Pan Balcer w Brazylji — I — II
Ledwo dzień oświtł — a ranek był chłodny —Szedł naród z dobrą na pokład otuchą.Nuż do węzełków, bo drugi i głodnyLegł, postem morze witając na sucho.Wiatr ruszał wodą i szum czynił godny,Właśnie jak gdyby powiadał na uchoJakoweś mile rzeźwiące orędzie:— Ej, pójdzie jakoś! Ej, jakoś to będzie! —
Bo niema, coby tak silnie przywarłoDo człeka, jak to na jutro czekanie.Choćby się serce, jak żebrak, obdarło,Jeszcze w tym jednym zostaje łachmanie.Śmierć — i ta patrzy źrenicą umarłą,Rychłoli wskrześnie, a z martwych powstanie.Więc choć się naród zmitrężył niemało,Morze nadzieją ku niemu się śmiało.
Dopieroż tu się tej arce dziwować,Co nas na sobie przez zatop ów niosła;A toby było i folwark gdzie schować,A wodę pruje, by szczuka, bez wiosła.Zadzierasz głowy, chcesz maszty zrachować,Na które sosna — sto lat mało — rosła,Alebyś darmo swój rozum przykładał!Dopieroż jeden stał, i tak powiadał:
— «Okręt mieć most, jak człowiek, swe imię,A ten tu z nami, to «Krejc» się mianuje,Co po naszemu «Krzyż» znaczy. Aż w RzymieSam papież takie metryki spisuje.
Przy biciu z harmat, przy ogniach, przy dymie,Ma okręt chrzest swój i chrzestnych przyjmuje.Dopieroż granie i wino i miody,A pierwszy kubek na wiwat — do wody.
Więc jako człowiek najwyżej ma głowę,Tak okręt zasię maszt wielki, koronny.Trza zbrodzić lasy i puszcze światowe,Zanim się trafi dąb, silny a gonny,Co go nie toczy czerw, kory ma zdrowe,Ani go suszy jemioły liść płonny.Bo widłak na to, ni bochniak — nie będzie,Co mech skołtuni, a grzyb go obsiędzie.
Taki nim spuszczą, to czynią z nim próby;Bo musi rostu mieć do setnej stopy,A od przyziemka też godnie być grubyW sobie, przynajmniej na jakie trzy chłopy.Dopieroż gdy te odprawia rachuby,Siekierą po nim! I nuż go przez tropyWilcze, przez gawiedź borową, przez haszczą,Jako niedźwiedzia powalą i taszczą.
Długoby przyszło i w ciężkim mozolePowiadać wszystko, co potem z nim bywa;Bo moczą w wodzie i warzą go w smole,Aż z niego wyjdzie precz treść leśna, żywa,Nie tyle razy przewróci chłop rolę,Nie tyle żyd się przez szabas nakiwa,Co on tram męki wycierpi, nim zgołaMasztem powstanie i wichrom da czoła.
Ten drugi zasię, co «bukszpir» go piszą,Z żywicznej sośni jest, albo z modrzewa.Żagle się na nim jak chusty kołyszą,Gdy niemi kramarz na budzie swej wiewa;Sznury się po nim pną i luźno wiszą,Na czubie, w koszu, coś gwiżdże i śpiewa.Pachoł to, co tam siedząc przy powięziLin, śwista sobie, jak drozd na gałęzi».
Otwarły chłopy gęby, jako wrota,I patrzą, niby na wiewiórkę dzieci.— «Spadnie!» — «Nie spadnie!» — A ten się chybota,Jakoby leciał już. Tak krzyknie trzeci:«Trzymaj się chłopie, bo wiatr cię pomiota!»Ten nic! Więc inszy: «Nie słyszy Waszeci,Bo sroga góra je i woda huczy...A zresztą takich tam — sam djabeł uczy!»
I prawda! Nie raz, i nie dziesięć razyWidziałem, jak się masztowi do czubaPnie taki, jako po olchach te łazyI te dzięcioły. To idzie, by śruba.Na drzewcu żadnej zadzierki ni skazy:Skręt karku pewny inszemu i zguba,A on nic! Śmieje się tylko i świata.To cóżby, jak nie ta siła nieczysta?...
Ale największy dziw w ciebie uderzy,Kiedy to pojrzysz na one głębiny.Bo choć się oko najdalej zamierzy,Nie ujrzy ziemi skrawka, ni drzewiny...
Ocean tylko przed tobą się szerzyW dalekość, którą nakrywa par siny...Próżnobyś oczy obracał, jak słońca:Nie — tylko woda a woda bez końca.
A teraz patrz-że, jak po tych bezdrożachOkręt steruje i plac sobie czyni,Gościniec miawszy znaczony na zorzach,W tej niezmierzonej, bezbrodnej pustyni,Jak zna te chody przepastne na morzach!To prędzej u nas chłop zmyli w SterdyniDrogę — z odpustu idąc — do rogatek,Niż na tych wodnych obrusach — ten statek.
Więc się i w ludziach bezpieczność jakowaI dobre w sobie ocknęło dufanie.Od »Pochwalony«, od słowa do słowa,Tu jedna kupka, tam druga przystanie;Radzą — a każda ma rozum swój głowa —A jak to będzie, a owo jak stanie,Aż brzękło gwarem po onym pokładzie,Jak kiedy pszczoły uroją się w sadzie.
Więc to tam było napatrzeć się czego,Onych ubiorów i ludzkiej odmiany...Bo się lud zeszedł, het z kraju całego:Kurpie, Mazury, Łomżyńce, Płocczany,
Alić najgęściej z porębu naszego,Od Liwca, Narwi brunatne sukmany...A w każdym inszy ruch, insza postawa.Tak się to ziemia w narodzie wydawa.
Dopieroż tu się zapalą te oczy,Dopieroż staną te lica w kolorze!Ten z czapą jedzie wtył, ten ją wbok tłoczy,Ten, jak lny, jasny, a ów, jak dąb w korze.Lud zwięzły w sobie, żylasty,Łeb prosto nosi, jest twardy w honorze,A choć po równiach polistych rad siedzi,Górny jest, jakby dziś był u spowiedzi.
Drugi ma ledwo ten kubrak na grzbiecie,A patrz, jak ręce od siebie rozkłada!Właśnie, jakoby choć z włóka w powiecieNa niego stała. Dokoła gromada,A ten — tak, owak, a inak po świecie...Każdego przeprze, każdego przegada,Jakby podwójcim był albo ławnikiem.Taki się z drogi nie namknie przed nikiem!
Najgłośniej prawił Opacz. Chłop, jak rzepa,Szeroki w gębie na każdym jarmarku,Lenił się nagiąć do pługa, do cepa,Więc luzem chadzał przy drożnym szarwarku.
Wiejska się na nim przetarła polepa,Bo w artylerskim sługiwał gdzieś parku.Ten krętych włosów był i dużej głowy,A na kamzeli miał szynel wojskowy.
Teraz zapalił cygar, jął się w boki:— «Cóż tam za morze!» — mówił i pluł ślinę.— «Niech mi położy kto ze dwa sorokiRubli: tak, brat moj, choć wpoprzek przepłynę!»— «Dlaboga! — krzykną baby, gdyby sroki —Przez tylą wodę?... Przez tylą głębinę?...»A on: — «Nie takie ja widział w Odesie!»Tak baby: — «Reta!...» — A on: «Nie bójcie się!»
Na to Sekura Paweł: «Wszystko niczem,Kiedy my się tu szczęśliwie dostali,To tam i dalej pójdzie!» — «A my liczem,Że tego będzie już bliżej, niż dalej!» —Rzecze Pietr Bandys: — «Ot, strzelił jak biczem!»Zakrzyknie inszy. — «A u nas gadali,Co suchoputną najsporzej jest drogą:Trzy dni coś, tylko że trafić nie mogą».
A wtem Przytuła Szymon: — «Ot to biedaZ głupim narodem!» — rzekł i kiwał brodą.— «Jak owce to to... Chce — kupi, chce — przeda!A to nie wiecie, co wszelki kraj wodą
Oblany dokół, a woda precz nie da?Czemże to zaprzesz granicę? — Czy kłodą?Nie bój się! Dobrze tam strzegą od szkody...A ten mocniejszy, kto więcej ma wody!»
— «Co z chłopstwem gadać? Łby tępe, jak drewno.Albo to widział co taki kozica?« —Rzekł Magier stelmach, splunąwszy wbok gniewno.Ten od Łukowa szedł i grał w szlachcica.Bo to tam u nich tak szlachty ulewno,Że jak nie zrodzi groch albo pszenica,To słomy w buty na wiechcie nie stanie.Ci w płaszczach chodzą sinych, nie w sukmanie.
Słyszą to chłopy. Nuż trącać się, zżymać,Aż Kacper Bugaj z Łęczny, setna dusza,Nie mógł zęboma języka utrzymać,Przestąpił, wcisnął nisko kapelusza,Ręce pod boki, i nuż gębą dymać:— «Każdy je mądry, jak wraca z ratusza,Kiedy go burmistrz po skórze wyłupi...Ino na ratusz, to wszyscyśma głupi!»
Tak chłopy też w swą: — «A jużci! A przecie!»A ten sparł boków i aże przysiada:— «Co głupich robić gębą, kiej na świecieDość ich bez tego! A gadka powiada:I głupi chleba nie ciśnie na śmiecie,Ino tak samo, jak drugi go jada!
Ma on swój rozum! Tyla, że nieboże,Mądry się jeno na nim poznać może!...»
Pojrzał z pod czoła Magier. Widno w twarzy,Jak mu war idzie od ciemion od karku.Wtem ściśnie pięście i okiem zajarzy...Aż Opacz: — «U nas, w artilerskim parku,Dwóch było głupich i poszło w kucharzy,A że się chłopy wypasły przy garku,Więc jaki taki feldfeblu zeznawał,Jako jest głupi, a rozum — udawał.
To jak nas liczyć wziął na poligonieFeldfebel, ćwiartkę dostawszy tabaki,Wyszło, że rozum dobry same konieMiały u lawet, a my wsie — duraki.Tak raport. Bo tam w każdym eskadronieSrogi porządek. Tak dalej w baraki!Dalej w doktory! I nim się wydało,To o tem nawet w gazetach pisało». —
— «Powiadał nam ta Niemiec z kolonii...» —Zaczęła baba, a insze, jak w sedno:— «Co tam Niemcowi dowierzać bestyi!Niemiecka wiara a kocia — to jedno!» —Wtem druga: — «Gorszy je Niemiec od żmii.A my latoś chudziznę tę biedną
Przedali Szwabom od Mławy, to wszytekGrosz nam się rozlazł! Nic nie szedł w pożytek».
Ale szewc Szczęśniak, pojrzawszy na żonę,Co dzieciąteczko na łonie tuliła,— «Oj dałby — rzecze — Bóg w tę, czy w tę stronę,Bo nas już bieda ze wszystkiem zamdliła!» —Na to Sekura: — «Gadają, co oneKraje bogate są, złota w nich — siła,Tylko że naród je czarny i dziki,To przez to nas tam chcą mieć, katoliki».
— «Laboga! — wrzasną dziewki, co tam stały —Słyszysz ty, Zośka? Tam chłopy jak sadze...»— «A cóż tam Zośce, kiej Stacho je biały!...»— «O... Stacho znowu!... A cóż ja ci wadzę,Że mnie do Stacha przykładasz?» — Przerwały:— «Dać spokój! — Cichaj!» — «Ej, powiem! Ej, zdradzę!» —Buchnął śmiech pusty, dziewczęcy, swawolny:Zośka stanęła w ogniach, by mak polny.
Lecz w inszej kupie radzili ludziskaO ziemi: — «Słychać, co dołki są płoche,A górki żyzne. — Ja idę, gdzie niskaRola. A co mi po górach wlec sochę?...— Żyto siał będę... Zaorzę życiska,Kobiecie na len odetnę ta trochę,Trochę na owies, na jęczmień uładzę,A reszta — het precz ziemniaki obsadzę».
— «Słyszałem, co tam ziemniakom nie plaży,Ale pszenica to krzy się, jak trzcina». —«Co nie ma krzyć się, kiej słońce tak praży?Podkład też — słyszę — godny, czysta glina,Choć na chleb smaruj». — «A tu gospodarzyJuż jeden żydek przepytać zaczyna,Po czemu parę chcą. Bo to tam bywa,Przez jedno lato ozime dwa żniwa».
— «Bo to nie?... Przecie na takie gorącaSama się święta ziemia chlebem poci.Ruszysz lemieszem — to już je czująca,Już się ta po niej spodziewaj dobroci!»— «Słychać, co owca w półtrzecia miesiącaDwojgiem się naraz i trojgiem też koci,A jagniak wełnę ma, jakiej skop nie da!»— «Tęgi kraj! — Jeno się dostać tam bieda».
Westchnął a za nim insi. Chłop rad wzdychaTam, gdzie się drugi w mówieniu rozszerza.A jest w tem skarga nieznośna, choć cicha,Co ziemią rusza i w niebo uderza,Więc może także i twardość i pycha,Co to na rynek nie niesie pacierza,Jak dziad — jakowaś dostojność ta kmieca,Od prastarego idąca gdzieś wieca.
Ale na boku, od inszych odbita,Stała nieduża gromadka narodu;Na grzbiecie siwa sukmana, a świtaPięknie czarnemi taśmami u przodu
I po kieszeniach, po plecach wyszyta.Twarze surowe, śniade, jakby z głodu,Albo z przedawnej a skrytej żałości.Rzadki zagadał co; stali w cichości,
Pilno patrzając za morzem tem chyżem,Jakoby chcieli uśpieszyć je w biegu.Wtem jeden: — «Słychać, kardynał ma z krzyżemPrzyjmować naród na tamtym ta brzegu...»A drugi: — «Chryste!... Toż mu się uniżem!» —I cichość. Tają dusze, jak smug śniegu...Tak pierwszy: — «Papież dał pismo spisować,Co nasi księża chrzcić będą i chować».
Westchnęli. Milczą. Aż jeden do niebaRęce podniesie: — «O, Panie nad pany!Otom jest Łazarz... Nie uskąp mi chleba,Co światu z ręku anielskich je dany!»Lecz insi: — «Cichoj! Tak głosem nie trzeba...»Umilkł. Łzy połą wyciera sukmany.A wtem niewiasta, już drżąca ze starości:— «Aby te kości donieść!... Aby kości!...»
Tak buchną na mnie serdecznej krwi wary.— Lud-ci podlaski jest! Oneć unjaty...A toć ja przecie tej jednej z nim wiary!Toć i ja rodem z podlaskiej gdzieś chaty...
Tak do nich. Wnet my przystali do pary,Wnet przyjacielstwo sierdziste, że — raty!Boć ta kowalska bekiesza z sukmaną,Dalibóg, że razem kiedyś w sprawie staną!
Zetkły się głowy, ścisnęły prawice,Z nadra do nadra posięgły nam oczy.Wyszły kolory tajemne na lice,Iż to tam naród od wieków krwią broczy...A choć nikt uszów nie ostrzył na szpice,Czuj duch! Trzymają na tęgiej utroczyJęzyk. Słów mało a mowa niedługa:— «Skąd?... Poco?...» — «Duszę ratować. Z nad Buga». —
Rzeko! Żebyś ty wiedziała do siebie,Co siły w tobie jest i co jest mocy,Jaką to twardość toń twoja kolebie,Jaka przysiężność z dna bije wskróś nocy;Tobyś się rwała za wichrem w podniebie,Obwołująca, jak owi prorocy,
Co nad wodami siedzieli Jordana:— «Wstawajcie, ludy, bo idzie sąd Pana!» —
Ha, cóż! Toć jeszcze nie amen, nie hola!Ziemia nie papier, nie trzyma pieczęci,Komu tu wola, a komu niewola...A wy, tymczasem, ratujta mnie święciPolscy, żebym też nie musiał zejść z pola,Póki tu snopa nie zbiorę użęci...A strzeż mnie, Chryste, przed śmiercią i truną,Zanim nie grzmotnę młotem, aż skry luną!
Comments
Loading comments…