Pan Balcer w Brazylji — I — V
Ale już słońce coraz silniej prażyŁby chłopskie, zbite mieszczańskie czuprynyI pogolone głowy marynarzy.Już nigdzie mokrej nie obaczysz liny.Już się na masztach żywica aż smaży,I w skrawozłote ocieka bursztyny.Bieleje niebo, żar pomost rozpala,A morze ciężko, jak war, się przewala.
Mówią, że ziemia nakształt wielkiej dyniBrzuchem się tutaj wypęcza do słońca,A czuby wciąga. Przezornie to czyni,Boby ją na skróś strawiły gorącaWięc tylko pasem żar idzie pustyni,A chłód lodowy zawiewa ją z końca.i Ta się toczy, jak owoc dojrzały,Co środkiem żółty, a po czubach biały.
Zwie się to miejsce równik; iż się właśnieNa równe tutaj świat dzieli połowy,Tak odmienione, że słońce gdy gaśnieZ jednej, to z drugiej świt rusza się nowy.Toż kiedy u nas chłop chrapnie, a zaśnie,Tam w pole wtedy wychodzi karbowy,I do roboty parobków zagania,I słychać bydła ryk i kurów piania.
Więc miejsce ono, by zmyłki nie było,Pan Bóg gwiaździstym obręczem dał pobić.Przyczem się sporo gwiazd złotych skruszyło,Bo w niebie młotem, nie wiedzą, jak robić.Zamachnie taki się anielską siłą,Zamiast gwóźdź zwolna klepać, a sposobić...Więc Bóg tym żużlem, by rzecz była wieczna,Dał sypać drogę, co zowie się — mleczna.
Choć insi mówią, że równik jest na temMiejscu położon, gdzie stanąć ma prawo,Jako człek człeku porównym jest bratem,Nie — ten na ławie, a tamten pod ławą...Jako ma równość nad całym być światem,Ani się nędzarz uwzdycha za strawą,Ani się bogacz w dukatach zakopa...Ni szlachty wtedy nie będzie, ni chłopa.
Dobrzećby było to! Lecz radbym wiedział,Kto będzie majstrem, a kto czeladnikiem,Kiedy i w kuźni ustanie ten przedział,A chłopak mi się zastawi równikiem?Człek się na prawie majsterskiem osiedział,Jest w cechu — tego nie zlizać językiemChorągiew bracką nosi, ma w KrakowieBrata, co ksiądz jest, Balcerski się zowie.
Radzim my tedy; to ten, to ów słowoDorzuci, zwykle jak w ludzkiej gawędzie...Lecz Opacz puszcza dym i kręci głową:— «Nie tak to robi się! Nie tak to będzie!No wyjdzie przykaz, że wsio jednakowo:Łby strzyc, mieć szyniel i kwas jadać wszędzie!Kto nie usłucha, w tiurmę i nahajka!Tak równość zrobi się! A reszta bajka».
Wtem Magier huknie, niby z butla piwo:— «Co tu i gadać o jakiejś równości!Nie będzie szlachcic przyrównan, jak żywo,Ani łykowi, ni chamskiej tej kości!» —A na to Żdżarski, spojrzawszy się krzywo:— «Milcz Waść! Szlachectwo nie ścierka Waszmości,Żebyś niem gębę raz po raz szorował.Klejnot jest. Krwawnik. Krwią ziemię farbował».
A Magier: — «Co mi tu, Wasze!...» — I świsnął,Jak nadeptany na ogon padalec.Lecz suchy szlachcic wyciągnął garść, ścisnął,I utkwił w niego kościsty swój palec.— «Fałszerz!» — rzekł głośno i okiem zabłysnął.On skoczy, kija chwyciwszy kawalec,Jak ryś z gałęzi, gdy się zapamięta,Bełkocąc tylko: — «Doku... doku... menta!...
Pokaż mi, Wasze, na to dokumenta,Bo o obelgę pozwę... infamiję!...»Myślałem, szlag go trafi w te momenta,Gdyż kark miał byczy, a zbyt krótką szyję.Ale koścista ręka wyciągniętaSuchym weń palcem godzi, jak w cel bije.— «Fałszerz!» — powtórzył zimno. — «Ja... do sądu!... —Wrzasł Magier — Świadki!» — A ów: — «Czekaj lądu.
A toś ty, bratku, myślał że ja nagiWyjdę z tej pastki, coś mi ją nastawił?Że wezmę na się dziadowskie biesiagi?...A bogdajże się tym pozwem zadławił!Szlachta!... Magiery!... Zbójeckie watagi!...A ot mnie Chrystus przez morze przeprawił,Bym cię dosięgnął, a pomstę wziął z ciebie,Tak mi dopomóż Bóg i Trójca w niebie!» —
Lecz Magier trząsł się, jak w wielkiej chorobie,Zsiniał, dech tracił i błędne źreniceObracał kołem: — «Ja ci... Ja tu tobiePokażę! Ja ci pokażę... granice!Jeszcze twe próchno przewróci się w grobie,Jak ja sądową zapalę ci świécę...Jeślim ja — fałszerz, tyś krzywo przysięgał!»— «Co! — wrzasnął Żdżara — Ja?» — I już go sięgał
Kościstą ręką, gdy wtem, z pod pokładuSypną się ludzie dziwną procesyją.Popierw niewiasty, dzieci, a pozaduChłopy się długim, ciemnym sznurem wiją.Zawściągł się Żdżara z swojego napadu,Głowę pod kaptur schowawszy i z szyją,Lecz suchy palec upartym tkwił gestem...Poznałem... Nasi szli, z dzieciątka chrzestem...
Horodziej trzymał je, krok stawiąc drżący,Za nim chłopięta berlicę mu niosą;U boku Zośka, jak bławat kwitnący,Szła z uplecioną do wstęg jasnych kosą.
Spuszczone rzęsy, rumieniec wabiący,Tuż Stach, tuż dziatwa w płótniankach, a boso,Zaczem gromada cała: starzy, młodziZ odkrytą głową na pokład wychodzi.
Nie było księdza naszego w okręcie,Coby dzieciątko owo przewiódł zgołaZ odwiecznych ciemnic, przez ziemskie poczęcie,Do świetlącego Chrystusem kościoła.Więc kmieć ów, gołąb biały, co żył święcie,Wodą i krzyżem naznaczył mu czoła.Z zaś na chrzestnych dzieciątku obranoStacha i Zośkę, jak wiśnia rumianą.
Dziwią się obcy, patrzą, pchają głowyPomiędzy drugich, którzy bliżej stali;Bowiem był widok ciekawy i nowyDla nich, jakiego jeszcze nie zaznali.Słychać okrzyki, śmiech, wrzawę rozmowy,Palce wskazują to sznury korali,To krasne chusty, któremi niewiastyCzoła zawiły, to gorset kwiaciasty.
Bo co kto miał tam z szmat lepszych od święta,To przywdział teraz i pysznił się sobą...Jakowaś duma była rozpłyniętaW twarzach, i radość na poły z żałobą.Ten pawie piórko zatknął, tam upiętaWstążczyna błyska; tak lud tą chudobą,Jak może, ową biedę swoją kryje.— Co będzie oko przetrząsać ją czyje?
Kołem, a płotem ciekawi objęliMazurów, Kurpiów i ten lud nadbużny,Lnom się tej naszej dziwując kądzieli,Postołybacząc i obrządek różny.
Zaczem bogatsi grosz rzucać zaczęliDzieciątku temu w węzełek podróżny...Francuzy, Włochy, nawet Portugesy,Choć chytre, gęsto sięgały do kiesy.
Ale Horodziej, w płótniankę odzianyPodniósł dzieciątko w błękitne przestworza,Gdzie gorzał słońca krąg, ogniem nalany,I rzekł: — «Oto się narodził śród morzaCzłowiek; i chrzest mu z imieniem jest dany.A jeśli wola używi go boża,Krzyżtof zwan będzie od tego okręta,Co «Krzyż» jest. Niech swój początek pamięta.
A ty go ręką swoją, Chryste Panie,Przeżegnaj! Bo jest tułacz nad tułacze...A pliszka w gnieździe ma lepsze posłanie,Niźli dzieciątko to, co się kołaczeW korabiu po tym świata oceanie!»Tu między matki ozwały się płaczeCiche i ojców odjękły im głosy...Horodziej milczał i patrzył w niebiosy.
Aż rzecze drżącym głosem Symeona:— «Krzyżem ty staniesz na drodze tej, dziecię,Co będzie kośćmi naszemi znaczona,Po cudzych ziemiach gdy wiatr nas pomiecie...Bo się nierychlej nad nami dokonaTo zmiłowanie, aż zorze nam trzecieZabłyśnie, które te wnuki obacząNasze, lecz nie my!» — Tu wszyscy zapłaczą.
Więc jak w kościele, kiedy monstrancyjąNad ludem wzniesie pleban od ołtarza,Takie z tej siwej głowy blaski biją,Taka z niej skrucha idzie i przeraża.A morze huczy swoją litaniją,W której się wielki jeden jęk powtarza,Jęk, co był słyszan od początku ziemi:...«Zmiłuj się, Panie, nad nami nędznemi!»...............
Dzień ten był wesół i syty pospołu,Bo pod równikiem nikt postem nie suszy,Że ostatniego bić mieli dziś wołu,Więc się biedakom co nieco okruszy...Lud już upragnął świeżego żywiołu,Bo na ziemniakach przez pół wyzbył duszy,Wół w dobrem mięsie był, nie stary jeszcze,A znać czuł cości, bo skórą szły dreszcze.
Z krótkim porykiem obracał za siebieŁeb płaski, jakby czego szukał okiem...Może skrzypiących pługów w ciężkiej glebieCo sznurem ciągną po polu szerokiem,Może tych jarów, gdzie kwiat się kolebie,Nakryty srebrnych tumanów obłokiem,Może łąk, gdzie się odbiwszy od stada,W bród jałowica do paszni zapada.
Boć i to bydlę ma swoje tęsknotyI swoje wielkie, ciche zadumania.Postają wolce, a patrzą w świt złoty,Kiedy je oracz uwrotem zagania.
Idź między trzody senne, pod namioty,W step, a usłyszysz głębokie wzdychania...W tej niemej twarzy już duszy połowaStworzona: jęk ma, brak tylko jej słowa.
Więc gdy porykał tak, to mi tam prawiePachły te błonia stojące pod tęcząRos, kędy dropie brodzą, a żórawieNa rdzawych piórach noszą się, a jęczą.A wtem go pachoł ugodzi w łeb krwawie,Uwiązanego żelazną obręczą...Ryk srogi poszedł. Zaczem się zatoczy,I na kolana! Zwróciłem wbok oczy.
Bo jest najgorzej przydawać żałościDo onych niemych zgonów i do męki.A wszak i ludzie rzekają to prości,Że twarde serce najlekszej jest ręki.Wysechłby człowiek, by sztokfisz, do kości,Gdyby urzewniał na wszystkie te jęki,Co biją w niebo z struchlałej tej sierci...W mig mu złupili skórę, i na ćwierci.
Więc się tam zaraz, jakby na odpuście,Tumult uczynił i gęsty tłok ludzi.Jeden mu porze skróś żeber czeluście,Drugi mu wątpia parujące studzi.Na pałce sparty i w jaskrawej chuściePrzez biodra, pachoł niczem się nie trudzi.Pogląda tylko po onej czeladzi,I nóż szeroki, płytki, ręką gładzi.
Nie chce on rąbać cielska, co już leży,Gruchotać kości i wyrzynać mięso.Aż wtem mu twarda szczeć na łbie się zjeży.Szczęki kielcami ku sobie zatrzęsą,Podniesie pałki i raz jeszcze zmierzyW odciętą głowę, co białą się rzęsąRuszać zdawała... Ugodził ją wściekły...Spojrzałem, z martwych oczu łzy pociekły.
Cały dzień przeszedł na głośnej ochocieI na swawoli szyprów, którzy różnePsoty czynili tej świeżej hołocie,Co pierwsze myto płaciła podróżne.Pompa tam była do nocy w robocie...Lecą skorupy z misek, butle próżne,Kto frajer, dalej lać go bez pamięci!Tak to się w onych krajach równik święci.................
Ranek się czynił perłowy, a sinyOd mgły, co rąbkiem po morzu się kładła,Aż w nią uderzy z złocistej szczelinySłońce i modre rozkryje zwierciadła.A tu już po nich igrają delfiny,Przyjazne ludziom i statkom dziwadła,Których na wiele tysięcy ta woda;Znak to, że będzie bezpieczna pogoda.
Jest ten zwierz krągły, jakoby wrzeciono,W łusce nie chadza, choć do ryb się liczy,Pławy ma bystre, i z głową wzniesioną,Chwastem skry krzesząc, ugania zdobyczy.A ten ma w sobie dziw, iż wodę słonąNozdrzem wytryska, nakształt szklanych biczy,Wesoło grając po bokach korabia,Gdzie letki obłów kupami go zwabia.
Cudnieć to było patrzeć na te świtySrężogą srebrną drżące w on czas ranny,Gdy nad ocean parami nakryty,Skróś mgły zaczęły bić one fontanny!Słup w górę idzie, rozszczepia się w kity,Spada i sypie perłowych ros manny...W stu miejsach naraz wybija z mgły, tryska,W stu tęczach srebrem lśni i złotem błyska.
A tem ci milsze były te widzenia,Iż z dnia nam na dzień bliżyły się brzegi.Już się ta błędna niezmierność odmienia,Już ptak zapada gęstszy na noclegiPomiędzy żagle; już się rozpierścieniaLżej fala, już wiatr inszemi się ściegiPod niebem nosi; juz z lądów przywiewaDech kwiecia, trawy i ziemi, i drzewa.
Więc niespokojność jakowaś się budzi,I serca ogień podpala nam żywy.W jedną się stronę gromada pcha ludziNa pomost. Stoją, i wiatr ten życzliwyNozdrzami ciągną, z zadusznej tej gródziWyległszy. Tak pszczeli rój, chciwyWiosny, po wierzchu ul w marcu obsiada,Suszy się, brząka, i skrzydła rozkłada.
Teraz się widzieć dały te odmiany,Które ta droga zrobiła w narodzie.Stwardły na grzbietach siermięgi, sukmany,Solnemi pary przewzięte na wodzie.Z zapadłą piersią, z drżącemi kolany,Z twarzą sczerniałą na wietrze i w głodzie
Jako z jasyru i z miejsc zadżumionych,Tak z pod pomostów lud wychodził onych.
I dziw! Niewiasty nawet się nie żalą,Tak każde serce nadzieją tam dyszy.Otwarte usta, źrenice się palą,Ten, ów już sobie zmawia towarzyszy.A okręt sunie, za każdą się faląBliżąc tym lądom, co wschodzą już w ciszy.Wtem — «Ziemia! Ziemia!» — zagrzmiały okrzyki...Więc rzępolista swej dobył muzyki
Zarzyna smykiem to grubo, to cienko,Aż pies wyć zaczął w kajucie miczmana.Stary Prokurat przyszczypnął was rękąSaperski, nucąc: «Jeszcze nieprzegrana!» —Wyrzucił czapkę Stach i przed ZosieńkąChwycił i krzyknął: «Hej, danaż ty, dana!...»Więc żydek krymkę zdjąwszy, obszedł wkoło:Kto miał grosz, rzucał w tę chwilę wesołą.
Ale nieszczęsny Szczęśniak szedł na stronęI rąk załamał i oczy wbił w morze,Co mu zabrało i dziecko i żonę.Nigdy już dla nich nie wzejdą tu zorze...Patrzy, a wielki łzy toczą się słoneNa twarz znędzniałą; i stoi nieboże,I głową trzęsie, jak owego ranka,Niememi usty szepcąc: — «Hanka.. Hanka!...»
Comments
Loading comments…