Pan Balcer w Brazylji — I — VI
A już się wznosił brzeg skalny przed nimi,Jakby nie dając przystępu do siebie.
Czarnemi góry wyrznęły się kłamiW modrem powietrzu i na jasnem niebie,Ku morzu schodząc wąskiemi smugami,Za które statki chronią się w potrzebie.Lecz nasz się okręt kierował na skałyNajtęższe, co tam dwie z osobna stały.
Port to był. Ziemi upragnionej wrota,Obudowane zamczysto a ciasno;Lała się przez nie zgóry struga złotaSłońca, polewę czyniąc morzu jasną.Fala się o nie z srogim hukiem miota,Zda się, że wody srebrnym je zatrzasnąWrzeciądzem. Ziemia, bogata a dzika,Oceanowym kluczem się zamyka.
Każdy tu okręt pośpiesza przed nocą;Tak dostęp trudny jest i taki zwary.Nie zdąży? — To go do rana szamocąU drzwi te morskie celniki i warty,Które z okrutną wściekłością i mocąTrzaskają w srebrne swoje halabarty.I to się przyda, że nim tutaj wpłynie,Niejeden statek da nura i zginie.
A już też «Krejc» nasz, jak panna, się stroiDo tańca. Lecą służbiste gawiedzie.Od pacholików aż w oczach się troi,Jeden przed drugim chce być dziś na przedzie.Kapitan, w jasnym mundurze, jak w zbroiWódz, na ostatni szaniec korab wiedzie...W lin zgrzycie czeladź po masztach szczebluje...Lecz Opacz cygar pali i wbok pluje:
—«Co mi za okręt, co mi za załoga,Jak puszek niema, choćby ze dwadzieście?W odeskim porcie, tam każda pirogaWali, aż żydy gewałt krzyczą w mieście.Jest przykaz, ile dla Hospoda BogaProchu suć w jaszcze na Jordanu chrzeście,Ile...» Tu szyper pchnie go wedle brzucha...Zaczem chciał kończyć, lecz nikt go nie słucha.
Wszystkie się oczy zwróciły w tę stronę,Gdzie na pokładzie przednim, z wierzchu drzewaŚmigłego masztu, nad morze spienioneBrazylska flaga nad nami powiewa.Chorągiew zacna. Ma pole zielone,Jak bukszpan. Równe, czy zprawa, czy zlewa,Zaś środkiem złota przedziela je deska,na niej żeglarski znak: kula niebieska.
Tak pod tą flagą, co wdzięcznie nas wiodła,Z szerokim pluskiem i w poświstach pary,W port my wchodzili, kędy oczy bodłaStrzelistych masztów mnogość nie do wiary.Każdy tam statek osobne miał godła,Każdy się z kształtu odmieniał i z miary.Każdy się pysznił we swoim kolorze,Żeś patrzał jako po zakwitłym borze.
Tu, jak chałupy, stoją okręciska,A od nich wielki cień pada na wodę;Tutaj się mignie parowczyk nam zbliska,Co ma jaskółki chyżość i swobodę.
Tu łódź się czarna szczeliną przeciska,Tu inszą z drogi odtrącim, jak kłodę.Port zawalony był, jakoby miasto,Rozbudowane tłumno a wieżasto.
Piękna to jednak rzecz, niech co chce będzie,Na własne oczy zobaczyć te dziwa!Zaś, gdy człek wróci, i na swojej grzędzieRoztrząśnie snopa z tych cudzych ziem żniwa,To choć w pomierzchu za piecem usiędzie,Zostaną na nim te blaski, te szkliwa,I będą świecić, jak nici pajęcze,Kiedy w nich słońce zapali swe tęcze.
A ledwiem sobie to pomyślał, Boże!Ty wiesz, jaka mnie ogarnęła skruchaI jakie w oczach stanęły mi zorze,I wiatr zaleciał, co z pól naszych dmucha!Więc czując, iż się we mnie serce porze,Wstrząsłem się w sobie i podałem uchaKu naszym, co tam w żywym ogniu stali,Nie dbając na żar, i ziemi patrzali.
Właśnie Pietr Brandys prawił: — «Słyszta, kumie!Przecie tak w durniach ostać się nie możem,Przed tą królową!» — A Łuka: — «Jak umie,Tak niech ją wita naród słowem bożem.Je katoliczka, to juści zrozumie!» —Wtem Roch: — «Co będę gadał?... Człek się morzemDość umordował! Aż we łbie mi chrzęści...Od gęby — głupi chłop; mądry — od pięści».
Lecz Bandys: — «Dalej, radźta, kto ma gadać!Jużci tam całej nie puszczą gromady...Majestat przecie! Byleco powiadaćNie idzie!» — «Ano — Bugaj na to — radyInszej niema, tylko się poskładać,I niechaj Magier prawi! On tam zawdyProwadzi, wie, jak co!» — «Nie chcemy szlachty!Krzyknie Czop Michał, — Ze szlachty — konszachty». —
Czop był braciszkiem zmłodu przy konwencieW Miedznej, jak dotąd o tem świadczy plecha,Którą przy każdem golić daje święcie,Stąd w okolicy przezwali go «klecha».I tak już został. Ten takie zacięcieMiał, że co powie, to jakby orzechaDo pary nalazł. Tak mu się te słowaSame składały. Tęga była głowa!
Wtem Łuka: — «Ano, niech gada Horodziej!Toć on je tutaj jak ociec nad nami...»— «Co taki stary wie!» — zakrzyką młodzi.— «Takiemu prawie pod kościół z torbami!» —— «Racja!... Horodziej, nie żaden dobrodziej!» —Wrzaśnie Czop. — «Jak tak, to gadajcie sami!» —Odkrzyknie Łuka. Zaczem się zaniosłaOkrutna spierka: brać, czy nie brać posła.
W jedną i w drugą stronę lecą głosy,I w dwie gromada rozpadła się czernieAż wtem staruszka, która białe włosy,A twarz zeschniętą miała, jako ciernie,Podniosła oczy srebrzące skróś rosy,W lnianą płachetkę odziana mizernie,
Wyciągnie ręce sczerniałe i drżąceDo brzegu tego i w skrawe to słońce...
— «Ja ją przewitam, tę zorzę zaranną...Ja do niej rzekę: ...O jasna królowo!Szli my do ciebie, żyjący tą mannąŁez, nędzą naszą!... Tę chatę lipowąRzucilim! Z ławą tą... Z Najświętszą Panną,Z jaskółczętami pod żytną posową...Lny niesprzędzione w komorach ostałyNa tych przęślicach... Tak wichry nas gnały!
...Dzieciątka nasze pomarły z tej drogi...W głodach, w niespaniach i w serca ciężkościSzli my... Struchlały pod nami te nogiNa cudzych ziemiach twardych i te kości...Pątniki sąśmy liche... Lud ubogi...Goni naś światem strach, mrących z żałości...Przygarnij ty nas, a daj nam otuchę!...Jako do matki my!...» — I ręce suche
Przed sobą w modrem powietrzu tem składa,I w słońcu trzyma utopione oczy,A łza jej ciężka po łzie na twarz pada,I po tem lnianem płachciątku się toczy...Zamilkła. Głowy spuściła gromada.Aż nas, jak kiedy psów sfora obskoczyZwierza, tak z pluskiem stu wioseł po wodzieSetne ogarną czółna, barki, łodzie.
A już na tyłach okrętu zepchniętyŁańcuch z kotwicą zatapia się w morze...
Plusnęły fale, wzdrygnęły się męty,Kotwica grzęźnie w toń i brózdę porzeCiemną. Tak lemiesz, w grudź pulchną zatknięty,Skróś ziemię bierze i z głębia ją, orze...Chwyta się kotew, puszcza, znów się ima,Aż: — «Halt! Halt!» —krzykną. Zagrzęzła już. Trzyma.
Zwolnił tchu okręt, wypuścił słup sinyPary, drży, stęka, dygoce i staje.A już na pomost rzucają nam liny;Już jeden chwyta, drugiemu podaje.Zazgrzytną sznury, łańcuchy, drabiny;W mig nas obejmą przewoźne te zgraje:Ledwoś tłumoczek chwycił, już cię cisnąłPęd na dno łodzi, i wodyś zachłysnął.
Gromada nasza najpierw się przebrała.Płyniemy raźno szerokim taborem,Pilno patrzący tego kardynałaZ krzyżem, i onej królowy ze dworem...cicho nas fala niosła, ziemia grałaZłotoróżanym zachodu kolorem.Lud uniesiony już słyszy w zachwycieChorągwi jasnych szum i dzwonów bicie.
Ląd! Ląd! Brzeg! Ziemia! Tłum ciśnie się, tłoczy,Niepewny w nogach, chwiejący, zemdlały,Wezbrane serca, zmącone w łzach oczy,Na ten świat nowy......Wtem — bębny zagrały.— «Kardynał!» — krzyczą. Aż znagła otoczyNas zewsząd wojsko. Lud patrzy zdumiały,Dzieci w płacz. Baby wszasły chórem: — «Rety!»Oficer krzykął: — «Marsz!» — Błysły bagnety.
Comments
Loading comments…