Pan Balcer w Brazylji — II — III

Już góry, jakby nocy czyniąc przyjście,Odstały od nas w przeciwne dwie strony,Grunt upuszczając za sobą faliście,W głębokie jary i w górne wygony;Już zaszumiały ogromnych drzew liście,Któremi świat tu z naczęcia sadzony,I świeżość nagłym obdała nas chłodem.— «Pinheiro!» — krzyknął tłumacz, skoczył przodem,

I trzykroć na wiatr wypalił z krócicy...Psy się oszczekły gdzieś raz, drugi, trzeci.Lecz nic nie widać było w tej ciemnicy,Bo noc za słońcem bez zmierzchu tam leci.Huk tylko grzmotnął i po okolicyBiegł, podrzucany, jak piłka przez dzieci...Zmieszał się tabor. Zgiełk, wrzawa, wołanie.Tak bocian w loty bije, nim ustanie.

Ale najgłośniej krzyczał Opacz: — «DjabliZ takim artielem! Z takim rządem w drodze!O głodzie pędzą... Gorzałkę zagrabli...Jak gąsior w kojcu siedzę, cierp mam w nodze.Stójcie, co zlezę... Hej, Pablo, czy Pabli!...Pastoj, psi synu, co nogę rozchodzę...Czort was!... Ratujcie!... Na żyłę mi suchąCierp trafił!... Stój, psie, zakuty na głucho!» —

Lecz darmo wołał. Głos ginął w tupocieNóg, kopyt, w wrzasku ryczącej kapeli,Gdy wtem skry buchną w tej gęstej ciemnocie,I ogień słupem przed nami wystrzeli.Zajarzy łuna, a w łuny tej złocieWyręb się znaczny przed nami rozbieli,Z którego bije czerwoność ogniska,A dym wybucha w iskrzate mietliska.

Tuż na piekielnym onym transparencieGmach dość potężny pokazał swe mury,Jakby z pod ziemi wyrósł na zaklęcie...Ten mi się wydał wątpliwej natury,Więc tylko patrzę, czy wszystko w momencieNie zniknie, ognie te i te struktury,Kiedy wtem z piskiem rój się nietoperzyPorwie i ślepym lotem w nas uderzy.

Pojrzę... Tfu! Czyli pokusa mnie mami,Czy urok? Skaczą u ognia szatanyI bodą kocieł długiemi widłami...(Piekła tak obraz bywa malowany).Baby w krzyk: — «Jezu! Zmiłuj się nad nami!»Ścisną się chłopy w kupę, jak barany,Zmilkł nagle Opacz i między tobołyWkopał się z głową, już martwy na poły.

Tak w zastraszonym i zbitym my tłumiePodeszli pod te brony, pod te mury,Co stały nieme, jak gdyby po dżumie;Echo dał tylko okólnik ponury,Na znak, że ludzi, choć cudzych, rozumie.Skoczą brytany, zaostrzą pazury,Warkną przeciągle, wtem mały kaganekBłysnął, od skrzydła niesiony przez ganek.

Razem zgrzytnęły zamki, a przed namiStanęła postać dziwaczna i nowa:Kapelusz na łbie z wielkiemi kresamiW górę, z pod niego wychyla się głowaZwiązana chustą z długiemi końcami;Twarz w błyskach ognia sierdzista, surowa,Kożuch nawywrót chwycony z prędkości,Nos sępi, reszta ginęła w ciemności.

— «Ki djabeł?» — myślę. A ów głosem: — «Na tu!Na tu, sobacza duszo!... A do nogi!»...Tak krzyknę: — «Hej, hej! Po jakim to światuWiatr ludzi nosi i przez jakie drogi!»...Więc ów: — «A wiatr ci, wiater!... Daj go katu!»...I splunie ślinę i wąs zjeży srogi,I głową trzęsie, patrząc w nas. Aż doda:— «Oj, kołowata!... Oj, głupia wy trzoda!»... —

Wtem skoczy tłumacz: — «Gdzie partja?» — «Wysłana»— «Jak, gdzie wysłana?» — «A w puszczę». — «I kiedy?»— «A dziś ich ze stu wywlekło się z rana». —— «Stu?... Pięćset było!» — «Nie będzie tym biedy...Już im tu ziemia na amen nadana!» —Podniósł brwi tłumacz, wzrok spuścił. — «No, tedy —Rzekł, skubiąc bródkę — dać ludziom wieczerzę,I czekać, aż ich komisja zabierze». —

Zawrócił, pięty mułowi wbił w boki,Dłonią go klasnął rozgłośnie przez kłęby,Krzyknął nam: — «Z Bogiem!» — I z miejsca wpadł w mroki,Bo już noc szczera nakryła wyręby.Wtem strażnik: — «Dalej! Odpinać tam troki!Czego stoicie, otwarłszy te gęby,Jak wrota? Tutaj nie pora na dziwy.Pilnuj się każdy sam, pókiś jest żywy!»

Nie wyszedł pacierz, a z kotła już jadłoDymi, klekoce, kłębuje, wypryska,Duch się rozchodzi, bo czujne w niem sadło.Skaczą murzyny, poddając ogniska,Babie się koło po ziemi rozsiadło,Gwarzą, i tylko ubogie dzieciskaPosnęły we łzach po długiem płakaniu;Matki je na mchów składają posłaniu.

Mogliśmy w izby, lecz wszystkim się zdałoPod niebem raźniej, niżeli pod dachem.Z kotła też mile po sercu głaskałoWyczczony naród wieczerzy zapachem.Luda się wokół, jak wody, rozlało;Hukają młodzi i prędko ze strachem

Obywszy duszę, wpadają do lasu,Krzyczą, pisk dziewek przydaje hałasu.

A wtem mnie strażnik trąci i tak rzecze:— «A czy was tutaj choroba przywlekła?Widzę, żeś mędrszy w tej, kupie, człowiecze;Więc ci powiadam: Grzęźniecie do piekła!Cud boski, kto się z tej dziury wywlecze,Bo febra tu jest zjadliwa i wściekła,Co więcej naszych, niż tysiąc, wygniotła...Mówię ci, gniewu Bożego jest miotła!» —

Tak chwycę ja się pytać, ale staryJuż ruszył. Tabor obchodzi dokoła,Po którym ognisk płonęły pożary,By zwierza straszyć i wszelki gad zgoła.Za nim brytany dwa ogromnej miaryWęszą... Ów głosem raz poraz obwoła:— «Dokładać chróstu, a zlecać się Bogu,Bo na śmiertelnym stoicie tu progu!» —

Zaczem się czynić zaczęła noc głucha,Nakryło ziemię zniżone sklepienie;Zatrwożonego w głębinach swych duchaTu, to tam, słychać strzeliste westchnienie,Zatrzeszczą ognie, snop iskier wybucha,I znowu wielkie, szerokie milczenie.Tylko po drzewach wiatr górny gdzieś chodzi,Zarusza borem i jęk w nim rozwodzi.............

Comments

Loading comments…