Pan Balcer w Brazylji — II — IV

Hejnał! Hej, nie ten, którym w CzęstochowieJutrzenkę z wieży witają zaranną,Gdy w bławatkowych gwiazd wieńcu na głowieIdzie, sypiąca z rąk blaskiem, jak manną.Trąba to raczej, którą aniołowieDzień sądu straszną otrąbią hozanną,Na cztery świata wołając rozłogi:...«Żywi! Umarli!... Wstawajcie na nogi!»...

Zrywa się tabor. Widziałem raz w kramieObraz i długo patrzyłem nań z proga:Żołnierstwo jakieś, przy miejskiej się bramieKąpa na rzece. Wtem bębny i trwoga.Jakże się chwycą!... Tu pleco, tam ramię,Tu ud, tam ręka, tu głowa, tam noga,Za broń, za szmaty, za tarcze, postoły,Ten oklep na koń skacze, choć je goły...

A taka ci w tem sprawa, takie życie,Jakbyś krzyk słyszał i szczęk i wołanie,I onych pulsów i żył widział bicieI tchów tych prędkość i koni parskanie...Toż i my tak się porwali o świcie,Patrząc, rychłoli u bramy los stanieI krzyknie: «Straża!» A ty się do bojuCzuj, wędrowniku, i nie śpij w spokoju!

A świat był oczom cudny. One wrotaPuszczyńskie, w zorzach przed nami stojące,Jako więc brama czyniły się złota,Kiedy je przetwarł wiatr bystry na słońce.

Już tam, jak w skarbcu zaklętym, migota,Już biją tęcze, barwami grające,Już kwieci rajskich woń, już wieją chmuryPtactwa w jutrzence maczanemi pióry.

A wszystko nowe, dziwne, jak przyśnioneW noc świętojańską, gdy kwitną paprocie.Więc już tam oczy były zachwyconeI już tonące w tych blaskach, w tem złocie.A naród cały tak rwało w tę stronę,Jakby mu wnet tam miał liczyć kto krocie...Horodziej nawet w otwarte szedł dźwierzeI na wschód patrzał, szeptając pacierze.

Gromadą chłopy runęły na bory,Szumiące w swojej porankowej krasie,Kiedy to brzaski mżące i koloryMigają sobą, jak w jedwabnym pasie.Świsty, prześwisty, tukania, klangoryBiją ci z onych kniej, a w tym hałasie,Nagle gdzieś głucho, przeciągle, zdaleka,Zwierz kędyś ryknie, zawyje, zaszczeka.

Alem ja sobie pomału obchodziłGmach ów, zważając postawne te mury,Które, choć czas je co nieco uszkodził,Choć tam i kroksztyn wykruszył niektóry,Przecie się jeszceze na pański dwór godził.Wtem strażnik: — «Myszy tu dzisiaj i szczury.Niedługo resztki pozłoty się zedrą...A gmach cesarski! Stawiał go Dom Pedro!

Na łowy zjeżdżał tu, że bory blisko,Mieszkiwał nawet czasem od przygody;Ale że było podziemne źródliskoI w fundamentach zaczęły bić wody,Więc febry dostał podeszłe panisko...Tak odtąd, już tu ni wina ni miodyNie ciekną. Już się nie pieką jelony.Ba! Sam Dom Pedro zbył dawno korony!

To gmach oddali na emigracyą.Dom emigrancki. Tak go tu przezwali.Przyjdziesz? Wikt dadzą, ściel, aż komisyąRząd przyśle, która cię znów popchnie dalej...Mory po tobie, jak po bębnie, biją,Ale parada jest! To w jednej saliTrzysta się chłopa zmieści, póki z bagnaŚmierć nie wylezie i w rów ich nie zagna.

Czekaj Waść jeno! Sam doznasz na sobie.Tfu, na psa urok!» — Splunął, nosem prycha...— «Wnet ci gnić zaczną wątpia, wnet w wątrobieKolki zaczujesz, czy inszego licha.Jałowcem ja tu kadzę, cierzniem skrobię,Żeby jak — na nic! Trup trupa wypycha...Zaraza toczy mury te, te belki...Ale cesarski pałac! Honor wielki!»

Krew mu w twarz buchła. — «A żeby chorobaZ takim honorem! Tfu! Siedzę, bo muszę».I nagle: — «Co Waść?... Tak mi się podoba,Więc siedzę! Ale niechno ja się ruszę,To i Dom Pedro, i ja, i my oba»... —Tu zmącił mowę w jakiejś zawieruszeSłów, której niktby nie rozebrał wątku,Bo ani końca w niej, ani początku.

Taki już rozum miał. Dobry do chwili,Że o czem nie bądź chcesz, możesz się zgadać;Aż nagle w nim się ta szala przechyliI w jakiś dziwny mąt zacznie upadać.Już rwie tę mowę, już błąka się, myli,Już nie wie, jak te myśle ma poskładać,A tak ponurej, złej czyni się twarzy,Jakby stał piekłu samemu na straży.................

Tak dnie mijały, a rząd działy zwlekał.Jako więc ulgnie wóz w ciężkie roztopy,Tak my ulgnęli tam. Darmo lud czekał,Żeby już orać na własne te kopy...Gorzko więc naród na zdradę wyrzekał,I już się burzyć zaczęły precz chłopy.Tak piwo, długo stawszy w ciepłej kadzi,Chmielem z niej buchnie i czopa wysadzi.

Najpilniej było Mazurom. Tych rojemWodził za sobą Szaława. Chłop tęgi,Ociętny w gębie, językiem, by krojemSzedł w rzecz i żadnej nie ścierpiał popręgi.Przy nim stał Zięba Wawrzon, razem z swojemKrewieństwem, obaj Dudkowie, Bąk z Łęgi,Jan Koźbiał, Ćwiroń, Włodarczyki, ŻmuraI insza luza mazurska niektóra.

Młode to było, szarpkie, żywot mniski,Wiadomo, takiej nie służy komendzie.

Więc to tam różne szły szepty a spiski,I miarkowałem zaraz, że coś będzie.Płotem szli, kupą siadali do miski,Gwizdając w zęby, jak w puste żołędzie,Kiedy porady jakowe szły w kole...Jak źrebce, tak to wszystko rżało w pole.

Więc u ogniska posiadłszy na ziemi,Wzdychają chłopy i zwieszą w dół głowy:— «Toćby już pora za wołmi siwemi,Za pługiem huknąć na gaje, dąbrowy...Na kamień nas ta głuchota oniemi...My tutaj siedzim, jak w dziplu te sowy,A tam ci ziemia aż pachnie zdaleka,Aż dusza do niej wylata z człowieka!

— Małośmy czasu zmarnili w baraku?...A tu znów insze szykują fortele...Tej komisyi ni widu, ni znaku,Co miała grunty mierzyć. Jakieś trzmieleWodzą lud, miodu puszczając dla smaku...Przytułki, djabły, gospody, hotele...A co mnie hotel?... To dobre dla miasta,Dla panów... Ja chłop, gruntu chcę, i basta!

— Potom tu przyszedł, potom świat zwędrował,Potom się rzucił, jak ryba we wodę,Chatęm poprzedał, dobytek zmarnował!A oni mi tu przytułek! Gospodę!...Lud w sobie duszę aż do krwi zmordował,Wiek przejdzie, zanim zażywi tę szkodę...Z wiosek wypłynął do morza, jak rzeka...A oni mi tu gospodę!... Niech czeka!» —

Stęknął Pietr Bandys, iż zdjął go żal srogi,Stęknęli insi, pojrzawszy po niebie...Lecz Maciek Tatar powstawał na nogi:Ten rzadko gadał, a zawsze w potrzebie.— «Głupi — rzekł — leci, a patrzy, dość drogiW pozad ma. Mądry zaś patrzy przed siebie.Radby chłop światu, ino żeby jaszczemJagły nosili za nim, abo z barszczem!

Za szyszkę u mnie, i nawet nie za to,Kto się w pół drogi swej puszczać chce sprawy.Dwa razy traci, kto płacze nad stratą,A kto wyciąga źdźbła, ten nie ma trawy.Czas cierpliwemu dokłada łopatą,A zbytni pośpiech ma worek dziurawy.Dobreć są ręce, do pracy gdy skore,Lecz i słonina wadzi, jak nie wporę.

Czekać, to czekać! A cóż ty, człowieku,Inszego robisz od rodu na świecie?Z małości — czekasz lat swoich i wieku,O którym nie wiesz, czy dojdzie ci w kwiecie;Zaś czekasz, ćwieka wbijając po ćwiekuW ostatni dom twój, czy rychło cię zmiecieŚmierć pierworodna. A noc i zaranieI żywot cały — co?... na grób czekanie!»

Mówił tak zwolna i kijem w polanoUderzał, które wypadło z ogniska,I dusił iskry. Aż głownię obranąZe złotych kwiatów, jakiemi żar pryska,Kopnął, wbił w popiół, i choć już strzaskanąI czarną, jeszcze ją butem przyciska,

Tłoczy, aż ostrym oddała dech swędem...Wtedy siadł i po chłopach pojrzał rzędem.

Milczeli. Wreszcie zagadał Szaława:— «Mądrze, bo mądrze gadacie, mój kumie!Jak z książki. Ale nie chłopska to sprawa!Co mi po całym tym kramie i szumie,Kiej ani słomy, ni ziarna nie dawa?Na jednej książce chłop niech się rozumie:Na roli! I dość! Ja znam swoje pole,A rabin — dobry jest w żydowskiej szkole».

— «Rabin? — zakrzyknie Łuka — Ja z rabinaKpię, jak i z tego parciarza Chaima...Kupił raz rzepak u mnie Chajm Drabina,Ja mierzę, a ten — halt! Że ćwierć nie trzyma......»«Nie trzyma? — rzekę. — Niech leży!» — A glinaŚwieża w klepisku była. Idzie zima,Nic. Żyd po rzepak, a tu kożuch na nim...Tak do rabina»... — «Co z takiem gadaniem! —

Przerwie Hnat Józef — Nie o tem tu rada,Ino, cobyśma na jedno się zdali!Chłop ci nie siła, a siła — gromada!» —Wtem Ćwiroń: — «Cie go! Podwójcim obrali,Sołtysem, że tak od gromady gada? —Ujął się w boki — Dość mam tych mądrali!Co mnie tu próżno siedzieć za niewola?...Od siebie rajcuj, a ode mnie — hola!»

— «Racja! — Mazury wrzasną, aż zachrzęściW uchu — Co próżno będziewa czekali?

Do miasta pójdźwa! Niech nas na te częściRozpiszą, co nam gdzie gruntu nadali!»...Nuż dmuchać w wąsy, nuż zrywać się gęściej:— «Drogą my przyszli, drogą pójdziem dalej!Niech czeka, komu się czekać lubuje...Nas dość! Wieś z chłopa jednego zbuduje!»

— «I z baby!» — krzyknie któryś z śmiechem. A ci:— «No, to i z baby! Nie będzie kłopotu!Jeszczeć na grzędzie nie zbraknie tej naci!Nie posiej — i tak wyrośnie u płotu!» —Wtem Bugaj powstał i rzecze: — «Pal kaci!Za wiatrem plewa!» — I jak u omłotuSchylił się, nabrał dechu pełne trzewy,I wzdąwszy gębę, dmuchnął niby w plewy.

Szaława głową rzucił, aż magierkaWtył mu uciekła (urodę miał czarną):— «Jeszczeć niewiada — huknął — kogo ścierkaWymiecie tutaj! Kto plewa, kto ziarno!Rzuć kości! Pokaż, czyja lepsza bierka!» —A już Mazury do niego się garną...Lecz Bugaj, palec kręcąc suchożyły,Jak śrubę, rzecze zwolna: — «Sza-ła-wi-ły!»

Zaczem powstała wrzawa. Setne głosyBiją w powietrze, mieszają się, kłócą...To w jedną stronę szumiące, jak kłosyZa wiatrem, to jak kiedy w trójkę młócą:Bije dwóch równo ziarniste pokosy,A trzeci wprzecz im, gdy cepy wyrzucą,

Luzem uderza. Aż kłótnie rozmiotłaWieczerza, którą dobywano z kotła.................

Tymczasem Bandys wyjął z torby flaszęZ gorzałką, która tam się «kasza» zowie.Chrząknęły chłopy. — «Do was! — W ręce wasze!» —— «Pijcie, a z Bogiem! — Daj Boże na zdrowie!» —Aż mulnik, osły puściwszy na paszę,Obciągnął pasa na chudym tułowie,I jak legawiec, do kota gdy skumli,Patrząc we flaszę, zapiszczał na drumli.

Ale się chłopy okrzykły: — «A ciszej!Tutaj niedźwiedzia nie wodzą w ulicy!Dość wiatru w uszach, że człek sam nie słyszySiebie, a jeszcze ten piszczy na grdycyGęsiej! Dla szczurów dobre to! Dla myszy!Bartek! A rusz się! A dobądź skrzypicy!Co tam! Dał Pan Bóg łeb wielki kobyle,Niechaj się za nas kłopoce, i tyle!» —

Dobył skrzypicy Bartek, zwan Muzyka,Pociągnął, jakby pies zawył na głuszy...Przykręcił struny, otworzył kozika,Zastrugał wióra i naddał nim duszy,Sparł brodę, chrząknął. Aż nagle spod smykaTaka siarczysta przygrywka się ruszy,Że i wesele w niej i znowu żałość,I ból i dzika na niego niedbałość!

Słucha lud grania. Hej!... Gdzie to te chwile,Kiedy im z karczmy buchała ta nuta,

Lecąc przez błonia szeroko, na milę,Po sadch, kędy dziewkom kwitnie ruta...Gdzie, gdzie to dzisiaj?... Przepadło, i tyle!Wtem brzęknie raźno podkówka u buta...Luz sobie czyniąc łokciami po drodze,Sunie Zatrata, zjeżywszy wąs srodze.

Chwycił się czapy, potrząsnął nad uchemI od Kujawów oberka przynucił.Zaczem zamachnął na odsieb kożuchem,W boki się ujął i wkółko obrócił.Jakże po innych nie pójdzie to duchem!Wnet drugi, trzeci czapczysko wyrzucił...Roch «klękanego» wywija na przedzie,A baby klaszczą, by swachy po miedzie.

W mig się to stało; a nimbyś powiedziałGłupiemu: — «Głupi!» — już szły obertasy,Aż dziw, że naród, co tak już zaśniedział,Co ścierpiał takie okrutne niewczasy,Rżnie tak, jak gdyby o sobie nie wiedział,Jakby na smutkach porosły już lasy...Ten dziewkę chwycił, a tamten się zgołaSam kręci, aże mu pot kipi z czoła.

Zatrata majster był. Jak odsieb runął,Tak kółka pisał precz przy kółkach nogą...To się kolanem na ziemię osunął,Jak gdyby klękał przed swoją niebogą,To na powietrzu iskrami aż lunął,Tak błyskawicę z podkówek dał srogą,To spadł, to znowu drobiący po piasku,Prawie że ćmił się z prędkości i z blasku.

Przestał grać murzyn i białem się szkliwemOczu przyglądał tej naszej uciesze...Stanęły osły patrzając się z dziwem,Jak Roch Zatrata hołubce wlot krzesze...— «Hu — ha!» — Głos leci, jak gdyby po żywemSercu cię trącał! Jak gdybyś w pieleszeWłasne, w opłotki powrócił się one,O których nie wiesz, czyć jeszcze sądzone...

Ale Horodziej już stukał swą laską:— «Dość! Dość mi tego błazeństwa! — zawoła.Cóż to? Na jarmark przyszłeś z masła faską?W karczmie ci grają?... Czy radość masz zgoła?To zamiast wzdychać, za Bożą to łaską,Choć w sercu swojem, gdy niema kościoła(A szła niedziela właśnie) w ten dzień święty,Będziesz tu hukał i hopki bił w pięty?...

Błazny wy! Wróble wykręcać w stodole,Ale nie żywot fundować wam nowy...Tfu!» — Splunął. Chłopy przystają się w kole,Rychtują czapy kipiące w tył głowy,Ów wzdycha, tamten pot ściera po czole...A wtem Roch młyniec zakręci wichrowy,I obie ręce puściwszy jak śmigi,Krąży na podób puszczonej w pęd cygi.

Tak coraz szybszem toczący się kołe,.Był jakby pyłu tumanem nakryty...Podkówki tylko migały się dołem,Bokami poły latały od świty,Aż gdy go okiem nie ścignie już gołem,— «Hu! — ha!» — zakrzyknie i stanie jak wryty,

I w niebo ciśnie i chwyci nad głowąSiwą magierkę z zaścieżką różową...................

Wtedy Szaława wstał, sprostował karku,Dorzucił na żar gasnący polana,I patrzał w ogień...A po tym przyparku,Jakim nas słońce prażyło od rana,Już na niebieskim się onym folwarkuChłodek jął czynić i chwila różanaSzła, niosąc zorzy dech cichy a złoty,Co z nas lekuchno odmuchał dnia poty.

Lecz ów brwi w kozła postawił i powie,Patrząc się w ogień posępno — «Tak basta!Tak wy tu sobie tańcujta na zdrowie,A ja — tu spojrzał na swoich — do miasta!»Porwą się tedy owi MazurowieBieżeć, kiedy wtem Dudkowa niewiasta— «Stachu! — zakrzyknie. — Ty co, niedowiarku?Samą mnie tutaj?... Z dzieckiem?»... — Więc jak w garku.

Tak między baby zakipi. Łap swegoKażda za połę, za nogę, za szyję...Chwyciła Baśka Koźbiała i drze go...Marychna — Bąka warząchwią w łeb bije,Ciągnie Ulina Ćwironia chudegoDo kobiałczyny i wrzeszczy: — «To czyje?»...Przycichły chłopy, jak myszy pod skrzynią...Tak nam Mazurki w mig spokój uczynią.

Lecz Stach, choć ruszył, poglądał cichaczemKu Zośce, która, jak ten kwieć jabłoni,

Pobladła, siłą mocując się z płaczem...Tylko tych rzęsów jedwabnych przykłoni,Ustka drgające ściśnie i trwa. ZaczemTargnie ów sobą, obróci się do niej,Uderzy czapą, gdzie iść miał, o drogę,Rozpostrze ręce i huknie — «Nie mogę!» —

I zaraz przy niej siadł i te kochaneOczy całował i brwie te sobole,I główkę na pierś tuląc, one lnianeWłoski jej gładził, by dziecku, po czole.— «Tak cichoj, cichoj! Już cichoj! Zostanę!»...Aż ona z nagłym łkaniem: — «Mój sokole!»...I tu jej jasne łzy polecą gradem.Po onem liczku struchlałem i bladem.

Tak od Szaławy odstało z połowęOnego wojska, a plac spuściał szyście.I tylko luźne parobki się oweBrały iść, jako więc za wiatrem liście.Wtedy na zachód obrócił chłop głowęI twarz czarniawą i szedł sążeniścieW bór ciemny, właśnie jakby na przepadek,Nie dbając, czyli kto za nim w pośladek.................

Szła północ. Miesiąc na niebie dojrzewał,I widny czynił świat onego czasu.Słyszę, od boru coś tętni na przewał...— «Łoś, nie łoś» — myślę — i milczkiem z szałasu...A jakom zawsze zwierza się spodziewał,Więc za krócicę! Czekam, aż z pod lasuZ wrzaskiem wypadnie kupa. Myślę: «Dzicy!»Palec na cyngiel, podniosłem krócicy...

A już się ze snu porwał ten i owy,Tak ja: — «Na oko przypuść, i w nich — hura!Kij ściskaj w garści, a pilnuj od głowy!» —A tu już na nas wprost leci ta chmura.Strzelę ja wgórę na sygnał bojowy...— «Reta!» — ktoś wrzaśnie. Poznałem Mazura,Wpadł Zięba, drze się, jak bies, wniebogłosy,A na nim małpa wszczepiona we włosy.

Tuż insi. Lecą za nimi od boruGałęzie, piasek, kamienie i kije.Tak, do ludzkiego podobna nietworuCzereda, z puszczy wypadłszy, w nich bije.Zmykają Wojtki, nie patrząc honoru,A małpie wojsko grzmi, pluje i wyje.Pisk, trzask! — Pardonu nie daje nikomu,Aż ich przepędzi i wróci do domu.

Jedna została jeńcem w tym odwrocie,U mazurskiego kołtuna wszczepiona.Rzuca chłop sobą, w krwi cały i w pocie,Wrzeszczy, lecz głośniej jescze drze się ona.Bieży ów — małpa na nim, jak na płocie.Tak na podjezdku siedzi, kracząc, wrona,I dziób rozdziawaia po chłopskim ugorze,Gdy w gęsią szyję sznurki Maciek orze.

Ciągną ją pozad? Tem głębiej pazuryWczepia ze strachu. — «Dlaboga! — chłop ryczy —Łeb mi urwiecie!» — Bo więc się do skóryŻywej dobrawszy, nie puszcza dobyczy.A wtem Kubina: — «A poskocz no który!A podaj sierpa z węzełków!» — zakrzyczy.Podali. Baba splunęłą za siebie,I trzykroć sierpen krzyż znaczy po niebie.

— «Pójdzi! — zawoła. — Stań za tym wykrotem!Głowę wtył, sztywno, i nie miej nic strachu». —Stanął. My insi wedle niego płotem...Tnie baba sierpem z wielkiego rozmachu,Złocista cała miesięcznem tym złotem...Spadł kołtun, małpa z nim, jakoby z dachu.Nuż z pętlą do niej! Chwycilim niebogi,A Zięba babę podebrał pod nogi.

Długo ta w oczach niewiasta mi stała,Z tym wyniesionym sierpem ponad głową,Od nocy owej księżycowej biała,Z lnianą zawijką na czole... Tak owąJudyth malują, kiedy w łunach cała,Nad szyją króla tę klingę stalowąWznosi, ogromnej pełna jakiejś mocy,W sprawie swej z Bogiem zszeptana tej nocy.

Nie chciały gadać Mazury o puszczy,Ale ich drżączka łamała coś trzy dni.Więc onej ludzkiej uchodząc precz tłuszczy,W kątach siadali markotni i wstydni.Aż, jak się kiedy ograszka wyłuszczy,Tak im się lico pomału rozwidni,Gdy przyschła na nich ta małpia wyprawa,I jeden tylko nie wrócił Szaława.

Długo nas jeszcze ona to przygodaMazurska w naszej cieszyła mitrędze,I śmiechem po nas pryskała, jak woda,Z niejednej piersi spłókując dnia nędze.

Małpeczka owa też, iż była młoda,Prędko odwykła na swojej poprędzeOd lasu, bawiąc nas swą szpetną gębą.Ta wielką odtąd przyjaźń miała z Ziębą.................

Comments

Loading comments…