Pan Balcer w Brazylji — II — VI

W świat! Naprzód! Dalej! I nam też pociechaOna zadniała, przez wszystkich żądana;I my też w sobie poczuli już echaKlekocącego nadziei bociana!Już ściele nam się droga i uśmiecha,Wznoszą się głowy, prostują kolana,A serca biją radosnym trzepotem,Jak pszczoły przed tym wiosennym oblotem.

W świat! Dalej! Naprzód! Już kamień położymNa tej przestrachów i smutków pustyni,Gdzie pod piorunem i gniewem my BożymStali! Już dla nas błękitna się czyniDroga, którą stąd pójdziem, a otworzymTen żywot nowy, i niebo już siniGwiazdą się modrą, co idąc poprzedzie,Te wędrowniki na wyraj powiedzie.

Więc jak żórawie, gdy w pióra szumiąceUderzyć mają i w bujne te loty,Wiece wpierw głośne sprawują na łąceI w klucze wiążą powietrzne swe roty,Krzyk wypuszczając pod zorze grające,Pod zachód nieba rumiany, a złoty:Tak my tam onej zbierali się pory,Gwarne porady czyniąc i klangory.

Od komisyi, co siedzi gdzieś w Ryjo,Pisanie przyszło, by obierać stany;Więc się z myślami różnie chłopy biją,Obsiadłszy ławy od ściany do ściany,

Za jaką radą iść, albo za czyją,Gdy świat ten wszystkim zarówno nieznany,I każda droga zarówno ubiegaW niepewność, która dusze nam zalega.

Właśnie, jak gdyby obierał kto strykaW zamkniętych skrzyniach, albo wór pieniędzy:Pomknie do jednej, już prawie że tyka,Aliści ręki zawściąga czem prędzejI w palce stuka i znów ich pomyka...I na pajęczej wiszący tak przędzy,To chce, to nie chce, aż z onej robotyTroiste na twarz wybiją mu poty.

Radzim... A tłumacz, co jeszcze z wieczoraPrzybył, na karty rozpisał nam stany,Żeby na rozmysł przez dzień była pora,Gdzie lud chce grunty brać i być dosłany.Aż skrzypią ławy pod nami od wczora,I dużo szumu tam i dużo piany,Ale że piwa godnego to małoW butlu się onym radzieckim ustało.

— «Co tu za rada? — krzyknie Błażej Dyla —Kiedy przede mną nie stoi półkwartek!Bo ja wiem, gdzie, co? Dziesięć mil, czy mila?Nawykładali człowiekowi kartek,Jak od spowiedzi; rób. co chcesz, i tyla!»Tu czapę o stół cisnął. A wtem Bartek:— «Ja na los idę!» — Wziął czapkę, jak puląStrząsnął, wyciągnął kartę: «San Paulo».

Ruszą się młodzi, obstąpią go wkoło:— «A co? A może najlepiej tak właśnie!» —— «Pewno! — Roch krzyknie i pojrzy wesoło —— Na los, to na los! Niech piorun zatrzaśnie!Co będę mądrzył?!» — Tu wyszedł na czoło,Zanurzył rękę, przebiera, aż chlaśnieTrzy kartki na stół. Tak insi: — «Nie sprawa!Po jednej tylko brać! Niech dwie oddawa!»

Wrzucił, wziął jedną. Czytam: — «Parahyba».Ci w śmiech. — «A to ci chłop w garści ma miarę!»— «To ci świat mądry! — krzyczą — To ci ryba!Trzech brać nie dali, tak łap ów za parę...Ano, jak para, to z Baśką już chyba!» —Tu na Dudkównę zerknęli Barbarę,Iż chłop lgnął do niej i braciom miał swatySłać, jak się tylko dorwie własnej chaty.

Za Rochem Bąk szedł. — «Święta Katarzyna!»— «Dobra!» — zakrzykną. A Bugaj: — «Niczego.Zawszeć to w niebie pewniejsza przyczyna,Jakby na człeka wypadło co złego!» —Tak znów strząsł Bartek czapę. Stach naczyna:— «Piauhy!» — «Piach? — Na nic! Chcę gruntu pszennego!»— «Kampinas!» — Wtem Kos: — «Kampinoskie lasy...Znam... Pod Warszawą... Dawneć to już czasy».

Westchnął. Lecz insi zakrzykną: «A co to?...Ziemię brać losem?... A nuż grunt jałowy?Na nic tu z taką radą i robotą!Tu mądrej trzeba i znającej głowy!» —Wtem Kos: — «Gadają, co po rzekach złoto...A niechby dali wody do połowy!» —— «Złoto? — Pietr krzyknie — Toż ono się kopa!»...— «Nieprawda!» — woła Kos. Zgłuszyli chłopa.

Wszyscy gadają naraz, tumult rośnie,Każdy chce swoje przewieść do ostatka.Jak kaczor w kępach, ten krzyczy rozgłośnie,Tamten, jak derkacz, krzyczy, ów się zrzadkaPrzebija basem, jak bąk; ten nieznośnieJak krakwa drze się, a ten, jak kołatkaWielkoczwartkowa nad wszystkich grzechota,Właśnie, jak gdybyś na pińskie wpadł błota

O wielkanocnej porze. Aż z tej wrzawyHuk gruchnął. Cichość zrobiła się kołem:Horodziej ciężko podnosił się z ławy,W milczeniu dotąd siedzący za stołem.Grzmotnąwszy pięścią w deski, jak gdy w trawyStrzelec się puści tym rzecznym padołem,Przekręci lufy, podsypnie garść z sakwy,Huknie — wnet cichną bąk, kaczor i krakwy.

Patrzy Horodziej w chłopów; a oczymaBrał stary, jakby cęgami, człowieka,A chłopy w niego też... I tak ich trzymaNa samem ostrzu rzęsów i precz czeka...Aż krzyknie: — «Hej, tam! Sikawki tu niéma?A wody na łby!... A skocz-no, gdzie rzeka,Jasiek! A chluśnij choć konwią od strachu,Bo się pakuły najęty na dachu!» —

Chłopy w śmiech, a on pilno patrzy w strony...Po nich, jakoby uglądał, gdzie gore...Wtem drzwi uskoczą i w tumult się onyPcha ciżba ludu, co przyszła w tę poręZ gór. Tak zakrzykną razem: — «Pochwalony!» —— «Na wieki!» — głosy odrzekną im skore.— «Wy skąd?» — «Od Warty!» — «My zasię od Wisły,A my od Bugu». — Tu ręce się ścisły.

Kręcę ja głową. Obchodzę te chłopy,Bo mi zanadto coś patrzą z niemieckaOwe to kitle, lejbiki i jopy...Czapki też insze, niż ta mazowiecka.Ze wszystkiem idą psubratom tym w tropy.Tak myślę: «Ciasto-ć nasze. Jeno nieckaCudza! A patrzcież, narody wy moje,Jak to się do tła odmieni, choć swoje!» —

W izbie szum. — «Dawnoż z domu wy?» — «Od rokuChyba. — Spojrzeli po sobie — A będzie!»Lecz naszym błysnął strach, jak iskra, w oku.— «I nie na swojem jeszcze? Nie na grzędzie?»A ci: — «Ej, łatwo na trok, ino z trokuNie! To my tutaj obeszli precz wszędzieTemi światami przez góry, przez doły...Bab niema, to człek letki i wesoły». —

— «A Bóg-że was tu! — zawoła Jan Bania,Podniósłszy ręce i oczy do nieba —

A toć my rady pragnący, jak kaniaDżdżu! Toć nikt nie wie, gdzie iść, co brać trzeba!»A tamci: — «Hale! My z tego lataniaWszystko przeznali! I co? Wszędzie chlebaSkąpo! Tak idziem dalej... Aż krainęCałą tę zejdziem... Pampas... Argentynę»...

— «Laboga!» — krzykniem. A ci — nuż powiadaćRóżności one i szum czynić w głowie...Nuż w wąsy dmuchać, a z czubem dokładać.Chłopy, jak brona, zębate w tej mowie! —Obrzasł świat, kołem jął mrok już przepadać,Nim się pośpili ci wiatropędowie,W różane kwiecie i w srebrne lelije,Właśnie, jak kiedy panna wieniec wije.

Comments

Loading comments…