Pan Balcer w Brazylji — II — II

Droga nam w góry poszła. Wąska szyjaPomiędzy skały kręciła się jarem.Trudno tam nogą próbować bez kija,Bo kamień luźny, obrosły wiszarem:Ledwo go chybniesz, z posady się zbijaI leci w przepaść, nakrytą oparem,Z którego syczą źródliska, jak węże,A żaden dna tam ni gruntu nie sięże.

Więc ten podolny lud wielkie miał dziwo,Właśnie, jakoby świat poszedł na nice...U nas chłop sterczy naokół nad niwą,O czapę całą nad żyta, pszenice,O staje widać sukmanę tam siwąSkróś pól, skróś łęgów, po boru granice;A tu się ziemia wybija nad człeka:On wdół, a ona pod niebo ucieka.

Tubym rad piórkiem złoconem malowałOne to farby i kształty dziwaczne...Te pnie obrosłe, leżące napował,Te piętra skalne, pod chmury aż znaczne.

Alem ja prostak, w miasteczkum się chował,Gdzie świat sam gada o sobie, gdy zacznęOd kuźni — aże do rynku i fary...A na te cuda brak w głowie jest miary.

Rośnie gwar, tupot. Hej, inak się gadaNa wolnem polu, niżeli tam w szopie!Rzeźwo się w duszy poczuła gromada,Kiedy tak kupą chłop ruszył przy chłopie.Rolnym narodom zamknięcie nie nada.Tak było zaraz po świata potopie:Chłopy budować, a Pan Bóg swą mocąGruch wieżę o ziem: — «A ona wam poco?» —

To słyszę, do dziś kamieni tam kupaLeży i godny szmat ziemi nakrywa;Ludzie nie biorą, bo z tego chałupaNic trzyma pionu i zawsze jest krzywa.Gadają, jeden tam grunty wykupaI role one z pod gruzu dobywaŻydkom na wioski i szlachtę z nich nowąMyśli fundować. Lecz podrwił ów głową.

Szlachta dawnością stoi. Tak od ślinyNikt nic wytrząśnie z rękawa szlachcica.I złe i dobre wybiły godziny,Różny szedł światem czas i nawałnica,Zanim to zeszło z praojców na syny.Scheda je mocna, mocnego dziedzicaPotrzebująca; a piąty, dziesiątyNie strzymał, i dziś po nim puste kąty!

Szlachectwo idzie od gniazda do gniazda,Jako płonąca wić w górach Karpatach.

Jeden z nią padnie, to drugi z niej gazdaOgnia zachwyci i dalej po bratach!Leci buława wierchami, jak gwiazda...A trafi w dziada, co w zeszłych jest latach,To pod dach własny dziad ognia poddawa,Ażeby na nim nie siadła buława.

My to ta wszystko, Podlasiaki, znamy!Choć tam podrobna szlachta, co zagonemWe trzech się dzieli, a orne ich błamyI pies — rzekają — nakryje ogonem...Przecie nieprawda!... Bo przestąp-no bramy:Zara cię inszym obleci zakonem,Zara duch inszy z szarzyzny wyświeci,Zara wiesz, że to cości od waszeci!................

Tymczasem raźno i z dobrą otuchąLud idzie. Dokąd? — nie pyta, nie bada,Kontent, że z toni wypłynął na suchą;Jeden drugiemu to, owo powiada.Baby też sobie, ta w głos, ta na ucho,Jak to w gromadzie... Tu rada, tam zwada,A niemowlątek gruszenie i śmiechy,Nad wszystko sercu dodają pociechy.

Horodziej poprzód ruszył. Kijem puka,Osłabłym oczom naddając i nodze.Nikt przed nim kroku pierwszego nic szuka,Bo każdej kupie potrzebne są wodze.Podejdzie który, to stary wnet fuka:— «A czego leziesz? A pilnuj się w drodze!A za starszymi, za krzyżem idź pańskim,Za ładem, nie za porządkiem cygańskim!»

Alem ja pilno przymykał się bokiemKu tłumaczowi, co swego miał muła,I poświstując, to stępią, to krokiemJechał, jak sotni naszej asawuła...Miałem ci świat ten odkryty przed okiem,Ale ciekawość po żebrach mnie pruła,Żeby się zwiedzieć wnętrznego zwyczajuI przyrodzenia, co duszą jest kraju.

Więc my tam z sobą w rozmowy się dali,Iż polityczny był człek, i bywały.Ściągnie ów uzdy i cygar zapali,I puści w kółka dym gęsty i biały...Nuż ja fajeczkę z zanadrza i dalejPykać! A tytoń miałem doskonały,Kupiony w szopie (choć niema co chwalić)Od urzędnika, co strzegł, by nie palić.

Jakby mi miodem po sercu kapało,Gdym cmoknął krótki cybuszek wiszniowy,Który na drogę matczysko mi dałoZ kapciuchem. Kapciuch był żółty, irchowy.Tuż przy mnie chłopię Żdżarskiego dreptałoZ głową zadartą, słuchając rozmowy.Tak lekkim krokiem szliśmy, a cień małyI krótszy coraz upadał ze skały.

— «Brazylja — mówił tłumacz — od zórz słońcaKraj morski, a zaś rzeczny jest z zachodu.Tam Amazona, do morza ciekąca,Granicą broni suchego przechodu,

Z gór, co samego sięgają miesiąca,Pędząc na oślep, bez mostu i brodu,Jak w działa, huczy w wielkie wodospady...Trzem takim Wisłom, jak nasza, da rady.

Tą górą kraju ciecze. A w pomorzeDolne, iż ziemia tu środkiem garbata,Druga kraj woda na wiele mil porzeI srebro pławi, a zwie się Laplata.Pług tutaj nizin zbyt mokrych nie orze,A tylko pastwa dla trzód jest bogata.Zaś bliżej w ocan chwost kręci, jak liszka,Ogromna rzeka świętego Franciszka.

Gór znacznych w kraju dość. Te «sery« zową,Różne ku temu przydając przezwiska.Co zda się słusznem. Bo ziemię surowąNajpierw tam ciepłe ogrzeją bagniska,Potem się wody z niej scedzą, a owąMiazgę, jak twaróg, tak słońce wyciska,Aż stęgnie, stwardnie, i czuby, jak szydła,Postawi. Właśnie, jakby ser z tworzydła.

Te, gdzie nam droga idzie, blisko morza,Zwą «Sery do Mar», niby: Morskie sery.Głuche tam puszcze i ciężkie bezdroża,W których zwierz różny ma swoje kwatery.Ale to ledwo, że pierwsze podnoża...Za niemi trzykroć, a nawet i cztery,Większe są góry; a Pan Bóg tam półkiPod niebem stawia na one gomółki.

Lud czarny ziemi tej jest przyrodzony.Ten luzem żyje od rodu do śmierci,

Różnym kolorem od siebie znaczony,Jak konie maścią, lub nieme te sierci...Są w nim mulaty, terc, i kwarterony,Czarne, półczarne, aż się i na ćwierciOne mieszańce liczą. Właśnie prawie,Jak dworskie owce, gdy myją je w stawie.

Brazylja z różnych mianuje się części,Które tu «stany» zowią. Tych jest siła.W jednych się Niemcom od dawnych lat szczęści,W drugie rząd teraz lud polski dosyła.Prawo jest, ale że głównie na pięści,Bo sąd daleko, a droga zawiła,Który porządek niezgorszy się zdajeNa te niepewne tak i świeże kraje.

Więc świat tu górny i leśny i wodny,Wszelkiego dobra zadosyć ma w sobie,Że z lada ziarna już plon będzie godny,Choć ziemię ledwo patykiem poskrobie...Tyle, że pracy i rąk ludzkich głodny,W pustce swej leży, by w ciężkiej chorobie,Z której by powstać mógł, trzeba mu biciaMłotów, kos szczęku, huku siekier, życia!»..................

Wtem, gdy tak prawim, krzyk! Patrzę ja, co to,I ręką oczy zastawiam od słońca...A tu przeciw nam tą ciężką żarotąKupa bab z dziećmi wędruje płacząca.Tobołki niosą, a idą piechotą,Omdlewające z pożaru gorąca,

Nawpół oślepłe, z stopami krwawemi,Za ręce wlokąc dzieciątka po ziemi.

Zaraz mnie tknęło: «Nasi!» W końcu świataPoznałbym takie odzieże i lica...Odzież, co prawda, nie była bogata,Ledwo się grzbietów ta biała tkanicaTrzyma i wisi — tu łata, tam szmata,Jak gdy z szaraka lenieje turzyca...Aż wtem i cała owa kompanijaZakrzyknie: «Stójcie! Stój!... Jezus Maryja!

Toć nasi! — Ludzie! A czy was piorunyNiebieskie biły?... Czy siła nieczystaPędzi was tutaj po deski do truny?...Toć piekło żywe jest!... Kraj antychrysta...Jeśli wam żywot miły i fortuny,Wracajcie do dom! Do dom się, jak glistaChoć ziemią, kopcie! To nic dla człowiekaKraj jest! Kto nie trup jeszcze, niech ucieka!»

Mówią i płaczą razem. Szloch i słowaLecą, jak grad ów, który z deszczem leci,Gdy kaszą sypnie zadymka marcowa.Do płaczu matek przydają wrzask dzieci.Chciał murzyn minąć, lecz kupa go owaŚcisła. Tak krzyczym: — «Stać! Stać!» — Drugi, trzeciPrzed tabor rzuci się, do osłów skoczy:Osły w ryk, a ów — pięścią między oczy!

Stanęlim. Minąć nie było i rady,Bo droga wąska i w górę się pnąca.Tłumacz się jakoś nie śpieszył na zwiadyMuł wierzgał pod nim z srogiego gorąca

I z much; więc dalej ja do tej gromady!A iż rzecz każdą naczynać trza z końca,Rzekę: — «Pochwalon! A skądże wy teraz?»...— «Na wieki! — krzykną baby. — Z Minasgeras!»

— «Co za czort taki?» — pytam. Na to baby:— «Ziemia je, powiat, kopają tam rudy!» —— «Któż was tam wprawił?» — «A kto, jak nie Szwaby!Kręcił się jeden, jak Judasz ten rudy,Aż wyprowadził het precz całe Graby». —— «To wyście z Grabów?» — «Z Grabińskiej my Budy.Jedność to zdawna była, ale że sięPożarli teraz o zbierkę po lesie». —

— «Więc cóż?» — «A cóżby?... Zaguba, i tyle!» —Tu baby ciężkim zaniosą się płaczem.— «Dołów za nami rachować na milę:Tak mogiłkami, bez krzyżów, ślad znaczem...Chcieli my z skargą... Nie w naszej to sile!Gdzie, kogo patrzeć o krzywdę i na czem?...Ot, spłynąć łzami do morza, jak Wisłą»...— «A chłopy?» — »Chłopów w rudniku przycisło!»

— «Dlaboga!» — krzykniem i nagłym się ruchemGłowy zachwieją w przeciwne dwie strony.Aż za tym głosu wielkiego wybuchemSzmer lekszy idzie i barzej tłumiony,Wzdychań i szeptów niesiony podmuchem...Tak dzwonnik szarpnie naraz wszystkie dzwony:

Hukną — zaś sznurów targając lekuchno,Trąca je ciszej coraz, aż zagłuchną.

Dopieroż pytać: Jak było? Gdzie? Kiedy?Tfu! Prędzej dostałby u gęsi wody,Niźli porządku u babiej czeredy!Wszystkie gadają naraz, na wyprzody,Każda z inszego końca do swej biedyRzecz ciągnie w stronę i do swojej szkody;Wtem krzyk nad insze... Dreszcz każdego włoskaUczułem w krzyku tym: — «O Matko Boska!»...

Jako więc z gniazda, gdzie drobiazg bezpióryPróżno się broni przed szponem sokoła,Piskliwa wrzawa bije — a wtem zgóry,Szerokie przez wiatr skrzydłem pisząc koła,Macierz zakrzyknie, a krzyk pójdzie w chmury,I strach śmiertelny naokół obwoła:Tak się z tej wrzawy głos jeden niewieściWybił okrzykiem matczynej boleści.

Spojrzę, i nagle z przed oczu mi kupaCała zniknęła, a w oczach ta jedna...Szeroko, nakształt krzyżowego słupaOtwarła ręce w niebieskie bezedna,Blada, że oczy zawrzeć, i za trupa...Z głowy chuścina opadła jej biedna,Ubiory na niej ni chłopskie, ni pańskie,Szlacheckie niby, a niby mieszczańskie.

Stoi, a cała tak zdaje się drżącą,Jak ta osina, co w ciszę liść rucha...Wzrok wbity w oną słoneczność jarzącą,Jakby to była noc czarna i głucha.Włos siwy powstał, znać myśli się mącą.— «Stasiek!» — zakrzyknie... I urwie — i słucha...

I znowu: — «Stasiek!»... — A głos był wnętrznościRodzących i szedł mrozem między kości.

Jak w podniesienie, tak cichość powiała,A ona, sercem bijąca w tej ciszyZaklaśnie w ręce, ku ziemi się całaPrzychyli... — «Słyszy!... — zaszepta — On słyszy!Skróś ziemi słyszy matkę! Bogu chwała!Oddycha jeszcze... żyw jest... jeszcze dyszy»Wtem się zaniesie: — «Na Chrystusa rany,Ratujcie!... Syn mój!... Żywcem pogrzebany!»...

Padła. Jak kiedy wiatr zmiesza obłoki,Bystremi pióry lecący po niebie,Tak mi się w oczach świat zmienił szeroki,I takem nic mógł odnaleźć sam siebie.W błyskach i w kirach ciężkiemi tam krokiOdszedłem, matko nieszczęsna, od ciebie,A serce moje sczerniało w tej chmurze,I miałem w gardle krzyk przeciw naturze.

Comments

Loading comments…