej krainy dolata.
Aż pod noc trzecią — stój! Golaźnia byłaNiegwałtem wielka, a na niej szałasyI krzyż. Pod krzyżem ziemia się czerniła,Jak kopczyk chróstów wygasłych za czasy.Ruszym my bliżej, aż ona mogiłaJak się nie porwie, nie wrzaśnie na lasy!Jak nie zakrąży nad nami chmurzyskiemZ okrutnym skrzydeł łomotem i piskiem!
Spojrzę ja — żywe Chrystusowe rany!A toć tu na żer padła sępów kupa!Toć tutaj leży człek nie pogrzebany,W płótniance, w kierpcach, nasz!... Więc się do trupaRzucim, a baby w płacz, niby w organy,A ówże, nakształt krzyżowego słupaRozkrzyżowany, śmiejący się niebuNagiemi kośćmi szczęk, i bez pogrzebu...
Bo śmiał się. Ten trup — śmiał się. Ta kość suchaŚmiała się oną śmiertelną rozpaczą,Co z szczęk otwartych bez głosu wybuchaI z oczodołów pustych, co nie płaczą.Mróz poszedł po mnie... Ha, jeśli Bóg słuchaŚmiechu tej kości, nad którą tu kracząSępy, to w niebie spać nijak nie może,Chociaż gwiazdami wysłane ma łoże!
Na krzyżu napis: Polska Kolonija.Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery.A zaś poniżej: — Jezus i Maryja! —Kozikiem, grubo wyrżnięte litery...Krzyż przez ramiona różaniec obwija,A pod różańcem nacięcia siekiery:... Raz, dwa, trzy... dziesięć... dwadzieścia... Tak głowyPadle tu liczył ostatni karbowy.
Wkoło mogiłki,a po nich się czerwieMrowi, z szelestem suchym, naskroś piasku.Sęp to zapadnie, to znowu się zerwie,W potężnych szumach i w czarnych piór blasku.Nic znać, co świeżo sypane, co pierwie,Bo wszędy górki padają się, w trzaskuSpękanej ziemi, i wszędy kość białaSterczy, do naga obrana już z ciała.
Na kościach widne siermięgi, kapotyPodlaskie, szyte taśmami czarnemi,Chusty, rańtuchy niewiast, i włos złotyDzieciątek, z onej wygrzebany ziemiWięc uderzyły na mnie zimne poty,A żadnej ślozy nie czułem za temiOczyma, com je wbił w one mogiły,Twarde a zimne, jak lodu dwie bryty.
Poklękły baby: — «Wieczne spoczywanie!»...Szepcą, wzdychają... A już się krew we mnieRzuciła warem... Tak krzyknę ja na nie:— «Ciszej tam!... Co tu gębę psuć daremnie!Tutaj nie cmentarz! Tu kruki i kanieWyżer swój mają! Tu ziemia nikczemnieZdradza swe trupy przed sępów oczyma,A spoczywania żadnego tu — niema!»
Więc płacz tem cięższy buchnął. — Ot, ci dola!Ot, panowanie, bogactwa, wolności!Ogolonego z boru szmatek pola,I te psie budy, i nagie te kości!— A niechże tam już!... Niech Boska już wola!...Niechże już świecim tym borom, w jasnościTych białych czaszek, co są, jak miesiąceZaryte w ziemi, a w niebo patrzące!...
Chcieli iść ludzie w szałasy — nie dałem.Kto wie, jakie tu po nich biły mory...Więc tylko nad tem nie grzebanem ciałemGorzec my piasku usypali spory.Zaczem leżącą siekierę porwałem,I dawszy zacios ostatni przez koryKrzyża, by regestr głów dopełnić Bogu,Szedłem w gorzkości precz z onego stogu................
A patrz! Tak wszystkie serca się ustałyW tych łzach, jak kłosy obciążone rosą,Kiedy się po nich przechodzi wiatr mały,A one za nim lekuchno się niosą.Więc gdym wstecz ruszył, i chłopy krok dałyZa mną z nawrotem. Czuł naród, że to sąWrota, co tutaj zatrzasły się same,I że nam nie lża przez czarną tę bramę.
W szerokich łunach paliła się zorza,Gdyśmy na borów stanęli rubieży.Już obróceni na wschód i do morza,Za którem — każdy myślał — chata leży.Za nami puszczy głębokie bezdroża,Przed nami — wzrokiem jak tylko zamierzy —Step, skroś sinego ginący otoku,A nas garść, ledwo widna Boga oku.
Ktoby nas widział tam! Te naznaczoneGłowy, na których się już śmierć pisała,A one, przez gwałt żywe i niesioneWysoko, w kim choć krzynkę dusza tlała!
Ktoby nas widział! Ale nikt w tę stronęNie patrzał. Tylko ona straszna chwałaZorzowych ogniów rzuciła nam w licaBlask srogi, niby płonąca gromnica.
Chwilę stał naród, bo wszystkim się zdało,Że jakieś wielkie głosy biją z borów...Więc ten, to owy obróci się mało,Zalśnie od owych jarzęcych kolorów,Któremi niskie słońce pnie dzierzgałoBananów, pinjów, palmów, sykomorów,Czyniąc z nich, przez swą sprawę i robotę,Na czarnych gęślach puszczy — struny złote.
A choć tam dokół pustka była głucha,Wyraźniem widział, jak na struny oneKładą się ręce Zorzowego Ducha,Co ma wpół złote szaty, wpół czerwone.Trącił, a oto pieśń puszczy wybuchaW strzelistych głosów górną antyfonę...Drzewa dostają skrzydeł, chwieją pióry,I w ogniach stoją, jak anielskie chóry.
Tak się ta puszcza przed nami rozwarłaW pośledniej chwili tej, jak skarbca wieko.A co nas pierwej męką prawie zżarła,Teraz, kiedy my od niej szli daleko,Gwałtem się oczu naszych tam naparła,Co prawie krwią już, a nie łzami cieką,
I tak kusiła lud, jak dziwożona,Tajemną cudność ukazawszy łona.
Ale Pietr Bugaj klęknął, odkrył głowę,Grzmotnął się pięścią, jakby u spowiedzi,A wzniósłszy lico wychudłe, surowe,Ciemne od dusznej i głodowej śniedzi,Wziął przygarść ziemi, co pod zorze owePoczerwieniała, jakby ruda miedzi,I pierś zaklęsłą wzdąwszy, by tchu złapać,Ścisnął... Przez palce krew zdała się kapać.
A ów: — «Niechże nas Bóg rozsądzi w niebie!Nas, co my tutaj przyciągli z za morzaW obiecowany kraj ten, i zaś ciebie,Ty cudza ziemio! Aboś ty jest Boża,A my się, grzeszni, na twym struli chlebie,Że z nas tu sucha kość tylko i koża;Albo my — prawi, a tyś jest czartowska...Niechże nas teraz rozsądzi moc Boska!» —
Rzekł i podany w tę złotą srężogę,Trząsł garścią, a łez wielkie błyskawicePrzez twarz mu jasną uczyniły drogę,Jak przez gromową chmurę. Tę prawicęŚciśniętą — widzę do dziś. I nie mogęZbyć z myśli, w jakiej to wzniesione lice —Drgające każdą żyłką — było męce,Gdy ten chłop tak tę ziemię ściskał w ręce!
Szczyptać to była marna tego, aleKto wie, od czego wzlecą albo spadnąOne nad światem uwieszone szale,Gdzie ziarno piasku czasem ciągnie na dno.
Lecz ów, na Boskim jakby trybunale,W zapamiętaniu klęcząc, mocą żadnąOcknąć się nie dał, choć Kos go, jak umie,Tak cieszy: — «Co ta!... Co ta już, mój kumie»! —
I twardy kułak podnosząc do oczu,Chlipał, a wielkie wąsiska mu drgały...Ale Horodziej, co stał na uboczuW płótniance swojej, jak gołąb ten biały,Powiódł rękoma po onem przezroczuPowietrznem, w którem jeszcze łuny grały,I głosem cichym, jakby sam do siebie,Mówił, spojrzenie utapiając w niebie:
— «W Boskim to widać stało dekretarzu,Byśmy w tych borów puścili się bezdna.Paś-że nas tera, ty dobry Owcarzu,Iż nam tu droga ni piesza, ni jezdna,A daj kość złożyć na onym cmentarzu,Gdzie szepcą brzozy, i rosi noc gwiezdna...Ty, co szlakujesz, gdzie owca zapłaczeW cierzniu, i jagnię piastujesz tułacze,
Paś-że nas tera!» — A wkoło, jak wodnaRoztocz, step siniał po nieba krawędzie.Trawy w pas. Idziesz niemi, jakby do dnaÓw nurek, co go trzymają na wędzie,Nic, tylko głębia zieleni bezbrodna,Że jak na morzu, ptak tam nie usiędzieWędrowny, tylko na bujach rozpięty,Pod niebieskiemi zawisa odmęty.
— «Hej! Hej! — zakrzyknie Lis — A to ci paszeNie przesieczone żadną ludzką mocą.Hej, żeby to tak dworskie, a to naszeGromadzkie bydło wegnać tutaj nocą»!A Bugajowa: — «Ja się ta nie łaszęNa cudze! Co mi ta już tera!... Poco?...Albo mi to tu Siwula?... Kwiatocha»?... —Tu żal niewiastę zeprze, więc zaszlocha.
Nuże uradzać, że się to iść ckniło,O tych zagonach naszych, o chudobie,Jak to, jak owo będzie, jako było...Ta ziemia cudza sobie, a ci sobie,Więc że tam wszystko bujało, kwieciło,Ni ich to grzeje, ni ziębi w tej dobie,A każda małość z tej Wóli, z tej Woli,Za serce trzyma i cieszy, i boli................
Idziem. W dzień cichość dzwoniąca się zdawa.Step w blaskach stoi, jakoby nieżywy.Wyprostowana w niebo sterczy trawa,Bez ruchu, gęste ustroszywszy grzywy,Tylko się po niej świetlista kurzawaToczy, migając tęczowemi szkliwy,I nic, i człowiek zgubiony w tej ciszyNa sto mil dokół — dech tylko swój słyszy.
Nagle się szumy szerokie zrywałyNie wiedzieć odkąd, jak na morskiej toni.Wizgiem się wtedy zanosił step cały,Roztętniał jakby pod tabunem koni,I cichł... I znowu szumy przepadałyNie wiedzieć kędy, i cichość znów dzwoni.
I tylko wdali, z chróścianych zasieczy,Murzyn na skórze wężowej zabeczy.
Dopieroż pod noc budzą się muzykiZaczarowanej w tym stepie kapeli.Dopierożbrzęczą te złote gęśliki,Co je z drzew rajskich strugają anieli,Dopieroż gwiazdy, trzepoty, pokrzyki,Furczenie, jakby srebrzystej kądzieli,Cykania, kląski, poświsty, podmuchy...Stronami ciężki łomot i ryk głuchy.
Idziem, aż z onych zielonych czeluściPiechotnych dropiów porywa się stado,Skrzydła, jak żagle rozwiedzie, rozpuści,I wpław pomyka krzyczącą gromadą.A tuż ci z pod nóg zwierz prychnie, zaszuści,Przepadł! I tylko za nim, tą lewadą,W głęboką brózdę nurt trawy się poda,Jakoby czółnem rozcięta skroś woda.
Idziem — nad nami chrząsty biją w błony,By drogi kamień w kosztownym sygnecie.Jedne jak bławat, a drugie, jak onyKrwawnik, a zasię — jak ruta — te trzecie.Właśnie, jak kiedy z królewskiej skarbonyKlucznik przygarściem klejnoty pomiecie,
A te, jak żywe płoną, lecą, brzęczą,Jasną, w kolory malowaną tęczą.
A wtem, na onych szerokich krwawicach,Które tam słońce zachodnie rozlewa,Powietrze całe staje w błyskawicachZłotopierzystych ptaków. Jak ulewaIskier, gdy młoty uderzą w kuźnicach,Tak lecą. Wszystko drga, pali się, śpiewa,Krzyczy, zatacza sobą i szaleje,Jak dziecko płacze, jak szatan się śmieje.
Aż na ostatniej mdlejących łun krasiePokładzie pióra to i wsiąknie w zorze...A im mrok głębszy czyni się, tem zasięMocniej poczyna gorzeć stepu morze.Jak srebrne blaszki na krakowskim pasie,Albo jak świeczki w żydowskiej komorze,Gdy szabas zajdzie, tak gęsto nabiteW trawach, ognice świecą złotolite.
Zrazu głęboko palą się tajnikiStepu, jak próchna, gdy w borach gorzeją.A zaś się wzbiją one latarnikiI księżycowych blasków w step naleją.Aż zawirują, zawiodą tan dziki,I gwiazd lecących uderzą zawieją...Z traw bucha ogień i w trawy znów nurka,A coraz suchy trzask, jakbyś tknął kurka.
Iż są w tym stepie dziwne czarokwity,Co nocą z trzaskiem otwierają kwiaty,
Jedne — jak tarcze, a insze — jak kity,A te — jak miecze, a te — jak bułaty...Chwieją się, szumią, kwiat świeci odkryty,Do serca wnętrzne roniąc aromaty,A nad nim, z głośnem buczeniem się miotaĆmów, bąków, trzmieli pospólna hołota.
Bo tam noc nie jest, jako u nas, rzewnaI pełna łaski na duszną tęsknicę,Kiedy to leda fujarka ci z drewnaŁzami urosi spalone źrenice...Nie jest ni cicha taka, ni tak śpiewna,Ni zadumane nad ziemią ma lice,Lecz, jako wiedźma lecąca na miotle,Kipiący wrzątem życia miesza w kotle.
Więc gdy się nasza pośpiła gromada,Po ciężkim znoju o ziemię rzucona,Dusza się we mnie zrywała i radaSnuła te myśle, jak przędzę z wrzeciona...A jako pszczoła na kwiecie usiada,W kolorach jego i w woni zgubiona,Takem się gubił w te cuda, w te strachy,W te blaski, szumy, poświty, zapachy.
A co największy dziw, ta ziemia wszystka,Sama tu pani, sama gospodyni.Boć z trudna za wieś liczyć kretowiska,Co je po stepie kopają murzyni,Które, gdyby zaś nie dymek z ogniska,Co się tu, owdzie skroś trawy zasini,Łacno, idący, przestąpiłbyś nogą,Jako mrowisko w brzeźniaku nad drogą.
Czwary my dzień już szli o twardym głodzie,Że choć gryź kamień! Alić i kamieniTam brakło... Na nic duch zemdlał w narodzie.Noc klęsła, ludzie ciągli, jak pośpieni,Właśnie się niebo jaśniło na wschodzieWąskim rąbeczkiem srebrzącej zieleni,Gdy nagle między trawy falująceBłysły nam wielkie, czarne półmiesiące
Zagiętych rogów. Kos pierwszy je zoczył,Zamachnął ręką, by dalej — ni krokiem.Stanęlim. Jeden Żuk tylko poskoczył,Iż zwierza bystrem ustrzelił już okiem,Wyciągnął szyję, z rzemienia odtroczyłFuzję, przymierzył... Patrzę na głębokiemŻeraniu stadko bawołów się pasie...Drgnął cyngiel, gruchło setnie! Aż tu zasię
Jak nie wyskoczą nagle gdzieś z pod ziemiMurzyny, właśnie jako źli psy z budy!Jakże nie wrzasną srodze! Jak się temiRęcami w gołe nie zaczną prać udy!Łby w dół i na nas... — A niech was oniemiCzort! — myślę, patrząc na te czarnoludy.Bo z takim szło to impetem, że — w chwili,By mniej narodu — byliby nas zbili.
Alić pierwszego z tych tryków, jak chwycę,Garść mu wszczepiwszy w łeb, by w owcze runo,Jak nie zatrząchnę, jak tę trząchawicęGrochowin, chłopy jak w kułak nie pluną!Byliby im ta zagrali na grdyceZdrowo, bo twarze zabiegły już łuną,
Lecz ów, któregom nie puszczał z mych kleszczy,Macha ku swoim, i stać na nich wrzeszczy.
Takem roztworzył garść. — «A wy sobaki! —Rzekę. — Wy co tu?... Gdzie starszy? Niech gada!» —A ówże trzęsie łbem i czyni znaki,Że strzelać w stepie nie wolno do stada,Że zestraszone strzałem idzie w młakiDalekie i tam po bagnach zapada,Że tylko na sznur, za rogi trza chwytać.Tak mnie porwała złość, więc pocznę zgrzytać:
— «A to go chwytaj, czorcie, sam! — zawrzasnę —Bo ja nie hycel, żebym bydle łapałNa stryk! A z strzelby, jak zechcę, wytrzasnęChoćby do ciebie»! — Ażem się zasapał,I w oczach świece stanęły mi jasneZ pasji. Tak murzyn po łbie się podrapał:Targ w targ, za ćwiartkę bakunu, pospołuZ starem fajczyskiem, szli chwytać nam wołu.
Tak zara my tam na oną ochotęPodnieśli rześki huk, i — dobra nasza!A już powietrze czyniło się złote,Już dech się ranny po twarzach ponasza,Już świta... Pędzim przed się tę hołotęCzarną, jak właśnie barany z kiermaszaW Łukowie, w Miedznej, aboli w Wohyni,A dzień się coraz różanniejszy czyni.
Nagle — stój! — Cóż tam?... — Rzucili się plackiemO ziem. Słuchają, co ziemia powiada...Sza! Cicho!... Dwóch ich popełzło omackiemW traw głębie, nagą piersią, jak u gada.
Znów cicho... Naraz, z rechotem junackiemPorwą się, pomkną... Zaczuli już stada.Pędzą, znów stają... Aż wbok się rozskocząI dwa pierścienie po stronach zatoczą.
Był moczar. Trzciny wysokie dokołaStały, przerosłe poległym szuwarem.Grunt klęsnął. Wody żółte, niby żołaBrudno świeciły sitowiem skroś szarem.Za wodą ziemia ubita i goła,Jak majdan. Tam to, nakryte oparemBagniska, stado zbiło się bawole,A byk potężnej więzi stał na czole.
Już nas uwidział! Przestąpił nam drogi,Łba zniżył, w ślepiach zabłysnął krwawicą,Pochyłe, zgięte wdół, nastawił rogi,Z głuchym pomrukiem jął kopać racicąZiemię, i stał tak rozparty, i srogi,Z obwisłą, rudo zakudloną grdycą.Coraz chrapliwszym zanosząc się rykiem,i z miejsca swego nic myśląc przed nikiem.
A już murzynów kupa zwierza straszy,Łby wyrzucając z pokrzykiem do góry,Klaszczą, hukają. A tuż im i naszyPrzyhukiwają, jak może tam który.Byk stoi. Aż tu od zadu, od paszy,Przebrnąwszy bagno i wijąc te sznuryNad głową, druga kupa się zaczajaNa potężnego onego buhaja.
I nagle, gdy zwierz zajuszon i wściekłyRuszył się na nas, z pian płachtą u pyska,Sznury ze świstem powietrze przesiekły,Już pętla padła... już gardziel mu ściska...Ryknął. Ryk siada zawtórzył przewlekłyJak grzmot, kiedy się po górach rozpryska.Zaczem byk zwalił się, tocząc po stepieGasnące, na łeb wysadzone ślepie.
Tak zaraz triumf grały one ciuryNa wiwat becząc i oną uciechę,Na długich, prostych trąbach z wężej skóry.Zaczem z trzcin tęgą uwiązali wiechę,Na kij ją, szpicem wytknąwszy do góryZaś insi, przez łeb uczyniwszy plechęToporem, wlekli byka na boisko,Gdzie w pacierz jasne gorzało ognisko.
Tutże dopiero Mazury poznałyKucharską sztukę, że równej i niema!Gdy obłupione ze skóry kawałyMięs krwawych, tyczki podetknąwszy trzemaLedwo że nieco u ognia sczerniały,Już je chwytali rękoma obiemaRwąc, jak psi, one ochłapy zdymione,A kość murzynom rzucając na stronę.
Tak w trzy pacierze prawie się skończyłaTa uczta, jakiej nie daj Boże komu!A już gwałtowne słońce, jako bryłaŻywego ognia, paliło bez sromu...Więc w nas moc wszelka ustała i siłaRunęły chłopy, jakoby od gromu,Żarem pobici i zmożeni jadłem,Zarywszy nosy w trawę. I ja padłem................
Ochłodło. Zorza czyniła się niska,Gdym przecknął, jak gdy nagle kto zawoła.Spojrzę, a tutaj owe murzyniska,Ba kun kurzący, posiedli dokoła.Za nimi baby, dzieci, nędzne psiska,Cała hołota poczwarna, wpół goła,Wyległa z swoich kretowisk i kleci,By nam się przyjrzeć. Patrzę, a wśród dzieci
Białe chłopiątko przysiadło na ziemi...To liczko zżółkłe, czupryna ta złota.Jak strzecha ponad oczyma modremi...Tak mi się serce, jak ptak, załopota.Więc krzyknę: «A ty co tu, między temiMałpami robisz?»... — A ów: — «Ja sierota». —«Skąd»? — «A z Radzynia»! — «Jakżeś się tu dostał»?— «Z ojcami. Jeno pomarli, tom ostał».
— «A Chryste!» — krzyknę ze zgrozą, iż czasyZbyt srodze zdały mi się niespokojne,Gdy nie dość, że się z miejsc ruszyły lasy,Lecz i kwiatuszek taki musi w wojnę! —Ale już baby, iż to naród łasyNa wszelką żałość, popuszczą łzy hojneI nuż tą słodką gwarą mazowiecką:— «A sieroteńko! A mojeż! A dziecko»!...
Więc tulić, pytać: — «A jakoż ci rzeką»? —— «Jantek». — «Laboga! — Z Radzynia»? — «A juści»!— «A kajżeście szli»? — «Bo ja wiem... daleko...Jeno że ojcom zmarło się». — «A skróś-ciCzegóż»?... — Tak słucham, a one precz siekąJakby tę sieczkę. — A żadna nie puści,
Jeno znów odsieb przepytać zaczyna.Tfu, że też w gębie nie zaschnie im ślina!
Tymczasem chłopy w radę: — «Toć go przecieTak nie ostawim tu, między czarnemi!Jużci nas teraz Pan Jezus po świecieJako mak rozsuł, po cudzej tej ziemi,Alić nas może do kupy gdzie zmiecie,To i sierotę przygarniem ze swemi...A one dusze zbawione też mogąKrzyż nam uczynić święty nad tą drogą». —
— «Jakże! — Jeszczeby! — Przecie rodziciele»! —Dorzucą insi, kiwając głowami.A chłopię, to w nas pogląda nieśmiele,To ku murzynom, siedzącym z fajkamiWokół ogniska, gdzie trzeszczą w popieleKolby kukurydz. I tak między nami,Jak pisklę z gniazda, chwieje się, zrzucone,Rozbite, że mu ni w tę, ni w tę stronę.
Tak chcemy chłopca brać, alić te tryki,Jak się nie porwą z wrzaskiem wniebogłosy,Dalej się żegnać, jako katolikiChrzczone są, dalej na łbach drzeć te włosy,A trzaskać w udy! Baby — w swą. Krzyk dzikiGruchnął przez majdan. Aż chłopię w łzach rosyOczy podniesie: — «Ja wam iść nie zdolę...Mnie co dnia zimno trzęsie... Tu już wolę!»
Na to Horodziej: — «Ha, rządźże sam, Panie!Kto wie, na co tu rzuciłeś to ziarno?Niechże, gdzie padło z ręki Twej, ostanie». —Tu się niewiasty ku dziecku pogarną
I zazdrośliwie patrzą, jako na nieMurzynka chucha gębą oną czarną...Więc kuma kumie na ucho powiada:— «Jeszcze uroczy!... Jeszcze mu co zada»!...
Alem ja chłopca podniósł za ramiona,Rzekąc: «Widzisz — tam?... Tam!... Jak wejdą zorzeRanne, tak klękaj i patrz! Tam jest onaZiemia! Tam Polska jest! Aby przez morze.Więc patrz i wołaj do niej: — Ty — rodzona!...I bij się w piersi: Bądź miłościw, Boże!A czyń tak co dnia, aż cię Bóg wysłucha.A miałbyś zemrzeć? Tam wypuszczaj ducha»! —
Tu utnę, bom się prawie łzami dławił...A i chudziątko ono też płakało...Wtem Roch Zatrata szeroko rozstawiłRęce: — «Dalej go! A pódzi-no śmiało!Toć wielgoluda Krzysztofa Bóg zbawił,Iż Jezusiczka przez strugę niósł mało.Tak i ja sobie kęs raju przysporzę,Jak cię, sieroto, poniosę przez morze»! —
Schylił się, dźwignął pacholę do góry,I zaraz dużym puścilim się krokiem.Lecz wrzask murzynów, na podób wichury,Długo za nami bił. Aż nas pomrokiemNoc skryła, co już szepcącemi pióryI skrzydłem ziemię obwiała szerokiem.Zaczem ugasła ostatnia pokrwawa,Co się po zorzach wieczornych ostawa.
Alić im dalej borów, tem się stepyChudsze, martwiejsze, burzej dzikie czynią.Az my się natkli na żywe czerepyZgorzałej ziemi i szli tak pustynią.Nad nami, kręgiem, niebieskie się sklepyOd gorącości okrutnej aż sinią...Zar suchy w górze i żar suchy w dole,A słońce, jakby szydłem w oczy kole.
Patrzą się chłopy po onej zgorzeliNiepewnym, srodze frasobliwym wzrokiem,Aż gdy Borodziej w znak krzyża rozdzieliPowietrze nad tem pustkowiem szerokiem,Kuną w step, jakby nagle uwidzieliDrogę przed sobą. I tak, wielkim krokiemIdziem, iż noce miesięczne się stały,Póki nad nami nic obrzasł dzień biały.
Wtedy, jak zwierz ów, co czeka swej pory,Jaskrawe ślepia zmrużając od słońca,Tak my, bądź jakiej dopadłszy gdzie nory,Srogiego się w niej chronili gorąca,Zycie liczący teraz na wieczory,A tę pustynię spaloną, bez końca,Mierząc nocami, a czując na hasło,Jak u nas «Świta!» — tak tutaj: — «Zagasło!»
A już nad one rozłogi stepoweCzerwony księżyc, jako więc latarniaPożarna, wznosił swą ognistą głowę.Zaczem wzlatuje wyżej, mrok rozgarnia,Jaśni się, drąży niebieską posowę,Jak kula, którą uleje puszkarnia,
Z szczerego złota, aż coraz się mniejszy,Coraz świetlistszy czyni i srebrniejszy.
A wtedy, w onej szerokiej poświacie,Ten step spalony zeschłego muroga,W ogromnym jakimś stawał majestacie,Z którego biła moc wielka i sroga.Idziesz, a czujesz, jak śmierć dycha na cię,Dokładająca pilno swego stoga,I jak te trawy, których noc nie rosiŁzą zmiłowania, — kosi... kosi... kosi...............
A głód przypiekał. Co w płachcie miał któryKukurydzowych placków albo ziarna,To łuskał babom, dzieciom... Kość do skóryJęła nam sucha przywierać i czarna.Osłabły lędźwie, wzrok stał się ponury,Głos schrypiał, milczy gromada wpierw gwarna,A jak bociany późnego wylęgu,Ten, to ów gęsto ostawał w ocięgu.
Lecz Roch Zatrata ogromnym szedł krokiemPoprzód, jakgdyby przybyło mu siły.A choć się mienił ogniami i mrokiem,Chociaż krwią czarną nabiegły mu żyły,W rozradowaniu jakiemś szedł głębokiem,Pod onem dzieckiem mdlejącem pochyły,Co je murzynom odjął i za rajuKrzynkę ślubował nieść aże do kraju.
Mówią mu chłopy: «Niechaj!» A ów: — «Co ta!Toć jak wróblowi szyi nie ukręcę...Trochę lżej, ciężej — jedno! A sierota,I sam Pan Jezus zdał mi go na ręce»! —
A chłopak, to się bezprzytomnie miotaW ogniach gorąca, to w zimnicy męceZębami dzwoni, jakby mróz go chłostał,A wysechł, że się tylko cieniem ostał.............
Tak nam wschodziły te dni i te nocyW szerokiej pustce, na spalonym stepie,Już słuchającym, jak śwista gdzieś z procyMurzyńskiej kamień, jak chwostem gdzieś trzepieW zapadłe boki szakal; jak w niemocyDziatki majaczą... Już patrzącym w ślepieŻółtej hieny, co skrada się zcicha,I na żyjących jeszcze — trupem dycha.
Zebyż przed nami iskierka gdzie złota,Zebyż pastusze na miedzy ognisko,Zeby smug dymu choć, choć żerdź u plota,Zebyż koń zarżał, warknęło gdzie psisko!Nic, tylko pustka niema i głuchota,Tylko to z życia wykoszone rżysko,I tylko w oną miesięczną poświatęŻmij z sykiem czoło podnosi rogate.
Ustały skargi niewiast, dzieci płacze,Ze prawie słychać w tej martwej cichości,Jak nam śmierć po łbach piszczelem kołacze,Jak w mózgach wierci i jak drąży kości.Nigdy ja dni tych trupich nie zabaczę,Gdy my tak szli, a szli, a tutaj cościJakby wołało na nas: — «Dalej! Dalej!Bo się zapada świat! Bo świat się wali!» —
Więc coraz pilniej śpieszyli my kroku,Hóżnc widzenia mający na niebie.To o zachodzie, w ognicach obłoku,Wielki się korab' przed nami kolebie,Skroś morza płynąc krwi... To znów, w otokuMonstrancji jakby, zatajon ów w chlebieChrystus Pan patrzy się na nas z opłatka,A łzy przez srebrne lico płyną zrzadka...
Więc ten, ów, niemo ustami zaruszn,Podniesie oczy w te niebieskie progi,I nagle, jakoby w nim pękła dusza,Jak szedł, tak klęka w pośrodku swej drogi,Nie dba, czy słusza go kio, czy nie słusza.Wyciąga ręce czarne jak ożogi,I na głos grzechy tajemne powiada,I pod miesięcznym kręgiem — krzyżem pada.
Niewiasty zwłaszcza zachwycenia miały,Co niosły dusze, niby pióra ptasie...— Ato Jasieńko w płótniance swej białej,Na tych obłokach mglistych owce pasie.To martwe główki dzieciątek usiałyDrogę przez niebo... To znowuż, po czasie,Las sztyków księżyc wschodzący zapali,A ćma kozactwa prościutko w nas wali
Więc tak ów naród szedł, jak oczadzony,W majaków onych grążąc się topieli.Tak widzę, źle jest! Widzę — trza obrony,Zatrząchnąć ludźmi trza, coby przecknęli!Więc tylkom patrzał, gdzie i z której stronyPiorun mi jaki na pomoc wystrzeli,I one senne widowacze zruszy,Co prawie ziemi odbiegły — dla duszy.
Bo dobrze to jest, gdy się na BielanachKsiądz Kameduła w niebie zapamięta;A niech przeleży i rok na kolanach,Owszem! Ja sam powiadam, rzecz jest świętaLecz naród, który w tych zdartych łachmanachCiał, duszy swojej zbyt popuszcza pęta,Takiemu nadto poddawać nie trzebaOnej słodkości, co kapie w nią z nieba.
Kto je żyjący, ten musi do poryStać twardo, aż go nie zluzuje czata.A one duszne muzyki, kolory.Jak wiatr są, ziemię co z pod nóg odmiata,Ja wiem, że idę przez stepy, przez bory,Gdzie mi rodzona kraina i chata...Ciężko! Lecz onej ciężkości nie zbędę,Gdy się w janielską zasłucham kolendę.
Jeślić źle mówię, niechaj mi przebaczyPan Jezus, a zaś człek — niech mnie przekona!Sam Pan Bóg z raju wygonił oraczy,Boby im zmierzła płużyca i brona.A choć skowronek?... któż rankiem nie baczyKiedy śpiewając wytryśnie z zagonuI prawie, że się w modrości zatraca...Toć tam nie siedzi w niebie! W zagon wraca!
Naród, co duszę na inszy świat żenie,Pewnikiem będzie w sobie słaby, mgławy.A toć i we mszy nie wciąż podniesienie,Ale też insze najdują się sprawy.Z ziemi Bóg pojął człowiecze nasienieA nieba — szczyptę dodał dla przyprawy,Jak ów, co warzę jałową posola...Miałby inaczej chcieć? — toć jego wola.
Dziękaż ci, Panie, i dziękaż ci, Chryste,Żeś mnie postawił przy moim warsztacie,I żeś mi w piersiach dał serce strzeliste,Co młota patrząc, przybacza i na Cię!Dziękaż ci, że to światło wiekuisteNad moją kuźnią w gwiazd palisz poświacie,I za to dziękać, że mi aż do nieba —By w pobliskości Ciebie być — nie trzeba!................
Nagle świat spiętrzył się. Zrazu szły faląPagóry, prawie żywej krzemieniny,To przez moc wielką dźwigną się, to waląW rozpełzłe, żółwim podobne łupiny.Idziem, aż na świt omgloną gdzieś daląSzczytów różaniec zamodrzał nam siny...Zębate, dziko poszarpane skałyWprzecz zawaliły niebo i tak stały.
I my stanęli. Na Boskim zegarzeBiła gdzieś dla nas śmiertelna godzina.Zaczem sczerniałe podniosły się twarzeKu szczytom, kędy wichrzyła mgła sinaSrebrzyste, pełne dymów trybularze,Jak gdy ksiądz kadzić w nieszpory zaczyna.Tak przeciw sobie stanęły dwie siłyI tak się z sobą w cichości mierzyły.
Aż buchnął srogi wark: — «Toć się mówiło,Jako tym stepem wprost dojdziem na morze,A tera bij się, człowiecze, z tą siłą,Co jej i djabeł rogaty nie zmoże»!— «A pocóż my tu przyszli? Poco byłoPuszczać się borów?... Toć tam, jak w komorze,Toby jagodę nalazł, to choć zielsko...A tera drzyj się z tą kupą djabelską»! —
Klnie Lis, klnie Wawrzon; zpodełba i chmurniePatrzy Pietr Bugaj, w wąsiska Kos dmucha.Lecz mnie, kiedym tak pojrzał w one turnie,Zaraz od serca przewiała otucha.Więc tylko głową kiwam: — «Oj, wy durnie»! —Bom wnet zmiarkował, że skoro tak buchaZiemia wzwyż, dziura być musi po górze,A cóżby, jeśli nie morze w tej dziurze?
Ha, idziem. Idziem, jakby na przepadła.Idziem dzień, mało co wytknąwszy z potu,Idziem dwa, trzy dni, nie bacząc na jadło,Na sen, a tylko patrzając wylotu.Sto gór przed nami, sto wpozad usiadło,Że i wprzód ciężko i szukać nawrotuNie lża. Nad głową skrawek tylko nieba,A już ostatki kruszyli my chleba.
Aż bez ratunku gdy my już w te kopyZabrnęli skroś tej kamiennej posuchy,Tak się zrobiła rozpacz między chłopySkipiały onych klątw pierwszych wybuchy.Jak piana, kiedy z kadzi wyrwie czopyZaczem zawziątek przyszedł i wark głuchyAż wszystko ścichło w kupie, i z tej poryNie ludzie my już szli, ale upiory.
Omglało dziecko, to chłop ściskał zębyNa bary rzucał, jak torbę z obrokiemI szedł przez dzikie skał nagich wyręby,Brew nad jastrzębiem usrożywszy okiemMało kto strawę podniósł tam do gębyMało kto gadał. W milczeniu głębokiemSzedł naród — jakby rychlej chciał do końcaI do śmiertelnych portów — na wschód słońca.
Aż i ja byłem już zwątpiewający.A ta nadzieja co zpierwa mi kwiatemZapachła, teraz, jako ptak lecący,Precz się poniosła skrzydełkiem pierzatem,Szedłem, bom musiał, chcący, czy nie chcący,Alem już wiedział, że nijakim światem,Nie wyjść nam żywym stąd! Że tu jest bronaŚmierci, że poczta my tutaj stracona.
Więc co zagadać chcę, to myślę: poco?Już i tak czarna świeca nam się znaczy!A tu co i raz skrzydliska łopocąZ podskalnych dziuplów ruszonych puhaczy.Krążą nad nami dniem i krążą nocą,Żałobnym krzykiem przydając rozpaczy,Aż duch, jak ptak strzelony, upadł we mnie,I jużem mówił sam sobie: — «Daremnie»!...................
Pięć dni, pięć nocy, nie folgując prawieSłabniejszym siłom niewiast i dzieciątekSzli my, jak gdyby po ognistej lawie,Taki w kamieniach okrutny był wrzątek,Oczy posępnie patrzają i krwawie,Usta w gorzkości, na licu zawziątek,I ona srogość ostatniej rozpaczy,Co na nic, ani na siebie nie baczy.
Twardeć tam były chłopy, a niektóryNie mógł zwyciężyć dusznego przestrachuI łeb podnosił nocą, i na góryWył, jak pies, kiedy na chałupy dachuUpiorny księżyc wychynie się z chmuryI stanie; albo gdy zaczuwszy w gmachu
Śmierć, ogon wtuli pod siebie i wyje,Jak surma, długą wyciągając szyję.
Aż się zacięła wszelka ludzka dusza,Iż każdy mękę swoja chował na dnie,A miłosierdzie żadnego nie wzrusza:Idzie, to idzie, a padnie, to padnie.A choć tak sroga była ta katusza,W ludziach śpieszących milczkiem i bezładnieAni na głód się, ni na znój nikt z kupyNie skarżył. A padły pierwsze trupy.
Świt był. Od wczoraj jeszcze Roch ZatrataW tyle się z dzieckiem ostał, za wszystkiemiChłopcu się ona głowina kołata,Przez plecy włoski sypiąca złotemi.A tu duszyczka już z niego wylata,I tyle jeno tej trzyma się ziemiCo one wyschłe rączyny za szyjęRocha trzymają... Opadły — nie żyje.
Lecz chłop szedł jeszcze i onę stężałąPasyjkę dalej niósł, w świt wielki, złotyDmuchnięcie ono, co gasi żywotyZaczem się zgarbił, obrócił sczerniałaTwarz ku tej martwej głowinie sierotyI patrząc się w nią, zaszeptał zdumiały:— «Dziecko! Jakie ty ciężkie! Jak świat cały!»............
A wtem, jak zajrzeć, tak wpoprzek nam stanąSkaliska, czubem utopione w niebieNieprzesiężoną, a tak bystrą ścianą,Że ani krokiem nie dawa do siebie.
Pojrzę — turnicą piorunem krzesanąCień lecącego orła się kolebie...A wyżej — słońce czerwone się toczy...A jeszcze wyżej — Śmierć. Tak zawrę oczy.
I lud jak wryty stanął i wejrzenieBłędne wbił w głazy. Sam zdawał się głazem.Tak chwilę trwało srogie pomilczenie,Gdyż wyraz nie mógł naleźć się z wyrazem.Aż — jako gdy się pożaru płomienieNa dach wyrzucą — krzyk, klątwy, płacz — razemBuchnęły z piersi niewstrzymaną siłą,A echo poszło w grzmot i gromem biło.
Co mocy było w ludzie, co słabości,Co upragnienia do miłej przystani,Co głodu w onej wysuszonej kości,Co wiary — i co omylenia na niej —Wszystko buchnęło wichrem nawałnościPo starowiecznej, milczącej otchłani.Nie my krzyczeli, lecz dusze w nas sameKrzyczały... Tak ból zerwał wszelką tamę.
Radzić? Co radzić?... Czy przebić mur głową?Czyli nam pięścią rozwalać te góry?Czyli nad niemi chmurą piorunowąPrzewiać nam? Czy, jak ptak, przelecieć pióry?Czy wracać?... Wracać tą drogą krzyżowąŚmiertelnych potów, głodowej tortury,Tych trupich śladów?... .lęk wyszedł z gromady...Nie było siły — nie było i rady!
Horodziej podczas milczał. Jakiś lichyBył w dniach poślednich i osłabł nam zgoła.Gdyby przemówił, to może by szprychyInaczej poszły u tego tam koła...
Bo choć głos drżący miał i w sobie cichy,Zdało się czasem, że trąba w nim woła,Taką roznośność i moc mu dawałaTa zwiędła głowa i kość ta zetlała.
Lecz we mnie, jako obręcz przydeptana,Gwałtem się prężył duch, chocia przygiętyWięc rzekę: — «Ludzie! Idźmy choć do rana!Możeć zwyciężym jakoś te odmęty!Prawda jest! Sterczy w niebo sroga ściana!Lecz świat na kłódkę przecie nie zamknięty...Olaboga! Zbierzta w kościach resztę mocy!Choć do wieczora idźmy! Choć do nocy!» —
Ale Zatrata, jak kłoda się zwali,Na one żywe głazy: — «Co ta, braty!Co będziem dłużej tej śmierzci szukali?Tutaj jej pole dajma! Tu niech gnatyNasze obgryza! Tu pieron niech spali,Niech głód nas dożre! Co mi?... Niech ta światyWalą się na łeb!... Nic dojdę do Wroniec...Tu leżał będę — trup... Tu zrobię koniec!»
Słuchają chłopy, patrzą... U tych rosyW oku, u inszych spiekota czerwona...Wtem Kos: — «Masz prawdę, bracie!» — A tuż głosy:— «Bo prawda! Juści»! — ! wnet, jakby onaWichura ławą cisnęła pokosy,Tak padli... Gdzie kto stał. Jak te brzemiona,Co je ze siebie grabisko otrząsło,Tak padli. Jak te snopy na przewiąsło.
Płaczą niewiasty. Staruszka z nad BugaPokłękła, ale nie miała już siłyZmawiać pacierza. Więc tylko jak długaKrzyżem się ściele u skalnej tej bryły...
Więc za nią — insze... Tu jedna, tam druga...Tak przyrastało nam onej mogiły,Z której się coraz podnosił głos żywy:— «Bądź nam, ginącym duszon, miłościwy!» —
Więc kiedym patrzał, nic tu nie mogący,Wszelaka jasność zapadła mi w ciemnie...A com miał moc mieć za wiele tysiący,Klęsłem na duszy tak, że podaremnie!Długom żwał w sobie tę niemoc milczący,Aż taki gwałt wstał, taka rozpacz we mnie,Że jej nie strzymać zapartym językiem...Tak runę w niebo śmiertelnym okrzykiem:
...«Bijże w nas wszystka burzo czarnątuczą!Strzelaj pieronem! Nie namkniem ci głowy!Huczcie nad nami, wichry, pieśnią kruczą,Niech nam tu zara dół kopią grobowy!Niech dzikie zwierza kości nasze włóczą,Niech nas ogarnie dech śmierci morowy!Cóż my? Łach ludzki i żywota strzępy...Nie będą ścierwa z nas mieć nawet sępy.
...Tocz się, ty, rzeko żałosna, do morza,Giń i przepadaj, nieznana nikomu!Idźcie, śpiewajcie, tułackie bezdroża,Do czarnej bramy, do wiecznego domu...Niechaj nas wichrem pogna ręka Boża,Niech nas nałamie, jak suchego łomu...Cóż o to? Kto się za nami upomni?...Zginiem? To zginiem sami, bezpotomni!
Ha! Jeśli z tego śmiertelnego stoga,Ten głos, przez one kamienne pustynie,Doleciał gmachu niebieskiego proga,Jeśli kto widział tam, jak lud ten ginie,Apelujący swą śmiercią do Boga,To tam musiały ustać w tej godzinieWszystkie muzyki rajskie, wszystkie chwały,A te anioły — to na głos płakały!
A już się począł zmierzch czynić i cienieGłębokie rzucił na te nędzne głowy,Zapadające w wieczności milczenie,W zdrętwiałość twardą i w pomrok grobowy.Wtem na skał czubach zajarzą płomienie...I zobaczyłem w nich krzyż Chrystusowy,Jak przez otchłanie szedł własną swą mocą...Zaczem świat ugasł i nakrył się nocą...............
Ale Marychna stanęła nad Dudkiem,Cała w bladościach i łunach przestrachu,W czarnej chuścinie, z tem dzieckiem malutkiem,Tak ćwierkającem, jak wróblik na dachu.Więc wlepi w chłopa oczy błędne smutkiem:— «Co ty?... Na dziecko zabaczyłeś, Stachu?Co ty?»... — I bije oną długą rzęsą,A usta — tylko się jej niemo trzęsą.
Wyciągnął rękę: — «Nie płacz, Maryś! Co ta!Siednij tu sobie wedle mnie, niebogo...Raz śmierć... Nie długać to tam jej robota,Bo i tak dechu mało co u kogo...Siednij!» — Lecz ona, od łez bujnych złota,Nagle na twarzy odmieni się srogo:— «Pies ty, nie ociec! — krzyknie — pies!... Nie siędę,Nie zgubię dziecka! Póki tchu — szła będę!» —
I niemówiątko ścisnąwszy w ramiona,Głębiej zaciągła na twarz czarnej chustyI zaraz, jakby wiatrem poniesiona,Zaczęła śpieszno iść w ten pomierzch pusty.Lecz Dudek ryknął, i wnet cała onaRozpacz przez ślozów spłynęła upusty...Chwycił się: — «Maryś, stój! Ja z tobą!» — ZaczemTu, to tam w kupie zaniosło się płaczem.
Tak w rodzicielach serce potajało,Gdy pojrzą na ten drobiazg swój uśpiony,Co u nóg matek jagnięcą i białąTrzodeczką legnął, a był już znaczonyCzarnym na runie krzyżem, i za mało,Za nic, miał pędzon być na te zagony,Gdzie ani wschodzi słońce, ni ugasa,I gdzie śmierć ciche swe trzody pasa.
Więcj jako burza, gdy deszczem uderzyW zemdlone trawy i w ziemi zgorzałość,Wnet spiekłe błonia rozżywi, rozświeży,Tak tam te dusze uświeżyła żałość.I patrz! Dzieciątko jedno, ptak bez pierzy,Jedna drobina niema, jedna małość,Ruszyła naród z tak potężną siłą,Jakby sto dzwonów rezurekcję biło!
Pierwszy, szlochając, porwał się Zatrata:Jakże więc Ziąbie nie padnie na szyję...— «Odpuść! Odpuśćta, ludzie!... Tom za kataChciał być nad wami?... Reta, nie wyżyję!A ździelże który przez łeb mnie, jak brata,Bo mi to serdce na śmierć się zawyje...Toż katoliki my, nie samobóje!...Laboga, zdziel mnie który! Niech sfolguje!» —
Zaczem się dźwigną wskrzeszone Łazarze,Podnoszą ręce, podnoszą ramiona,Siedli, podjęli pobielałe twarzeW niebo, a każda łzami uroszona,Aż się skra życia w źrenicach ukaże...Pobrały matki dzieciątka na łona,Wstają, chcą dalej... Choć nocą, a dalej...Targają chłopów za rękaw, by wstali.
Tak za Marychną pojrzę i za Stachem.Szli pilno, skalnem spinając się zboczem,Pod ciemniejących pomierzchów baldachem,Już mgliści, już tem sinem podobłoczemNakryci... Ona wpierw, najmniejszym strachemNiezlękła, jakby skroś wiedząca o czem,Szła, rzekłbyś, anioł wiódł ją gdzie po steczce,Jako Maryją z Dzieciątkiem w ucieczce.
Dzień prawie świtał, kiedy my na strzemięWschodnie wstąpili skalistego siodła.Spojrzym — przed nami het, precz, wolne ziemieJuż maj, już biodra górom pasze jodła,Już sto ruczajów osrebrza im ciemię,A jak wzrok puścić, tak wstęgę rozwiodłaOgromna, modra i wezbrana rzeka,Co w wielkich błyskach do morza ucieka.
— «Reta»!... — zawrzaśniem, A huk, jakby działoPękło, rozegrzmiał w stu echach przez szczyty.Wnet szpiku w kościach, tchu w nozdrzach przybrało,I tak na one różane rozświty
Walim. Prosto na rzekę walim śmiało.Już się jej modrość mieni w złotolityPas, już go słońce gęsto szyje skrami,Już potop ognia żywego przed nami.
Więc nam się serca podniosły, jak ptakiBystremi pióry lecące na wolę...Chrząknął Lis, Bugaj posięgnął tabaki,Jakby tuż własne ciągnęło się pole,Miedze sadzone w ostróżki i maki,Grusze, szumiące w liść drobny topole,Taka nas rześkość zdjęła, taka siła,Jakby za rzeką zaraz — chata była.
A nikt nie wiedział, że ona wołanaZbyt głośno przez naś śmierć, tuż wpobok kroczy,I że w tych wielkich światłach, już od ranaWytrzeszcza na nas ślepe swoje oczy.A nikt nie wiedział, że w suche kolanaChrzęści, schodząca ze skalnej uboczy,I że te żwiry, co toczą się drogą,Lecą i brzęczą — trącone jej nogą.
Jeden Horodziej zaczuł. Tedy skinie,Rzekąc mi zcicha: — «Mój panie Balcerze,Postójcie mało, bo jakoś mi ninieSłąbo... Nie zdolę tak z wami iść w mierze»... —Pojrzę z przestrachem, a jemu zapłynieLico mgłą jakby i już na się bierzeZmierzch wieczny... Chcę cośrzec, dodać pociechy,Lecz mi się tylko zatrzęsły te wiechy.
Tak krzyknę: — «Stać tam»! — Odwrócą się głowy,A on, bieluśki, jak w kwieciu ta grusza,Wzniósł ręce, modli się niememi słowy.A jakiś górny wiatr — włos siwy rusza.
Ciśnie się naród, gwar ustał i mowy,Jakby w kościele, zrobiła się głusza...Ale Horodziej oczy trzymał w górę,Westchnieniem wzbity nad własną naturę.
Zaś rzekł: — «Toć zdawna już na ręku noszę,Jako siwego gołębia, tę duszę,I zdawna jej się, by leciała, proszę...A ot, i bije w pióra... Ot, i tuszę,Iż jej się ziemia namyka potrosze...Więc cały jestem w lotu zawierusze,I pełne piersi mam wielkiej jasności,I zamiast szpiku — światło czuję w kości.
Tak wy już idźcie przepławić to morze,Aby do chaty prędzej i do domu...A ja już słyszę pukanie to BożeCichuchne, ano huczniejsze od gromu.Toćże zaszczepki nie przywrę w komorze,Gdy mnie Pan Jezus zawoła do promu...Bo oczy moje za śmierci obliczemSą utęsknione... A więcej — za niczem»!
Westchnął. — «Ot, chciałbym może z tego granuWidzieć, jak lud się dobije do końca...Aleć i to tam do woli już Panu...Niechże was Chrystus prowadzi obrońca,A ja już tego nie przebrnę Jordanu...Już mi czas»! — Stał tak, patrzący do słońca,Które z gwałtowną wzbijało się siłą.Chłopy odkryły głowy — cicho było.
Aż on: — «Łzy wszystkiem wysiał już, jak rosy.Deszcz mnie polewał, by podolną trawę...
I byłem tułacz i głodny, i bosy,I jak pelikan — pierze miałem krwawe...Dość ze mnie!» — Zamilkł. Nagle przez niebiosySzeroko pojrzał, sprostował postawę:— «Dzwony! — zakrzyknął. — Dzwony z Jasnej Góry!Biją!... Na Alleluja biją w chmury!» —
Więc się rzucili ludzie na kolana,Jak w podniesienie... Słuchamy tej ciszy...Pękła nad nami dalekość ta szklana.Każdyby przysiągł z nas, że dzwony słyszy.Biją!... Jako na hejnał biją — z rana!Przymknione oczy, wysoko pierś dyszy,Ni łzy, ni głosu, a tylko w nas byłaMoc zachwycenia aż w niebo — i siła!
Ale Horodziej drżał, by łabędź biały,Gdy srebrne puchy rozpuści na wietrze,A jakieś wielkie światła po nim grały,I wielkie mroki, jak dzień, gdy się zetrzeZ nocą. Już tchy w nim słabły, ugasały,Lico się bledsze czyniło, a bledsze...Aż mi się w ręce, mdlejący, potoczy,A śmierć lekuchno zdmuchnęła mu oczy................
W głęboką wnękę, pod wysokim graniem,Ciało my wyschłe złożyli ku zorzyI wielki kamień zatoczyli na niem.— Śpijże tu sobie cicho, kmieciu Boży,Aż ci jakowemś ogromnem świtaniem,Anioł w lnach białych przyjdzie i otworzyTen grób, który jest, jako Chrystusowy,Bo też we skale i chłopu — też nowy.
A nas już wody wołają szumiąceTej wielkiej rzeki, co ucieka w morze,
I to, które jak ptak wzlatuje — słońce.Już lecim... Już w te krwawe lecim zorze,Bociany błędne, do gniazd wracające.Już nas porywa wiatr, co po ugorzePolnym gdzieś świszcze przez puste zagony...A ty tu ostaj z Bogiem! Pochwalony!
Rześkość powiała na nas od tej wody,Co była właśnie podobna do Buga,Kiedy za letniej, wesołej pogody,Niby się marszczy, a słonkiem skroś mruga.I takież szumy miała, takież chody,I tak się samo kwieciła u ługa,W kolory tkając majowe zabrzeża,Bystra, donośna, ogromna — i świeża.
Dopieroż wpadli my w porzeczne niże,W stu ruczajami poprute żuławy.Żar mokry. Świerszczów całę wojsko strzyżeW tępe nożyce bławatów postawy;Tu, tam, brunatne załysną się krzyżeStadlisk bawolich skroś trzciny i trawy,A rzeka szumi, a gada, a radzi,I jak sierp cisnął — do morza prowadzi.
A tuż, jak tabor cygański się wlecze,Kotły u bryki stroczywszy na sznury,Tak piętrząc czuby i skalne zasiecze,Od wdchodniej strony za nami szły góry.
Tu ci z nich potok buchnie i uciecze,Z głazów na głazy, by ptak bystropióry,Tu ci, jak ręką przesiany dzieciny,W krople się sypie i w srebrne szruciny.
Aż gdzie się nadmiar zbują one szklaneŻyły, tam woda zwysoka uderzaZ takim impetem, że mija precz ścianę,W powietrze skacze, jak płat się rozszerza,I szlaki mając tęczami utkane,Jak na bielniku wisi u blachmierza,A my zaś pod nią, niby pod namiotem,Opryskiwani perłami i złotem.
A coraz siwe dymy walą z darni,Nakrywających murzyńskie lepianki,Zajdziem, wnet ciągną mięsiwa z suszarni,Mleka bawolic wynoszą nam dzbanki,Zaś nas obsiędą, wrzaskliwi i czarni,Właśnie jak onych wron krzyczące wianki,I biją w uda przepijając dynią,Na znak, że radzi nam i honor czynią.
Wszakże lud, choć już teraz nie mdlał z głodu,Nie mógł wykrzesać z siebie dobrej siły.Żar jakiś duszę wypalał z narodu.Jakieś się ognie po żyłach rzuciły,Że nawet chłopy tęgiego zawodu,Lis, Srokacz, Bandys, grzbiet niosły pochyły,I jedna tylko moc ruszała niemi:Iść, a iść twardo, aż dojdą swej ziemi.
Ale niż rzeki rozpełznął się w bagno,Które nas ledwie, że na sobie zniosło,Właśnie, jak bywa kra przed świętą Jagną,Kiedy stronami już z zimy ochrosło.Więc ku środkowi gdy brzegi się zagną,Nie chcesz-li do dna, to chwytaj za wiosło,A miej się, jako cap, do skoku bacznie,I chybaj, kiedy zcicha trzeszczeć zacznie.
Tam pelikany z garły obwisłemi,Tam czarnych nam się krakiew chmury rwałyTam modry żóraw, utkwiwszy dziób w ziemi,Stał, aż mu czerwiem napełni się cały.Tam czaple białe, chwiejąc perłowemiCzuby, po kępach przygarbione stały,A na podniebiu błyskały sokoły,I zimorodek krzyk puszczał wesoły.
Zaś u tych ciepłych bajorów wybrzeżaSiadł gaj, jak u nas po młakach olszyna,Tylko, że to tam tak bujno uderzaI tak pod niebo parzące się wspina,Że leda parość wyśmiga, by wieża,A siednie na niej ptak, to się ugina.Iż sok nie idzie w pień, a tylko liściePędzi i wiąże je u czuba w kiście.
Tak patrzę ja raz, aż tu one drzewaDygotać poczną i trząść się, jak w febrze...Wnet wszystko mdleje, obwisa, poziewa,Blednie, i żywą zieleń topi w srebrze,Zaczem ta cała boża przyodziewaPada się w łachman, jak dziada, co żebrze,
A z pod piór onych i kwiecia purpury,Sterczą sękate dziadowskie kosztury.
Tak my otwarli gęby i zdalekaStoim, na dziw ten wytrzeszczywszy oczy:Gdy wtem liść z gaju zrywa się, ucieka,Pędzi, szaleje, po zielsku się toczy,Wzbiera, jak wielka, obłąkana rzeka,Co jej nie weźmie wpław i nie przekroczy,Tak krzyknę: — «W wodę, wiara!» — Jak stał który,Tak skoczył. Mrowia waliły już chmury.
Zaś gaj, co szumiał dopiero zielony,Sczerniał, jakby go otrzęsła wichura.A co był strojny kwiecistemi grony,I malowany w róże, w pawie pióra,Stał teraz martwy, szary, wytrzebionyZ kolorów życia, a cichość ponuraChodziła po nim, jak po własnym dworze,Że był, jak miasto po czarnym pomorze.
Aż pod noc tuman wstał i szedł w te gmachyRozwłóczyć sinych mgieł śmiertelne chusty.A za nim ślepe powlokły się strachy,Omackiem idąc przez pomierzch ten pusty...Więc my obsiedli co twardszy brzeg łachy,I narzuciwszy na wielki stos chrusty,Noclegowali. Mnie wszakże do ranaZeszła na dumkach noc ona nie spana.
Hej, nie zna Boga i nie zna ten człeka,Kto u ogniska nie trzymał tak warty,Patrzając w gwiazdy, co znaczą zdalekaWielki gościniec skroś czasów otwarty,
Przez który człowiek myślami ucieka:Siła ten umie, kto czytał z tej karty!A choć nic gwałtem litery poskłada,Jakieś mu mocne słowo w piersiach gada.
Ciężko tam było patrzeć na pośpioneChłopy, co legły, jak tramy te, z węgłaWyrwane, czarne, na kupę rzucone,Które pożoga już przez pół zasięgła.Jak tem budować tera?... W jaka stronę?...Jest-li w tem miazga żywa? Moc przysięgła?Niewygorzała żywica ta złota,Coby zrąb nowy strzymała żywota?
Bo to, po wielkiem onem dzwonów biciu,Po «Alleluja» onem Horodzieja,O nowem jąłem się zamyślać życiu,Tam u nas. — Nowa runiała nadzieja...Ten lud, wyrwany martwemu spowiciuOpłotków swoich, lud, co go zawiejaPrzez morze niosła — nijaką się miarąUtłumić nie da i w kunę pchać starą.
Coś się porwało w nim! Stanął na nogi,Strząsł się, z niemoty ratować jął duszęA co cierpliwy był — to stał się srogi,A co pokorny — to dziś w zawierusze.Jakieś skroś chaty przetwarły się drogiZorzowe, jakieś rozdźwiękły tam głusze...Tak zaraz grzywy przeciw uździe zjeżył,Na świt wywalił dźwierze — i uderzył!
Więc to już chyba nic jeno z trafunkuPoszło, a raczej z górnego przejrzenia,
Więc z jakowegoś wielkiego rachunku,Z regestrów, co są od świata stworzenia...Więc musi tam jest potrzeba ratunku,Więc musi tam jest potrzeba nasienia,Kiedy nas Pan Bóg tak tęgo omłócił,Wichrami odwiał z plew i światem rzucił.
Co będzie — będzie. Niech jenoby było!Bo już w powietrzu są głosy wołane,Już się rozpoczęło cości, już ruszyło,Już słychać tajne pukanie we ścianę...Więc ja ci, Chryste, i z moją też siłąKowalską, wpobok ku pomocy stanę,I tego luda przywiodę gromadę...Na co więc palce na krzyż tutaj kładę!..............
Nowy już miesiąc na niebie się młodził,Odkąd my zeszli z gór w porzeczne drogi,A nigdy żóraw tak pilno nie brodziłPrzez trzęsawiska, przez mokre rozłogi.Do rajuby już ścieżkę wynachodziłI Pana Boga obłapił za nogi,A my precz jeszcze szli, pod żarem słońcaOmdlewający, a nie było końca.
To się zdawało dawniej — Częstochowa!Świat! Od niedzieli człek szedł do niedzieli!A teraz tutaj — gdzie?... Niech Bóg zachowa!Czego nie przeszlim! Czego nie widzieli!Jaka nam w uszach nie brząkała mowa!Jakie my gwiazdy nad sobą tam mieli!Jakie pod sobą ziemie! Jakie wody!Jakie ciężkości! Jakie duszne głody!
A i to rzeczy są niewymówione,Jakie tam z siebie farby, jakie blaskiŚwiat dawa! Jaką tam nosi koronęKwiat, w jakie ptactwo malowane kraski!Chciałbyś powiadać, alić słowa oneZ dziwu ci stają wprzecz. Bo z jakiej faskiZaczniesz, znać zaraz, że się twoja mowaNie tu rodziła, że jej to rzecz nowa.
Lecz my, śpieszący, ile w kościach ducha,Wpółgłusi, szliśmy na wszystko, wpółślepi,Rzeki się dzierżąc sinego rańtucha,Jak dziecko, kiedy pilno się uczepiMatczynej świtki. Więc ta zawieruchaBlasków, farb, głosów, z których tam Bóg lepiTe światy, płonnie mijały przed nami,Jak sen, co niby jest, a niby mami.
Dziwo, bo dziwo! Alić nas ni grzejeNi ziębi w one serca truchlejące...A każdy w sobie ma taką zawiejęŁez, że jak przez mgłę, tak patrzy w to słońce.— Otwórzcież nam się, dalekie wierzejeMiłej krainy! Przybądźcież nam, gońceWschodowej zorzy! Wy, morskie tchy słone,Przybądźcie, nieście nas w ojczystą stronę!
A już się bliżył kres. Już się z oddaliCości załyśnie, to cości zasini,Już się gdzieś światło znienacka zapali,Już takiej dokół nic czujem pustyni.
A rzeka rośnie i coraz odwaliRękawa, coraz leniwsza się czyni.Coraz, folgując bystremu biegowi,Odsypowiska po sobie stanowi.
A tuż i rybitw pisk, i gęsta mewaPolata, na wschód wyciągając szyję,I krze tuż insze kwitną, insze drzewa,Już się deptana ścieżka radziej wije,Już gdzieś po ziemi znać, że ją człek siewa,Konny, to pieszy już drogę przebije,A w piersiach jakaś otucha słoneczna,Co męce twojej powiada: — «Nie wieczna!» —
Więc coraz częściej przed nami, jak morze,Z gór się ku rzece rozleje łan trzciny.Gdy wiatr tam wpadnie, to brózdy tak orze,Jak chłop, gdy pługa zatknąwszy w nowiny,Zbujałe chwasty podrzyna i porze,A tu się za nim wstecz walą te glinySkiba po skibie, i podór się ścielePrzez szczyr, mietlice, łopiany i chmiele.
Lecz i w najcichszej porannej pogodzieLiść tam palczasty za liściem pobiega,I zawsze taki ruch jest, jak na wodzie,A fala idzie od brzega do brzega.A zaś od wschodu het i na zachodzieModrość się nieba szeroko rozlegaI samą sobą tylko łan ów grodzi,Po którym słońce jak raczy, tak chodzi.
Z gór, z trzciną razem spadają strumienie,Ale ich oko nie dojrzy niczyje.Szum tylko słychać, gdzie woda się żenie,Par tylko widać, gdzie ziemia ją pije.Zaraz tam żywsze bujają zielenie,I mgła srebrniejsze tumany tam wije,A zaś rankami, pod nieba przełęcze,Jak malowane wstęgi, wiszą tęcze.
Aż raz, noc jeszcze nad nami gwieździła,Kiedy przez wschodu mrocznego okrajePłonna się jakaś różaność rzuciła,Właśnie jak zorza jutrzenna, gdy wstaje.Wiatr z gór na rzekę szedł, co z szumem biłaZboczami zasię ciągnęły się gajeTrzciny, dostałej do cięcia w swej porze,Co też szumiała głęboko, jak morze.
Patrzę, aż wezmą biec po niej wężykiZłote, lekuchno tym wiatrem pędzone...Zaczem się dłużą w ogniste języki,Wiją, pełgają przez liści zasłonę.Aż się zajarzą palczaste trzcin sztyki,Jak ręce trupie, w komnatę wniesionePrzez zbója... Trzeszczą od spodu trzcin gąszcze,A wierzchem lecą skry, jak złote chrząszcze.
— «Pożar!... Hej, braty! za sierpy, kto żyje»!...I skoczę poprzód: — Raz matka rodziła! —A chłopy za mną na łeb i na szyję,Taka się nagle targnęła w nich siła.A już gdzieś, słyszę, na trwogę dzwon bije.A łuna rośnie... Pół nieba zakryła,Nim my dopadli przez dymu wybuchy...A dzwon precz bije ochrypły i głuchy.
Tedym rozdzielił chłopów na trzy częście,Gdzie jeszcze przystęp był. I w jednej chwili,Skroś trzasku ognia, w płonących trzcin chrzęście,Jak w wojnę, tak my biegiem się rzucili.Łby smaląc, nogi kalecząc i pięścieZiejący dymem, jak nurki, pochyli.Tnąc one haszcze sierpami naszemi,Żeby nie żywić ognia — tuż przy ziemi.
— «Do wód! Do duktów! — krzyczę. — Dalej, dzieci!»Pędzim. Naoślep pędzim, gdzie strumienie.Lecz ogień chybciej jeszcze, niż my, leci,Skacze, przez rowy przerzuca płomienie.Już pożar nakształt wielkiej, złotej sieci,Zagarnia drżące, rozchwiano zielenie,Jak toń jeziorną... Już iskry przez okaSieci pryskają, jak płotki, zwysoka.
Lecz my od flanku bronim i nawrotuNie dajem, nawpół zduszeni w tem piekle.Wpół ślepi z dymu, zawziątku i potu.Tylko tniem, walim i sieczeni zaciekle.W uszach krwi wrzącej huk. jakoby grzmotu,Szum, świst, syk ognia, dzwon jęczy przewlekle,A my trzaskamy, jako w szable krzywe.Trupem przed sobą kładąc wszystko żywe.
Już i w najtęższe nie złożyłby brogiTej naszej kośby strasznego użątku,Już ziemia tli się, już piecze nam nogi,Już piersi ledwo dech łapią w tym wrzątku.Na czarnych twarzach blask łuny złowrogi,A ognia — ani końca, ni początku...
Tak coraz krzyknę: - «Rzędem machaj! Rzędem»!Pędzim, a pożar za nami też pędem.
Aż jako psom się wycina dzik szczwany,Jak my się z ognia wycięli obierzy.Doleciał, wichrem doleciał do ścianyZwalonej trzciny i padł na rubieży.Zrywa się, miota, sam sobą pijany,Tysiąc wysuwa paszczęk po łup świeżyAz wedle duktu stoczywszy się w pole,Gore, jak smoła rozlana po stole.
Zakołychało się morze płomieniKu niebu wzdęte, dzikie, szalejące...A niebo stało w piekielnej czerwieni,Tak pełne dymów, że sczezło w nich słońce.Straszny był widok! Niby urzeczeni,Stanęli ludzie, a jakby tysiąceRusznic odwodził, taki wokół suchyTrzask, a po każdym siarczyste wybuchy.
Szła noc. Dzwon jęczał. A ono boiskoBłyskami naszych sierpów wysieczone,Huczało, to się prze wracając nisko,To na wiatr wiechy miotając czerwone.Aż kiedy ogień zgryzł i zżarł już wszystko,Gdy i jelita własne miał strawione,Dym rudy zaczął z tej kuźnicy walić,Zakrywać niebo i żary łun smalić.
Tak my odetchli, i otarli twarzeZ trójpotu. Wszystko spalone aż do tłaWtem spojrzę, przez tych żużelic cmentarzeLeci, iskrami sypiąc, ognia miotła.To się za chyl i w mroki, to ukaże,Z wysieczonego precz niosąc się kotła
Na żywe trzciny, jakby pod posowąDymów, biegł człowiek z żagwicą nad głową.
Bieży, przystaje, potyka się, skacze,Pędzi, snop iskier za sobą rozpryska.Więc kiedy ja to znienacka obaczę,Jak ryś uderzę, gdy z sosny się ciska:— «Podpalacz! Łapaj! Trzymaj podpalacze!» —Jeszczem nie skończył, kiedy gdzieś z urwiskaGóry strzał huknął... I wnet nu to hasłoCzłek, skry, ognista żagiew — wszystko zgasło.
Przybiegam, szukam, jest! Murzyn. Był goły,Krwawiące świeże pręgi miał po grzbiecie,Łeb rozwalony by dynia, napoły,A jako brukwa, gdy baba ją wgniecieW pulchną rędzinę — zaryty w popioły.Więcem się zdumiał: — «Hej, świecie ty, świecie!»...Bo strzał tak srogi i tak nadzwyczajnyMógł dać człek jeden tylko: Pietr Zagajny.
Ten, w kłusownictwie ćwicząc się od dziecka,Własny modelusz miał na swe naboje.— «Szczędzić proch, chamska — mawiał — nie szlachecka!»...A kul i loftek też sypał we troje.Znała go z tego cała Myszyniecka.Padł zwierz? Nie było sporu. Brał jak swoje.— «Znaczy!» — mówiono. I prawda. Wypalił?Nie to, że zabił: na poły rozwalił.
Strzelbę miał zasię sławnego zawodu,Kurpiówkę. W dziuplu schowana głęboko,Od Szweda jeszcze, nie miała tam głodu,Bo pszczoły lufę zalały patokąCo najczystszego lipcowego miodu.Więc gdy rogacza wziął potem na oko,A wiechy precz mu odwalił od czoła,— «Tatarskie oko! — mawiał — To go pszczoła!»...
Toż kiedy nas tam Komisja dzieliła,A Zagajnego, co kulał w te czasy,Dała na kawę — ubyła nam siłaTęga, a zwłaszcza idącym na lasy.Strzelał Żuk, prawda, i łebsko też biłaFuzyja Żuka. Lecz nie był tak łasyNa strzał i takim nie prażył nabojem,Jak ów, co nigdy nie strzelał na swojem.
Więc tam przy trupie tego murzyniskaWszystko to nagle błysło mi w pamięci.Wtem słyszę — sapie coś. Jakieś wąsiskaW kark mnie czochają. A bakun — aż kręci.Spojrzę. — Tfu, mara! Czy tuman bies ciska?Zagajny!... On sam! Ratujcież mnie, święci!Tak krzyknę: — «Pietrze»!... — A ów mnie przebijeW słowie: — «Pan Balcer!» — Więc padlim na szyję.
Nuż ściskać, pytać, jak, gdzie, skąd, którędy...— «Dlaboga, ten strzał! Poznałem po strzale!»Zaś ów: — «A pukło! Ot, z tej tam facendyPuknąłem, czatę trzymawszy na wale,A on też, głupi, fajt, i trup w te pędy!To nasz. Za kije mścił się. Prawiem wcale
Nie mierzył. Ciemno... Poświecił sam śmierci.A zranić? Toć już lepiej, że na ćwierci».
Lecz mnie nie puszczał dziw. — «A Świercz? A Duda?A Włodarczyki?» — «Są». — «A Ćwiroń z Łęki?»— «Jest Ćwiroń»! — Wtem się zgruchła reszta luda.Ciskają noże, ciskają osęki,Pchają się, krzyczą, patrzą jak na cuda,Nie wierzą, z lewej żegnają się ręki,I w nagłem onem rozjarzeniu ducha,Wszyscy gadają razem, nikt nie słucha.
Wszyscy się śmieją i płaczą z uciechy,Na ono dziwne fortunne spotkanie.Ale Zagajny wąsiska, jak wiechy,Szarpnie, a łza mu przez lico ukanie.Zaczem przykłoni zszedziałej tej strzechy,I puści nader żałosne sapanie,Aż zgrzytnie, ściśnie pięść, westchnie głęboko,I zaklnie: — «Bym cię tu!... Tatarskie oko!» —
Więc rzekę: — «Takaż to tam ciężkość sroga?» —Ale ów milczy, wąs targa i stęka.Widzę — kuleje szpetnie: — «Co? Jak? — Noga»...— «Tutaj na nogi naszym główna męka.Człek w bagnie, jak ten dzień długi od Boga...W buciskach, iż się gada złego lęka,To oboleją mu nogi z mokrościTak, że but ściąga ze skórą, do kości».
Źle! Trzeba radzić. Stanęła wnet rada:Jak my się zeszli, tak trzymać się w kupie.A co tam długu za naszych przypada,Razem odrobić. Niech murzyn się chlupie
W bagnie! A chłopu ta praca nie nada.Tak przy stygnącym powzięli my trupie,Że jutro, wszyscy, wojskiem pospolitemNa kawie staniem. Stanęli my świtem.
Ale w tej ciżbie obrzękłych łazarzyTrudnom się doznał dawnego narodu.Tak się im żółtość rozlała po twarzyŚmiertelnem piętnem febrzyska i głodu.Aż gdy usłyszą — powrót, to zajarzyTakowe po nich światło, jak od wschoduZorza gdy wzejdzie... I łzy się poleją,I one serca uroszą nadzieją.
Więc między nami nie było już mowyO tem, co tutaj donagla i boli,Tylko precz, na te błonia, na dąbrowy,Na te zagony, na skiby te roliDusze leciały, i do tej posowyChat lgnęły, jako wróble do topoli,Abo jaskółki do belki pod strzechą,Krzepiąc się oną daleką pociechą.
Ale robota nie szła. Stary, młody,Żaden z nas nie mógł z murzynem iść w parze,Bo my po jednej łuskali jagody,Zaś murzyn, palce jakby po fujarzePuszczał, przebierał, a tu na wyprzodyZiarna leciały same. To po miarzeSzóstej i siódmej zsypywał do wora,A nasz dwie, trzy miał z trudem do wieczora.
Więc się we wszystkiem przed nami to pchało,Pierwsze do kotła, do łyżki, do miski.Tum głodny, tu się ledwo co zostało,Nim one sprosne napchali se pyski.
Tak cierpim. A tym jeszcze tego małoI z dziewcząt naszych chcieliby mieć zyski!Nuż mrugać, nuż te lśniące szczerzyć zęby...Małpy!... Aż jeden zuczył się: «Daj gęby!»
A te kozice w śmiech. Lecz nam do śmiechuNie było. Same garście szły w kułaki.Więc jak w kowalskim huczało tani miechu,Bo i my im się dawali we znaki,I prędzej, później, musiało do grzechuPrzyjść. Bo i jakże?... To takie cudaki,Przeciwko Bogu i samej naturze,Nad katolickim ludem będą w górze?
Jak więc, gdy zwolna ściągają chmurzyska,Nim wicher huknie i pędu im doda,Nieznośna duszność powietrze uciska,I oniemiała w sobie stoi woda,Gdzieś zagrzmi, niebo śniade gdzieś się łyska,Gdzieś w paszach trwoźny ryk wypuści trzoda,Gdzieś piach się wirem porwie i zakurzy —Tak było z nami. Czekaliśmy — burzy.............
Aż raz, Marychna Dudkowa, przed nocą,Uśpiwszy dziecko, szła w rzece prać chusty.W pacierz — wrzask słyszę. Tak skoczę: A to co?Dobiegam, patrzę, a te drapichróstyCiągną niebogę oną i szamocąWe trzech. A bród był odeszły i pusty.Tak krzyknę: — «Bywaj!» — I spadnę, jak kania,Na dwóch, a Dudek trzeciego dogania.
Widząc ów, że tu może być przegrana,Zwrócił się nagle, łeb zniżył pochyłyI wyciął w Dudka na podób barana.Jęknął chłop, a iż dużej nie miał siły,Nasiadł go murzyn i wziął pod kolana,Aż chłopu gębą śliny się puściły.Tak krzyczę: — «Broń się! Nie daj!» — A mam ręceZajęte, bo dwa łby murzyńskie kręcę.
Aż kiedym w młyńca puścił te wisielecTak, że ich czarność stała się błękitna.,Kiedy im w szczękach zatrzasły się kielce,A kręgi w karkach coraz to zazgrzytną,Cisnę obadawa łby, nic patrząc wielce,Gdzie, a one też o ziemię jak wytną,Tak zgasły. Jeno przez zbielałe oczyKrwawa się gałka chwilę jeszcze toczy.
Do Stacha — zamdlał chłop. A tu już waliZ okrutnym wrzaskiem murzyńska czarniawa.Już mnie, jak mrowie, gęsto osypali,Już lecą razy to z lewa, to z prawa.— Źle! — myślę. A wtem zagrzmiało woddali,I sroga wstała nad ziemią kurzawa.Nasi! Jak burza na wichrach nadlała,Lecą! Na czole Roch leci Zatrata.
Lecz ja, onego dzierżąc za czuprynę,Co Dudka nasiadł, jak krzcczot zająca,— «Sam! — krzyknę: — Do mnie! Bij w Bożą godzinę!»Wpadł Roch, już ono mrowie kołem strąca,Już twarze w ogniach błyskają, już sine,Aże się kupa uwiązała wrzącaI zawichrzonym potoczyła kłębem.Gdzie każdy walił, dusił, tłukł, rwał zębem.
Nie było widać, kto tam kogo bije,Kto górą stoi, a kto poszedł dołem,Bo ręce, nogi, ramiona i szyjeJednym się wrzątkiem kotłowały społem.Aż kłąb rozciągnął się, wydłużył w żmiję,Którą wnet puhą w kark czarny uciąłem,Zaczem rozpukła, miotając się w strony,W dwa grzmiące dzwona i we dwa ogony.
W ogonach walczy pospolita luzu.W dzwonach najtęższy war i trzaskawica.Tam Kos, tam Bandys, tam Srokacz łby tuza,Tam i Żurawy pracuje kłonica.Niejeden czerep pękł nakształt harbuza,A ślepie gasły zdmuchnięte, jak świéca,Gdy się tak kołem dzwono przewalało,To czarno powierzch idąc, to znów biało.
«Bij, zabij! Kupą!» Tymczasem już nowaChmura murzynów z folwarku przypadli.Wnet Jedna z drugą zrasta się połowa,Grubieje ogon, kadłuba dopada,Aż nagle z kręgów wysunie się głowaCzarna, u tego olbrzymiego gada,I kręcąc żądłem jadowitem — syka...Poznałem wodza czarnych, ich królika.
Stał prosty, pyszny, łeb trzymał zadarty,I hardym wzrokiem do bitki wyzywa.Pobok dwóch drabów czyniło mu warty,Szczekając, białek przewracając szkliwa.Tak myślę: — «Skoczę!» — A plac był otwarty,I już mi wichrem zjeżyła się grzywa,Gdy wtem żelazny kleszcz chwycił mi ramięZ tą mocą, w której czuć, że kość połamie.
Był to Zatrata. — «Mój panie Balcerze!Ostawcie! Ja go już obrócę zdrowo!» —Tu stąpi krokiem, pod boki się bierze,W kozła nastawił brwi, wyrzucił głowąI tak zakrzyknie w okrutnej cholerze:— «Pies niech ci gębę liże z twoją mową!Sam tu!... Do pola, hyclu!...» — Tu w garść plunieI cały w grzmiących błyskaniach nań runie.
Widząc, że idzie tu na gołe pięście,Rzucił król dziryt, odepchnął precz sługiI na Zatratę w okrutnym szedł chrzęściePiór, co był niemi obwieszon, jak długi.Tak my stanęli, patrzym — komu szczęście? —Lecz ci przypadli na się raz i drugiZ takim impetem, że w tej samej chwiliNawstecz się sami sobą odrzucili.
Pierwszy się królik pohamował w pędzie.Utrafił! Piachu podniosły się chmury.Nuże po sobie prać! Patrzym, co będzie,A ci, jak gdy się dziobami dwa kuryZwiążą, kokoszę zajrzawszy na grzędzie,Tak się związali, wszczepiwszy pazuryWe łby, i tak się wodzili dokoła,Piersią u piersi i czołem u czoła.
Więc krzyknę: — «Cóż to? Spowiedź wielkanocna?Pókiż tam szeptać będziecie do ucha?» —Bo już mnie warem zalewało docna,I sama w garści kręciła się puha.A wtem się puszczą. Lecz, jak fala mocnaPodbije falę, iż każda w swą bucha,Tak się rozskoczą i dyszą przez chwilę,Aż znów przypadną na się w świeżej sile.
Zwarli się teraz ogniście a szczerze!Grzmi murzyn, zgrzyta zęboma jak strzyga.
Zaś Roch, jak młocek, tak w równej precz mierzeTo pięść opuści, to znowu ją dźwiga.Co utnie, leci z królika pstre pierzeNa wiatr dokoła, aż w oczach się miga.Właśnie, jak kiedy, zarżnąwszy kapłona,Baba mu pióra rwie garścią z ogona.
Tymczasem, jako się w obrosłym stawieRuszonej wierzby kołychanie dwoi,Tak w onej bitką dyszącej czarniawieRuch i cios każdy przejmują wnet swoi.Ten się zastawia, ten pada już prawie,Ów okamieniał w skoku i tak stoi,A coraz, z wrzaskiem murzynów, polata:— «Bij! Dobra! Górą Roch! Górą Zatrata!» —
Wtem — patrzę — słabnie chłop. To się powinie,To utknie, to łbem zatoczy do dołu...Już murzyn obie garście mu w czuprynieTrzyma, i już się taczają pospołu.Takem się zdumiał. Bo widzę po minieSrogosierdzistej, że chłop wziąłby wołu!Wtem królik, jakby wysadzony prochemZ harmaty, kozła wyciął — het — nad Rochem.
Tu go chłop czekał. Jak żbik w bystrym skoku,W powietrzu chwycił króla w pas i trzyma.Próżno chce murzyn na ziemię dać kroku,Próżno grzmi pięścią i błyska oczyma.Zagruchło w kupie, jak w czarnym obłoku,Co go wichura pędzi, a grad wzdyma,Aż nagle, kawał ciśnięty polanaŚwisnął i podciął Rochowi kolana.
Zwalą się razem, zaryją się w ziemi,Jak podrąbane na boru swie sośnie.
Ściska Roch króla szpony żelaznemi,Lecz król go dusi i gniecie nieznośnie.Bez tchu, bez ruchy patrzym, stojąc niemi,Gdy wtem coś z górki łysnęło ukośnie,Tuż huk, kłąb dymu, i strzał piorunowyPierś z piersi strącił precz i głowę z głowy.
Wrzask buchnął. Czarnych rzuciła się kupaNa majdan. Nagle, jak wilcy zawyją...Tam z królewskiego kadłuba krew chlupa,A łeb się toczy odstrzelon wraz z szyją.Tak chwycą tego czerwonego trupaI tym się strasznym sztandarem nakryją,Jak burza lecąc na rozhuk postrzału,Co po pagórach zacichał pomału.
Ale Zatrata porwie się na nogi,Strząchnie, z onego wyskoczy ukropa,Ogłuszon jeszcze bitką, lecz jużsrogi,I w nich! A było naszych pod sto chłopa.Pędzim... Wtem: «Stójcie! Stój!» — Napoprzek drogiLeży Zagajny. Piętami piach kopa,Ręką wiatr grabie, wypręża się, ziewaI — trup! Spojrzałem: Wyprute miał trzewa.
Tak mi się w oczach świat nagle zasini,Jak przy gasnącym gromnicznym ogarku,Bo widzę, że się tutaj o krew czyni,I że stąd cało nie wyniesiem karku.Lecz już na folwark runęli murzyni(Niewiasty z dziećmi były na folwarku).Tak nie szło myśleć długo, tylko trzaskaćW kije, a nożem po żebrach ich głaskać.
Jak burza spadlim. A już częstokołyZaparte były u onej fortecy.Już strzały lecą z niej, jak z barci pszczoły,Już dzieci słychać krzyk, już wrzask kobiecy...Lecz my zębami prawie rwiemy koły,Jak taran walim, podkładamy plecy,Trzeszczy... gruchnęło! A to z takim pędem,Że ci, co parli, też gruchnęli rzędem.
Piekło!... Ryk, wycie, twarze nieprzytomne,Upiorne, śmiechu szatańskie wybuchy,Na drzewcu trząsa drabisko ogromneCiałeczka strzępy krwawe i pieluchy,A Maryś — (war mnie zalewa, gdy wspomnę,I ręka teraz jeszcze szuka puhy) —Między murzynów kupą rozciągniona,Twarzą do nieba, martwa leży, zmięta.
Tak my się wściekli. — «Jezus i Maryja! —Nieludzkim głosem Zatrata Roch wrzaśnie:— Noga stąd żywa nie wyjdzie niczyja!Poświecić trupom! Niech będzie im jaśnie!» —Tu młyńcem puści kół, nad głową zwija,A kogo trafi i kogo utrzaśnie,Już się ten z nikim nie będzie potykał,Taki mu wieczny zrobi pacyfikał
Porwą się, całą natrą w niego ławą...Lecz on zamachnął szeroko ośnikiem,Jak kosiarz, kiedy idzie wielką trawą.Więc z wyciem wstecz się rzucili i z krzykiem,A on, to w lewo grzmiąc, to znowu w prawo,Nie zatrzymywał długo się nad nikiem,
Ale szedł we krwi i w ognistym pocie,Zapamiętany w swej srogiej robocie.
Lecz insi też w swą biją. Tuż Jan BaniaNiósł za Zatratą, na podób grabiska,Drąg kuty, setny. Ten w kupę zaganiaŁby, i pod kosę zbija je, i ciska.Gdzie machnie, słychać śmiertelne wołania,On nie dba. Idzie i dusze z ciał iska...A taka moc w nim, że nielża tam zabiecO żywot, gdzie ten straszny przejdzie grabiec.
Tuż Bugaj, płacząc z okrutnej rzewnościO tę niebogą, łzów pełne ma oczy,I ślepo wali, nie bacząc, gdzie kości,Gdzie mięso, wszystko rąbie, miesza, tłoczyI tak przed sobą krwawą drogę mości.Nie czuje, że sam ranion jest i broczy...Tak czyniąc jatki te, coraz zachlipie,Właśnie, jakoby kat płakał na stypie.
Zaczem Hnat Jurko pędził i Żurawa.Hnat spodem, chyłkiem, jako więc derkaczeSznurkują, kędy co bujniejsza trawa,Po nogach razi, podbija je, skacze,To z lewa w łydki urwie, to znów z prawa,A coraz wrzaśnie: — «Wy, dusze sobacze!Niechrzty wy!... Czotry!» — I tak go po głosieZnać, gdzie jest, jako derkacza o rosie.
Ale Żurawa, który był cechowyI nosił pierwszą chorągiew w Sterdyni,Ciśnie kapeluszprecz, obnaży głowy,Jak do pacierza, krzyż święty uczyni,W garść plunie, chrząknie, i tak już gotowy,Nuż po czerepach łupać, jak po dyni!
A coraz wzdycha na głos, przerywanie:— «Na chwałę — Twoją — prze-najświętszą — Pa-nie!
Tam kówiąc, sięga pałką. A gdzie amentWypadł, tam puszcza ją, niby z trafunku...I zaraz dziki wybuchał tam lament,I już żadnego nie było ratunku.Tak śmierć rozdzielał, jakoby sakramentWijatykowy dla dusz opatrunku.A co którego zwalił, to ukosemPoglądał w niebo i pociągał nosem.
Przy nim jak ciężka piorunami chmura,Co błyska, zanim grzmot wypuści srogi,Rum sobie czyniąc kłonicą, Sekura,Sam niemy — niemo trupa strącał z drogi.Za czapę zatknął dwa królewskie pióra,Iż mu u głowy sterczały, jak rogi.Tak szedł, piekielny, a oczy mu czarnieGorzały, niby wilkowi latarnie.
Zaczem się parła luza pospolita,Wzbijając tuman kurzu, jak barany,Tak w sobie zwarta, nieustępna, zbita,Jako dębowe kłody i tarany.Kto koła niema, zęboma rwie, chwyta,Bo się już naród czynił opętany...Więc jak przed grzmiących wód srogą nawałą,Wstecz się, przed kupą oną, wszystko miało.
I jeden tylko Dudek, co tam runąłNa pierś Marychny swojej z głuchym krzykiem,JUż się nikomu z drogi nie usunął.I nie nastąpił z miejsca się przed nikiem.
A choć krwi potok przez oczy mu lunął,Trupa się tego uczynił strażnikiem,Jak skrzydła, po nim rozciągnąwszy ręce:I tak stratowan był i zginął w męce.................
Lecz ja, skinąwszy sobie do pomocyPietra Bandysa i Ziąbę Wawrzona,W bok się rzuciłem, i skryty od nocy,Zabiegłem bandzie chyłkiem od ogona.Dopieroż po nich prać!... Skoczą jak z procy...My wpozad, z przodku kłonica czerwonaRocha Zatraty, więc się to rozpryśnieW boki, jak twarog, gdy śruba dociśnie.
Ryczą, pierzchają, padają, gdzie ślisko,Na trupy, na jęczące rannych ławy.A miesiąc prawie wytoczył kolisko,Ogromny, groźny i dymno-jaskrawy,I tak obświecił to krwawe boiskoI twarze w ogniach — sam w ogniach i krwawy,I były niebo i ziemia — jak piekło...A nas gwałt, bójka, rozpacz — wszystko wściekło.
Tak, tak my dziko te łby oczadziliWe krwi zaduchu, w parach, w trupim swędzie,Że jakby trzasnął grom, tak jednej chwiliWpadlim, wszyściuchno potłukli w facendzie,I w miasto! — Miasto leżało w ćwierc mili.Tak jednym wichrem i w jednym rozpędzieMordować lecim, bić — co się nawinie...Niech się zawali świat! Niech wszystko ginie!
Roch, jak zhukany buhaj, pędzi przodem,W rękach mu furczy okropna kłonica.
Nad nami dymy ciągną korowodem,Bo naród sobie żagwami przyświéca...Zmizerowani krzywdami i głodem,Jak piorunowa pędzim nawałnica...Kto ranny, nie wie nawet, że ma ranę.A wszystkie oczy gorą, krwią pijane................
Ale murzyny, jak zwierz rozpłoszony,Woadły już w miasto, rozniosły już trwogę.Więc gdy lud dopadł, a pożar czerwonyPuścił przez niebo ognistą srężogę,Zakołychały sobą wszystkie dzwony,A na miesiącem usrebrzoną drogę,Wśród tłumu mieszczan i dzwonów rozjęku,Ksiądz wyszedł przeciw nam, a krzyż miał w ręku.
Jak więc gdy nagle o mur trzaśnie głowa,Stanęlim. Ręce opadły z ożogiem.Ksiądz takoż stanął. A nie rzekł ni słowa,Tylko to drzewo krzyża z Panem BogiemPodniósł, a ona męka ChrystusowaMiesięcznem światłem zajarzyła błogiem...I tak przeżegnał nas — Ukrzyżowany...Dopieroż my tu w płacz, jak w te organy:
— «Chryste!... O Chryste!... A bądź-że Twa wola!A nie daj-że nam przepaść w cudzej ziemi!Toż my sieroty!... A stań-że od pola!A broń!»... — i tłuczem o ziem łbami temi,A jęk się dzwonów szeroko rozkola,A krzyż odchodzi śladami srebrnemi...Więc się obrócę, jakom był u czoła,I huknę, we łzach cały: — «Do kościoła!» —................
Tak my ruszyli wielką procesyją,A krzyż ów jasny świecił nam, gdzie droga.Idziem, a wszystkie dzwony ku nam biją,Ażeśmy przeszli święconego proga.Dopieroż jak nie hukniem litaniją!...To jakby zawiej porwała się srogaLecących w niebo dusz, ze skargą, z łzami...— Kyrie elejson!... Zmiłuj się nad nami!...
Klęknął ksiądz. Ognie migają mu w twarzy.Zacisnął usta, zapatrzył się w Boga,Gdy tak ten naród od samych ołtarzyRozkrzyżowany legł, aże do proga...Pomost ci to był mizernych Łazarzy,Których zdeptała moc Boska i noga...A on lud, grzbietu poddawszy w pokorze,W prochu obliczem legł, pod stopy Boże.
Aż gdy spłynęła ta pierwsza żarota,Ksiądz do nas: — «A wy łotry! A hultaje!...(Polak był, młody, a zwał się Błahota)— To tak?... To takie u was obyczaje?...To wy, jak zbóje, z nożami we wrota?...Z żagwią?... Z ożogiem przez cudze te kraje?...Siedemkroć czartów rogatych w was siedzi!...Bić mi się zaraz w piersi!... Do spowiedzi!...
I nie czekając, aż zbliży się który,Sam rozkrzyżował szeroko ramiona,A twarz sierdzista, po której szły chmury,I piorunami z pod serca złocona,Strzymać nie mogąc szarpiącej wichury,Nagle w łzach jasnych stanęła zalśniona,Iż gasły na niej łyskania i gniewy,Skroś tej srebrzystej, nawalnej ulewy.
Zaczem gwałt ony przemógłszy na sobie,Tak zaczął mówić słowami rzewnemi:
— «O ziemio polska, spowiadam się tobie!O wiosko moja! O szmacie ty ziemiOjczystej, który tam płaczesz, w żałobieNie zaoranych pól... chaty pustemi...Ugorem życia i czarnym odłogiem...— Tobie spowiadam się, jakby przed Bogiem!
I wam spowiadam się, chróściane płoty,Com was rozgrodził, gdy wicher się srożył...I tobie dachu mój, snopami złoty,Gdzie Bóg mi bronę na gniazdo położył...I wam, ojcowe mogiły-sieroty,Którem o proch swój i kość swą zubożył...Psu przykaż proga, a będzie ci leżał,A jam cię, ziemio rodzona, odbieżał!...
Nie miłowałem, jakom miał miłować,Alem cię przedał, jak Judasz, za myto...Nic bojowałem, jakom miał bojować,Za ciebie, coś jest na krzyżu przybitą...Nic zachowałem, co miałem zachować...Zdradziłem chatę, lipami nakrytą,Która chowała mnie jak matka syna —Zdradziłem!... Moja wina!... Moja wina!»..................
Grzmotnął się w piersi, a tuż, jak sto młotów,Huknęły twardo zaciśnięte ręce,A dusze padły w proch z tych bystrych lotów,W niewymówionej żałości i męce.Strzelistych jęków utkwiło sto grotów,W każdym załamie murów, w każdej wnęce...I tak nas zeszedł świt i jasność sina,W tających szeptach: — «Moja... moja wina!»...
...............Port było miasto. Ale aż po ranuNoc u kościelnych przetrwawszy podwoi,Sinego morza dojrzeli my łanu,Gdzie statków gęsto niby kopic stoi.Rozór ci to był srogi oceanu,Co srebrną brózdą na dwojgo świat kroi,Że dwoma skiby upada na strony,Prawą i lewą połową dzielony.
Więc jako pątnik, kiedy mu zdalekaW mgle zamajaczy ostrobramska wieża,A on, choć szczudłak i choćby kaleka,Czołem z radości o ziemię uderza,Iż ujrzał, na co dusza jego czeka —Tak tam gromada nasza u odźwierzaPowrotu swego, padła na kolana...— Witaj, przewitaj, ty drogo żądana! —
...Któreś nas zwało przez wielkie pustynieKrzykiem tęskności, co w szpikach aż wierci,
Gdy dusze nasze, wyschnięte w tej glinieCiał umęczonych, padały się w ćwierci,Któreś nas zwało po pilnej przyczynie,By odnieść kości nasze do tej śmierci,Co cicha siada na chaty przyproże,W spokoju zaszłych zórz — zawitaj, morze!
...Któreś stanęło okrutnym przestrzałemOd nas, tułaczy, do domu i rodu,A teraz skrzydłem ponosisz się białemOd słońca wschodu do słońca zachodu,Ciebie ja, naród ubogi, doznałem,Od piany piór twych do czarnych żył spodu,Gdziem widział dziatki moje potopione,Jakby miesiącem zaszłe — tak zielone.
...Witajcie, srebrne wierzeje i wrota,Które nam oto Bóg do dom otworzył,Iżbyśmy swego chwyciwszy się płota,Jak pień wyrwany byli, co zaś ożył.Oto nas tutaj przywiodła tęsknota,Oto lud zdrowiem i życiem nałożył,By duszę dowlec tu i spojrzeć w zorzeNadziei swojej... Zawitaj nam, morze!
...Niechże twe szumy nade mną się staną,Niech mnie korabie twoje precz poniosą!Bom Łazarz, jedną oskorupion raną,Od wierzchu czaszki po stopę aż bosą...Na ziemię dobrą i obiecowanąSzedłem, a teraz powracam się, bo sąNiezwyciężone rzeczy, bym ostawał,Korzenie puścił tu i owoc dawał!
...Człowiek ja jestem polnego zawodu,Inakszej roli, z pod inszego nieba...
Lipy mi kwietnej, pszczół brzęku z ogrodu,Wierzby a brzozy płączącej mi trzeba...Nie szukawałem od rodu, praroduWyżebranego u ziem cudzych chleba,Anim światami goniwał cudzemi...Co mi świat? Własnej, rodzonej chcę ziemi!
...Doma chcę! Niechaj twój żagiel zruszonyW ojczyste kraje duszę mą pomiota!Bom naród-oracz, bez pługa i brony,Bom naród-kowacz, bez kuźni i młota...Do strzechy żytniej jestem utęskniony,Jako do matki ubogi sierota...Nieś-że mnie teraz skrzydłami czteromaŚródniebnych wichrów twoich! Ja chcę doma!...............
Poszliśmy w miasto. Siedziało okrakiemNa rzece, co my tu za nią bieżeli,Od kiedy w gorcach porwawszy się ptakiem,Leciała, szumiąc z srebrzystej gardzieli.Teraz, skrzydliskiem rozwiana dwojakiem,W dwoje wód grzmiących potęgę rozdzieli,Zawściąga wartu, pian puchy rozpierza,I pełną piersią w ocean uderza.
Dopieroż je tu na uzdę! Most tęgi,Kraciasty, niby ta zębata brona,Oba jej boki dymiące sparł w cęgiPrzyczołów swoich. A rzeka zaś onaŻwa munsztuk, targa na sobie popręgi,Niezbytym jeźdźcem będąc przeskoczonaI piany pluje u każdego słupa,Jak ogier, co w nim ta wątroba chlupa.
Cud było patrzeć stąd na wieże, mury,Jak to szło jedno drugiemu przez głowę,
Iż brzeg był górny a krągły z natury,Właśnie jakoby wykuty w podkowę.Bokami brodził gród, jak czynią nury,Zaś czubem wiercił tę Bożą posowę;A dym z kominów wprost w niebo tak pędził,Że miałbyś szperkę w nim, tobyś uwędził.
Pogoda była cicha, rześki ranek,Jak u nas bywa ku świętemu Janu;Ostatnie gwiazdy zgasiły kaganek,Którym w noc świecą Chrystusowi Panu.Dalekich statków kołysał się wianekNa nieobjętych falach oceanu,A te, jak owce w runie, szły do brzegaZ przepaścistego swojego noclega................
W mieście był jarmark. Kipiel sroga. MrowiaLudzkiego wrzątek niestrzymany zgoła.Ledwoś wpadł, jużci od zadu strzeż zdrowia,Jużci od żeber znów, jużci od czoła...Strój różny. Tutaj sajeta, tu krowiaSkóra z sierzchułą, a szastnie gdzie poła,To nagość łyska pisana w kolory,Jak jajo, onej wielkanocnej pory.
Dopirz wrzask! Każdy cię do swojej kupiCiągnie, szamoce, przygwałca i trzyma,Że człowiek tylko te oczy wyłupi,A ów mu gębą, jak wiatrem w miech, dyma.A niech zmiarkuje twój rozum, że głupi,To cię, jak hubę namiękłą, wyżyma,
Aże ostatnim popuścisz szelągiem...Nie lża tam inak, jak pięścią a drągiem.
Więc krzyknę: — «Kupy pilnuj, a wal klinem!» —Tak wnet się nasza gromada obwoła.Ja poprzód, za mną Roch wespół z Marcinem,Skroś ciżbę pruje, jak byk, dając czoła.Niejeden z okiem odleciał wbok sinem,Niejdnego my zwalili chochoła,Niejeden stragan pogubił pierogi,Aż my w tym ścisku dobyli se drogi.
Dobra nas gwiazda wiodła. Kęs na prawoBył plac. Z nagłości wparli my się w niego,Ajk płocie, kiedy walą gęstą ławą,Strzymać nie mogąc naporu własnego.Czarni, obdarci, nakryci kurzawą,Niźli do ludzi, do stada dzikiegoRychlej podobni, a każdy kij w garści.Wtem krzyk: — «Stój! Stójcie! A żeby wciornaści»...
Takem otrzeźwiał. Jakby mi więc mioduKapnął na serce spalone w goryczy...Patrzę, na placu moc wielka narodu,A za ożydle trzęsie mnie i krzyczyJakowyś Mazur tęgiego zawodu.Czupryna lniana, twarz w ogniach, kark byczy,A tuż przed nosem moim srogie pięści...Tak huknę: — «Bracie! A niech ci Bóg szczęści!»...
I nie pytając, kto, co, jak, któędy,Zwaliłem mu się, by kłoda, na szyję.
Tak insi nuż się obłapiać w te pędy...Mazur, nie Mazur, wszystkie parachwijeZa jedno! Nikto nie słucha komendy,Krzyk z krzykiem, słowo ze słowem się bije,I nie tak sobą rodzeni się cieszą,Jak my, we światach tych, swojacką rzeszą.
Zaczem się zwarli w kupę. Jezu Chryste!Jakże nie buchniem duszą, by ukropem!Jak o ziem czapy nie runą rzęsiste!Jakże się w bary nie chwyci chłop z chłopem,Jak nie zajarzą te lica sierdzisteWe łzach! To wiera, że prędzejbyś czope,Onego źródła, co bije z pod ziemi,Zatkał, niż serca te, ze łzami temi!
Wielka to rzecz jest ta pospólna dusza,Co ją ojczysty zagon w naród wszczepił,Że jest rodzący, jak jabłoń, jak grusza,Jaednaki owoc, jak żeby kto lepił!Pomyśleć tylko... Co u paralusza!Chlebam nie łamał z tobą, wodym nie pił,A niech cię, chłopie polski, gdzie obaczę,Razem i radość mam, i razem płaczę.
I zaraz mi się po kościach obzywaTen praojcowy ród, ta ziemia, macierz...Hej, niechaj człek się i skóry wyzbywa,Jedna mu dusza z bracią, jeden pacierz!Rozerwie-li kto? Aliści, jak żywa,Zrasta się miazga we pniu, choć go zacieszSiekierą w sam rdzeń, przez biele, przez kory,I spólnym majem zakwita swej pory.
Zaczem po placu pojrzę. CzworobokiemStały tam wozy, w półkoszki, w półdraby;
Szkapy żwające po torbach z obrokiem,Kury a gęsie, prosięta a schaby...Lud zadufany, nieustępny krokiem,Chłopy w lejbikach rządnych, w chustach baby;Pstrzy się to, kwieci, buszuje, pokrzyka,Głowa przy głowie tuż, przy bryce bryka.
Wszyscy gadają naraz. Jak w podwiośnieSto żył z podziemnych ruczajów wybucha,Tak huczy wrzawa, tak gwar setny rośnie,Każdy prowadzi rzecz, a nikt nie słucha.Dopieroż gdy z tej nagłości ochrośnieI oną parę, co pierwszą, wydmucha,Gdy baby zatchną się, a chłopy spocą,Jakoweś słówko zrozumiesz przemocą.
Bokami, pośród tumultu babiego,Bugaj i Marcin Kos trzymali mowy.Co przerzekł który, to z dziwu wielkiegoPlaskają ręce i chwieją się głowy,Iż siła lud ten zabaczył, co swego,I już się po nim przyrzucał liść nowyW miejscu tem, gdzie miał przez osierdzie bliznę,Kiedy był szczepion w tę cudzą ojczyznę.
A teraz, kiedy mu oną zgrubiałość,Którą był przyżył w pniu obcym, zdrapano,Kiedy wspominki podbiły w nim żałośćZa oną chatą a ziemią kochaną,Leda słóweczko jakie, leda małość,Bólem go piekły, do krwi zdartą raną,Iż słychać było w onej zawieruszeGłosów jęczące i łkające dusze.
Więc tak się stało, że my to, nędzarze,Nie miawszy w sakwach nic, nawet okruchaCzarnego chleba, przynieśli w podarzeKarmię dla serca, posiłek dla ducha...Upragłym wzrokiem patrzają włodarzeZiem dobrych, sroga pali ich posucha,A onże Łazarz palec w rosach maczaI puszcza krople na język Bogacza................
Lecz Kos, stanąwszy w pośrodku, na ćwierci,Co nią mierzają podjezdkom obroki,Pociąga nosem wiatr, a okiem wierciOpałki, niecki, węzełki, tłumoki.Aż krzyknie: — «Ratuj mnie od głodnej śmierci,Patronie święty! A toćby tu bokiGodnie wyłożyć było czem, że — rety!» —Tak się rzuciły do wozów kobiety.
Wmig zabielały gomółki, twarogi:Rzęsiste bochny, słoniny okrajce,Wnetże kiełbasy w wiankach, wnet pierogi,Wnet butle z mlekiem, warzone wnet jajce...Puszczą się nasi, uczynią gwałt srogiSkroś onych jadeł, co właśnie, jak w bajce,Aboli we śnie, tak nam się jawiły,Iżby lud zaczuł w kościach nowej siły.
Ale Żurawa oburącz przed siebieWziął krągły bochen, do piersi przycisnął,Podniósł źrenice i rzekł: — «Miły chlebie,Któryś nam tutaj pociechą wybłysnął,Jak owo słonko wiośniane na niebie,Bądź-że pozdrowion!» — A tu się zachłysnąłŚlozami, które chciał utłumić w sobie...Aż w takim dalej powiadał sposobie:
— «Oj, zapachniałeś ty mi wioską, chatą,Oj, zapachniałeś dymem jałowcowym,Kiedy cię Magda na wyścig z JagatąW bochny tulają po stole lipwym...Zaś podebrawszy święconą łopatą,W czeluść cię sadzą na liściu klonowymI podpłomyki skrobają po dzieży...A z pieca idzie na izbę duch świeży.
Tyś to jest ona strawa pierworodna,Bez której nijak ostać się nie możem!Nie jeno żywot, i dusza tam głodna,Gdzie ty nie pachniesz polami a zbożem...Błogosławiona treść twoja aż do dna,I ręka matki, co krzyż kreśli nożemPrzez twą rumianość, nim czeladź obdzieli»... —Tu umilkł, dobył kozik z kamizeli.
I uczyniwszy przez bochen krzyż święty,Stateczną k sobie odwalać jął skibę,Prószący łzami na nią. Tak był zjętyTą rzewliwością, co kiedy sadybęRodzoną wspomni, to za sakramentyMa sobie każdą rzezcz i jak przez szybęMiesięczną patrzy choć na żerdź u płota,I wszystko jej się w srebrze łez migota.
A tak to po nas poszło, że my z płaczemChleb jak opłatek łamali, dzielili...Człeku, co nigdy nie byłeś tułaczem.Nie wyrozumiesz ty podobnej chwili!A jam ją przeżył i znam moc jej. ZaczemKręgiem się chłopi na bruku sadzili,A wszystkie oczy stanęły wlepioneW jadła, porządkiem w dwie strony dzielone.
Zaczem nastała cichość, jak w kościele,Tylko chrobocą te zęby, te szczęki,
Tylko ten język obraca, żwa, miele...Krótka tam droga do gardła od ręki,Iż nikt nie baczył, co — ani, jak wiele.Czasem śmiech, czasem ponoszą się jękiSkroś onej ciszy. Tak z jadłem i z piciemNaród się witał tam, jak z dawnem życiem................
Dopirz kto pojadł, a miał już do syta,Wzdechnął, rzemienia puścił z chudych boków.A twarz mu nędzna i we łzach obmytaPrzyśmiechiwała się, jak zarz z obłoków.Odsapnął Marcin Kos, iż mu jelitaChleb rozprostował i zluźnił, jak troków,Skręconych w onym to niezbytym głodzie,I wnet się dusza ruszyła w narodzie.
Zabłysły oczy, jak iskry w popiele,Chrzęstnęły w stawach przeciągane koście,A żywe ciepło rozległo się w cieleZaziębłem, wyschłem, po długim zbyt poście.Brzęk poszedł kupą, jak kiedy się leleW złotą uwiążą wiechę. Już gwar roście,Już wrzawa, już huk buszuje, jak z kadzi,A każdy rzecz swą do siebie prowadzi.
— «A już też, wiera, nie puścim was, braty —Krzyknie stateczny chłop — jeno musitaDo nas w gościnę!» — «Aby przez próg chaty!»Zawrzaśnie drugi. — «Aby nasze byta»
Obaczyć, pola, ten jęczmień wąsaty!»...— «Co się tam prosić! Zabierzem i kwita!Niechże choć nockę znocują przed drogąPod dachem! Niech się na siłach wspomogą!»
Miło mi w sercu zagrały te słowa.Pojrzę po oczach naszym, szukam rady...A jako byłem ja teraz ich głowa,Więc otrę wąsa i tak od gromadyRzekę: — «A niechże Bóg święty zachowa,Byśmy tu z wami, bracia, mieli zwady!Dzień-ci nie wieczność, a piór nie ubędziePtaku, choć sobie na witce przysiędzie».
Chrząknę, chcę dalej, wtem ryk... Aż mi skóraPocierpła. Z boku stał z kopicą sianaWóz drabiniasty. Przy wozie Sekura.Piersi w wóz wparte, twarz w siano schowana,Pleco mu trzęsie okrutna wichuraSrogiego płaczu, struchlałe kolanaPrawie że klęsną, a skroś tej zawieiRyk z chłopa idzie, jak ze zwierza w kniei.
Zaczuł! Sianokos zaczuł — łęgi nasze,Nadbużne błonia, nieobeszłe pasze,Nabrane słodkim dechem matki-ziemi...Zasłychnął chrzęsty kos, świergoty ptasze,Więc wóz objąwszy ręcami drżącemi,Wparł nędzną głowę w więź siana i rykiemFolgował, niemym nie władnąc językiem.
Rzucą się chłopa odrywać — nie dałem.Niech ta nacieszy się! Niech ta nadycha!Niech mu ta ulży pod łzow tych nawałem...A już wolnieje płacz, już chłop nacicha,
Jeszcze drga chwilę wychudłem tem ciałem,Zaczem podnosi łeb zjeżony, wzdychaI błędnem okiem dokoła powodzi,Jak ów, co ze snu twardego odchodzi.
Tak zaraz bystrym ciurkiem poszły mowy,Co z brzega cichsze, na ucho szeptane:— «A jaką-że to przygodę miał owy?Czy przyrok? Czyli tak miał co zadane?» —Aż się uczynił harmider takowy,Żeś nie rozumiał nic. Tedy ja wstanę,Tę nędzną głowę obejmę SekuryI krzyknę: — «Bierz się, bracie, na pazury!»
Ale przy wozie stał chłop z głową siwą,Sparty na długiem biczysku, i słuchałOnego gwaru, co szumiał, jak piwoMłode, to cichnął w sobie, to wybuchał.Lico zbróżdżone chłop miał, jak gdy niwąBrona przejedzie, i w krótki wąs dmuchał.Aż rzecze: — «Nie dziw! Toć i mnie, jak żywa,Ziemia się stara nocami obśniwa!
Tu legnę, tum się naciągał za wołu,Trza spać — a tu mi, jakby kto malował...Widzę caluśką wieś z polem pospołuI z dawną chatą... On dach, onże powałBielony, izbę, stół, ławy u stołu...On sad wiśniowy, com se go zhodował...Ten rechot żabi słyszę... To ćwierkanieWróbli... Ta studnia na oczach mi stanie...
A wszystko ciągnie, rwie, krzyczy, dociska,Jako ta zmora, kiej na pierś ci siędzie...To wnetbyś rzucił te nowe siedliska,A brał te pióra bieluśkie, łabędzie,
I płynął... Taka ci ta ziemia bliska,Choć je daleka! Piętnaście już będzieRoków, jak my tu, a precz trzyma sznuraW garści... nie puszcza!» — Wtem baba niektóra:
— «Już my i na mszę dawali do fary,I do doktora chodzili — a na nic!Dał doktór proszek — i co? — To mój stary,Odkiela odstał od tamtych ta granic,Pląta się nocą, by bocian bez pary,Kie sie sam lecieć porwie z gniezdnych dranic...» —A chłop westchnąwszy: — «Na duszy człek chory.Co mi tam proszki! Co mi tam doktory!
— Dawniej my mieli kujawskie kapotyZ Inowrocławia, a młodzi lejbiki.Teraz co? Dajesz sukno do roboty,To nie wie, głupi szwacz, iże guzikiKu fałdom idą wtył, a zaś wywrotyTrza dokół taśmą. To jak te fircykiW spencerkach chodzim, w pludrach, jak ten kusy...Tfu!... A co baba wytkała obrusy
Doma, ręczniki, płachty, płócien kopy,To tera wszystko kupuj a trzęś kiesy...Pobogaciały, prawda, nasze chłopy,Aleć bogactwa te, te jenteresyTak mi się widzą, jak w bajce. Tu snopyZłote, tu skrzynie świecą z pod przyciesy,
Pełne dukatów... Dmie Bartek w dziedzica,A przecknie, ściśnie w garści — sama czczyca!»
A wtem mu insi w rzecz wpadną: — «Co gadać!Świat kołem chodzi, my na nim — i tyla.I co tu takie tam mowy powiadać,Co za uschłego nie stoją badyla!Siadajcie lepiej na wóz, macie siadać...Czas leci, a tu opętana milaDo farmów!» (Niby na ten pomiar stary,Bo tutaj drogi inakszej są miary).
Lecz Kasię Ziąby objęły w mig baby.Nuż się dziwować onemu dzieciątku...— «A jak też stary?»... — «A czy też nie słaby?»... —— «A jak z nim było z samego naczątku?»...— «Tfu, na psa urok!» — «A czy też mu abyPokarm plaguje?» — «A jak też chudziątkuRzekają?» — «Chrzcony? — Reta! Na okręcie?...A będzie też to ten chrzest miał przyjęcie
Do parachfii?... Bo tu na przybyszeCiężko. — Tu biskup z kaboklów się wiedzieI proboszcz. To jak mentrykę ci pisze,A nie wyłożysz mu na stół poprzedzieChoć z piąci mile (boć i tu hołyszeRóżne się trafią) — to tak ci przejedziePiórem po karcie, że nie wiesz, czy PawełDziecku je, czyli na to mówiąc — Gaweł!...»
Odrzecze Kasia: — «A co mu tam na tem!Nie będzie on tu, robaczek, gawłował,
Ani pawłował! Nijakim my światemTu nie ostaniem. — Co? Będziesz wędrowałAże do Wólki z matusią i z tatem?...Jak się to śmieje... Toć kie nas ratowałDo dziś, zratuje i dalej w potrzebie,Ten najwyszejszy Bóg, Ociec na niebie!...» —
Westchła. Wzdychają insze z kompanije.Ta głową kiwa, ta pociąga nosa,Rzęsne korale chrobocą u szyje,Co na nie dobrze popuścił chłop trzosa,Jedwabne chusty, kryzy, szaławijeWstęg różnych, — a ta, między niemi, bosa,Jako lelija polna, tylko zasiePrzyodmieniona tą nędzą w swej krasie.
A wtem parobczak tęgi huknie z bata.— «Siadać, to siadać! Prosimy w gościnę!»Tu buchnie wrzawa: — «Czem chata bogata!»— «Na łyżkę barszczu do nas!» — «Na gęsinę!»— «Prosimy pieknie!» — «A nogą, Dropiata!A przestęp!» — «Jedźwa, w szczęśliwą godzinę!»— «Jazda, przejazda!» — «Siadać, zatem potem...»Siedlimy. Wozy ruszyły z turkotem..................
— «Wszystko my tutaj, chłop w chłopa, Burniaki —Tyle że każdy przezwisko dodaje...Rodem my całym ruszyli, jak ptaki,Co kupą lecą na one wyraje.
Ufundowalim wieś polską — Rodaki.Ziem dobra. Jeno insze obyczaje,I mowa insza... Że nim się dokupiDo zrozumienia, człek chodzi, jak głupi.
Podatek płacim duży. Ale czasyDobre są. Co rok urodzaj dwojaki...Że nam się ona kamary, szparkasy,Niebardzo jakoś dawają we znaki...A co gdzie insi od nas poszli w lasy,Karczować — wszystko zmarniało, chudziaki,I zeszło na psy! — A nas tu osadyJest do półsetka. Dawamy se rady». —
Tak mówił tęgi chłop, wielgolud prawy,Co fajkę kurzył, siedząc na rozworze.A już przed nami skroś drożnej kurzawyUkazowało się bujne pomorzeŁak niskich, w wielkie zapuszczonych trawy.A podłuż drogi, wśród drzew, dwór przy dworzeW ogrodach, w gankach, w słupkach, w lśniącej blasze...Tak ów: — «A oto i Rodaki nasze!» —
Więc jak wesele jechałoby właśnie,Zaczęła młodzież: — «Ognia z pakuł!» — wołać.Jakże nie hukną z batów! Jak nie trzaśnieStokrotne echo w niebieską tę połać!Jakże ten podrób domowy nie wrzaśnie!Jak się nie porwą w lot, nie mogąc zdołaćPiechtą, kokosze z tem gdakaniem srogiem!Jak psi nie wezmą ujadać przed progiem!
Tak w onej wrzawie stanęlim w folwarkuGodnym. Zeskoczył gospodarz z rozwory,Otworzył bramkę, zdjął czapkę i karkuZniżywszy, grzecznie uderzył w honory.
Sypła się czeladź, patrząca podarku,Z domu, z ogrodu, z stodoły, z obory...A ów: — «Witajcie! Prosimy przez progi!Matka! A szykuj do barszczu pierogi!»
Zaczem złazilim z wozów. — «Pochwalony!»— «Na wieki!» — Każdy gości se obiera.Już Burniak-Rogacz i Burniak-Smolony,Burniakom-Gradom Kasieńkę wydziera,JUż Burniak-Fjała, już Burniaki-WronyBandysów wiodą, a Burniak-KozeraRocha Zatratę i Kosa Marcina...Tak nas gościła tam caluśka gmina.
Ale największa gromada ostałaU gospodarze. Ten Burniak — był — Skwara.Człek grzeczny, w świecie bywały, bezmałaNa wójta patrzał. A zaś jego staraNa mieszczaneczkę. Ano, Bogu chwała!Roztasowaliśmy się godnie zara,Zara przepili na szczęście, na zdrowie,Wszystka drużyna i sami Skwarowie.
Pojrzę ja dokół — parada! Człek nie wie,Gdzie splunąć. Wszędzie świeci się, jak szklanka.Podłoga drobno heblowana w drzewie,Szafy, komody, u okien firanka,Zegar bijący przy kukułczym śpiewie,Lampa, lichtarze na miejsce kaganka,Stołki nadobnie pobijane w kwiaty,A zaś na łóżkach — pod sufit piernaty.
Prawda, żem takiej nie widział świetlicy,Chyba u księdza-brata. I to — kto wie...(Bo, jak mówiłem, na Grodzkiej ulicy,Mam brata księdzem, w samiuśkim Krakowie,Ten mieszka w bramie, zaraz przy dzwonnicyNa lewo, a zaś Balcerski się zowie.)
Prawda, bogactwa wszelakiego zadość...Że patrzeć na to choćby, już jest radość.
— «Niemałom ja się naciągał, napocił,Nim ten dom stanął» — gospodarz mi rzecze.— Ale żeby mi kto drogę wyzłocił,A znów pod Prusa gnał — nie pójdę, człecze!Tuś się do życia wolnego zochocił,Żaden cię landrat, landpruder nie wlecze...Polska, powiadasz? A cóż mi za takaPolska, co ja w niej mam słuchać Prusaka!»
— «Mój gospodarzu! — rzekę — plujcie na to,Póki nie tyka wam nikt waszej wiary!Nie ino czapę, i duszę rogatąMusi mieć polski chłop. A wy tam staryRód, w onych ziemiach siadły... I — mam za to,Że wszystkich zbierze zaś rok wielki, jary...Prusak nie wieczny, przeminie za czasy...Gdzie były lasy, tam znów będą lasy!»................
Dymił barszcz z misy, kurzyły się garki,Kiedy się dźwierze rozwalą w dwie poły,I wpadnie dziatwa Skwarów, niby — Skwarki,Powracające tej pory ze szkoły.Czworgo ich. Chłopców i dziewcząt dwie parki,Bieluśkie w sobie, by ziarna jemioły.— «Jeść, mai!» — krzyczą. — «Bom dja, pae! — wrzeszczą,Tylko im one słowa w zębach trzeszczą.
Zachrzaknął stary Skwara. Może z dumy,Może ze wstydu. — «Obcej ich tu mowyUczą we szkole — rzekł — Ale rozumyTęgie, choć gada to inszemi słowy...Cóż robić! Trudno inak, moje kumy!»Ale ja, bacząc trafunek takowy,Spytam: — «A jak się zowiecie, rabiata?»Tak wrzasną: «Żuka, Karlo, Anuncjata!»
— «Tfu!» — splunę na to i zatrzęsę głową,A i do śmiechu mi jest i do płaczuNad oną, niby to swojacką mową,Poprzetykaną, jak bobem w kołaczu,Jakowąś gwarą odmienną i nową...A i cóż tobie, ty polski oraczu,Po całym kramie tym, po całym szumie,Jak ciebie własne dziecko nie rozumie!
Toć w żadnej inszej mowie, w całym światuTej gorącości niemasz, tego ducha...Czy matce — matko! czyli bracie! — bratuPo polsku rzeczesz, to aż ogień bucha,Taka ci słodkość w tem, taka woń kwiatu!A to i Chrystus Pan najradziej słuchaPolaków. A ten Ojczenasz — sam zmawiał,Gdy zmarłe wskrzeszał, a chore uzdrawiał.
A przecie były króle, a gadałyTą polską mową, siedzący na tronie!Przecie wiem! Przecie był Bolesław Śmiały,Przecie Łokietek był, był Piast w koronie...Przecie z Marjackiej wieży te hejnałyPo polsku grają w czterej świata stronie...A kiedy naród gruchnie: «Święty Boże!»To co? To to jest nie po polsku może?
Takem se myślał, łowiący pierogiPo barszczu, które woniały od sadła,
A czułem, jak mi na czole gniew srogiI sroga żałość brózdami usiadła.Namykały się z łyżkami niebogiBaby, baczące tę srogość u jadła,Ażem wąsiska obtarł, zagryzł chlebaI sapnął na znak, że dość i nie trzeba.
Ale mnie parło gadać. Ścisnę zęby,Jako przy misie psuć nie lża kurażu,Lecz serce miałem tak wzdęte po wręby,Że nagle buchnę: — «Panie gospodarzu!Co po próżnicy mleć we łbie otręby...Po jakim dziatwa chrzcona kalendarzu?»— «Po katolickim!» — rzecze. Tak ja: — «Wiera,Co nie po polskim!» — Wtem Burniak-Kozera
Z Rochem Zatratą wpadł na ganek. — «Hej, Skwara,Idziemy kupą w pole... Chceta z nami?»— «A ino! — krzyknie ów. — Idziemy zara!»Wnet my szeroko szurgnęli stołkamiI ciśli łyżki, choć z misy szła paraSmakowna, dysząc siwemi kłębami.A owi: — «W rosy idziemy! A zaś z rosówW łąki! — Najrzymy wczorajszych pokosów!» —
Ruszylim. Dzieci, baby... Jeden ostałSekura. Nie chciał i przyległ na ławie.Tak mu ten srogi płacz wątpia wychłostał,Że chłop, jakby wziął baty w tej przeprawie,Już bladł, już znowu ognia w twarzy dostał,A choć go trzęsło, gorącość jaskrawie,Jak z huty, z niego szła. Coś się łamałoW chłopie. Coś przez moc we świat z niego chciało.
Ruszylim kupą. — Ale że nie duchemPorozumiałem, co ta «rosa» znaczy,Idziem, a do wsi z wesołym rozruchemCiągnie już naród zadzierny, junaczyBurniaków. W chłopa chłop, żebyś obuchemNie zwalił. Jeszczem takich nie znał graczy!Jeno w garść temu kłonice a kosyI hajda w taniec! Tak poszli my w rosy.
Las to był. Jeno nie taki skroś czysty,Jak u nas, kiedy ma rdzawe podłożeIglic, przetkane mchami, pień strzelistyPrzy pniu wywali się w jarzącej korze.Krze były raczej i zagaj śmiecistyOd traw, od wituł różnych, że nie możeNic w górę śmignąć przyrodzonym kształtem,Tylko się plącze, wije, dusi gwałtem.
..Hej, międzyrzecki lesie! Hej, wy boryNasze, co słońcu podajecie czoła!Insza w was krasa, inaksze kolory,I ta wspaniałość wasza — insza zgoła!Nieraz ja, w one gasnące wieczory,Tak szedłem po was, jak w progi kościoła,Między te słupce pniów, cały wsłuchanyW pograwające wierzchołkiem organy.
Jest wieczna mądrość i jest wieczna chwałaW przeróżnych głosach i pogwarach ziemi;Alić największa ta mi się wydała,Która poszumia borami naszemi.Gada do ciebie bór, jak żyw — bezmała,Słowami gada nad wszystko tajnemi...
A miałbyś czysty duch onego czasu,To i głos Boga posłyszałbyś z lasu!...............
Tymczasem młodzi w gaj wpadli, hukając,Krzycząc, jak gdyby szła naganka sznura.U nas z pod krzaków niejeden by zającSmyrnął, niejedna śmignęła wiewióra;Tu — nic. Aliści naleźli, szukając,Jakiegoś gada czyli to jaszczura,Któren był w żywe kolory pisany,Jeżył grzbiet w zadry, sykał i pluł piany.
Wzięły go dzieci na wić, ciągnąc w piasku.Za gajem, jakby świat zalało słońce,Tak się topiły w złocistym oblaskuPola kukurydz, by wojsko stojące;Strczą bagnety, kask świeci przy kasku,Złoto-zielonych kolb miga tysiące,Linja za linją i rota za rotą...Tak my wsiąknęli w zieloność tę złotą.
Gruchnęły śmiechy radosne i młode,Płosząc motyle wielkie, krasne ptaki.Te miały w sobie tak jasną urodę,Że niczem szczygły, niczem gile, szpaki.Brnęły w kukurudz dzieci, jak we wodę,Tylko za niemi chwieją się te szlaki,Jak za pławcami, kiedy idąc ławą,Rozgarną rzekę na lewo, na prawo.
Ale gospodarz przyzostał się wtyleI tam mi rzecze: — «Tu rudy są miedzi.
Przyszła kopalnia. A ciągną się z milę.Sześci chłopaków naszych w Geras siedzi,W sztygarskiej szkole. Jak będą w tej sile,Że się to własnym przemysłem poredzi,Grosz cały puścim w parę, ile mamy,I szyb otworzym. A Niemcom nie damy!
A to powiadam Waści w tajemnicy:Szwabów tu w mieście dość, co tylko śledzą,Gdzieby co urwać. Zarazby spólnicy,Zaraz obery... A tak, nic nie wiedzą.Dopieroż, jak im hukniemy z izbicySzybu: Gutmorgen! — to mówię wam, zjedzą,Sto par rogatych djabłów, że my, «chamy»,My, «polskie bydło» — też rozum swój mamy!» —
Tu nadął jędrną twarz z okrutną pychą.— «A kto ma rozum, ten ma i talary!Dlatego u nas sza o tem i cicho,Póki się nasze nie wrócą sztygary.A wtedy — pójdźcie! niech bierze was licho,Na polską sztolnię patrzący, psiawary,Szwaby!»... — Tu zatchnął się i gębą dymał,Iż z wielkiej pasji dech mu się zatrzymał.
Tak wtrącę słowo: — «A dajże wam, Boże!Nowe to, prawda, rzeczy są dla chłopaNaszego, kiedy zagona nie orze,A patrzy chleba z rudy i krusz kopa.Alić czas nowy idzie, nowe zorze,Przemyślność nowa»... Wtem słyszę — ktoś hopa...Takem odkrzyknął: — «Hop! hop!» — a jak w lesie,Głos się po trzcinach otrąca i niesie.
Stadko zdybali jakieś. Niby sarny,Niby nie. Śmigłe i rudoczarniawe.Przed słońcem skryły się, iż dzień był parny,I legły wiankiem, zaszywszy się w trawę.Poprzedzie jelon-rogacz, prawie czarny,Zwrócił łeb suchy i oczy jaskraweKu nam. Wnet młodzi rozproszyć to chcieli,Lecz Skwara znak dał, że nie — więc stanęli.
Kucnęły dzieci, i tak — przez zasłonęOstatnich rzędów kukurudz — patrzały...A te odblaski złocisto-zieloneNa główki kładły się i na włos biały.Tak tchy niewinne i oczy się oneDwóch Bożych stadek ze sobą zmieszały,Jak w raju, kiedy zwierz wszelka szła samaDychać a patrzeć w nowego Adama.
— «Chcielimy zrazu uderzyć tu w żyta,Ale że ziemia niechętna na zboże —Zagadał Burniak-Wrona — tak i kwita!»— «Ale! — odeprze Kalet: — A Chrząst orzeRychtyk na górce pod żyto. Nie pyta».— «Ba, Chrząst! Bez żyta Chrząst wyżyć nie może.A choć dach blachą pobity ma doma,Gada, co żytnia potrzebna mu słoma».
A na to Skwara: — «Inszy już tak będzie...Tak odrzewnieje, tak rozum zeskali,Że choć gdzie niebądź z żywotem usiędzieNa nowem prawie, to stare pcha dalej.Zarówno mu tam, co rośnie na grzędzieSamo ze siebie. Wszyściuśko wnet zwali,I oną rolę przygwałca to rodzić,Za czym nawyknął za pierwszych lat chodzić.
A to jest — wiecie co?»... — Nie dopowiedział,Ale ku łąkom patrząc, wzniósł kułakaI huknął: — «To tu Witkowy jest przedział?To tum ci pasać kazał?... A sobaka!...To ja, kroć djabłów, z tobą będę siedział,Pilnował bydła?... A patrzcie go, jakaBestja nabożna... Jak ten Żyd się kiwaI śpi, a bydło, jak chce, tak używa!»
Aż mnie zamgliło z lubości w tę chwilę...Laboga! Toćto jakby u nas właśnie!Tu pastuch w trawie zadrzemnie se mile,A tu gospodarz nad nim — jak nie wrzaśnie!A chłopie miły! Ani ty wiesz, ileZabierasz z sobą tej wsi, gdy cię praśnieDola we światy! I nic nie pomoże:Ten klnie po nasku, na żyto ów orze,
Choć wie, że chybi. A daj wam Bóg, chłopy,Za oną polską duszę, co z was świeci!Jest blacha — wam się na strzesze śnią snopy...Jest pastuch, djabeł za djabłami leci...A niech wam rodzi sto kóp z jednej kopy,Burniaki-Wrony, Burniaki-Kaleci!Niech wam się szczęszczą te «kazy», te «rosy»,Niechajże z czubem mierzają wam losy!....................
Pod zachód było, kiedy my wracali,Obszedłszy stajnie, obory, podwórza.Na wielkich zorzach gwałtownie się paliSłońce, wpuszczone w czerwień do pół kruża.
Już głębiej, już się topi w skrawej fali,Już się do czuba, już z czubem się nurza...Nagle — świat cały gaśnie, jak zdmuchnięty,I wnet się mroków podnoszą odmęty.
W pół ryku bydło, a pół nutki ptaszęUrywa, oną porażone mocąPrędkiej odmiany. I mowy też naszeZacichły. A już rozjarzone nocą,Sypły się gwiazdy przez nieba poddasze,Jak złote ziarno siewne. Już migocą,Już gasną, światłem zalane miesiąca.Tak noc tam pilna jest i tak nagląca.
Ale Burniaków ściągnęła się chmaraDo nas z goszczoną u siebie gromadąI z rojnym gwarem. Co młodsza wnet wiaraNaniosła chróstu i godny stos kładą.Najbliżej ognia przysiadła sie staraKubina, z twarzą kościaną i bladą;My insi kręgiem, jak właśnie koniuchyW łąkach, gdy wierzba osypie się w puchy.
To, żeby mi kto powiadał z ambony,Że ja te świtki chłopskie, te sukmanyObaczę, z tej na wywrót świata strony,Że one chaty, one orne łany,Lud cały będzie w posadach ruszony,Tobym se naprzód pomyślał: — pijany!A zaśbym plunął w garść i między ślepie...Niech po próżnicy ozorem nie trzepie!
Lecz Skwara, który rad o swym dobytkuGadał, tak kończył przerwaną rozmowę:— «Prawda, że człowiek nic niema do zbytku,Ale porządek jest wszelki!» — Tu w mowę
Wpadł mu Grad-Burniak: — «Ii, co tam, mój Witku,Będziem wywodzić? Tu rzeczy są nowe!Niech nam pan Balcer o Polsce powiada».— «Hale!» — huknęła burniacka gromada.
Chrząknę i rzekę: — «A cóż ja wam, braty,Dobrego powiem? Toć sami wy wiecie,Jak i co, kiedyście rzucili chatyI poszli nowych gniazd szukać we świecie.Źle jest! Dalekie jeszcze te roraty,Te jutrznie złote, gdy światłość precz zmiecieOną noc długą nad naszym narodem!Ziemia się poci krwią, przed słońca wschodem.
Pod jednym panem wyżyć — ciężka bieda,A cóż kiedy cię za łeb aż trzech chyci!Leda cię pismak dusi, strażnik leda...A już najcięższy krzyż mają unici.Chcesz ślubu? Chcesz krztu? — Nie wolno. Ksiądz nie da,Że aż po lasach biegają tam wici...A dojdziesz, człeku, ostatnich momentów,To zdychaj, jak ten pies, bez sakramentów!»
— «Ponoć — rzekł głosem przyciszonym Wrona —Ze Rzymu wyszedł przykaz, by folgować...Ponoć jest w Rzymie Pietrowa ambona,Z której o Polsce mają publikować,Jako jest mocą niebieską strzeżona».— «Nieprawda! — krzyknie Roch — Toćby nas chowaćNie wlekli na swój cmentarz! Toćby chłopówNie wpisywali w mentryki u popów!
— Nieprawda! Nie chcę ja obrażać Boga,Ale że z Rzymu i wiatr nie doleci...
Daleka widać do Polski mu droga,Chociaż mu Polska w same oczy świeci,Jasna od męki, od wiary zaś — sroga.A toć nas gnają przez śniegi, zamieci,A toć nas więżą... I co? Gdzie głos Rzymu?Tyle Rzym o nas dba, co tego dymu!» —
Tu jęk się podniósł dokół, a te głowyNa pierś opadną. Tak lud w serce bierzeOne zwątpiałe i posępne mowy.Więc ja: — «Bywalić i tędzy papieże!Był ci namiestnik Pana Chrystusowy,Co dał za Polskę obwołać pacierzeNa ten caluśki świat, przez góry, rzeki,Gdy naród Boskiej przyzywał opieki.
Ale to dawno już! Dziś insze czasy». —A wtem Fijała: — «Co ta o złem gadać!Rozpowiadajcie, jak tam szumią lasy,Kiedy na młody liść deszcz zacznie padać...Jak na weselach, w karczmie huczą basy...Rozpowiadajcie — macie rozpowiadać —Jak tam przepióry wołają po żytach,Jak ziemia pachnie na rośnych przedświtach...
Jak tam z kapusty zając do dnia kica...»Tak rzekąc, śmiał się niby to wesoło,A łzy mu gradem leciały przez lica...Nagle od ognia wstał, pojrzał wokoło,Łzy otarł, podniósł głowę do księżyca,I ten kapeluch wcisnąwszy na czoło,Iść od nas począł precz, w mroczne pustkowie,Nie czekający, czyli mu kto powie.
Zaczem zaczęli gadać wszyscy w kupie.Baby w te pędy puściły języka,Jako że Fjały od rodu są głupie,A i ten we łbie tęgiego ma bzika,Jako nad samą Narwią jest wieś Słupie,Gdzie miała Magda Burniaczka indyka,Co nie dał dziecku spokojnie przejść drogą,I jako takie sprawy być nie mogą.
Aż gdy się nieco ściszyło w gromadzie,To nasza święta staruszka znad BuaSzeroko wielki krzyż po niebie kładzie,I tym świetlistym wzrokiem w niebo mruga,Jakoby z kimsi była tam w naradzie,Aż jej wypłynie z wysłych piersi strugaDrżącego głosu i w pieśń się rozlewa...A nam po szpikach mróz idzie, gdy śpiewa.
— «Pątowaliśmy do słonka od nocy,Pątowaliśmy od krzywdy do prawa...Puściliśmy się szukać onej mocy,Co ją ta wola człowiekowi dawa...Szli z nami święci, szli z nami prorocy,Niosła nas światem korabiowa nawa...A tera my się z tej drogi wywarli...— Żywi się widzim, a sąśmy umarli!
...Pątowaliśmy do Boskiego sądu,Pątowaliśmy do umartej śmierciPo morzu szliśmy i szliśmy po lądu,A sam Pan Jezus rychtował nam perci...Poszliśmy szukać do życia wyglądu,A zaś wracamy, zszarpani na ćwierci...
Do siódmej skóry ze siebiem się zdarli...— Żywi się widzim, a sąśmy umarli!
...Wyjdzi ty do nas, gwiazdo jutrzenkowa,Wyjdzi ty do nas, miesiączku rogaty!Przynieś nam ciche, najcichejsze słowaOd naszej ziemi rodnej i od chaty!Wyszła-ci gwiazda — zgaszona jej głowa,Wyszedł-ci miesiąc — czarne na nim sztay...Ziemi i chaty wrota my zaparli...— Żywi się widzim, a sąśmy umarli!...»....................
Śpiewa. Jakoweś niosą się wzdychania,Jakieś z pomroku patrzą na nas oczy...Wiatr powiał, iskry po głowniach przegania,Rozjarza ciemność, to znowu ją mroczy.Jakieś dalekie, to bliskie wołaniaSłychać — nad nami, w nas, to gdzieś z uboczy...Aż wszystko cichnie, gaśnie, rozemdlewa,I tylko w duszy jeszcze cości śpiewa.
Świtało. Po wsi odpiewały kuryPogodne zorze, gdym ze snu przecykał.Już mrok przed onem zarzewiem purpuryPilno się zbierał w kłęby i umykałZa siniejące kędyś we mgłach góry...Skoczę, choć ze snem jeszczem się borykał.Ano, złodzieje noc, dzień mają — pany,Zaś ranek chłopu od Boga jest dany.
A już skrzęt słychać i głosy w komorze.Tak wywrę w ganek drzwi, wyjdę za płoty,A tu caluśki świat wschodowy gorze,A słońce leci w niebo, by ptak złoty...
W blaskach, pod górką nieodal Chrząst orze.Krój w rolę puszcza, zakłada uwroty.— «Szczęść Boże!» — krzyknę. Aż tu, niby chmura,W jasność tę wali polami Sekura.
Rów, nie rów, pędzi niepatrzący drogi,Ręce, jak śmigi, w ruch puścił, łeb goły,Okrutnym krokiem rozstawia te nogi,Aż mu płótnianki zdartej furczą poły.Dopadł, pchnął Chrząsta precz i cały srogi,Jakże nie chwycił pługa! Jak na wołyNie huknie: — «Wio, maluśkie!» — we świat cały —«Wio, wołki moje!» — aż echa odgrzmiały.
— Laboga! Co to? — W imię Ojca, Syna...Gada!? — Po grzbiecie przechodzi mnie mrowie.Cud, czy co? Wskrzeszon? Jak ów Piotrowina,Wskrzeszon, co leżał już w mogilnym rowie?«Sekura!... Bracie!»... Nie słyszy, chudzina...A niechże w księgach spisują ludowie,Jako chłop polski z tej niemej gardzieliPrzemówił, pługa chwyciwszy grządzieli.
Lecz on łba zadrze i słów własnych słucha...Nie wierzy, iż mu z tej długiej niemotyOdkrzepnął język. I znowu wybuchaNiehamowanej pokrzykiem ochoty:— «Wio, małe»! — Głos mu po tej grdycy grucha,Jak gołębiowi... I tak, cały złoty,W onych zarannych pyłach, skibę waliGdzieś w samo słońce, w świetlącej rozdali.
Jeszczem stał, iż mi nogi w ziemię wrosłyZ dziwu, na one niebywałe cudy,A on już wracał pługa i wyniosły,Zstępował z górki przez orne te grudy,
Tak letko, jak żeby go pióra niosły...W przekosach słońca zajarzył włos rudy,Nie postrzygany dawno, złotem kołem,Jak ono świątkom dawają nad czołem.
Jeszcze tak patrzę, a wtem mnie ów zoczy.Ciśnie pług, woły, roztworzy ramiona,I z wielkim krzykiem na szyję mi skoczy.Tak ja, hamując łzów tych: — «Do pierona!Folguj, bo zwalisz»! — A już się lud toczy,Iż była droga na ranek zmówiona.Tak macham czapą i wrzeszczę, co raty:— «Sekura gada!... A śpieszcie się, braty!»...
A w nich jak piorun trzasł. — «Sekura?... gada?...»Stanęli, patrzą, słuchają, nie wierzą.Aż jak nie gruchnie w głos cała gromada,Jak z dziwu w ręce niewiasty uderzą!Lecz on już biegnie, już w naręcz im pada,Tak mu się tylko te piersie rozszerzą.— «A braciaż mili! Witajcież tą mową!» —A co się puszczą, to chwycą na nowo.
— «I dość! I basta! — krzyknę, — ty raroguJeden, bo nam podusisz dziewczęta!A toć pilniejsza rzecz dziękować Bogu,Żeć otwarł mowę, co była zamknięta»!Więc pokląkł, za nim baby na rozłogu,Iż męka Pańska była tam zatknięta:«A bądź miłościw!... A dziękaż ci, Panie!»...Aż utłumiło te wzdechy — śniadanie.
Tak rada: — «Słuchaj, Sekura. A możeOstałbyś na czas u Chrząsta ratajem?Toć nam daleko jeszcze przez to morze.Jeszcze niewiada, jak my się dostajem
Na susz»... — Lecz ów się porwie: — «Nie! Nie! TożeJa muszę z wami! Chociażby za najem,Choć o żebranem... choć ostatnim dechem...Śpieszma się! Idźma!» — Tak jedlim z pośpiechem.
Jeszcze te łyżki po misach brząkały,A on już zrywał się i bieżał w progi,Podpaliwany żądnością tą cały,Że mu świat prawie uciekał spod nogi.Wtem powstał Burniak-Grad, wziął talerz biały:— «Ha! Jak wam śpieszno tak, to — na te drogiSzczęsne do Polski!» — Tu dobył talara,Położył, brzęknął. Drugiego dał Skwara.
Zaczem już rzędem szedł między Burniaki,Zbierając datki niewstydnie, bo bratnie.Posypały się złotniaki, srebrniaki,Co tam kto przemógł dać. Aż i ostatnieDziatki posięgły po swoje trojaki...Niesie je chłopak rad, a wtem się zatnie:Tak mu tam matka poszepcze. Więc powie:— «Do polskiej ziemi na powrót! Na zdrowie!» —
Rozwiązał Bugaj trzosa. Ten był pusty,Jak gniazdo, gdy się wywiodą pisklęta.Zesypał, zamknął i drżącemi usty— «Bóg zapłać! — rzecze. — Niech Bóg wam pamięta,Bracia, tę pomoc!» — Tymczasem już w chustyWiązały baby chleb, ser, a dziewczętaKwiatuszki brały kwitnące przed gankiem:Jaskry, nagietki i stokroć z rumiankiem.
Tak my ruszyli. A wokół, jak dzwonki,Nawpół wesoło, a nawpół żałośnie:— «A pozdrawiajcie od nas pola, łąki...»— «A pozdrawiajcie te wierzby, te sośnie...»
— «A pozdrawiajcie jaskółki, skowronki,I wszelkie ziele polne, co tam rośnie...»— «A pozdrawiajcie tę ziemię ojcową!...» —Mówią, a już się głos traci — i słowo.
Słyszałem ja raz, jako zbój niektóryDo piekła patrzeć szedł, co go też czeka,Iż stanął sobą wprzecz całej naturyI obliczności prawie zbył człowieka.Ten ujrzał w piekle okrutne torturyI słyszał, jak czart imię jego szczekaNa cztery wichry i jak walą młoty,Na ściel mu kując noże i brzeszczoty.
Alić mam za to, że nie sroższe mękiMógł ów oglądać w piekielnej otchłani,I że ten powrzask czartowskiej paszczękiAni bluźnierczy tak być nie mógł, aniTak rozpaczliwy, jak krzyki i jęki,Które tam biły z tej strasznej przystani,Gdzie morze prawie krwią i łzami ściekło.I — wiera — tam to było żywe piekło!
Szerokie ujście obsiadując rzeki,Obozowały ludów różnych kupy.Dzieci, we wrzodach całe, i kaleki,Niewiasty, jako Bożej męki słupy,Łazarze, którym jedna śmierć ma leki,Grobem ziejące, nawpół zgniłe trupy,Zapowietrzone z nędzy i z choroby,Których psi nawet nie chcą lizać — Hjoby.
Ledwo ujrzeli nas, już każdy wołaJeść. Sterczą ku nam ręce, jak piszczele,Rwą się piskliwe głosy dookoła,Huczą klątwami zachrypłe gardziele.W największy odpust, za progiem kościołaNie ujrzysz dziadów takich, ni tak wiele,Zwierz nawet dziki nie węszy za padłemZ takim skowytem strasznym. Zaraz zgadłem,
Że tam nie było naszych w onej kupie.Jakoż nie było. Słowaki, Wołochy,Żydy, Cygany, takie ta przekupie,Taki ta naród powłóczny a płochy,Co od jak żywa nie siedzi w chałupie,Tylko światami roztrząsa patrochy,A gdzie dom temu, osiadłość i droga,Nie zapisane zostało u Boga.
Więc tak to poniósł wiatr, jak letkie plewy,I w stertę zsypał nad tym oceanem.Przelatywały ku nim chmurą mewy,Krzycząc nad onem jadłem wyżebranem,I długo słychać było one gniewyMorskiego ptactwa na powietrzu szklanemI powrzask dzieci, co nagie i sineBrodzą w pas, łowiąc wszelką szkarłupinę.
Tuż zaraz wrzały muzyką gospody.Przez drzwi wywarte widać ławy, stoły,Kręcą się w tańcu te morskie narody,Stracone dziewki, pijane pachoły,Huczą niechluje śpiewy, cieką miody,Ci za łby idą, ci chwycą się wpoły.Krzyk, klątwy, śmiechy, pisk — jakby kuł wieprza,I prawda! Cała ta gawiedź nie lepsza.
Na mały czs tu przybija do brzegaOkręt z dróg morskich. Tak wnet ta załoga,Upragła życia, z pokładów wybiega,A do gospody najprostsza jej droga.Wnet ją muzyka, wnet flasza podżega,Pije to, hula, i z proga do proga,Wali się kupą rozpustną, gdzie wiecha,Iż morze — długie, a krótka — uciecha.
Nierzadko huknie strzał z tego mrowiska,Nierzadko trupa wyniosą cichaczemI strącą w one przybrzeżne skaliska,Gdzie morze wiecznym zanosi się płaczem.Zapluśnie fala, pian buchną kłębiska,I — kamień w wodę — nie wróci się! ZaczemOne ugasłe w rozchmieleniu duszeJęczą po nocach w morskiej zawierusze.
Idziem tak, aż tu wylata z za węgłaDziewczyna, wrzeszcząc: «O, reta! o, reta!...»Pojrzę ja — może lat piętnastu sięgła,Może nie. Ledwo podnosi gorsetaPierś, jak turkawka, co dziś się wylęgła.— «Stój! — wołam — Czekaj! Co ci!» — Ale gdzie ta!Leci a wrzeszczy: «Tatuńcio przedali!»A za nią kupa hultajstwa się wali.
Więc, iż nie było do utraty chwili,Tak krzyknę naszym: «Zastąpić od wody!Nie dać do morza!» Tak zara skoczyliMłodsi z hultajstwem owem na wyprzody:Jużci macnęli się tam i pobili...A ja z Bugajem dalej do gospody:— Jak? Co?... I prawda!... Ociec ją rodzonyNa rozpust przedał dziś za trzy korony.
Tak my dobyli grosza: — «Na tu! Naści,Judaszu, swoją przeklętą zapłatę!
Żryj, pij, i niech cię djabeł smołą maści...A na dokładkę i na pierwszą ratę —Masz!» — Tum go gruchnął w pysk, z onej napaściGniewu nie wiedząc sobie rady. — «A tęDziewczycę bierzem!» Tak się ciszkiem zwinął,Pieniądze zgarnął i w alkierz wychynął.
A my też wyszli. Wrzała jeszcze kupaZwiązana bitką z owymi krzeczoty.Już jeden zadem na mielizną chlupa,Już drugi leci, jak kamień, pod płoty,A choć nie było między nimi trupa,Popuchły naszym pięście od roboty,Iż guzów, sińców nabili niemało,Póki się toto na nogach trzymało.
Lecz baby między się już wzięły dziewkę,Iż się to trzęsło całe, by ptak w kleci.Ponarządzały na niej przyodziewkę,Zszarpaną, że to nagie ciało świeci...Już i zgadały się, że starszą, Jewkę,Ociec żołnierzom przedał, będzie trzeciDzień, a ją tutaj, dzisiaj, przed godziną...Tak sama gęba nabrała mi śliną.
— «Tfu, Polsko moja! Zhańbiłaś się!» — splunę.A takim żalem i wstydeem mnie sparło,Jakby mi z serca kto żyłę, jak strunęJęczącą we krwi wyciągał przez gardło...Jakże nie zwrócę łba! jakże nie runęW to bydło, co się za nami wywarło...Jezu ty, Chryste! Waliłem, jak młotem,Aż się to w piachu zaryło pokotem.
Takem odsapnął i oną prawicę,Com ją w młot zwinął, otarłem na sucho,
Iżem miał, jakby krwawą rękawicę,Tak to plugastwo popuściło juchą.A że mnie jeszcze gniew trzymał za grdycęI żal wył we mnie srogą zawieruchą,Tak zdjąłem czapę i ofiarę z owychCzyniłem do nóg Pana Jezusowych.
A niebo pełne przestronności było,Jak gołębiowe piersia, tak mieniące...Modrością tlało i blaskiem się skrzyło,Iż w złotobarwne pióra wiało słońce.Więc ustał we mnie gwałt pod oną siłąCichości Bożej i tętna kipiące,A chociem jeszcze, jak żbik, sapał srodze,Reszta się gniewu rozeszła po drodze.
Tak szlimy prędkim i burzliwym krokiem,Iż fukał jeszcze parą jaki taki.Jeszcze Zatrata krwawem toczy okiem,Jeszcze Kos garście zaciska w kułaki,Kiedy nad morzem cichem i szerokiemKrążyć zaczęły wielgoskrzydłe ptaki,Które się w słońcu zachodowem nurzą,Wrzaskliwe wiece trzymając przed burzą.
Wtem pojrzę znagła. Czy w oczach się dwoi?...Na progu, białym opasan fartuchem,W białej szlafmycy na łbie — Opacz stoiI pobrzękuje złocistym łańcuchem.Poznał. Tak krzyknie z impetu: — «A moi!...»Ale wnet urwał i wydął się brzuchem,Widząc obdartość naszą. A iż mnie sięChwycił śmiech, rzekę: — «Cóż słychać w Odesie?»
Trząchliśmy ręce. A wtem Bugaj trzosaObrócił. Dźwiękło od srebra i złota.
Tak zaraz Opacz zmalał, spuścił nosaI sterczącego przywściągał żywota.Nuż ściskać Rocha, obłapiać nuż Kosa,Nuż kłaniać, prosić za sobą we wrota,Gdzie znak gospodni śmiecił: «Pod Matrozem»,I Miś tańczący, u szyi z powrozem.
Nuż rozpowiadać, jak szpital ów całyWymarł, jak o to sam nawet był w śledztwie,Jak komisary po kotłach wąchałyI nie znalazły nic (co ma w świadectwie);Jako dwie panny za męża go chciały,Co szynk tu właśnie otwarły w sąsiedztwie,I jak, choć mu się wiedzie w interesie,Zawsze to nie to, co było w Odesie.
Mówił, przez zęby pluł, trząchał ramionyZ przywyczki, bowiem nie miał już szynela.— «Tak cóż mi panny? Tak na coż mnie żony,Jak ja swojego pilnuję artiela...Wracać? Tak po co, brat moj, gdy zniesionyWojenny fłot nasz od nieprzyjacielaJaponca, co się — taki syn — zbuntowałPrzeciw naczalstwu i wsio ekspłodował». —
A wtem rozrzewnił się: — «Mnie żałko, braty,Że w taką drogę ot, wy się puścili!Tak ja wam zaraz stakańczyk arbatyZ rumem... Gotowo stanie w jednej chwili...
U mnie za jedno — ubogi, bogaty...A toż ziemniaki wy! My razem żyliW korabiu! A i pośle takoż — w lesie...A żal, co ze mną nie byli w Odesie!» —
Nagle się zwrócił do mnie: — «Wy widzieliMagiera? Onże popadł tu w pisarze.A pisze listy, prośby, co kto każe...Tak Żdżara przeciw. Czort to ich rozdzieli,To znowu zetknie ich rogami. TażeDawnoby który wisiał na powrozie,Tylko że jeden zawsze siedzi w kozie,
To się nie mogą sięgnąć!» — Buchnął wrzawąŚmiech aż po pułap, gdzie para szła z szklanek.A my, jak siedli u stołów, tak ławą,Gwarząc, przetrwali noc. Już szarzał ranek,Sinej modrości bijący kurzawąW okna gospody, gdy wyszli my w ganek,Gdzie Opacz pilno wyliczał rachunek:Osobno nocleg, osobno częstunek.
A rozświt złotniał coraz. Już na wschodzieZakwitły zorze różanością bladą,Na morskich wyżach chybały się łodzie,Z których rybacy nocą obierz kładą,A mały wiater chodził se po wodzieI poruchiwał fal drobnych gromadą,Iż ono morze, w dwie strony wahane,Raz złote widzi się, a raz — rumiane.
Nagle przyrosło wiatru. Machnął pióry,Jękła przeciągle fala ciemniejąca,
Ugasły one złotobrzeżne chmury,Co wyszły świecić sobą przeciw słońca,Wrzasły rybitwy, chlusnęły się nury,Iż wpierw, niż słowo przerzeczesz do końca,Różany rozblask i zorze na wschodzieZażeleźniały i skryły się w wodzie.
Gruchnęło gdzieści raz, gruchnęło drugi,Zawarczał tętent rozległy, daleki,A morzem, jakby przeoranem w pługi,Jęły się walić rozburzone cieki.Zawrzało w chmurach, zasrebrniały strugiDżdżu z głośnym szumem, jak wezbrane rzeki,A choć nawałność burzy poszła stroną,Dzień nastał słotny i z twarzą zgaszoną.
Ale za nami od samej gospodySzedł człowiek z szlachecka odzian. Spuścił głowę,A nie znać było, czy stary czy młody,Tak miał zniszczone lico i surowe.Co przyfolgujem kroku, on też chodyZawściąga. Widzę, chce z nami w rozmowę.Takem przyzostał nieco za gromadą,A on wzrok na mnie podniósł i twarz bladą.
— «Pochwalon!» — rzekę. — «Na wieki! na wieki!» —Podszedł skwapliwie. — «A ja już WaćpanaI z tą kompaniją widziałem u rzeki,A potem znowu u tego kapcanaPod Materozem. Ja jestem daleki...(Tu głos mu zatrząsł się, jak szyba szklana)— Daleki jestem człowiem... Nie wiem prawie,Skąd idę, dokąd, poco, w jakiej sprawie.
— Ot, tak się tułam». — «My ta nie bogaci» —Rzekę, bom myślał, że chce zapomogi.
Lecz on czem prędzej: — «Nie, nie! Niech Bóg płaci!Nie chcę! Nie trzeba nic... Mam dość na drogi.Tak oto ciągnie do swoich, do braci!»— «To czegóż — przerwę — aż tu Waść, za progiSzedłeś nas szukać? Toć my tam noc całąSiedzieli». — A ów: — «Boby się wydało! —
A co mam gadać, że jestem Polakiem,Kiedy mnie karczmarz zna, jak pijanicę...Czy ja tu żołnierz pod ojczyzny znakiem?Czy ja tę polską ziemię tu zaszczycę?Z szynku do szynku chodzę, ladajakiemWińskiem się truję i brząkam w szklenicę:Tak co ma Polska świecić tu oczamiZa syna, co się takim życiem plami?
— Czy dasz Waść wiarę — ja nawet sam sobieŻem Polak — rzadko mówić się ośmielę...Chyba że z flaszą — na dzień — rozwód zrobię,Albo koszulę przewlokę w niedzielę,A wicher morski gardziel mi wyskrobie.Ale to tego niewiele... niewiele...Co Waść chcesz? Nałóg! Nie zawsze się uda...A to wiedz o mnie, że zwę się Zabuda.
— Co, tęgo? Bo to inszy ma nazwisko,Co mu pasuje, jak garbus do ściany...A zaś Zabuda, widzisz Waść, tak bliskoStoi mnie, że czym trzeźwy, czy pijany,Czyli się śmieję, czy w oczach mrowiskoMam łez — my jedno! Ten bezojczyźnianyZabuda — «zabuł», zapomniał wszystkiego...I sam jest niczyj, i nikt nie jest — jego». —
Przymilknął. Tak chcę ja przerzec co nieco,Kiedy mi mowę znowu przebił nagle:
— «Widzisz Waść ptaki te, co chmurą lecą?Widzisz Waść łodzie pędzone i żagle?(A tu mu oczy srebrzyście zaświecą,A słowa prą się żarliwie, upragle)— One coś swego mają... Jakiś białyDom życia. One go nie zapomniały!
— Słuchaj Waść! Może ujrzysz gdzie zdalekaWłóczęgę, co tam kiedyś, w dniach młodości,Tak samo, jak wy, miał serce człowieka,A teraz — wszystkim obcy — psu zazdrości,No pies, gdy swoje rzemiosło odszczekaI poobgryza rzucone mu kości,To wie, że psem jest, i wie, gdzie mu buda...Jak spotkasz go Waść, to będzie — Zabuda.
— A jeśli młodość jemu poszła krzywo,Marnie — że tylko na tę żerdź do płota...Jeśli pod gwiazdą wzrósłszy nieszczęśliwą,Porwał się rozbić ją zamachem młota,Jeśli się rzucił w jakowe rzeziwo,Jeżeli sięgnął czyjego żywota,Gdy go serdeczna skusiła ułuda,To, widzisz Wasze, też będzie — Zabuda.
— A potem zniknie ci na długie lata...Aż kiedyś ujrzysz go w inszej postaci,Gdzieś pod Uralem... Wiesz Waść? Koniec świata...Wielki pan. Bogacz! Długi swoje płaci.Łeb ogolony wpół, przez pleco łata —A tak do taczki przyrósł, jak do maci...Nad nim nahajki świst, a pod nim rudaOłowiu srebrzy... To także Zabuda!
— A gdybyś Wasze znów spotkał człowieka...Nie! Gdybyś spotkał zwierza w ciemnym lesie,Jako się kryje, czai, jak ucieka,Jako przez tajgę zaroszczoną drze się,Jak go nakrywa sobą wielka rzeka,Jak go pień cedru na ocean niesie,Na ląd, i jak go odtąd truje nudaZ gorzałką razem, to będzie — Zabuda.
— Ha... ha... ha... Zabuł! Zapomniał!» — Milczałem.Co miałem gadać, gdym wszystko już wiedział.A on też przycichł pod onym nawałemSpowiedzi, co ją — chcąc nie chcąc — spowiedział.Tak szliśmy razem. A śpieszyć musiałem,Iż mi do swoich urosnął już przedział,Co oni widząc, też w drodze przystali,I tak my doszli ich i tak szli dalej.
Spojrzał w obcego Kos, spojrzał Zatrata,Iż z brzega byli — nic. Ot, człek podróżny.Chce iść — niech idzie, a chce — niech się brata.Niczem tu przecie mikomu nie dłużny.Tutejszy, widać, bywalec ze świata,A to i radą być może przysłużny.Świat-ci nie Wólka, gdzie chłopi na płotyWłażą, najrzawszy nieznanej kapoty.
On też ani się żegnał ani witałZ kim. Jakby do nas należał od rodu,A choć go z naszych nikt o to nie pytał,Rzekł: — «O robotę trudno będzie. Z głoduWidziałem ludzi ginących. — Zazgrzytał —Bo tu różnego jest przepaść narodu,
Ale najwięcej wszelakiej hołoty,Co żebrze, a łga, że szuka roboty». —
— «My ta na długie nie staniem terminyDo żadnej — rzecze Bandys — Aby tyle,Co tego grosza przyrobić choć krztyny,Na szyf, na drogę. A to przyjmiem mile,Co dadzą. Abych się tej chwyćć liny,Abych na morze! Bo samim nie w sile...Abych do tego korabia — okręta!» —A baby: — «Hale! O Matko ty święta!»
A wtem Zabuda: — «Zaś to, co w gospodzieByło o nem dziewczęciu mówione,To tu są zwykłe rzeczy w tym narodzie.Tu ojciec córkę małą, a mąż żnęSam doprowadza murzyńskiej tej trzodzie.Aby zarobić... Aby tę mamonę...A jak na wódkę nie ma, a napije,Zastawia babę. Nie chce — to ją bije.
— Była tu jedna, dwojgo dziewcząt miała(Wdowa, czort ją wie...) w piątem, szóstem lecie,A jak ją tęskność sparła, tak ją rwała,Że niepodobne rzeczy na tym świecie!To wyła z brzega, jak pies. A sczerniała,Jak te w pszenicy jarej czarne śniecie,To ziemię gryzła, drapała pazury,Jak z portu okręt wypływał niektóry.
A wreszcie całkiem ścichła, z sił opadła,A tak siadując tu, patrzyła w morzeCałemi dniami. I sama nie jadła,I dzieciom co dać nie miała, nieboże,Iż podobniejsza była do widziadła,Niż do człowieka. Aż jakoś w tej porze
Odchodził statek. Tak zbyła kłopotu,Przedawszy dzieci za bilet powrotu.
Murzyn je kupił, ot, w jednej koszuli,I stał na brzegu ze śmiechem w paszczęce.To ludzie, co kto przeszedł, na nią pluli;Ta nic, gorzała tylko w swojej męce.Już hukli z działa, już w trąbę zaduli,Już»... Tu Bandyska wzniosła obie ręce:— «Święta Sodomo! O święta Gomoro!A skąd się też ta takie matki biorą!»
Przeczekał, aż się przyciszyła sama,Zaś rzekł: — «Tak stoi ona na pokładzie,A tutaj dzieci w krzyk uderzą: — «Mama!Mama!» — Już okręt chyba się w posadzie,Już płynie, już mu się namknęła tama,Już pachoł sznury zwinął, już je kładzie,Wtem wrzask. Wyciągła ramiona do dzieci,Na burt i w morze. Powiadam Waszeci
(Tu zwrócił do mnei twarz i ściszył mowę),Że niema jadu, nad serce człowiecze.Żebyś Waść w piersiach miał gniazdo wężowe,Żeby ci w mózgu wierciły trzy miecze,Lżejby ci było. Jedno znam moroweLekarstwo, co ci wnętrze tak wypiecze,Wypali, że już i własnej macierzyNie pomnisz! — Wódka. Niechaj mi Waść wierzy!» —
Lecz tu się wszczęły pospólne pogwary,Co nam króciły czas w onej szarudze,Iż dzień od nieba do ziemi był szary,A struga deszczu lała się przy strudze.Aż ów, najrzawszy dalekie galary,Rzekł: — «Gdzie robota pewna? Przy ładudze
Węgla do portu. Ale tam już ponoWre... Pono płachtę szykują czerwoną».
Jakoż coraz to gęściej ciągnął drogąNaród roboczy. Tragarze, węglarzeSzli śpiesznie z taką zawziętością srogą,Że poczerniałe aż kurczą się twarze.Wzrok mroczny ledwo że zwrócą na kogo,Idą, wtem bęben. A deszcz ustał nieco,I już się modre błamy niebem świecą.
Nad morzem tumult jakiś. Ludu kupaZwarła się w tęgą na wybrzeżu ścianę,Gdzie na kotwicy stanęła szalupa.Z szalupy worki szły pieczętowaneZ nieboszczykowym mieniem. Imię trupaCzarno na każdym worku wypisane.Licytacyja była po załodze,Co na szpitalnym statku zmarła w drodze,
Jak nam to żydek powiadał niektóry.Furjer na beczce stał, rozcinał woryI pęki szmatów podnosił do góry,Wołając cenę na owe ubiory.Krzyk: Po raz pierwszy. I wnet: Po raz wtóry!A iż tam pośpiech bywa każdej pory,Ledwo żeś pojrzał, już i — Po raz trzeci!A kłąb zwinięty przez powietrze leci.
Każdy chciał tanio kupić. Setne ręceSterczały z tłumu wysoko nad głową,Nikt nie dbał, w jakiej człek ten skonał męcę,Po którym trzęsą puściznę grobową.Wtem, gdy się onym widokiem zasmęcę,Dobyli worek, pieczęcią lakową
Jakoby kroplą krwi naznaczon właśnie.Tak pojrzy furjer na miano i wrzaśnie:
— «Jan Gruda!» Tknęło mnie. Poprzedzie stanę,Pchnąwszy w bok żydka. Wór prawie był pusty.Zaczem rozcięli na nim wielką ranęI wydobyli zawiązanej chusty.W chuście koszula była i pisaneKarty, w śmiertelnie blade inkausty...Tak krzyknę cenę. Dałem tyla w dwoje,A że nie podbił nikt, ostało moje.
Więc zaraz szlimy nabok czytać karty.List był, trzęsącą już pisany ręką,Z jakiejś serdecznej czeluści wydartyOstatnią mocą i ostatnią męką.Gdzie go słać miałeś i przez jakie wartyNie wiem. A ty, już nakryty jutrzenkąTej wiekuistej światłości w zaświacie,Nie powiesz tego mi, umarły bracie!
Gdziekolwiek jesteś, coćkolwiek potyka,Nie będzie ci się, nieboraku, cniło,Że tę chudobę nędzną najemnika,Szmat, co go nasze słońce gdzieś bieliło,Oną koszulę lnianą, cudzy tyka.Krzyż nią przewiążę nad pierwszą mogiłąPolską. A coś go pisał, ledwie żywy,W księgi te włożyć dam, twój list żarliwy.
Może się najdzie ociec i przeczyta,I pozna, jako są synaczka słowa.Może się w matce zatrzęsną jelita,Kiedy ją wieść ta doleci grobowa;
Może się wichrów zachodnich dopyta,Gdzie świeci trumna twoja kryształowa,I pójdze bosa nad morza krawędzie,I w huku jego twych słów słychać będzie.....................
«...Piszę ja do was, rodziciele moi,Z struchlałem sercem, z mokremi oczyma,A między nami morze wielkie stoi,Nie daje do was i przez moc mnie trzyma,Iż strogie puszcze są i góry strasząMiędzy mną tutaj, a hań, chatą waszą.
...Więc tylko oczy podniosę nad szczyty,Ranie i wieczór patrzący w tę stronę,Gdzie jest kłosami nasz zagon nakryty,Gdzie łąki nasze o rosie koszone...I radbym ptakiem przelecieć tę drogę,I wiatrem radbym przez nią — a nie mogę.
...I tak mi w oczach stoi tu, jak żywa,Ta nasza strzecha, snopami poszyta,I kalenica wysoka, a krzywa,I dusza o niej zamyśla i pyta...Ale jej słówka nikt stamtąd nie poda,Taki świat ziemi je i taka woda.
...I widzę prawie chróściane te płoty,Studnię, żórawia widzę, cembrowinę...I rady sobie nie wiem od żaroty,A od tęskności — o kęs, że nie ginę...Przez góry czuję i przez wielkie morze,Jak mięta pachnie tam i drzewko Boże.......................
...Chorość mnie tutaj przygniotła, jak brzemię,Iż dobrej w sobie za grosz nie mam siły,I prędko pewnie iść przyjdzie mi w ziemię,Na oceańskie dno i bez mogiły.Bo tu moc ludu ginie z tej choroby,Których rzucają w morze, a nie w groby.
...Tak z onych bogactw wielkich, z majętnościObiecowanych przez cudze te kraje,Dla moich, w ogniu trzęsących się kości,Trzech łokci piasku siwego nie staje,Co u nas żebrak ma... I nie porośnieBrzoza nade mną baźkami o wiośnie.
...Więcbym tu wpisał te smutki, te żale,I tę śmierć czarną, co na mnie już kracze,I tę gorącość, co w piersiach mam, aleSzkoda mi ato matusi, że płacze,Łzami sypiąca na papier ten biały,Co go jej morza dalekie oddały.
...Bogdajżeś pierwej stradała mnie płodem,Matko, niż na świat, na dolę tę padłem...Bom jest chorobą ściśniony i głodem,I jak zwierz węszę po ziemi za jadłem.Jak ptak bez gniazda skrzydłami tu biję,I nocą zrywam się, i — jak pies — wyję!...............
...Prosiłbym ja was, byście mi za morzeOdkazowali, jaka była zima?Czy tatuś pod siew nowiznę już orze?I czy tam wiosna już, czyli mróz trzyma?Ale że dusza we mnie nie doczeka,Niż pismo przyjdzie z takiego daleka.
...Oj, leciałbych ja, by gołąb ten siwy,Alibo żóraw, kruczący o wschodzie...
Bo mi się zdaje, że znów byłbym żywy,Po naszym chlebie i po naszej wodzie.Ale że srodze struchlałe mam kościOd wielkich żarów tych i od żałości...
...Więc trudne rzeczy są i podaremne,Bym się stąd dostać przemógł za żywota,Ale jak pomrę, to przez bory ciemne,Przez morze pójdę, co wichrem się miota!Pójdę i trafię pod chaty okienko...Tak mi dopomóż Bóg i święta męko!....................
...A teraz żegnam i kłaniam się pięknie,Ojcze i matko, do samych wam kolan,A jak tam nocą wiatr w kominie jęknieI z niedogasłych skry rzucą się polan,Albo jak dźwierze kto nocą zarusza,To będę, matuś, ja i moja dusza.
...Żegnam już wszystkie życzliwe sąsiadyI całą naszą chudobę i pole;Żegnam i grusze na miedzy i sady,I żytnie brogi i zasiek w stodole,I całą wioskę od płota do płota,I kosę moją żegnam już i wrota.
... Teraz mi dajcie bić z wieży we dzwony,Od wschodu słońca do zachodu słońca.I niechaj będzie Chrystus pochwalony!I ostaj z Bogiem, moja kochającaMatuchno droga! I ty, ojcze miły.I kłaniam wam się od mojej mogiły».....................
Twardo stanęlim w dokach do roboty.A co? Człekby się gryźć kamienia imał,Byleby jeno świetliczek ow złotyNadziei migał mu i moc w nim trzymał.Lud, choć zbiedzony nadmiar, znał te poty,Bo z nich już nieraz płótniankę wyżymał.Ba, radbym widział te lny, te konopie,Co nie butwiały od znoju na chłopie!
Naród nasz silny jest; dużo poradzi,Jak zęby ściśnie, a bary podłoży.Niechaj go tylko moc jasna prowadzi,Porywa, niech się przed nim świat otworzy,Niech się rozwidni cel; a z tej czeladzi,Co jest zarosła w siermiężnej swej koży,Wyjdzie duch, jakby w żelezie kowany,I łeb się twardszy pokaże od ściany.
A tu o powrót szło. Na dokach tedyTrwalimy w pracy ciężkiej od dnia do dnia,Tając z pożaru słońca, z głodu, z biedy,Jako najmitów gromada przechodnia.Zgóry my rzekli: Czy w dzień czy w noc, kiedyBłyśnie nam z masztu powrotna pochodnia,W pół taczki rzucim i w pół drogi brzemię,I w okręt! Bo nam pilno w swoją ziemię.
A to słyszelim, jako dawać będąDaremny przewóz przez ocean ony,Że emigranty, co w statek usiędą,Pisani będą do morskiej obrony,I na pokładzie staną pod komendąWojskową, jako morskie bataljony.
Pod pokład baby z dziećmi pójdą zasię,Iż wojną jakoś pachniało w tym czasie,
A mór załogi pobił. Tak czekamySkutku, alić się czekanie przewlekło.Więc w tych okrutnych żarach z wielkiej tamyDo doków potu nie mało nam ściekło.W galarach, prawda, był ciężar ten samy,Chociaż nie takie żywych ogniów piekło.Jeno, że nas tam nie dali, bo cościKnuło się, kluło w posępnej cichości.
Miasto przeznalim wprędce. Dwojgo było,Choć jednym mianem nakryte, by dachem:Górne zdaleka białością aż ćmiło,Poprzetykane tu wieżą, tu gmachem;Drugie się nisko u morza mrowiłoW nędzy, w pijaństwie, w brudzie, czarnym łachem.Zaś między niemi więź mocna i twarda:Zdołu — gniew głuchy, a zgóry szła wzgarda.
Tuby mi wpisać te ganki wywarte,Nakryte kwieciem przeróżnych kolorów,I te niewiasty leżące, rozparte,W zwitkach na włosach do samych nieszporów.Te wrzaski papug, co gardła niezdarteMiawszy, wśród kwietnych wiszące bisiorów,Językiem ludzkim krzyczą wbrew naturze,Gdy małpki z płaskich dachów drą się w górze.
Dopieroż kiedy przyniży się słońce,Rojno tam bywa i szumno w ulicy;Strojnego tłumu wylega tysiące,Biegną z nosidłem szklanem piechotnicy,
W nosidłach łątki zdaleka pachnąceLeżą, gruchając, jak synogarlicy,Przymknione rzęsy, zemdlałe wejrzenie,A włos z papierków rozwity w pierścienie.
Wypuścisz ucho, gdzie stoją panowie:Nic — tylko liczby, procenty, pomiary,Że mało który inszego co powie.Giełda, okręty, handel. Młody, stary,Jednako. A tam, na dole, jak mrowie,Czernią się ludem roboczym galary.Idzie ładuga. W szlej wprzęgli węglarzeCiągną węglarki po parze, po parze.
Hurkot — het leci, het aż tam, na górę,Jak grzmot daleki, wpadając w rozmowy.Ale wtem ptaki wrzasną krasnopióre,I nikt w tę stronę nie odwróci głowy.A szle się prężą, wrzynają się w skórę,Czasem się zarwie jakiś krok miarowy,Zesuną gęściej szeregi węglarze...Idzie ładuga — po parze, po parze.....................
Inaksza znowu moda jest w niedziele.Place zalega murzyństwo pstrym tłumem,A kiedy dzwony uderzą w kościele,Pcha się to ławą z hałasem i szumem.Jak stado czarnych baranów w kierdele,Zdaleka cuchnąc kozim potem, rumem;Co drugi, trzeci — z psem, a w rękach laski.I tak zawalą nawę po balaski.
Dopieroż taki elegant se siędzieNa kiju, fontaź czerwony, sam bosy,I tak na strony wykręca się wszędzie,Za uchem zaś mu sterczą papierosy.Już ci lusterko z kieszeni dobędzie,Płunie w garść, już ci przymusknie se włosy,Zagwiżdże na psa i patrzy po gółkach,A pies tymczasem węszy przy ampułkach.
Wtem ksiądz z ambony huknie: — «A hultaje!A drapichrósty jedne!» — Tu zamachaPięścią — «To takie wasze obyczaje?To msza i kościół i Bóg u was fracha?Na Polskę patrzcie, co wam przykład daje!Polska! Polacy! Wywodzą się z Lacha,Czyli tam z Lecha. To panie, nie drwinki!A słyszcie, jak to śpiewają godzinki.
Polska! Polacy! A wiecie, barany,Co to jest?... Dalej, złazić mi z tych lasek!...To jest najmilszy kraj Bogu wybrany.Niż tutaj, srebro, tam więcej wart piasek.Złazicie czy nie? Łby ośle, bałwany!Czekacie, aż was przemierzy ten pasek?— Polska!... By nie śnieg, co drogi zagrodził,Chrystus Pan byłby w Polsce się narodził!
Ale to nic jest! Wszak stoi w kolendzie,Że Polska w światłach betleemskich stanieNad narodami. Że z niej to się wszędzieRozniesie ono wiosenne śpiewanieWolności świata. Że wyjdzie orędzie,I nowy zakon narodom się stanie
Przez moc, ci nie jest francuska ni włoskaAni angielska, ale jest moc Boska!
Na klęczki, durnie! Bo o czem tu mowa,Tego na klęczkach słuchać wam, hołota!Polska... Polnego narodu królowa,Cała przetkana w kwiatuszki ze złota,Cała w łez srebrze, cała rubinowaOd krwi ofiarnej, co tam jest za wota...Boże! Po co ja gadam? Po co płaczę?O Polsko, Polsko, kiedyż cię obaczę!...»
Buchnął z ambony szloch, opadła głowaNa pierś, ksiądz klęknął, jak przed sakramentem.Co obaczywszy, gromada też owaRunęłą o ziem z okrutnym lamentem.Tak co niedziela grzmiała polska mowa,Której nikt nie znał tu, w tem miejscu świętemKrom nas, a one poczciwe kudłaczeAże ryczały, płacząc, że ksiądz płacze.
Wnet zasłynęły niedzielne kazaniaKsiędza Błahoty szeroko po mieście.Kościół zapchany od grania do grania,Cały w jedwabiach, wstęgach, piór szeleście,Ledwo ksiądz usta otwarł, już wzdychania,Już ci łez pełne źrenice niewieście,A choć tej mowy nikt w ząb nie rozumie,Coś, jakby Boży duch, latało w tłumie.
On zaś, serdeczne kojący tęsknoście,O królu Sobku prawił, o Kościuszce,I własnej duszy wylewał wonnościeNa te mazurskie pola, Litwy kuszce,
Po głosu swego leciał złotym moście,Zatokowany w Polsce, jak te głuszce,Że choćby biskup dzwonił od ołtarza,Jako mszę dalej trzeba — nic nie zważa.
A taka rzewność, takie miłowanieW tym głosie jego i taka otucha,Jakbyś na Pańskie czekał Zmartwychwstanie,Lub na Zielony dzień świętego Ducha.Na złotych strunach, zda się, słychać granie,A kiedy człek się zapatrzy, zasłucha,Nagle głos w trąby i w kotły uderza,Z wielkanocnego jakoby moździerza.
Bój, bitwa. Niby stutysięczne działa,Tak walą słowa, tak grzmią działobitnie.Powietrze warczy, ambona drży cała,Namykaj głowy, bo kulka cię wytnie!Aż z wrzątku ognia, dymów wstaje chwała,Jasna chorągiew nad hufcem wykwitnie,Stają w jej blasku rycerze pancerni,Aż do zabitej śmierci Polsce wierni.
Dopieroż radość, dopieroż gloryja,Dopieroż drżące na powietrzu ręce,I to spojrzenie, co niebo przebija,Wzniesione nad świat, wskrzeszony po męce.Naraz do chóru wyciąga się szyja:— Muzyka! Triumf! — Więc dalej w podzięce(A był Chwalibóg Polak, organista),Hukną organy: — «Zawitaj, Przeczysta...»
To po kazaniu tem ksiądz — sam widziałem —Szedł rozgorzały do bocznej kaplicyI tam, przed krzyżem upadał powałem,Twarzą w proch. Takiej zasię nawałnicy
Łzów, błagań, jęków, łkania w życiu całem,Takiego gwałtu do BogarodzicyJeszczem nie słyszał. Choć przecie w KrakowieMam brata księdzem, Balcerski się zowie.
Ale nad morze pomiędzy węglarzy,Co pili w szynkach od rana, że święto,Schodził kapucyn młody, bladej twarzy,Z kapuzą nisko na czoło ściągniętą,Że tylko z pod niej ta bladość się żarzy.Idąc, z nad trepków łyskał gołą piętą,Ręce w rękawach, u piersi krzyż mały,Szedł, milcząc, tylko oczy mu gorzały.
Dopieroż w porcie na galary czarneWstępował, albo w zakotwione łodzie,A kiedy dzwony uderzyły farneI gruch się zrobił w przybrzeżnycm narodzie,Zaczynał pacierz. To te marneDziewki, co ich tam zapaść przy gospodzie,Klękały, chusty jaskrawe, czerwone,Narzucające na głowy zhańbione.
A tuż robotnik, błyskający w gniewie,Chłopaka swego chwycił u kołnierza,Do ziemi przygiął, jako witkę w drzewie:— «Tu mi, szczeniaku!... Tu mów mi pacierza!»...«Ojcze nasz...» załka dzieciuch. Dalej nie wie...Tak się chłop pięścią, jak pałką, zamierza.Spuścił... Krzyk srogi: — «Mów dalej, sobaczo!»Zapomniał. Ojciec także. Obaj płaczą.
Zaczem się ciśli kalecy, żebracy,Nędzna czarniawa, co obsiada morze,A ów, choć pacierz głuszyli mu ptacy,Z krzykiem się niosąc w powietrzne bezdroże,
Cały pogrążon w dusznej swojej pracy,Zrzuciwszy kaptur, to królestwo BożeWielkim przyzywał głosem i o chlebieProroczył głodnym, i o Ojcu w niebie
Sierotom. A ci rozbitowie świata,Co się tak w nędzy i brudzie zdziczyli,Że brat tam nie jest bezpieczny od brata,A puść ich w bory, jak wilcyby wyli,W sczerniałych twarzach dostawali kwiataTej rumianości pierwszej, co ich w chwiliPrzyodmieniała na dzieci, na syny,Powracające w ojcowskie dziedziny.
Niejeden wszakże, co wódką się bawił,Pięścią wygrażał z gospody od proga:— «Ty tu co? Kto cię tutaj do nas wprawił?Dasz mi to chleba, a dzieciom pieroga?» —Lecz mnich zarówno wszystkim błogosławił,Wychudłe ręce wznoszący do Boga,A głos się z wiatrem ponosił na morze:— «Czyńcie gwałt!... Gwałtu chce królestwo Boże.»...................
Darmo ochylać. Na ładudze wrzało,Że tylko patrzeć, jak lunie ukropem.Nas tam nie gwałtem bractwo dopuszczało,Alić się równo przewącha chłop z chłopem.Dziś, jutro cości poczynać się miało,Dziś, jutro miano ruszyć owym czopem,Co go odkręcić łatwo, a niewiada,Czyli i kiedy zakręcić się nada.
Ja sam nie jestem za rewolucyją,Choć powiadają o nas, słyszę nieraz,Że my po światu robim rebeliją,Sąm wagabundas-rewolucjoneras,
Ale niech mi kto pcha jarzmo na szyją,Jak tu w galarach albo w Minas-Geras,— Siarczyste! — uszów po sobie nie stulę,Jeno w garść plunę, i — choćby na kule!
Praca — to praca. Jakeś nie kaleka,Bierz się, a ostro! Takie Boskie prawo,Ale jak człek się wyspina nad człeka,Jeden u stołu, a drugi pod ławą,Na kość, na ochłap jaki, jak pies czeka,Nim głodne dzieci obdzieli tą strawą:Hola od pola! To prawo jest — pieskie,Nie Adamowi dane! Nie niebieskie!
A węgiel właśnie trzymały tam Szwabyi szwabskie statki wpływały do doku.Powypasało się to, jak te schaby,Przed każdym sadło, by torba obroku,A do galarów, gdzie w pocie klną raby,Żaden nie zejdzie sam, ani pół kroku,Wierniki jeno, faktory, agenty.— Bodajżeś sparciał raz, pludrze przeklęty!
Więc choć węglarki szły, lud czekał chwili,Coby mu karki wyprzęgła przetarte.Tak poruszeństwo tajemne robili,Stawiając wszystko na czarną tę kartę.Spuści ów głowy i czoła przechyli,Alić ponure oko trzyma wartę...A krzywdą swoją tak na moc złączeni,Że choćby papież stanął — nie odmieni.
A morze jęło wichrować tej pory,Że chodził po niem jakby tuman siny
I rwał pian morskich strzępiaste paździory,Co się rzucały przez mroczne głębiny.Ugasły blaski, ugasły kolory,Pospół zmieszane, jak pierwszej godzinyStworzenia, kiedy jasność wiekuistaJeszcze nie była od nocy do czysta
Separowana. Tak raz wszystkie oczyObróciły się na statek nieznany,Co się kołychał na morskiej roztoczy,Za wichrem, a był prosto na port gnany.Patrzym, a ten się gwałtownie zatoczy,Jak chłop, co idzie od karczmy pijany,To się zawściągnie, gdy skrzydła wiatr zwinie,I jako wielki łabądź ku nam płynie.
Mnie się te chody nie dziwne wydały.Ale ów morski naród, marynarze,Powytrzeszczali te oczy, jak gały,Czekają, rychło flaga się ukaże,Rychło-li gruchną jakowe sygnały.Lecz statek w onych mocnych wichrów warze,Jak ślepy, pędzi, wali się, potyka,Jakoby nie miał na sobie sternika.
Już blisko. Już nam w oczach rosną reje,Powiało ku nam jakąś mętną trwogą...Wtem widzim, flaga spuszczona czerniejeW pół masztu. Zresztą nie widać nikogo.Tak w krzyk: «Na łodzie! Tam się coś źle dzieje!Tam się coś stało strasznego z załogą!»Puści się czółno. W tem powrzask dolata:— «To okręt moru! To «Imakulata!»
— «Za drągi, kto żyw! Odpychać od brzega!W łodzie! Za wiosła, komu życie miłe!» —
A już się z wiatrem woń trupia rozlega,I już powietrze na brzeg leci zgniłe.Lecz łódź za łodzią gwałtownie wybiega,Nastawia drąga, kto w ręku ma siłę,Płyną. Wszystkie się oczy zgrozą wżarłyW statek, co niesie śmierć, już sam umarły.
Wiedziane było i w portach głoszone,Że zarażony okręt morzem pływa.Więc w którąkolwiek wiatr poniósł go stronę(Iż nie została na nim dusza żywa),Bronił się każdy brzeg i widmo one,Co się tułało, jak mara straszliwa,Odpychał, żerdzie chwyciwszy i haki.Lecz tutaj gorzej padło. Tu wiatr taki
Dął ku nam w żagle tej okropnej nawy,Że ludzka siła nic przeciw. W godzinęWróciły łodzie z nieszczęsnej wyprawy:Oblicza w ogniach całe, karki sineOd żył napiętych, a w oczach żar krwawy.Rozbici, choć się powiązali w linę,Nie dosięgnęli korabia drągami,Od strasznej woni wpółmartwi już sami.
Wtem się pojawił Zabuda. Był blady.— «Po proch! Wysadzić! — zakrzyknął gwałtownie —Do mnie tu, zuchy młode! Na bok, dziady!Łódź tęgą wybrać mi!» — Skoczą w prochownię,Dźwigają skrzynię, lud słucha bez zwady.Aż ów, smolistą narządziwszy głownię,Przykląkł. «No, księże! Daj absolucyją,Niech mi się djabli o duszę nie biją.»
Lecz mnich na szyję padł mu i ramionyObjął. Przez chwilę słychać tylko łkanie.
— «Bracie! Mój bracie! Tyś już rozgrzeszony...Ty święty, bracie... Tyś jest...» — Nie był wstanieWięcej z tej strasznej powiedzieć ambony.Wtem się Zabuda porwie, w łodzi stanie,Chwyci za wiosło, zeprze nogę w skrzynięI łódź potężnie pchnąwszy, w śmierć swą płynie.
Wiatr przycichł. Ustał prawie dech w narodzie,Poklękli ludzie i odkryli głowy.Rwało się kilku, co młodszych, na łodzie,Lecz nie dopuścił mnich o tem ni mowy.Ów zaś, u dzioba stojący na przodzie,Wyprostowany i cały gromowy,— «Niech żyje Polska»! — krzyknie. To wołanieDo dnia sądnego w uszach mi zostanie.
— «Niech żyje!» — Dajem odzew mu, co garła.Po wynędzniałych twarzach łzy nam cieką,Że dusza z żalu prawie w nas zamarła.Już dalej, już go widać het, daleko...Łódź się wysoko na fale wywarła,I jak trumienne zaczerniała wieko,Zaś pada, chlusta morzem przez okrajeI z pian u wręgów dwu skrzydeł dostaje.
Znikła. Na pacierz może, albo małoCo więcej. Młotem serce w żebra dźwięka...Wtem błysk, huk, piorun. A słowo się stało!A przenajkrwawsza Chrystusowa męka!W ogniach się morze do nieba porwało,Szczekła przepaści straszliwa paszczęka,I nic. I cicho. A ów BezimiennyWleciał wstrzelony wprost w raj — ptak płomienny.
Lud zmartwiał, jakąś zimną zgrozą zdjęty.Zaślepły prawie źrenice zżarzone,
Aż pierwsze baby buchnęły w lamenty,Jakby im dziecko ginęło rodzone.Lecz mnich, zbożały całkiem, całkiem święty,Krzyżem złe dymy przeżegnał na stronę,Co się rozwlokły ciężko, by całuny,Dokoła onej piorunowej truny.
Dopiero, kiedy opadły do czysta,Ludzie co nieco pojrzeli po sobie.I zaraz wielka modrość i srebrzystaJęła promienieć po onej żałobie.— Niechże wam będzie światłość wiekuista,Coście zginęli tu, w ognistym grobie,Póki was hejnał anielski nie zbudzi!A nam do życia trza wracać, do ludzi.....................
Tak my w cichości szli, jakby z Golgoty,A coś wielkiego nosiło się drogą.Cień — nie cień, jakby grot tam błyskał złoty,Jakby zbroica dźwiękała z ostrogą,Jakby gdzieś w pyłach szły tętniące roty,Żem raz i drugi pojrzał — a nikogo!Wiera, musiały wstać rycerskie maryZ czynu Zabudy i z jego ofiary.
Musiał tam sąd być na tego szlachcica,Co po szynkowniach walał swe szlachectwo,Aż nagle rozbłysł, jak roratnia świéca,I klejnotowi dał ognia świadectwo.Więc mu rycerska oddana przyłbica,Gdy krwawa pieczęć zamknęła już śledztwo,I w tarczę jego żelazna znów rękaMieczem uderza, a tarcza nie pęka.
Takem se dumał, kiedy wtem Jan BaniaTrąci mnie łokciem w biedro i tak powie:
— «A ten odmieniec znów się nocą słaniaKoło bud naszych. To przyległ dziś w rowie,Jak wąż, i czyhał prawie do świtania,Ale, że w budzie świecili Kosowie,Bo dziecko cości chorzało!» — Tak rzekę:— «A pluder! Już ja go wezmę w opiekę
Sękaczem moim! Tego jeszcze trzeba,Żeby do naszej zarobnej krwawicy,Do czynionego potem naszym chleba,Niewiasty nasze szły im do łożnicy!Jużby nad nami nie było też nieba,Ani tej Bożej nad ziemią prawicy,Żeby my... tutaj.. po Szwabach... bękarty...Słysz, bracie. Dzisiaj my oba na warty,
A Roch Zatrata trzeci. Zgoda?» — «Zgoda». —Ścisnąłem w garści kij, gdy wtem, zdaleka,Właśnie jak kiedy rozszumi się wodaI z bulgotaniem przez śluzy ucieka,Gdy świętojanka popędu jej doda,Taki się bliżył gwar. Alić nie rzekaTo była, jeno podniosły stawidłaDwie głębie, młyńskie obracając skrzydła.
O tobie mówię i do ciebie piję,Magier, co byłeś szlachcicem od rodu,A teraz nosisz starganą deliję,Co cę nie kryje ni ztyłu, ni zprzodu.Za ladą siedzisz, masz kancelaryję,W progu się przygarść zebrała narodu,Ty piszesz listy, skargi. Furczą słowa,A pióro skrzypi, by dusza czyścowa.
Tyś jest ten rajca, który tu zażywaDufności ludzkiej i tabaki z roga.Czyli więc wdowa przyjdzie nieszczęśliwa,Czyli sierota stanie wedle proga,Czy chłop się Wojtek, czy Bartek nazywa,Czyli sam djabeł przez drzwi wsadzi roga,Każdy grosz płaci z twojego uczynku,Ty grosze zbierasz i niesiesz do szynku.
Naprzeciw Żdżara. Ten pustki ma w budzie,Ale krogulczy nos wysoko nosi.W pychę szlachecką dmie, to stronią ludzieI mało który ku niemu się głosi.Temu rzemiosło idzie, jak wóz w grudzie,A płaszcz (ze trzema peleryny cosi)Skórę mu tylko nakrywa i kości.Tak siedząc, dziw się nie rozpuknie z złości.
Aż ci nie może dłużej. Pióro ciska,Wstaje, odwala stołka, drzwiami trzaska,W wielki nos dmucha, odsadza wąsiska,Na granatowym płaszczu ściąga paska(Iż mu zaklęsła pierś golizną łyska)I huknie z proga: — «A co Waść, u djaska,Będziesz tu chłopstwu ferował procesy?Mnie Waść pisz skargę! Ja też sięgnę kiesy!
Pisz Waść! Dyktuję: — Jak słońce na niebie,Tak poprzysięgam przed Bogiem i sądem,Żem w narodowej zastawił potrzebieCzęść mą szlachecką ze strugą i lądem,A niech mnie ziemia żywego zagrzebie,Niechaj zaraza obieli mnie trądem,Jeśli nieprawda jest! — Tu huknie pięścią —— A Magier ze mną graniczył swą częścią». —
Lecz ów już porwał się i stał za stołem,Jak ćwik czerwony i oburącz wsparty:— «To co? — zawrzaśnie — To ja część połknąłem?Wody ze strugi upiłem dwie kwarty?To ja w ląd Waścin worałem się wołem? —Tu zsiniał, iż był choleryk zażarty —Staw świadków! Świadków, krętaczu przeklęty!I na stół mi tu doku... dokumenty!» —
Zatchnął się w pasji, a na kark mu żyłyWyszły drgające i grube na palec.Wtem wpadnie Żdżara: — «A, wężu zawiły,Ja ci dokument... Jak chwycę kawalecDrąga! To twoje te trzy grusze były?Twój kamień w miedzy? A chytry padalec!Dawnoś mi zadrę w wątrobie zahaczył...Zagrześć mnie chciałeż, jeno Bóg nie raczył!
Świadłow chcesz? Ja ci tutaj całą ławąPostawię świadków, który wtedy żyli!Mam ja na ciebie zatajone prawoPod mogiłami! To będą psi wyli,Jak moje świadki procesyą krwawąWyjdą mi świadczyć, jako ze mną byliRazem, pod Glinką, w kurpiowskiej partyi,A Waść w pierzynieś siedział, aż do szyi!
Tfu! Tchórz! Niegodzien klejnotu szlachcica!Z przechrztów waść musisz być!» — Lecz ów się zbiesił.Ognie mu żywe bić jęły przez lica,Rogatą czapką na łysy łeb wmiesił,I huknął, mało mu nie trzasła grdyca:— «A żebyś mi tu Piotrowina wskrzesił,Łżesz! A ja lepszy katolik od ciebie!Ty w piekle będziesz siedział, a ja w niebie!» —
— «Co? — wrzaśnie Żdżara — a nie wisi u mnieNad szafą pismo Ojców bernardynów,Oprawne za szkłem, co je sobie w trumnieDam zamknąć (jużem tak poprzysiągł synów,A zaś dębowa trumna stoi w gumnie),Jako rozgrzeszon jestem z wszelkich czynów,Coby mi drogę grodziły do nieba?A w czyścu — tylko pół dnia mi być trzeba.
Za to — co będę skrywał? — żem z tych gruszyŁońskiego roku nie dał dziesięciny,A konwent rado ulęgałki suszyW barszcz, na suchedni. Więc mnie bernardyny,A raczej gwardjan — obciążył na duszy,Iż muszę w czyścu pół dnia z tej przyczynyByć. Ale mogęumierać z otuchą,Bo mszę odprawi sam. Przyrzekł na ucho».—
Tu parsknie Magier: — «To co? Tu jest morze,A Waścin papier w łomżyńskim zaścianku!Więc cóż tu waści świadectwo pomoże,Przy tym gromnicznym, śmiertelnym kaganku?Waść w niebo, a tu święty Piotr: — «Otworzę,Jak mi świadectwo przyniesiesz, kochanku!» —Tak Waść z powrotem, iż to tam nie żarty,Na okręt, a tu — hola, bez szyfkarty!
— Ha! Ha! Ha!» — śmiał się. Lecz Żdżara doskoczył,Za gardziel chwycił go i trząsł jak gruszą,Że czapa spadła i łeb się zatoczył,Sam zasię Magier prawie rzygnął duszą.Rzęży... Lecz Żdżara żółcią tak się zmroczył,Że byłby zdusił. Więc ludzie się ruszą,Rozerwą garście, aż w tej bataliiW jednej szmat płaszcza — a w drugiej — delii..................
Czy ja ci rzekę, ludu, żeś bez skazy?Czy ja ci rzekę, ze jesteś bez winy?Nie! Razem z tobą grzeszyłem sto razyI razem z tobą złe miałem godziny.— Jedno w nas trwało bez żadnej obrazy:Wierność ku sobie tułackiej drużyny,Że kto jednemu na honor nastąpił,Wszyscy my w niego! Nikt kija nie skąpił.
A już od czasu szedł poszmer gromadę,Że nam Szwab, wiernik, dziewczęta podchodzi.Czyli ładują węgiel, czy z nim jadą,Ten chyłkiem, milczkiem za niemi, jak złodziej.O milę drogi pachło mi to zdradą,A ów już bliżej co dnia, co dnia słodziej,Ażem zmiarkował, że zła krew go kusiDo dziewczyniątka Bugajów — Salusi.
Kwiat ci to prawy był i szczerobiały,Jak ta śniegułka w czarnym boru wiosną.Jeszcze nie wszystkie listki mu dośpiały,Jeszcze te gronka puszyste mu rosną,Jeszcze stulony, ku słońcu nieśmiały,Jeszcze mchem wilgnym nakryty pod sosną,Pierwiosnek Boży, co go ziemia w sobieWyhodowała w tajemnym sposobie.
Indziej tam takie matczynej spódnicyGarstką się trzyma i za piec twarz kryje.Lecz tu, gdzie wszyscy sąśmy najemnicy,Szleję od taczek kłaść musi na szyję,Musi pod oczy ludzkie iść w ulicy.A choć tą rzęsą ciemną w liczko bije,Jako ptak skrzydłem, musi wydać światuWonność i cudność pierwiastnego kwiatu.
Tedy my w barak weszli, ciśli czapyI do Zatraty Rocha wprost od proga:— Tak, a tak, bracie. A jemu już chrapyGrają, już czub się prostuje w raroga.Nie przerzekł słowa, jeno plunął w łapy,Zacisnął pięście, a ryża twarz srogaJęła się mienić we światła i w cienie,Jak wąż, gdzy rdzawe przegubia pierścienie.
A dziewki właśnie wracały z robotyBarwistą kupką, jak kiedy na łąceRumian się wywrze biały, jaskier złoty,Modra ostróżka i maki gorące.Szły, biegły prawie w bud naszych opłoty,Spłoszone, z biegu nagłego dyszące,Niespokojnemi szukając oczyma.Aż do Bugaja któraś: — «Salki niema?» —
A mnie coś w żebro tkło. Pojrzę zdaleka:Niemasz Salusi. Tak praśnie mi w żyłyUkrop, a w gardle zachrypi, zaszczeka,Że garście mi się, jak szpony, skurczyły.— «Ha — myślę — Boska nad światem opieka!»A tu mi we łbie rekwije już biłyNad onym pludrem, by dzwony u fary...Tak my się zmrugli — i w doki co pary.
Mrok padał. Rzecze mi Zatrata w drodze:— «Krzykałbym na nią, ale że posłyszySzwab, to nam umknie... A jej tam niebodzeJako w pazurach kocura jest myszy...Laboga, lećma, bo krew mną tak srodzeCiska, że prawie posięgła mi dyszy...
Nie utrwam!» — Runął, jak piorun, ze szlaka.A wtem krzyk, jakby duszonego ptaka.
Dopadlim. We drzwi — zamknięte. Tak Bania,Iż miał okrutną siłę, gdy był w gniewie,Podłożył bary. Trzasły gdzieś u graniaŻelazne skowy, ordzewiałe w drzewie.Znów się podsadzi. A tu, jak gdy łania,Co się obłąka i gdzie bieżeć, nie wie,Przebija bekiem bór — tak głos strwożonyDziewczęcia bił w nas od tamtej ta strony.
Więc my się sparli we trzech. Hukło w zrębieKładzonym w klamrę. Puściły odźwierzeWytoporzone w brazylskim tym dębie,Tak twardym, że go lud na goździe bierze.Oberwał Bania skoblicą po gębie,A tak odźwierka uchwycił się szczerze,Iż społem na łeb gruchnął. Wtem ZatrataW pień zaklnie. W szopie nie było psubrata.
Salusia tylko, zaparta ku ścianieNosem, jakgdyby pogrześć się w niej chciała,Trzęsie się, krzyczy, a ono wołanieDziecińskie idzie mi, jak nóż, skroś ciała.Tak tupnę: — «Cichoj, głupia!» — I wnet Banię,Że to mu gęba nabiegła krwią cała,Pchnę, rzekąc: — «Bierz ją i prowadź do matki,A my tu we dwóch wyprawim ostatki!» —
Poszli. Wstawilim dźwierze i od wnętrzaPrzyzatajeni, w szpar patrzym. Siarczyste!...Grają w nas wątpia, że — Matko Najświętsza!Dygocą ręce, że — Jezu ty Chryste!Krew aże warczy od wrzątku gorętsza,A wielkie światło miesięczne, koliste,
Obświeca drogę, gdzie ślemy na wartęSłuch wytężony i oko otwarte.
Wtem — kroki. Idzie. Widać go zdaleka.Cygar mu węglem jarzy się u gęby...Radosny idzie, iż kwieć ów go czeka,I prosto w księżyc puszcza dymu kłęby.A jako wilczur, nim śmiercią zaszczeka,Powoli paszczę wychyla z poręby,Tak ów stróżliwie obmyśla swe kroki,Wyciąga szyję i patrzy na boki.
Aż skoczy ku drzwiom i jak po piorunie,Gruch o ziem, iż się przed niego zwaliły.Jakże Zatrata na kark mu nie runie,Jakże nie weźmie młócić, co ma siły!Jakże mój sękacz przez łeb go nie lunieRaz, drugi... Wiera, że prasły mu żyły...— «Waruj od dziewek naszych! Waruj, łotrze!»— «A gwałcicielu! A czartowski kmotrze!»
Pralim, dopóki wrzeszczał. Gdy ucichał,Folgowalimy, bo i nam już pięścieZmogły się i Szwab ostatnim tchem dychał,A i mój sękacz w setne poszedł częście.Nagle się dźwignął Szwab, co na to czyhał,I w łomotanych kości suchym chrzęścieChwycił krócicę — miał ją za pazuchą —I prosto zmierzył Rochowi za ucho.
Trzasnę go... Padł strzał, ale zbakierował,A kula przeszła Szwabowi przez grdycę.Rzygła krew strugą wysoko na pował,Zarzężał, iż mu przerwało tchawicę,Zatrzepał sobą, zaś się rozprostował,I wnet mu bielmo zawlokło źrenice,
I trup — i amen! Tak wyszliśmy z szopy.A tu nam przeciw lecą baby, chłopy,
Z czem kto miał w garści. Zaś Bania przed niemi.Gęba — jak konew. Nic to! Hu, na Szwaba!...Tuż Bugaj wlecze kłonicę po ziemi,Tuż Bugajowa z ożogiem rwie baba,Tuż insi... Tak my zrównali się z niemi.— «Co wy? — zakrzykną. — Puściliście drabaŻywcem?» — Tak rzekę: — «Sam on się osądził:Chybła mu ręka, ale strzał — nie zbłądził».
— «Ha, no, moc Boska! — przemówi Żórawa,Gdym rozpowiedział rzecz. — Wracajmy doma,Bo to przezpieczna nie może być sprawa,Zawsześ to wiernik!» — Wtem splaśnie rękoma...Spojrzę, nad szopę wyrzuca się krwawaIskrzyca miotłą... Paliła się słomaTam, gdzie trup leżał. On sam się pożaremOgarnął, ognia puściwszy cygarem.
Więc baby, iż to naród miętkiej duszy,Dalej się żegnać a szeptać pacierze.Lecz we mnie wszystko na to się zajuszy:— «Grzech! — krzyknę — Pluder! Stał naprzeciw wierze!A ognia niech mi nikt palcem nie ruszy...Niech go w pożodze, w dymach tych — czart bierze!Niech z nim, jak z głownią jarzącą, wyleciI drogę sobie do piekła obświeci!» —
Tak my ruszyli w milczeniu ponuremOd grozy tego pożaru i trupa.Chłopy gęsiego ciągnęły tam sznurem,Zaś bab pospólna waliła się kupa.Tak szliśmy, doków osłonieni murem,A już się pękać jęła ona łupa
Nocy, co dzień z niej wyłuskać ma ziarnoSłońca i światłem obsiać ziem tę czarną.
Z niespokojnością targały się głowyNawstecz, ku szopie. Gorzała, by świéca.Naraz się głucho dzwon ozwał portowyI odzew dała portowa strażnica.Tak mnie mróz przebił, że trup się tam owySkwarzy, a po niem skier chodzi ognica...Alem szedł twardo, choć serce się zbiegłoW lód... I doszedłem i padłem na legło.
Jak długom chorzał, nie wiem, bo mi zgołaOdjęło wszelkiej rzeczy rozumienie.To jeno czułem, że mi się u czołaZajęły wielkie, rogate płomienie,Czułem, że z ognia ratunku ktoś woła,Że mi mózg kują w żelazne pierścienie,Ażem się zbudził raz. Przy mnie, jak trusia,Cicho siedziała spłakana Salusia.
Takem się strząsnął, by koń u poidłaI zaraz chciałem biec, wołałem chleba,I duch też we mnie jął zaraz bić w skrzydłaI czułem, że mi stąd gdzieś lecieć trzeba...Izba, gorącość, chorość tak mi zbrzydła,Jak niedźwiedziowi zimowa koleba.Więcem się porwał, choć mrok był, z barłogaI siadłem dyszeć morzem — u zaproga.
Hej! życie! Jeszcześ ty nie było takiem,Twardem nikomu, by człek się nie cieszył,Kiedy mu wracasz! I choćbyś ty ptakiemUpadło, co mu strzelec piersi przeszył,Choćbyś więc krwawym toczyło się szlakiem,Choćby się człowiek do śmierci sam śpieszył,
Kiedy poczuje, żeś znowu mu danem,Łzami cię wita i zgiętem kolanem!................
A na świat padła mgła. Nie ta, co błonieNadbużne siwym tumanem nakrywa,Że gdzie nie pojrzysz, świat cały ci tonieW rusałecznego srebrzystość przędziwa...A tu niewidne kędyś zarżą konie,Gdzieś wyobłęczy się zsierszała grzywaSpętanych łosząt, gdzieś trędzla zabrząka,Gdzieś łąk tych słychać bębenistę, bąka...
A w trawy idzie kosiarz, a przez baryKosa mu błyska skroś mętnej srężogi;Jak w wodę, tak brnie w tumanów opary,Jak zwid, przepada w tem morzu bez drogi.Przed nim się kaczor rwie ponad wyżary,Z oparzeliska wrzask nurów się srogiPonosi, zaczem padają zwysokaRybitwy kulą na wód cichych oka.
Gdzieś głucho puknie strzał, gdzieś w oczerecieZaskomli wyżeł, utnie, znów zaszczeka...A wszystko, jakby w urzeczonym świecie,Jakby przywiane z wielkiego daleka...Idziesz, nie czujesz ziemi: tak coś rwie cię,Tak cię gdzieś dusza ponosi, ucieka,Het, het, za rzekę, za Bug, kędy boryStoją, odziane w żałosne kolory.
Zwolna mgłę słońce poranne przebijaI srebrnym krążkiem na niebie się jawiW otoku rzęsnych tęcz, jakby hostyja,Naród z monstrancji złotej błogosławi.A tu ci nagle pobudkę wybijaKlangor lecących wysoko żórawi,Co na podlaskich błoniach mają rotyWietrznej konnicy i łężnej piechoty.
Tutaj — inaczej. Tu brudne płachciskaMgły odymionej po dokach się wleką,Tłuką, far morski skrawo przez nie błyska,Pary z kominów świszczą gdzieś daleko...Coś dech zapiera, coś za gardziel ściska,Coś ostrym żwirem gryzie pod powieką,Gdy czarne wory zawdziawszy na głowy,Idziem tak w gęstą mgłę, gdzie port węglowy.
Aż patrzę, prawie nad samą nam drogąCzłek leży. Chory? Pijany? Zabity?Tak stanął Marcin Kos i trąci nogą:Żyw! Nagi leży, łachmanem nakryty,Twarz w niebo, oczy zapatrzone srogoW oceanowe pomgliste prześwity,Wyprostowany i sztywny, jak w trumnie,Że chociem schylił się, nie spojrzał ku mnie.
Tak trząchnę łachman ów. Płótnianka była,Nędzą i ziemią na sito zgryziona.Więc we mnie zaraz dusza się rzuciła,Klęknąłem przy nim, bom widział, że kona.— «Kto jesteś, bracie?» — rzekę. Jakaś siłaBłysła mu w twarzy. Przypodniósł ramionaI rozplątując szkaplerza u szyi:— «Mazur — zachrypi — i sługa Maryi». —
W szkaplerzu dukat był. Błysnęło złoto,Jak gwiazda nad tą siermięgą dziadowską.Aż ów, śmiertelną podpalon żarotą,Szepnie: — «Za wojnę dostałem to włoską...Weźcie... za duszę dajcie... Weźcie toto...» —A był węgierski dukat z Matką Boską.Chciał mówić jeszcze, jeszcze ciężko dychał,Jescze lśniał w oczach, ale już nacichał.
Zaczem powieki same się przywarły,A wielkie, zimne łzy biegły przez lico...Dźwignę mu głowy, a on — już umarły,Już odszedł z doli swojej tajemnicą.Ale snać głody na śmierć go zażarły,Bo kiedy nasi przypodnieść się chwycą,To był ten ludzki trup letszy od pióraI sam go poniósł na rękach Sekura.
Tak my w cichości szli, jakby z Golgoty,Przez ono głuche mgły gęstej przestworze,Niosący ciało do księdza Błahoty,By w miłosierdzie pogrzebał je Boże.Dzikiego ptactwa waliły w nas loty,Z hukiem w ciemnościach targało się morze,Ciskając w lament rozburzone fale,W których warczały groźby, łkały żale...
A już ów mglisty pomierzch przedświtowyZ chwili na chwilę jaśnił się, przecierał,A nam posępne chyliły się głowy,Iż człek ów tak nam na oczach umierał...Lecz on już sztywny, już zimny, surowy,Ostro spod rzęsów przywartych pozierałPo nas, po ziemi, po morzu, po niebie,Po całej drodze żywota — za siebie.
...A czegoż ty się oglądasz, biedaku,A czego szukasz za sobą po świecie?
Niemasz-ci na nim ni śladu, ni znaku,Żeś żył i czekał, aż nędza cię zgniecie...Prędzej na wichrach dopatrzy się szlaku,Gdy je ptak skrzydły wartkiemi rozmiecie,Niźli po tobie, coś przeszedł przez ziemię,W śmiertelnym znoju dźwigając swe brzemię.
Hej! Gdy tak dumam, jaki mnie nachodziWielki, żałosny dziw, a jaka wiejaPo duszy, jak po pustem polu, chodzi!Więc gdzież jest onej kotwicy nadzieja,Gdy niema steru w potrzaskanej łodzi?Więc gdy dokoła szumi krwawa kniejaI wilcze doły i śmierć i jest trwoga,To gdzież ratunek nam? I kędy droga?
Jako więc kamień, na głębię ciśnięty,Pomąci jasną wodę, zanim padnie,A pisząc koła przez bystre odmęty,Ruszy te iły, co zległy się na dnie,Tak we mnie trup ten, ten człowiek zaśnięty,Co tu tak ciężko padł, tak padł bezwładne,Ruszył i zmącił duszę, het — aż do dna,Gdzie jej zwątpiałość siedzi pierworodna.
Dzień wstawał żmudnie. Wschód dymny a skrawyWprędce zawlokły mgły brudnemi chusty,A słońce, jako ten opłatek krwawy,Chwilę patrzało skroś nich na port pusty,Iż się pokryły we mgłach maszty, nawy,I słychać było tylko ślepie chlustyMorza, co się tam poomacku tłukłoGroźnym warkotem i falą rozhukłą.
Bo dziw, jako ten żywioł bywa zmiennyW pogłosach swoich na dzień i na porę.
Czasem wód ogrom przelewa się senny,Jękliwy, jakby morze było chore,Czasem z przepaści krzyk bije bezdennyI wściekle tłucze w skalistą zaworę,Że każda kropla osobno kołacze...A czasem wyje, a czasem znów płacze.
Dziś na wyżynach targało się w sobieGórnie, potężnie, tajemnie a dziko...Że choćbyś, człeku, trzy dni leżał w grobie,Przeckniesz się z martwych pod oną muzyką,Iż wyda ci się, że Bóg ręce obiePuścił przez fale harfiarską praktykąI na tych strunach, co wrą bezsłoneczne,Pieśń mocy swojej gra i sądy wieczne.
A wtem dzwon huknął, szarpnięty u doków...Świstnęły ostro wypuszczone paryI nagły rozruch ciżbiących się krokówZawrzał gdzieś zdołu, jak z ciemnej pieczary.Zgrzytnęły windy na osiach u tłoków,Opustoszały węglarskie galary,A tłum roboczy, rzuciwszy swe wory,Jął się na tamę walić, jak upiory.
Więc jako burza, gdy idąc zdaleka,Najpierw się mętem powietrznym zaniesie,Niżeli wichry rozwije, rozszczeka,A one ziemskie zatrząchnie przyciesie,I jak wywarta z zabrzegów swych rzeka,Gdy tamy zerwie precz i z szumem drze się,Tratując, co jej gdzie na drodze stawa:Taki mąt głosów szedł i taka wrzawa.
Stanęlim, patrzym. Jescze dymne paryKryją rosnący tłum i te mgły sine.
Alem ja oczy wrzące wbił w galary,Pomiarkowawszy bijącą godzinę,Kiedy przygięte rab prostuje bary,Rzekąc swej duszy: — «A zginę, to zginę!» —I nagle głową nad jarzmo swe rośnieI swoje ludzkie prawo jawi głośnie.
Nigdym nie widział tak kamiennych twarzy,Tak gorejących oczu, tak zaciętych,Szczęk, zębców, jako u onych węglarzy...I nigdym ogniów nie widział tak świętychI tak piekielnych razem, że aż parzy...Nigdy hardości takiej w karkach zgiętych,Takiego gniewu i takiej rozpaczy,Co jest śmiertelna sama — i śmierć znaczy.
A wtem śpiew buchnął. Nie wiem, co śpiewali,Lecz serce prawie że stanęło we mnie...Bo słychać było, jakby z wielkiej daliSroga nawałność szła ziemią tajemnie,Jakby gdzieś warczał grom, co wnet zapaliŚwiat, niby puszczy nietrzebionej ciemnie...A razem z pieśnią i z głosów tych szumemKrwawa chorągiew powiała nad tłumem.
Drzewce oburącz chłop dzierżył wyniosły,Czarny od węgla a suchy, jak tyka;Włosy mu na łbie wstały, jako rosły,Proste, a w każdym śpiew drżał i muzykaGłosów, co w mętne powietrze się niosły,By trąba sąda, co groby przenika,Otrębująca na morza i lądy,Jako nad krzywdą świata będą sądy.
A tuż przy onym chłopie chorągiewnym,Co się wycinał z mgły, by siewna jodła,
Gdy nad zapustem wygóruje drzewnymNiewiasta-matka szła i dziecko wiodła.Tak wszyscy, jednym się porywem śpiewnymZaniosłszy, swego trzymając się godła,Szli dużym krokiem wprzecz nam. Aż-ci trupaZoczywszy, cała wstrzymała się kupa
I ono ciało nakryte łachmanemZajęła z nami na czoło pochodu.I tak był niesion nad tym oceanemÓw Mazur, tułacz, co pomarł tu z głodu...A morze mu tam huczało organem,A szło z pochowem tysiące narodu,A on, nie miawszy zgła ni garści wiórówPod czachę, jak wódz, wchodził w bramy murów.
Ale staruszka nasza, do ostatkaPilno się dzierżąc trupa, szła w pochodzie.Nikt jej nie wzbraniał. Myślano, że matka,Więc była litość nad nią w tym narodzie,Gdy tak wiewała na niej lniana szatka,Ledwo że kryjąc kość, drżącą na chłodzie,I gdy tak w szeptach trząsły się jej wargiZwiędłe, bez jednej łzy, bez jednej skargi.
Dopiero gdy się pokazały wieżeGórnego miasta i przepych złocony,Urwała nagle szeptane pacierze,I — jak ptak skrzydły — tak ona ramionyWzgórę się zdała brać, jak ptak się bierze.Aż jęła śpiewać: «A bijcież mu w dzwony!
A witajcież go wy, wieże strzeliste!A wyjdźże przeciw niemu, Jezu Chryste!»
...Wyszedł-ci Chrystus, krzyż słoneczny niesie:— Powstań, Łazarzu, z śmierci do żywota! —— Nie mogę, Panie, bo jeszcze po lesieJagnięta płaczą, a zły wilk się miota.Jeszcze jest wróblik niepewny na strzesie,Jeszcze się krzywda wije wedle płota,Jeszcze jastrzębi szpon skowronki gniecie,Jeszcze jest przebój mocnego na świecie! —
...Wyszły anioły tą królewską broną,Potrząsają mu drogę białym kwiatem:— Wstańże, Łazarzu, zasiądz złote trono,Weź żezło w ręce, podnieś je nad światem,Wybłyśnij ziemi cierniową koroną,Przyzawdzij skórę a kości szkarłatem!— Nie mogę powstać, anieli skrzydlaci,Aż głos usłyszę Narodów, a braci!
...Wyszły mu przeciw Narody Łazarze:Pójdź z nami, bracie! Idziemy z Golgoty.Chrystus z świątyni wypędził kramarze,Nad światem lata grom i piorun złoty.Drżą węgły ziemi, truchleją mocarze,Poczwórne jezdnych pobite są roty...Pękły łańcuchy pod ciosami młota!— Tedy wstał Łazarz z śmierci do żywota».....................
Jeszcze ta pieśnia na powietrzu drżała,Nie mając kędy iść, przed mgły tumanem,Gdy nagle bębny, jak gradu nawała,Sypnęły trwogę nad miastem zaspanem.
Wnet się ruszyła milicyja cała,Wnet wyszły straże pożarne z czekanem,Obezwały się trąbki i sygnały...Ale że wszystkie bronie cicho stały.
Jakże? Królewski majestat był prawieW tym tłumie, co tak szedł, jakby na wojnę.Ten sztandar górny, chwiejący się krwawie,Te twarze groźne, a przecież spokojne,Ta moc, stojąca na ludzkiem swem prawie,Te ręce, władne świat brać, a bezzbrojne,Te poczerniałe w twardej nędzy głowy,Ten śpiew, co walił w miasto piorunowy...
Zbój chyba jaki chwyciłby tu broni!A już lud wyległ w ulice, i z góryBiegł na węglarzy patrzeć. Alić oniProsto na Wielkiej Giełdy szli marmury...Naraz — tysiace podniesionych dłoni,I wybuch głosów, jak poszum wichury...To lud tak witał ich, chustkami wiewał,Grzmiał krzykiem, w kupy się łączył i śpiewał.
My z przodku. Tak nas zagarnęli sobą,Że ani kroku wstecz. Zrazu my chcieliOdstać. Lecz wprędce tak nas swą żałobąI krzywdą swoją za dusze ujęli,Tak nam osierdzie pod samą wątrobąRuszyli, tak nas tym śpiewem otchnęli,Że my szli, na nic nie pytając, z niemi,A pierwszy z trupa rękami pełnemi,
Sekura, zaraz pod owym sztandarem,Miawszy staruszkę znad Buga po boku,
Więc, jak gdy polem ruń wywrze sie jarem,Tak tam się głowa przy głowie w tym tłokuCisnęła jednym zwichrzoym obszarem.Nikt poosobno nie tkwił tam na oku,Lecz wszystko razem z tym śpiewem, z tym szumem,Z grzmotem tysiącznych kroków było tłumem
Skrzywdzonych, co tu przyszli wołać prawa.A Giełda była na głucho zaparta.Trzykroć chorągiew uderzyła krwawaW odrzwia, przy których, milcząc, stała warta;Trzykroć okrzyków buchnęła tam wrzawa,Gdy nagle trzasła galerja otwarta,A na niej, świetną wstęgą przepasany,Komisarz z strażą od ściany do ściany.
Chce mówić. Podniósł rękę. Lecz w tej chwiliKupców się za nim pokazały głowy...Z rykiem więc na to węglarze skoczyli,Pchnęli Sekurę i trup MazurowyChwyciwszy, szli z nim na barach, pochyli,Groźni, prąc straże na obie połowySzerokich wschodów, co w lewo i w prawoWiodły w krużganek. Za nimi tłum ławą.
Błysnęły w górze oficerskie szpady,Padł rozkaz, jęli kupić się żołnierze.Wnet się związały dwie wrzące gromady:Tamta dostępu broni, ta go bierze.Lecą kułaków twardych gęste grady,Lecz znać, milicja bije się nieszczerze,Węglarze zasię głowy, jako tury,Zniżywszy, z wielką mocą prą do góry.
Co krokiem naprzód stąpią — «Hura!» — z dołu.Wznoszą się pięście, goreją źrenice,
Aż cały pochód skłębił się pospołuW jedną zwichrzoną, grzmiącą nawałnicę.Nie może ustać tłum, prze się ku czołu,Chociaż go straży płazują szablice,Aż uczyniwszy sobą wielkie widły,Dwoma zębcami bodzie, dwoma skrzydły
W gmach bije. Dużo w tym szturmie pomagaÓw Mazur, co przy chorągiewnym słupieJest niesion. Jakaś pośmiertna odwagaPrzyzatajona zda się być w tym trupie...Wysoko, górnie pierś błyska mu naga,Przeciw żołnierstwa nastawiona kupie,Które, zetknięte nagle z ludzkim zwłokiem,Opuszcza ręce i cofa się krokiem.
— Naprzód! Wnet miejsce szerzy się otwarte.Skoczy oficer, spojrzał, zniżył szpadę,A owe straże, do murów przyparte,Wyprostowane stoją, jak w paradę.Wtedy komisarz z krużganku zdjął wartęI w gmach się cofnął precz, za kupce blade,A w chwilę z szczytu giełdy się rozjarzaKrwawa chorągiew nad trupem nędzarza.
Buchnął tryumfu krzyk. Lud odkrył głowy,A jakby organ rozegrzmiał na sumie,Z taką powagą śpiew wzleciał wichrowyI porwał sobą, nakrył wszystko w tłumie.Co tam śpiewali i jakiemi słowy,Tego tak łatwo człek nie wyrozumie,Ale że z pieśni okrutna szła siła,Żarem po kościach, a w tętnach krwią biła.
Więc kiedym pojrzał na tę wywyższonąPłótniankę pod tym wiejącym szkarłatem,
To mi się w oczach zrobiło tak słono,Jakby mi trup ten rodzonym był bratem.... Powstań, Łazarzu! Zasiądź złote trono,Weź żezło w ręce, podnieś je nad światem!Poczwórne jezdnych pobite są roty...Nad ziemią lata grom i piorun złoty!
Ziemio ty nasza! Cóż nam się ostało,Jeno ty sama i twe miłowanie!Choćbym cię ojcem nazwał — jeszcze mało...I choćby matką, jeszcze mi nie stanie,Boś ty jest wszystko! I dusza i ciałoI ród i życie — wszystko w twojem mianie!Że kto przerzecze cię, jakoby siebieZbogacił skarbem na ziemi i w niebie.
Gdyś jest, a co mi? Powietrze mnie samoNosi, by ptaka nad gniazdem usłanem,Jak król, słoneczną odziewam się lamąW polu, na łące, w kuźni — jestem panem!Lecz gdy cię braknie, kiedy czarną bramąWyszedłem z ciebie, staję się łachmanem,Poniewieranym śród ludzkiego roja,Że pyta leda kiep: — Gdzie ziemia twoja? —
I w bok się zeprze i gęby napuszy,Iż sam się czuje, jak w domu u matki.A ty się wtedy dzierż twardo swej duszyI serca w sobie podpalaj ostatki,
A choć ci oko łza żrąca zaprószy,Nie dbaj, łba podnieś, bo też cię do szmatkiNikto nie zwiąże! Zdzierż górnie psubrata,Rzekąc: — A gdzieżby? W samym środku świata!
Chcesz, mierzaj! Nie chcesz? Wolna przed się drogaGdzieżeś ją mniemał być? — Kędyś na stronie?Na szarym końcu? Za piecem? U proga?— My z pod ogona nie wypadli wronie!My, Polska, zawsze stalim bliżej BogaW borowych szumach, w pół żytnich pokłonie,A wy — za nami dopirz — ziemie obce,Jako do dzisiaj jest widać to w szopce
Na trzychkrólowy czas! Przy żłóbku PanaNie ujrzysz Niemca tam ani Francuza,Jeno Macieja, Kubę, Stacha, Jana,Albo Balcera w czerwieni, jak tuza!Któż ochfiarował Dzieciątku barana?Kto na ligawce grał mu, jak nie luzaNasza pastusza, co w pieśni i wszędziePierwsza je! O czem więc stoi w kolędzie.
Może tam i wy macie przywilejeSwoje i swoje obrachunki z niebem.Alić to powiem, że do nas się śmiejeChrystus, gdy idzie polem albo żlebemGórskim, abo więc przez borowe knieje,Bo mu tam wszystko pachnie kwieciem, chlebem,Miodem, żywicą, i wszystko mu miłe:Lud, sady, łąki i chaty pochyłe.
Prawda jest, sypnął złota na te krajeI morze rozlał od nieba do ziemi,
Alić uśmiechu jego tu nie staje,Nic chodzi on tu nocami cichemi...Jako pan sługom — płaci wam. Nam — daje,Jak ociec dzieciom, rękoma własnemi.Pomniej-ci, prawda, ale że z miłości,Nie z łaski, to wam Polak nie zazdrości.
Wy kraje swoje macie, jak kopalnie.Dopóki jasna świeci wam z nich ruda,Póty się sami dmiecie triumfalnie;Jak nie — obcego napędzacie luda...My do ziem naszych bierzemy się mszalnie,Krzyżem znaczona jest wiosenna gruda,A zaś wychodzi z pod tej chłopskiej rękiPrzypodniesiona, jak kielich ów męki.
Wtedy się staje cichość nad polami,Co są obsiane i ziarnem i duchem...Oboje źreją. Oboje runiamiNadziei wschodzą za wiosny podmuchem.Ziem nasza czuje! Ziem nasza jest z nami,Czyli we kwieciech czyli pod obuchem.A kiedyś, człeku, we łzach się położyłNa własny zagon, już duch w tobie ożył.
A myby pewno tutaj — Podlasiaki —Nie szli korabiem przez to wielkie morze,Pewno nie padliby tu, jak te ptaki,Odlatujące w zachodnich łun zorze,Pewno chleb suchy jadłby jaki takiNa szczerym piachu, na dzikim ugorze,By nad swą ziemią ubogą i polnąMogli zachować w ciele duszę wolną.
W nas tej chytrości, co wytęża ślepieZa zyskiem, niemasz! W nas jest rzewność cicha
Co nawet w grubym i twardym czerepieŻywie, jak płomię, i w niebo oddycha.Anielskie pióra są u nas w polepieChaty, co choćby nie wiedzieć jak licha,Coś ma górnego w sobie, coś z zaświata,Coś, co w niej śpiewa, jarzy się, ulata!
Rok mijał, jak my grzebli Horodzieja,Pod onych dzwonów jasnogórskich biciem,Co je skroś morza poniosła zawiejaDuchów, gdy stary rozchodził się z życiem.Cóż nas trzymało, jeśli nie nadzieja?Co ratowało naród przed rozbiciem,Jeśli nie one anielskie pogłosy,Które szły ku nam przez wszystkie niebiosy?
Oneć to stały litośnie nad nami,Jako ojcowa strzecha nad sierotą,A my się kryli pod nią z temi łzami,Z tą gorzejącą dusz naszych spiekotą.One swój hejnał wzbijały rankami,Niby kopułę grającą i złotą,Nad serca nasze bezdomne i głowy,A my im odzew dawali spiżowy.
Więc tak, moc na moc, dwie siły szły: duchaI tych żylastych ramion, stwardłych w trudzie.A co się górna porwie zawierucha,To młotem żywych serc oddźwiękną ludzie.Tak w nas utrwało życie i otuchaI tak my w onych krzepili się cudzie,Nie ustępując, choć los na kowadleSrogo nas dzierżał i walił zajadle.
Tęgi był Bandys, tęgi był Sekura,Tęgi Zatrata Rocho, Jan Żórawa,Na Bani takoż niezdarta się skóraPokazowała, gdzie jaka przeprawa;Nawet i w babach, choć miętka niektóraI rada łzom się o byle co dawa,Taka moc była i górność w honorze,Jak u szlachcianek jakich w wiejskim dworze.
Więc to na dziwo było ludziom onymPostronnym, które, bacząc naszej nędzy,Tym naszym grzbietom u taczek schylonym,Mniemały, iż to czynim dla pieniędzy.A my, tym ogniem paleni czerwonym,Tchem własnym gnali czas: A prędzej! prędzej!A pieniądz dla nas co? Jeno to wiosło,Coby nas do dom przez morze poniosło.
Coż wie Portugał o tem, czy Hiszpany?Byle na głowie miał myckę z kutasem,Na mycce wielki kapelusz słomiany,Na hajdawerach pas, a nóż za pasem,Byle przez zęby płuł i ćmił kabany,A pobrzdękiwał na gitarze czasem,Już zdrów, już wesół i ani się pyta:Gdzie mu zachodzi słońce i skąd świta.
Jako więc oracz, który na uwrocieZagrzęzi pługa i pojrzy po niwie,I onę czarną ziem już widzi w złociePszenicznych kłosów, szumiących chrzęstliwie:Tak my, w trojakim prażący się pocie,Już oglądali, jak Polska tam żywie,Jako nas woła, jak pilno nas czeka,I jak nam do niej trza — z tego daleka.
Każdyśmy chcieli przez jakie bądź prawoDożyć godziny, która nas uzwoli.Tęskność nam była snem i była strawą,Na suchym chlebie szczyptą była soli.W pracę my poszli ciężką, w pracę krwawą,Nie rachujący doli ni niedoli,A teraz mijał rok onej wysługiI ptactwo jęło już porzucać ługi.
Więc niespokojność wzięła nas pożerać...Oczy, jak błędne, lecące daleko,Jakowychś znaków poczęły wyzieraćZa siódmą górą i za siódmą rzeką...Ni nam tu dłużej żyć, ni tu umierać.Patrzylim w morze stwardniałą powieką,A ono, waląc w przepastne czeluści,Hukiem wróżyło: puści, czy nie puści?
Lecz mnie, com tutaj przywiódł tę gromadęI liczbę głów tych trzymałem przed Bogiem,Gdym widział lica te, wychudłe, śniade,Dźgało po sercu, jakgdyby ożogiem...Tak my zrobili pospólną naradę,By grosz, leżący na składzie załogiemBrać. Tylko Bania, co miał u sąsiadaDług w Wólce, krzyczał: — «Nie nada! Nie nada!
— Z czemże to wrócim? Jak? Po żebrach dziady?W komorne? Będziem parobkować komu?Ja też nie gorszy swojak od gromady,A o proszonym chlebie nie chcę domu!» —Zaczem się srogi gwałt zrobił z tej zwady,Właśnie, jak kiedy dwa wozy u promu
Dyszel na dyszel przeciw siebie wpadną,Że nie rozczepi ich nikt, mocą żadną.
Nie przebijałem onego poswarku.Człowiek, wiadomo, wykrzyczeć się musi,Czyli to w polu, czyli na jarmarku;Jak nie — chrzypota po nocach go dusi.Dopirz, jak huknie, aż trzasło mu w karku,Zdrów! Więc nie lubię onych cichych trusi...Świat-ci nie klasztor, gdzie «Na milczka» dzwonią,A w Polsce miejsca głosom dość — nad błonią.
Aż kiedy wrzawa urosła na piekne,Jak ciasto w dzieży, gdy dojdzie po wręby,Jakże nie chwycę stołka, jak nie sieknęW dźwierze!... stanęli, otworzyli gęby,Patrzą — a co to? Tak im tedy rzeknę:— «I dość! I hola! Chcesz mieć całe zęby!Każdy na swój siąg! Nie musim nikogo!Kto nie chce z nami, niech idzie swą drogą!»
Tak się wnet wszystko zhamowało w sobie,Jak kiedy, z góry jadąc, ściągniesz szkapy,Prą się zadami, a tu bat ich skrobie,A kantar trzyma wstecz, aż dymią chrapy.Widząc ja tedy radę w tym sposobie,Rzekę: «Toć niema nad nami satrapy,Ani nahaja! Nikto nas nie zmusza!Chcesz — idź, a nie chcesz — siedź, do paralusza!»
Tu wytchnę. Stoją, jak przybici ćwiekiem.Tak ja znów, bacząc, gdzie się wiatr obraca:
— «Głupi ten rozum, który przed człowiekiemNie idzie poprzód i drogi nie maca,A przewidzeniem, nad chwilę dalekiem,Nie liczy zysku albo co utraca.Więc musi tu być rzetelna rachuba,Bo tu nie z wieprzkiem na targ! Tu rzecz gruba!
Tu morze! Tutaj nie siędziesz przy drodze,Buta nie ściągniesz, kiedy cię uciska,I nie okręcisz onucza na nodze!Tu ci śmiertelna przepaść grzmi i błyska,Tu wicher wątpia wykręca ci srodze,Tuś się zawierzył śmierci, co jest bliskaO deskę i mniej! Tu ci nikt nie stanieKorabiem! Chyba na Boskie wołanie.
To nie w kij dmuchał! To są one Rzeczy,Co w katejuszu zwą się — Ostateczne:Śmierć, Piekło, Niebo, Sąd. Nie sąd człowieczy —Sąd Boży, co ma trybunały wieczne!Jedna cię drugiej odbija i przeczy,A ty, nim światło obaczysz słoneczne,Jako ścierw, możesz wyrzucon być snadno,Po onej czarnej desce w morze, na dno.
Więc tu się rachuj, a licz swoją siłę,Nimeś zamyślił, byś gęby nie sparzył...Czyli masz w świecie coś, nad wszystko miłe,Coś takie drogie, byś żywota ważył?Byś szedł ku niemu rad, choć przez mogiłę,I w śmierci samej sercem mu się jarzył,By gwiazda, która z nieba w morze leci,Nie dba, że w przepaść, i lecący — świeci.
Jeśli masz, jeśli w tobie dusza żywa,Nie szmat, tym cudzym kątom na wyciory,Jeślić się chata po nocach obśniwa,Jeśli ci pachną wiosenne podory:Macaj kaletę, czy starczy grosiwa,A śpiesz, póki my ludzie, nie upiory...Póki nas jeszcze ona ziemia świętaZa synów liczy! Za żywych pamięta!» —
Stoją, wzdychają. Kos pociąga nosa,Żuk oczy w garście wziął, łbem siwym trzęsie,Bandys obrócił koło bioder trzosa(Skarbnik — chce z miejsca iść). Ja sam na rzęsieŁzę czuję, jakoby więc padła rosa.Baby szlochają w fartuch. Aż po kęsieCzasu nuż wszyscy ściskać się, całować,A płakać, jakby mieli kogo chować.
Nie bylim sobie sąsiady wioskowe,Nie złączało nas żadne kumoterstwo;Każdy skądinąd przyniósł tutaj głowęI tej inszości pamięć chował czerstwo.Ale że smutki były jednakowe,To nas związało tak żywe braterstwo,Jakby nas spętał jeden łańcuch srogi,Nie to za głowy, ale i za nogi.
Więc jak za wiatrem idą brzozy gajem,Tak my już odtąd razem się chylili,Tym słabszym podpór dający nawzajem,A patrząc, rychło dola się przesili...Już mowy tylko latały nad krajem,A ja, rad w duszy, czekałem tej chwili,Gdy, ku wschodowym gwiazdom obrócony,Wiater zarucha morzem w nasze strony.
Alić nie było wiatru. Wielkie ciszeObeszły ono nieposiężne morze,
Iż ledwo sobą conieco kołysze,Jak runiejące siewy na ugorze,Czyniąc na głębiach błękitne komysze,Gdzie księżyc srebro, złoto suły zorze,Jakoby w skarbca tajemne zasieki,A one na dno padały na wieki.
Choć poniektórzy mówią, że do pory,A zaś, gdy czasu dobije godzina,Wypłyną na wierzch złota całe wory,Że najnędzniejszych biedaków drużynaCzapką je nosić będzie do komory,Aż się zbogaci wszelaka chudzina.A to jest sekret pomiędzy narody,Żeby zaś króle nie sięgły tej wody.
Bo wnetby złoto poszło na harmaty,Na wojska, na te paradne urzędy,A one czarne ostałyby chatyBez poratunku, jak zawdy i wszędy.Więc sam Bóg morzem zapuścił te światy,Że nikt żyjący nie wie gdzie i kędy,A tyle tylko, że skarb jest i czekaUzwolonego z obroży człowieka.
Ano, co gadać! Świat na tem nie stanie,Jeno se dalej pójdzie swoją drogą.A nad kim doli jest nieubłaganie,Temu i przyszłe skarby nie pomogą.Widać-ci, człeku, dalekie świtanie,Ale trza przebrnąć ku niemu noc srogą...A i ten szczęśliw już, kto rzeknąć może,Iż dojrzał one zapowiedne zorze.
— «Słyszałem — rzecze Żuk — że tam na spodzieJest ziemia, co się zowie Hatlantyda.Sama się ona rządzi w onej wodzie,W lasach, an karczmach nie najrzysz tam Żyda.A takie mądre ludzie w tym narodzie,Jakich się u nas nie słycha, nie wida...Wojska nie znają, nie chodzą na wojny,Jeno se żywot prowadzą spokojny,
Po sto i dziewięć lat każdemu człeku,A dziesiątego sam oczy zamyka,Jako do spania, iż dożył już wieku,A wesół, jakby mu grała muzyka.Zaś po sto dziewięć — doktora, ni lekuNie zna, ani mu po kościach co strzyka»...Tu syknął, chwycił za lewe kolano,Iż miał, leśnikiem bywszy, kość strzaskaną
Przez padającą na Myszyńcu choję.Po chwili zaś rzekł: — «Pieniądz tam nie w cenie.Każdy pracuje, nikt nie je za dwoje,Każdy ma czyste na grzbiet obleczenie,Wszyscy zysk niosą, jak te bartnie roje,W ul, co się zowie: Pospolite Mienie.A ma ta ziemia wypłynąć ku słońcu,Ale nie prędzej, jak przy świata końcu». —
Tak my gwarzyli społem. Było święto.Z wypoprężonych ramion spadła szleja.Przypominalim, jak my tę zaklętąPuszczę przebyli, jak się ona knieja
Zwarła za nami na śmiertelne pęto,I drogi nasze i śmierć Horodzieja,I mądrość jego, co była jak miody,Zbierane z lipy za cichej pogody.
Rzekł Kos: — «Rad chciałbym, by na onym głazie,Cośmy nim zamkli starego we wnękę,Wyrznął kto dłótkiem, wyraz przy wyrazie,Całe tułactwo nasze, całę mękę...A zaś nad pismem, by wydał w obrazieOną to głowę srebrzystą i rękę,Pożęgnującą przed nami powietrze...By się ostało tak, że nikt nie zetrze». —
— «Ha! — Bugaj na to — Niełatwa to sprawa;A czy to jeno, co ryte w kamieniu,Przez wieki wieków w pamięci ostawa?Siądź ty z dzieciami na chaty podcieniu,Kiedy w czeremchach słowiczek przygrywa,A kwiat srebrnieje w miesięcznym promieniu,I rozpowiadaj tę powieść żałosną,To one synom powtórzą, jak wzrosną.
Tak do nas doszły one dawne dziwy,One ojcowe, praojcowe czasy.A te...» — Nie skończył, bo nagle gwar żywyBuchnął po drodze przed nasze szałasy.Skoczy Żurawa, iż człek był stróżliwy,A Bandys z Rochem poszedł był do kasyOdebrać grosz ów, urwany od chleba,By zliczyć, dość nam jeszcze będzie trzeba.
Alić nie oni wracali z wyprawy,Jeno burniackie toczyły się bryki,A na nich naród burniacki, jaskrawyOd chust, wstęg. Swachy, drużbowie, muzyki,
Wesele! — Ano, szczęśliwej zabawy!Szczęśliwej pory! Hukają pokrzyki,Śpiewki, prześpiewki, a skrzypki i fletnieRzną drobionego ogniście a setnie.
Burniaki-Grady dawały dziewczynęZa jedynaka od Burniaka-Bobra.Wnet skoczą z bryki, dobędą flaszczynę,Przepiją do nas, my do nich, i dobra!Tak im winszujem: «W szczęśliwą godzinę,W sczęśliwą chwilę!» — A nuż nas pod ziobraI pod kolana obłapiać drużbowie:— «A jedźcież z nami! Wypijcież przezdrowie!»
Odpowiedziałem: — «Bóg niech wam zapłaci!Z wielkim to dla nas, biedaków, honorem.Ale wiadomo, służba wolność traci,A jutro każdy stanąć musi z woremU węgla. Miłać gościna u braci,Jeno, Bóg świadkiem, ani my ubioremAni myślami dziś nie do wesela...Tak już musicie bez nas spiewać «Chmiela».
— A czepcież młodą starym obyczajemNa dzieży, jako nam czepili matki...A wy, druhenki, z białym korowajemNieście się strojno w pozłotki i kwiatki!» —Tak w przyjacielstwie żegnalim się wzajem.Posiedli brykę swatowie i swatki,Drużby się jeno przymawiają mile:— «Aby tę nockę jedną! Aby chwilę!» —
Jużci, że naszej zapachło to młodzi,Jako więc kotu wielkanocna szperka.
Już Jasiek Kosów do Salki podchodzi,Już na Marynę zpodełba Stach zerka.Lecz gdy «sztajera» po dudach smyk wodzi,Krzykną muzyce: — «Oberka! Oberka!»Chcą grajki. Na nic! Ni jeden z kapeliNie trafia... Tańca swego zapomnieli.
Zrzedła im mina. Zaczem dla rezonuUrznęli marsza, co go grał Rakoczy,Kiedy, za wojny węgierskiej, do tronuJechał przez Dunaj rzekę, co koń skoczy.Tak z szumem, z hukiem, na podób homonu,Gdy się nad porem powietrzny łów toczy,Z trzaskaniem biczów, ruszyli z kopyta,Młodzi, muzyka, ojcowie i świta.
Wtem Żuk: — «Waść takoż, panie Balcer... Dzieża...Korowaj... Kwiatki... Złotka... Odpuść, Panie!A młodzi pewno polskiego pacierzaNie znają... — Albo to ich całe granie?Basów nie mieli! Nie dałbym halerza,Że z oracyją nikt w progu nie stanieI że nikt nie zna piosenki o chmielu...Tfu! Co tam człeku po takim weselu!
— Przyjrzałem ja się onej kompanii...Jużci, że dużo szumu i zamachu,Ale co? Młody w krawacie u szyi,Komin ma czarny na łbie, by na dachu.
Młoda, jak żeby szła po procesyi,Przed Jegomością, przy samym baldachu,Taki puściła welun, a spodniceWloką się za nią, by ogon indyce.
Ta gdzieżby dawniej! Przecie ty w gorsecieSzła mi do ślubu, jak łątka... Co, stara?Wianek ruciany, przewity we kwiecie,A u warkocza wstęg jasnych — niemiara!Na okoliczność ślub głośny był przecie...Od światła aże jarzyła się fara.A wenikrator ciągnął organistaJak miech! Złotych coś kosztowało trzysta».
Westchnął. — «Dziś nowa moda i postawa.Już dzieci pójdą tu Portugalczyki...A co ród u nas rodowi podawa,To za obyczaj będą miały dziki.» —Mówił, a drogą nisła się kurzawa,Polatywały weselne okrzyki,A młodzież uchem łowiła i okiemPył, turkot, tętent, aż dzień zaczął mrokiem
Zachodzić. I mnie mroczno było w duszy,Jak człeku, który coś miłego traci,Gdy mu się złoty pierścień zawieruszy,Przysiężny pierścień, co go miał od braci.Jak dziki gołąb, coś mi w sercu gruszy,Coś piersi porze u lewej połaci...Wtem pojrzę, wraca Bandys i Zatrata,A z nimi jakichś dwóch obcych ze świata.
Szli śpiesznie, ostro machając po bokuRękoma, jak łódź, gdy ją pędzą wiosła,A słowa, rwane od prędkiego kroku,Co nieco cichość powietrzna mi niosła.
Przez ramię jeden miał torbę na troku,Kapota, jako się noszą rzemiosła,Na drugiem siwa płótnianka, łeb goły,Kij w ręku, jako chodzą apostoły.
Uwięzły oczy mi w tej dziwnej głowie,Jasnej, przy ciemnym ogniu śniadej twarzy,Jak dach słomiany na czarnym tułowieZgorzałej chaty, co jeszcze się żarzy...Tak szli pośpiesznie owi przybyszowie,Nasi im z boków przydawali straży,Aż krzykną ku nam zdala: — «Pochwalony!»Tak my: — «Na wieki! Witajcież w te strony!»
Lecz Roch zdaleka wołał: — «Wielkie dziwy!» —A Bandys wprzecz mu: — «Okrutne odmiany!» —Jako więc kiedy na podmokłe niwyOstatnich śniegów, mając w piórach piany,Lecą i klekot puszczają gwarliwyPowracające z wód ciepłych bociany,Tak one chłopy niesły się we wrzawieTakiej, żem nie mógł rozeznać nic prawie.
Dopieroż kiedy przestąpili proga,Przycichło. Tak my ścisnęli prawice,Oni zaś wtóre pochwalili Boga.Starszy — personat! Kapota w pętlice,Wąs po sapersku przycięty, twarz sroga,W głębokie brózdy, w mroki, łyskawice.Siadł, boki zaparł. — «Interes tu taki —Rzecze. — A które tu są Podlasiaki?
Bo my tu do nich.» — Hurmem się ozwałyGłosy z gromady: — «My od Sokołowa!»
«My z Międzyrzecza!» — «My od Krzny, od Biały!»«My z Łomaz!» — Podniósł brwi, patrzy bez słowa.— «Ludzie kochane! Toż tam sę świat całyOdwrócił... Wschodzi gwiazda ChrystusowaNad one ziemie, nad bory, nad rzeki...Trzymajcież, coby nie zgasła na wieki!» —
Poszło gromadą szerokie westchnienie,Wzniosły się ręce, przychyliły głowy,Jak kiedy we mszy dzwonią w Podniesienie.Jeszczeć nie całkiem miarkują tej mowy,Alić po żyłach już ogień się żenie,Już przez pierś leci dech jakiś rodowyOd ziem dalekich, że odzew dąć muszą...Już — ci tu ciałem tylko, a tam duszą...
Ściśli się w kupie, prą zbliska, gdzie ława,Na której siedli owi wędrownicy.Na palcach idzie stróżliwy ŻurawaKu drzwiom, wyciąga tej kościstej grdycy,Zakłada skobla i chwilę przystawa,Nasłuchujący pogwarów ulicy...Iż, choć te kraje są wolne od wiaryWszelakiej, postrach pozostał mu stary.
Aż ów: — «To wyszło teraz takie prawo,Że gdzie narodu naszego jest siła,Gdzie my, unjaty, trzymamy się ławą,Wiara ma dawna być, jak przedtem była.Więc tam urzędy liczą krechą krwawąTe dusze, co je męka naznaczyła...Dociągną? — Dobrze! — Nie? — Już nam do szczętuGinąć, bez wiary i bez sakramentu!» —
Buchnął jęk na to, zachwiały się głowy,Jak gdy wiatr mocny po boru uderzy.— «Bez sakramentu?» — Szmer idzie surowy,— «Bez chrztu?... Laboga!... Bez onych pacierzyPrzy konającym?» — Tu prędkiemi słowy:— «Nie dać!» — Roch krzyknie i pięścią zamierzy;A wtem Żurawa: — «Cichoj, bo usłyszą» —I znowu szopa obniosła się ciszą.
Więc ów: — «Pół roku, narody kochane,Po tych tu światach chodzim z tą nowiną.Zeszliśmy Ajres, zeszliśmy Paranę,Wszędzie het, gdzie te okręty dopłyną,Albo dowiozą wozy. To gdzie stanę,O Podlasiaki pytam. A niech inoWiatr ich od Buga, od Liwca obleci,Zaraz się trzęsą iść — do matki — dzieci...»
Tu mu się złamał głos. A wtem go w mowiePrzebił ów drugi: — «My tu nie od siebie,My tu przychodzim podlascy posłowie,Od krzyża, co się pokazał na niebie,Gdzie Boża męka zrąbana w Wirowie...My tu od kości tych, co je wiatr grzebieW pustkach, po lasach... Od dzwonów, co bijąW chmurach nad niemi na Zdrowaś Maryjo»...
Ru ów wkapocie: — «Do księdza BłahotyBył list z parachfji, co ją tam ostawił.To krzyżem upadła, od łez cały złoty,I tej godzinie życia błogosławił...— «Wyszliśmy — wołał — żelaznemi wroty,Lecz teraz Chrystus skrzydła nam przyprawił,
Polecim wszyscy a liczby domierzym!» —— «Tak nam dopomóż Bóg!» — Tu się uderzym
W piersi kułakiem, aż ściany odgrzmiały.Zaczem się stało cicho i tajemno.A noc już późna szła i gwiazdy tlały,Złotemi sztyki bodząc modrość ciemną.Od tchów żarliwych chwiał się u powałyOgieniek. Tak my gromadą przyziemnąPosiedli, jak te pierwsze chrześcijany...Aż rzecze owy, płótnianką odziany:
— «Słychać, borami wracają kościołyWygnane... Każdy idzie w swoją stronę...Słychać, że już są zmówione anioły,Co między lipy postawią zieloneW Grannem nad Bugiem, gdzie teraz plac goły,Cerkiewkę naszą. Jej tramy spaloneDo dziś tam leżą nad rzeką, na piasku...W dzień czarne, nocą goreją od blasku.
To mają zacząć zaraz po nieszporze,A na świtaniu ma stanąć gotowo,Że dach na krokwiach już obświecą zorze...» —Tu baby klasną i zachwieją głową:— «A robotniczki-ż kochane! A Boże!A cóż?... Poredzą! Tą PaniezusowąMocą!... Poredzą! Moiście — A czego?...» —Aż ów dobędzie głosu przycichłego:
— «Słychać, gdzie dusz się do liczby pokażeDość, to tam same zaczną grać organy,A wszystkim dzwony będą bić we farze...Święci poschodzą z obrazów, ze ściany,I siędą w ławkach przed wielkie ołtarze,A ząś Jan święty, orłami porwany
W niebo, odprawi tę pierwszą mszę polską,Co ma prorocką być i apostolską». —
Lecz starszy machnął ręką: — «At, gadanie!Będzie, nie będzie, jak Bóg da! Obaczym...A to ci pewnie, że gdzie dziś nas stanieDwa sta, na onych sto, tam się zahaczymO tę ojczyznę na — nieoderwanie.Nie staniem? Lizcbą głów się nie wyznaczym?Przepadło! Pójdziem i z ciałem i z duszą...» —Tu urwie, bo go chłopy nagle zgłuszą:
— «Nieprawda! Co wy? Nieprawda! My duszyNijakim światom na zgubę nie damy!Skały ukruszy, a nas — nie ukruszy...Tu nie o frachę, o wieczność tu gramy!O to zbawienie!» — Tu Roch się napuszy,Jakby za wszystkich obstawać miał samy,W boki się zeprze, zamarszczy u czoła.I pierś podawszy naprzód, tak zawoła:
— «Dalej! Spisujta! — Bugaj z ModlenicyZ żoną Barbarą. Ślub brali w Krakowie,W onym kościele, co ma mur z ulicy,A zaś na murze święci patronowieStoją. — Kos Marcin. Ot, tej tam dziewczycyOjciec. A w puszczy zostało mu w rowieTrojgo, zginionych śmiercią na bąbele...Wszystko zaś chrzczone w boru, nie w kościele.
— Bandys w Włodawy, Pietr. Pięć morgów ziemiOstawił, duszę ratując w honorze.Ze sierotami uciekał drobnemiPrzez Bremę, miasto niemieckie, za morze.
Pomarły, w wapno ciśnięte z inszemiW baraku, w onym dziecińskim pomorze.A to — Jagienka, żona ślubna. Milczy,Iż ślub był w boru brany. Był ślub wilczy.
— Lis Marcin z Kodnia, szewc. Opłacał z dzieciPo ćwierci stówki, coby nie wpisaneOstały. Aż-ci urodził się trzeci...Nie było co dać... Strażniki pijane,Ledwo świt, jeden z papierami leci...Tak matka trzasła głowiną o ścianę,I trup. To kryli w bagnach się, jak dziki,Coś przez pół roku. Zaś — do Hameryki...
— Jędrzej Drozd, wdowiec. Magda Mnich — żeniata.Jak mogą, żyją we dwojgo do kupy.Mąż w orenburskim stepie się kołata,To nie poredzą na to i biskupy».— «Horodziej!» — nagle zakrzyknie Zatrata.Więc Kos: — «A cóż to? Zliczacie i trupy?» —A Roch: — «Zliczamy! Mogiła ta wstanieI pójdzie świadczyć na ziemi wołanie.
— Już wy nie bójcie się! Trafi do pola...A co? To będę tylko za żywotaTrzymał tę wiarę, a po śmierci — hola?Na cóżby zdała się taka robota?Mnie jedna prawda i jedna jest wola,Czym żyw, czym nie żyw! A Pan Bóg też kotaW worku nie kupi, jeno się zapyta:— «Któżeś ty, chłopie, jest?» — Tak ja: — Unita!
— Unita jestem, Najwyszejszy Panie,W drzewianej cerkwi chrzcony przez parocha,
A prędzej Bug się nawróci i stanie,Niż ja z tej wiary popuszczę choć trocha(— «Albo i prędzej!» — hukną Podlasianie,Gęsto dokoła ciżbiący się Rocha).— A niech w to miejsce nikto mnie nie trunie,Bo padnie, jako po jasnym piorunie!» —
Zawrzało. Wszyscy popuścili garłaNie dbając na nic. Popróżno Żurawa— «Cichojta!» — woła. Tak się już rozdarłaDusza w narodzie, że milczeć nie sprawa.Zbyt długo ona tajemność ich żarła,ż rana była w każdem sercu krwawa,Co się nie dała schować pod sukmaną...Tak się rozkryli — świecący tą raną.
Lecz ów w kapocie: — «Ludzie kochające!Nie o to idzie rzecz! Nie o to chodzi!Tu potrza, coby stanęły tysiące,Które ocean dziś od braci grodzi...My tu nie liczym dusz. My tutaj gońce.A kogo ziemia ta nadbużna rodzi,Niechaj się czuje do niej! Niechaj bieżyRatować onej niebogiej macierzy!
— Z Ajres, z Parany, setkami już waliPodlasie. Będzie luda do tysiąca...Już my tu jeden okręt zwerbowali,Co na warsztatach stoi od miesiąca.Rozkołatany, prawda, lecz się faliNie zlęknie jeszcze, moja kochającaGromado! Można zawierzyć mu głowę,Zaś kartę płaci na nim przez połowę».
Tak krzyknę: — «Tuście nam trafili w sedno,Waszmoście moi! Tu niema już o co...
My tu wyrobkiem... A chociaż nam biedno,To o powrocie dniem myślim i nocą.Nic nas nie trzyma tu, tylko to jedno:Czy płacić statek będzie naszą mocą?A jak połowę karta, to i dobra!» —Tu Bandys trzosa obrócił przez ziobra.
Dźwiękło. Wysypał, liczym. Popierw głowyWziął się rachować Żuk. Ten był w liczeniuMajster. Poradził zagajec bukowy,Choćby dwa morgi, zliczyć na korzeniuOkiem bez chyby. Umknie mu jakowyBuczek w Myszyńcu abo na Zieleniu,Za insze — jeno temi brwiami ruszy,Już go ma! Już mu się nie zawieruszy.
Stoim. Nikt nie śmie poruszyć się krokiemW ciżbie, żeby zaś nie zmylić rachuby.Wszyscy wstrzymalim dech, utkwionym wzrokiemPatrzym w kościstą rękę, w palec gruby,Sękaty Żuka. A ów rysiem okiemPo jednej bierze głowy, jak we śruby,I siwe wąsy zjeżywszy na gębie,Pomrukiem liczy, jak dęby w porębie.
Aż krzyknie: — «Trzy i czterdzieści jest luda!Nie setka-ć, prawda, a zawsze tej miaryPodeprzem! zawsze zratować się udaCo nieco onej polskiej mszy u fary!» —A wtem przed inszych wyjdzie Jędrzej Gruda,Rzekąc: — «Ii... mnie ta nie liczyć! Ja stary...Mnie ta dziś, jutro!» — Tutaj go chrzypotaChwyci i jak tym suchym krzem szamota.
Odpoczął, westchnie: — «To gdzież mnie w te światy?W te wielgowody puszczać się? W te chlusty?
Tak wy mnie w regestr nie wpisujcie, braty!Tu żywot konał będę... Barak pusty,Dajcie mi kapciuch tytuniu czubaty,Cobym se kurzył... Ostały się chustyPo nieboszczycy... Zaścielę se łożePieknie, i tak doumrę w ręce Boże. —
— A co ta na mnie padnie, między młodszeRozdzielić. Niech ta!» — Tu odgarnie z twarzyDługie, opadłe włosy; czoło otrzeZ potu i wzrokiem gasnącym zajarzy.Tak insi: — «Co wy, Jędrzeju? Co, kmotrze!Bez żywej duszy, bez ognia, bez warzyOstać się chcecie?» — I zaraz go chwycąMiędzy się. A on: — «Ja ta... z nieboszczycą...» —
Lecz Bandys kładzie kupki. Baby, chłopyPorówno, a zaś przez połowę dzieci.Pourastały grosza godne kopy,Aże się w oczach srebrzy to a świeci.— «No, to i żniwo nasze! Nasze snopy!» —Rzekę. A Bugaj: — «Wiera mi! Co trzeciWaści się patrzy, mój panie Balcerze!» —— «Trzecizna! — hukną insi. — Niech Waść bierze!» —
Gruchli my śmiechem. Więc Bugaj: — «Prócz żartu!Coby nam bez was była za porada?Wy kowal, toście z nas dobyli hartu...Jużby się dawno rozciekła gromada,By nie wasz rozum, co dodał jej wartu,Że jako rzeka płynie, gdzie jej nada...Wiadomo, w mieście jak płacą rzemiosła,A was — do portu z nami dusza niosła.
— Toć wy nam ociec!» — Roztworzył ramiona,Chwycili my się w uścisku za bary,
Że cała izba stała roztrzęsionaW dygotach szlochu... Tymczasem świt szaryZasrebrniał. Już te różane wrzecionaŚwietlistą wiją przędź, już te kotary,Ponabijane gwiazdami mgławemi,Rozsuwają się i dzień czynią ziemi.
A tutaj trzaby farb, a i malarza,Coby utrafił ono wniście słońca.Jako się pierwsza wypłomienia zarzaZ morskich czeluści, gdzieś u świata końca,Jak się natęża, w moc rośnie, rozjarza,Jak piórmi trzęsie w tęczach gorzejąca,Aż na skrzydliskach ze szczerego złotaWzbije się słońca ptak i ogniem miota.
Tak my wypadli na świat kupą całą,Jakby skąpani w szumiącej kąpieliOnego zdroja, co młodość dawało.Na amen zbytych nędz my zapomnieli...A tu nam hejnał radosny już grałoWybuchające słońce z wód topieli,A morze szło nam łaskawie pod nogi,Setną w nas siłę czując i duch srogi.
Okręt my widzieć szli. Warowny jeszczeBył statek. Sterczał teraz na pomościeWarsztatów, w śruby chwycony i w kleszcze,Co go trzymały zamczysto i proście.Znać, że go burze biły, prały deszcze,Że nim targały wichrów nawałnoście;Lecz nam się wydał, jako więc ta arkaW potopie. Nikto nie gani, nie sarka.
Trzy dni nie przeszło, a w porcie zawrzałoOd kup podlaskich, co ciągły ze świataWozem a pieszo, jako kogo tam stało.Nie tak więc owa czereda skrzydlataPowrotnych czajek, gdy słońce dogrzało,Ciągnie i z dechem wiatrowym polata,Jako ten naród przez lądy i wodyCiągnął za onym podmuchem swobody.
Małomówiący był lud i ponury,Znać przeznał złego moc, zaparł się w sobieI milczał. A gdy odezwał się który,To jakby żywą ranę miał w wątrobie.Znać, że na niego waliły się góry,Że był skrzywdzony w wszelakim sposobie,Zaś teraz nosił pochyło te bary,Jako więc ziemny proch zdeptany, szary.
Były tam oczy, jako lodu bryły,Były tam twarze, jakby młotem kute,Serca krwią zaszłe i tętniące żyły,Pięście zatwardłe w sęk i słowa lute.Był naród, który dobył z siebie siłyŚmiertelnej, wydał swą najwyższą nutę,A z wszystkich piersi bił, skroś grubej kożyOchfiarowany duch, baranek Boży.
Jak cicho przyszli, tak cicho posiedliNa brzeg, podobni owej siwej trzodzie...Niewiasty śniade, by szyszki na jedli,Drobne, zawiędłe były w swej urodzie.Ogniów nie kładli, poswarków nie wiedli,O suchym chlebie trwając i o wodzie.Jeśli w nas pęd był, to w nich — moc i trwanie.Z za Buga byli, sami Zabużanie.....................
Czyli ja tutaj będę wypisowałDni tych godziny a godzin momenta,Jako nad morzem lud ten noclegował,Patrzając w gwiazdy, czekając okręta?Pomrok i światło, wszystko się napowałZmąciło we mnie, iż duch nie pamiętaTych chwil podrobnych, a tylko się miotaGórą, nad wielkim zaworem żywota.
Bo cóż to było, jak nie sądne roki,Ono praśnięcie we świat tyla ludu?Ono wyrwanie, jak dęba z opoki,Tego, co zaprzał mechem swego trudu?...Trzasła ci szyba na widok szeroki,Na one Boże sprawy, pełne cudu,Aż nam się chata zatrzęsła u węgła...Ale nas życia moc w swój ruch zaprzęgła.
Dawno szli insi w tułacze krainyTęskności, gdzie się miłowanie rodzi,Był duch osobny, z osobnej przyczynyCo ich na czarnej wyprawował łodzi...Lecz wtem bić jęły naglące godziny(Iż to tam zegar Boży różnie chodzi),Tak już nie było co czekać w tej porze,I — do pół Polski — runęło za morze.
Gruchnął się naród o tę cudzą ziemię,Jak więc o kamień, co mu łba rozkrwawił.I wnet w tej rany brózdę padło simięŻycia inszego, niż to, co ostawił.Wzeszła ruń, wstało jakieś nowe plemię,W którem się wolny duch nagle wyjawił,Uderzył w pióra, i z onych zaświeci,Przyodmieniony przez moc nową — leci.....................
Ranek był czysty. Powietrze się samoW ruch bystry niosło i szumiało wiosną,Gdy my ruszyli oną jasną bramąNadziei, co ma pozłociste krosnoI świat przetyka różnobarwną lamą,A duszę czyni mocną i radosną...W szyku ruszylim, jak na świętą wojnę,Wzniesione głowy, a lica spokojne.
Bo też to była prawa krucyjata,O której brat mi powiadał w Krakowie,Gdy się porwali do wychodu świataW poranne słońce bijący orłowie.A zaś nie bacząc, czy zysk im czy strata,Ruszyli wszelkiej nacji narodowieOdbijać Pański Grób tureckiej mocy...A krzyż przed nimi szedł we dnie i w nocy.
Dość było pojrzeć po naszej gromadzie,By poznać ową zaprzysięgłość ducha,Co pieczęć swoją gorzejącą kładzie,Gdzie popierw była tylko glina krucha.Cóż nam stać mogło teraz na zawadzie,Gdy z każdej piersi żywy ogień bucha,A naród przez te tułackie odmianyPrawie że wyrósł z tej dawnej sukmany.
Jakaś dostojność, jakowaś powaga,Jakaś zaduma wybiła na lica,Jakaś się w duszy ociężyła waga,Za syna znał się naród, za dziedzica...Żaden szmat lepszych przywdziać się nie wzdraga,By to nie była luźna ruchawica,Ale pod liczbę oddane i miaręGłowy tej miłej ziemi na ofiarę.
Tak my szli, tak my kroczyli przed siebie,W górności naszych dusz i naszej sprawy.A ono morze ledwo się kolebie,Ledwo że po nim chodzi wiatr ruchawy,Poszeptujący, iż nas nie zagrzebie,Gdy plusną z nami korabiowe nawy.A jak szeroko i jako daleko,Błękit nas cichą ogarnął opieką.....................
Hej, żegnajcież nam wy, wody i lądy,Wy niezbrodzone puszcze, i wy, góry!Pobrałyście z nas śmiertelne przysądy,Że my do waszej wtargnęli natury,Lud polny, co ma nad zbożami rządy...Żegnajcie, bracia, gdzie tam legnął który!Niechże choć wasze radują się kości,Gromado polska, pod słońcem wolności!
I ty mi żegnaj, najmilejszy kwiecie,Com białość twoją zamknął w czarnym grobie!Choćbym po całym obnosił je świecie,Serce się moje ostanie przy tobie...Dość. Niech łza twarda oczu mi nie gniecie!Trza dolę znosić w kowalskim sposobie...— Wtem strzał. Odhukło setnie dookoła.Znak to, że ocan czeka już, że woła.....................
...Idziem do ciebie, ziemio, matko nasza,Coś z pierworodnej zrodziła nas gliny!Idziem do ciebie, rzesza twoja ptasza,Powracające do gniazd swoich syny...Niechaj nas dola, jak paździerz, rozprasza,Krzykniesz — wnet twoje zbiorą się drużyny.
Przez imię twoje i na twe wołanieLud, wierny tobie, u boku ci stanie.
...Idziem do ciebie, ziemio, matko miła,By upaść czołem na twoje zaproże...Nie jeno liczba my — ale i siła.Nie jeno pług my, co łany twe orze,Ale i pieron, co Bóg go posyła,By walił bory o spróchniałej korze...Nie jeno proch my, co z wiatrem polata,Ale i bary — dźwignące pół świata!
...Młotami walić będziem w twojej kuźni,Sochą w rozświtach krajać twe zagony,Aż ci się pęto u szyje rozluźni,Aż buchnie z ciebie ogień zatajony...Niechaj nas nie tknie nikt, niechaj nie bluźni,Że nie masz synów dla swojej obrony!Na śmierć, na życie oto ci oddanaPodlaska dusza... podlaska sukmana.
Serdca się nasze pod stopy twe ścielą,Polsko, jaką cię nie widały duchy!...Ty wyjdziesz srebrna — łzów naszych kąpieląWymyta, strojna w zbóż twoich rańtuchy...Pola się twoje wiosną rozweseląLudów! Ty cała w słoneczne wybuchyWolności pójdziesz, co tleją już w niebie......Idziemy, matko! Idziemy do ciebie!
,Każdy to wiedział, że morze nie łacha,Poły nie ugnie, nie przejdzie go brodem,Alić dopiero tu poznał on stracha,Tutaj na grzbiecie pot ściął mu się lodem.(A jak łan żytni, gdy wiatr go rozmacha)I widać było, jak tłum ten się waha,Oblany krwawym, ogromnym zachodem,Jako łan żytni, gdy wiatry nim chwieją,Między żałością i między nadzieją‘. A, BW.
,To kiedym spojrzał z nagła w te sukmany (Więc gdym tak)Na onem wielkiem, rozłożystem morzu,
Na ten len siwy, wełnami przetkany,Co zwyczkiem siedzi schowany we zbożu,W opolnych ziemiach, pod dach swój słomiany,A teraz — patrzcież! — po takiem przestworzuZ wiatrem się błędnym unosi po świecie,To mnie mróz przeszedł i ciarki po grzbiecie‘. A, BW.
,Czasem i wcale nie najdzie się sztuka,Co miary takiej wybornej zasięga,Ale człek zmyślny i morze oszuka:Tnie dębów kilka, żelazem je sprzęga,Zbija, lutuje, a stuka, a puka,Aż zbierze w jedną więź, jak dziewka tęga,Co na snop żyta pół zwali zagona...Taki maszt zwie się kolumna Samsona‘. A, BW.
,Lecz jest znów trzeci maszt, ten zwie się reja,I stoi dobrze pochyło na przodzie;A kiedy wpadnie na okręt zawieja,On pierwszy stawia łba i wichry bodzie.Już to tam amen i słaba nadzieja,Kiedy ten runie i plac zrobi wodzie...I życia wtedy ratować nie pora,Bo już śmierć woła: «Pójdź Kuba do dwora!»
Czwarty się szwaja zowie i na zadzieOkrętu stoi, jak tylne te straże,Kiedy się wiara u ogniów pokładzie,A wódz jednemu wartować przykaże.Lecz i pośledni ten ma głos swój w radzie,A kiedy okręt tył fali pokaże,Nieraz tak bywa, że pierwsza w honorzeSzwaja zwycięża, lub wali się w morze.
Nie wszystkoć ja tu mianuję z kolei,Bo jest tam tego, by z dobrej poręby,
I człowiek tak się obraca, jak w kniei;A gdyby każdą rzecz nazwał, to z gębyMiałby paździerze; boć obcy lud kleiTe miana (nazwy), plwając je tak, jak otręby,A że katolik nie jest, więc je stwarzaSam z siebie, zamiast brać to z kalendarza.
A tuż dopiero te haki, te bloki.Te koła, zęby, te tryby, te rury,Te kotły wrzące, te szpunty, te tłoki,Te windy, z trzaskiem lecące do góry!Okręt się tylko (gibocze) giboce na boki,Pary buchają, drżą liny i sznury,Rudel, jak świdrem, skróś wody się wierci,A wszystko — tylko o deskę od śmierci.
Lecz co jest cudne w pojrzeniu, to zgołaŻołnierska sprawność w tej morskiej hołocie!Ledwo kapitan kinie, ruszy czoła,Już to po masztach, jak koty po płocie,Choć w trzasku, zda się, nie słychać, kto woła;Tom się napatrzeć nie mógł tej ich cnocie,Tak co to (letko) a nagle się wije!Mówią, słoniną samą taki żyje‘. A, BW.
,Mówią, że idzie z północy to morzeOd granic ziemi, zapartych przez lody,Aż na południe, gdzie takoż w przestworzeOceanowe krą walą się wody;Lecz nie wiem, czyli to prawdą być może,By na południu lud czynił przeszkody,Gdyż słońce najwyż tam piecze a praży,O czem się pytać u żniw gospodarzy.
,Ci gdzieś od Warty, od Buga samego,Tamte od Narwi brunatne sukmany‘ A, BW.
,Więc do komisji raport! Bo w szwadroniePorządek musi być. Więc nuż w baraki!‘
(Dalej) Nuż i w doktory! To nim się wydało,,Mówią, że o tem w gazetach (aż stało) pisało‘ A, BW.
,Rozśmiał się jeden, więc drugi, więc trzeci,I tak w łeb wzięła naczęta już zwada,Bo u nas naród, jak słomę zanieci:Ogień o chwilę — i zaraz opada.Porwie się to to na oślep i leci...A niech kto znagła zastąpi, zagada,To się zawróci, jak wilk, gdy mu w ślepiePastuch ze strachu płachciątkiem zatrzepie‘. A, BW.
,Najwięcej pralim Włochów. Tu chłop gada,A ten tu ślepie na niego wytrzeszczy(I po swojemu! Więc wnet rośnie zwada)I trzęsie głową, że niby nie nada.Więc chłop aż dmie się, tak nad nim w głos wrzeszczy;Ten w śmiech, a insi za nim. Więc nuż zwada!To my ich nieraz nagnietli, jak kleszczy,(Bo naród to jest nad wszystkie plugawyI gady pono hoduje dla strawy)Zwłaszcza, jak przyszło brać wodę we dzbanySłodką. Tych Włochów zwano Italjany.
Tom po raz pierwszy przypatrzył się zbliskaGrze, w którą oni i dzień cały zgonią.Siędą przy sobie dwa takie Włoszyska, (Włosiska)Nuż palce suwać i w ławę bić dłonią.— «Czynk! Tres! Czynk!» — krzyczą, a z oczu żar tryska,A stawy w palcach, jak w kubku kość, dzwonią.Ten dwa, by widły, suwa w przeciwnika,Ów sztykiem jeden, a z resztą umyka.
A taką mają w igrzysku tem spprawę,Że ledwo okiem zdążysz, już ten bije!Więc insze Włochy obstąpią ciekawe,Powyciągają zgorzałe te szyje;Więc coraz wścieklej trzaskają ci w ławę,Jakby o gardło chodziło tam czyje;(Włosy) Kudły na oczach, spotniali, schrypnięci,Aż się nóż nieraz z za pasa wyświęci.
Najbliżej Włochów szły liczbą Francuzy;Ale ci inszą trzymali się modą:
Nie tak łakomi na guzy i tuzy,Bebłali tylko ten absynt swój z wodą,A potem ręce wsadziwszy w rajtuzy,Luzem chodzili z przyciętą w klin brodą,Gwiżdżąc pieśń, co się zowie Marsylianka,A gęsto patrząc, gdzie butel i szklanka.
Bylić i insi, lecz głównie hołota,Bo emigranckim ten «Krejc» się mianował.Nikt się tam wielce nie świecił od złota,Ani się w państwo na drugich fundował.Czy spód, czy pomost, jednaka ciasnota:Tłomoczki, baby i dzieci na pował...Gdzieniebądź głowę kto oparł i stękał —Z choroby jedni, a drugich głód nękał‘. A, BW.
Tu szpicem na dół przód się okręciskaSunie, ze wszystkiem chcący grzęznąć do dna;Tu trzask, tu łomot, tu gardziel ci ściskaŚmierć, której ręka mokra jest i chłodna;Aż nagle w górę, jak chybnięta miska,Jedziem, a przez łby wali góra wodna,Do suchej nitki mocząc szmat na grzbiecie,A puść się ręką, to cię, jak źdźbło, zmiecie.
A tuż dopiero, jak się zaczną toczyćBeczki, łańcuchy — to z taką szło siłąŻe drugi, trzeci, nie zdążył uskoczyć,Już nim, jak kulą, o pomost rzuciło.Ludzie zaczęli krzyczeć, pchać się, tłoczyć.Niemało chłopstwu guzów tam nabiło,Nie licząc tego, że się italjańskaDziewka przez poręcz spławiła do Gdańska‘. A, BW.
,Tymczasem owe to morskie załogiW świstach, w błyskaniach migają się ino,
Skroś ognia onej niebieskiej pożogiŚwiecąc twarzami piekielnie a sino.Kapitan, blady w obliczu i srogi,W rozpiętej kurcie, przewzięty wpół liną,Okiem obiegał morze i pod rejąKomendę trzymał na przebój z zawieją.
Nie łatwo było! Co okręt dał nura,Strząchnął się z piany i na wierzch wypłynął,To znów się wody waliła nań góra...Tak on łbem pod nią, i znów się wychynął!Na hak-by go ta wpędziła wichura,I byłby pewno, jak ruda mysz, zginął,Ale się morze w tej bitwie zmachałoI w setne trąby na odwrót grać dało. A, BW.
,Objęły niebo krwawe transparentyI tla ogniste, przez które się wieńceDymów waliły... Huk głuszył lamenty,Lecz ludzie, jako w piekle potępieńce,
Widni nam byli; nad morskieSnuły się w dymach te straszne czerwieńce,Rozkrzyżowaniem rąk swoich krzycząceI w niebogłośne... (A w tem) Tak weszło nam słońce.
Ledwo się zbłysło, już skyły je dymyPożarne; górą bukszpiry i reje,Leśne, oblane smołami olbrzymy,A deszcz siarczysty na pomost z nich leje,Jako w Sodomie. Aż gdy tak patrzymy,Nagle się szwaja na tyłach zachwieje,Pierścieńcem ognia po niebie zatoczyI runie, skrami strzeliwszy nam w oczy.
Wnet one żagle i płachty i sznury,Jak złote ptactwo, na niebo wylecą,Chwilę się ważą i kręcą nad chmuryDymów [tych], które od nich rudo świecą;Aż wyżej wzbite tchem wiatru do góry,Miesięczne koła i gwiazdy zaniecą,Toczą się, błyszczą, pękają ogniścieI osypują, (jako z brzozy) jak z brzóz (złote) w gaju liście‘. A, BW.
Porwał się Magier rzucił kapelusza:— «Ja cham?... Ja... chamskie?... poczekajże, trupie,Ja ci ten kaptur ściągnę! Aż ci duszaW pięty ucieknie! Ty... ty... ty, biskupie,Świątku!» Wtem Żdżarski (splunie): — «Tfu! do paraluszaFałszerz!» — Więc Magier oczy weń wyłupieI skoczy, by ryś, gdy się zapamięta,Bełkocząc tylko: — «Doku... doku... menta!» A, BW.
,Więc kiedy patrzym tak na te wierzeje,Które nas wpuścić miały w życie nowe,
To każde serce tam w sobie truchleje,I usta zwykłą utracają mowę.Trwogi, tęsknoty, pragnienia, nadzieje,Wichrzą się, lecą zmieszane przez głowę;Jedni (śpiewają) się modlą, drudzy gwiżdżą, trzeciŚmieją się razem i płaczą, jak dzieci.‘ A, BW.
,Anibym wiedział, jakie ich nazwiska,Tylko że miałem z tłómacza wygodę;Ten, iż był Polak a po morzach pływał,(Miana powiadał i statki wskazywał)Znał statki, lubił, gdy kto wypytywał.‘ A, BW.
,Wielkie okręty do morskiej są wojny,Z stu dział grzmi taki, linjowy się pisze;Żołnierskim ludem zapchany i rojny,Cały las masztów na sobie kołysze,Może też w blachy przedpierśne być zbrojny,Jak chorągwiani dawni towarzysze,Wtedy pancernik zwie się; a rzecz zgołaCiężka takiemu w bitwie stawić czoła.
Są te linjowe statki, jak piechota,Co płynie w ciężkie szeregi i zwarte;Lecz do wycieczki gdy przyjdzie ochota,Fregata leci na moze otwarte.Ta ma trzy maszty, a taka jej cnota,Że śmiało w boju każdą bije kartę;Szybka jest bowiem i nad wszystko zwinna,A imię swoje ptakowi powinna.
Więc gdy garść zuchów tęgich ją obsiędzie,Z nagła uderza na wielkie machiny;Nim się linjowiec na zawrót zdobędzie,Już go urwała i pruje głębiny...Fregata ona podobna jest w pędzieDo Czarniecczyków rycerskiej drużyny,(Kiedy wypadła) Co z częstochowskich leciała więc murówNa Szweda, tęgo rwąc tych szwabskich ciurów.
Przeciw fregacie monitor się jeży,Mało co z wody wytknąwszy kadłuba.Ten ogniem pluje z zamkniętych dział w wieży,Którą, gdzie zechce, wykręca mu śruba;Choć go fregata po żebrach uderzy,Nic mu nie zrobi, bo ściana jest gruba...A wieża gęstym obwiana dział dymem:Tak się Chodkiewicz bronił pod Chocimem.
Ale gry trzeba w pole wyjść z za szańca,Na rekonesans i tajne pikiety,Wtedy się bierze korweta do tańca,Rychtuje działa, wykręca lawety;Ta do każdego prędka jest łamańca,Flankiem po bokach huczy w bandolety,Albo, jak one dawne szwoleżery,Pędzi na morskich wałów Samosiery.
Jest jeszcze dzielny, choć pomniejszy statek,Strojny, buńczuczny, co się jacht nazywa,Pokład ma jeden do letkich harmatek,Których dla strachu najwięcej zażywa;Trzy żagle nad nim pną się z lin i z siatek,Masztem, jak piką, ponad głową kiwa:Zgoła podobny jest do harcownika,Co w pędzie strzeli, huknie — i umyka.
Wszystkiem tu liczy duch i serce mężne,Impet prym bierze i śmiałe natarcie,Na tyłach statki słabsze, choć orężne,Za czołem floty płyną w arjergarcie...Te jako wojska, bywało, zaciężneNa tęższych ogniów nie chcą iść pożarcie;Więc się rycerstwo puszcza polem przedniem,Jako Sobieski Jan czynił pod Wiedniem.
Kiedy na bitwę admirał wyjedzie,Maszt główny flagą z okrętu powiewa;Gdy zaś namiestnik jego, to na przedzieBanderę widać z masztowego drzewa...Czasem to mylą, chociaż tuż ich wiedzie;Tak wódz-bohater na siebie przywdziewaZwykłą sukmankę, kiedy chce ujść oka...Nieprawda! Dusza zdradza go wysoka!
Za okrętami czółna, barki, łodzie,Sznury tam ciągną, łańcuchy i haki,Jedne na bokach pluskają po wodzie,Jako z zapaśnym rynsztukiem luzaki,Gotowe konia w złej podać przygodzie.Na tyłach tabor widać ladajaki:Ten się jak jeniec wlecze ogarniętyI za pogański kark na arkan wzięty.
Prócz tych wojennych, przedniejszych w honorze,W które się każda pilnie zbroi flota,Dość (tam) też handlowych statków nosi morze,Co kupią swoją dobywają złota.Te są rozliczne w kształcie i wyborze:Już drobne, jako flisacza hołota,Już wielkie, jak te krakowskie kramnice,Co w rynku stoją; zwą je Sukiennice.
Handlowy okręt też swoją ma flagę,Ale na tylnym maszcie ją wywiesza.
Choć nie żołnierska, musi mieć odwagęTa, co załogą płynie na nim rzesza,Bo to nie Wisłą z Rybaków na Pragę!Świat jest i różny naród się tam miesza.Wojenne prawo mają też nadanem,A sam dowódzca zwie się kapitanem. A, BW.
,Stanęły chłopy, jakoby w teatrze,,Radzi, że szwabom dostanie się myto.Parobki szczują niewiasty co gładsze:— A dalej, Kaśka!... A w łeb go, Brygito!Więc co tam która ogniściej ich natrze,To krzyczą: — Dobra! a wziąć ich na sito!..
A strząsnąć pludrów na drobne otręby!...A między ślepie go!... A pięścią w zęby!‘ A, BW.
,Po szyję mamy! A cóż? Nigdzie chlebaDarmo!... Brazylja... My całą krainęZeszli precz, Pampas... Peru... Argentynę‘ A.
,Prostym kozikiem wyrżnięte litery,A zaś poniżej: «Polska kolonija,Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery».Krzyż przez ramiona różaniec obwija,A pod różańcem nacięcia siekiery:‘ A.
,Grubo wyrżnięty w nierówne litery.A zaś poniżej: — ,Polska kolonija,Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery».Spodem więc suchych liści krzyż owija,A pod nią, rzędem nacięcia siekiery:» BW.
,Pędzą, znów stają... Aż ci się rozskocząW strony i dwa (półko) pierścieńce zatoczą‘ A.
,Pędzą, znów stają... Nagle się rozskocząWszyscy i we dwa półkola zatoczą‘ BW.
,Nie tak słonecznik obraca łodygi,Gdy słońce nad nim postąpi pod Raka,
I nie tak na wiatr latają w krąg śmigi,Gdy młynarczyki popuszczą wiatraka,Nie tak cygany wiercą mamałygi,Kocieł nad ogniem zwiesiwszy u haka,Jakem ja kręcił te łby kędzierzawe,W których latały kołem białka krwawe.‘ BW.
Comments
Loading comments…