Pan Balcer w Brazylji — II — VII
Wszedł dzień świetlisty i modrej pogody.Po drzewach szeptał wiatr cichy i mały,A one, rade tej świeżej ochłody,Same szły, same listków podawały.Jako więc Buga rozleją się wody,Gdy nagle puszczą kry i śniegozwały,Tak się w polanie, nakrytej od słońca,Narodu powódź rozlała szumiąca.
Stół dla urzędu w środku. Tam się rojąSprawce, agenty różne i tłumacze.
Ludu nagnali świeżego, tak swojąKupą się trzyma każdy, a te gracze,Co potężniejsze w gębie, poprzód stoją.Więc kiedy znagła to wszystko obaczę,Błoń mi się zdawa zakwitła rozmajem,Tak farby się tam pstrzą i mącą wzajem.
Stanęli nasi złamanym pierścieniem,Baby po flankach, do frontu zaś chłopy.Twarze śniadością obwlokłe i cieniem,Zapadłe oczy, czupryny jak snopy...Zmizerowany zbyt długiem cierpieniem,Naród, by arka owa nad potopyŚwiata spłynąwszy, brał listki i wiechyZielone tego dnia na znak pociechy.
Więc kiedym pojrzał po onym widoku,Jaki tam sobą te rzesze czyniły,Jak gaj, ten cały ordynek mi w okuZostał, wiośnianą nadzieją odżyły...Tak ci, o Chryste, kiedyś staną w krokuCi chłopi, z ciężkiej zbudzeni mogiły,I na sąd pójdą z gałęźmi zieleni,By — przez nadzieję swą — byli sądzeni!
A ty, wejrzawszy na one sukmany,Na oczy, z których lecą srebrne płacze:— «Oto — przerzeczesz — mój lud ukochany,I ziemi mojej przesmutne tułacze!» —Tak chłop ci do nóg: — «O Panie nad Pany!Toćżem ja czekał, aż sąd twój obaczę!»...A Ociec zasię wszechmocny: — «Dość tego!Mierzyć półwłóczek raju dla każdego!» —
Lecz tu, nie poszło sprawą tak, od słowa,Ledwie stanęło, już dzielą się w dwoje,Już każda głowy dostaje połowa,Już nóg, już ramion, już ręce ma swoje,Już inszym głosem każda gada głowa...A kiedy jeszcze w pośrodku tak stoję,Nuż one znów się rozszczepiać na częście...Więc zaklnę, plunę wbok i ścisnę pięście.
Jak niedoschniętą chłop kopicę sianaWidłami rankiem rozrzuci po łące,Tak się i nasza drużyna zebranaRozbiła w kopki zosobna stojące.Już każda swego dostała hetmana,Już z każdej lecą te głosy szumiące,Już iść gotowa pod własną buławą,Już rozum własny ma i własne prawo.
Ale Horodziej, oburącz opartyNa wielkiej berli, wyciętej z dębiny,W pielgrzymskiej guni swojej czynił warty,Nad głowy ludzkie patrzący w bór siny.Na górce sterczał i nad niż otwartyWidny był, nakształt zatkniętej brożyny,Do której znów chłop, ująwszy grablicę,Kopek nagarnie i zrobi kopicę....................
Od Niemców kolej poszła. Stoją ławąZ dziećmi, z betami, z Niemkami swojemi,Nie zamąceni bynajmniej tą sprawą.Torby, toboły przy nogach na ziemi,
Szydła, pilniki, dratwy, garnczki z kawą,W kitlach, w kaszkietach, z daszkami białemi,W pantoflach, w trepach, stoją rozkraczeni,Ćmią fajki, ręce trzymają w kieszeni.
Wtem ich komisarz spyta: «Gdzie?» — Jak w rocie,Ogień po cynglach z komendą wraz błyska,Tak drgnęło w onej niemieckiej hołocie.— «Blumenau!» — krzykną. Nie znałem nazwiska.Zaczem pobrały karty i w nawrocieDrogi stanęły gotowo Szwabiska.Bo taki idzie do leda poręby,Leda gdzie, byle fajkę miał u gęby.
Wtem tłumacz krzyknie: — «Hej, wy tam, gromada!Wy dokąd chcecie i gdzie się obrali?»Chłopy nic. Patrzą, czy czasem nie zdrada...Tak ów: — «Gadajcież! Co będziem tu stali!» —Wystąpił Łuka: — «My tutaj brać ladaCzego nie będziem. Nas tutaj dosłaliZ poręki samej angielskiej królowy.Wszystko nas musi dojść!» — Tu podniósł głowy,
Po chłopach spojrzał. Tak chłopy: — «A przecie!» —Tak Łuka znowu: — «Nas tutaj okrętemZ Bremenu wieźli po całym, het, świecie,Przez morze! Nas tu prawem nie zbyć krętem!My nie nadrachy tu żadne! Nie śmiecie!Wszystko na piśmie musi stać! I żebyPieczęć też była!» — A chłopy: — «Jeszczeby!» —
Tu w wąsy dmuchać zaczną, jak w rzeszoto,Stawiać się, w boki spierać kułakami:Pomknęli przed stół, pchają się, aż gniotą.(Po stole bębnił komisarz palcami).«Dlaboga! — krzyknie tłumacz. — Tu nie o to!...Gdzie chcecie, pytam, iść? Gadajcież sami!Tu urząd słucha i ja tutaj stoję»...A wtem Roch hardo: — «Gdzie? — A toć na swoje!»
Tak tłumacz: — «Dobrze. Na swoje, człowiecze!Ale gdzie? Dokąd? W jaki stan iść chcecie?» —Drapią się w głowy... Wtem Dudek przerzecze:— «A w gospodarze! Parobkiem, toć przecieDość się nabyłem w Grannem!» — Tak ucieczeÓw, łba chwyciwszy oburącz. — «Niechże cięPiorun! — zakrzyknie. — Co za ludzie tacy!Tu z jednym więcej, niż z tamtymi, pracy».
Rozłożył ręce, stęknął. Wtem do tego,Co pisał, Marcin przybliżył się Duda:— «Prosiłbym też ja pana wielmożnegoDać mnie tam, gdzie się łepskie proso uda»... —Lecz Świercz zakrzyknął: — «Głupi! Widzicie go!...A toć pod proso ziem zawsze jest chuda!Ja chcę pszenicę siać i koniczynę...Co z prosa? Ja na takich ziemiach zginę!»
Tu insi wpadną w rzecz. Buchnęła wrzawaPomiędzy chłopy, jak słoma w kominie.Żaden drugiemu przed sobą nie dawa,Ten kseb, ten odsieb od razu zawinie.Krzyczy Roch, krzyczy tem głośniej Żórawa.Tuż Włodarczyki przy Kosie Marcinie,
Tuż Koźbiał, Bandys, Przytuła, tuż Duda,Ten — co się uda gdzie, ten — co nie uda.
Stuka komisarz po stole — nie słyszą.Krzyczy, aż chrypnie tłumacz — żaden nie wie.Tak kiedy wichry borem zakołysząI puszczą tęgi prześwity po drzewie,Wszystko się insze zda głuszą i cisząPrzy onym gwałcie żywiołu i gniewie;Darmo tam dzięcioł dziób psowa po lesie,I puhacz darmo, na sęk siadłszy, drze się.
Wtem tłumacz znalazł sposób. Szepnął w uszyKomisarzowi. Wstali i odchodząPobrawszy księgi. Nuż chłopstwo się ruszy!Nuż w pokłon! Drogę czapkami im grodzą...Jakby więc miodem smarował po duszy,Już cicho, już się wszyscy z sobą godzą.Tak się ów rozśmiał i wrócił do stoła.— «Gadajcież teraz, a prędko!» — zawoła.
Zhukną się głosy i razem poniosą:— «Do Kurytyby chcema!» — «Do Parana!»— «Do Igłaszowa!» — «Ja do Matagroso!»— «Ja, gdzie sól ryją!» — «Ja zasię do Jana,
Abo do Pawła!«» — «Ja równo gdzie proso!»— «Do wszystkich świętych my!» — «A my, gdzie sianaW sam pas» — «A my ta w Bahiją» — «W Destero!» —Tu się zatchnęli, urwą i tchu bierą.
Słuchają burzy onej zadziwieniKomisarzowie i patrzą po sobie.Zaczem ten bródkę skubie, ów z kieszeniNożyka wyjął, paznokcie se skrobie...Aż tłumacz: — «Ludzie! Czyście nawiedzeni?»Boże, co ja z tem stadem owiec zrobię?»Za mapę chwycił: — «Toż wy się rozsuliJak groch, patrzajcież! — po całej półkuli».
Zamilkły chłopy stropione i gębyOtworzą, bacząc, co ów zaś powiada?...Tak zaraz szeptać zaczęła przez zębyZ tłumaczem owa komisarska rada.Zmarszczy się tłumacz i krzyknie: «W porębyPójdą mocniejsi, gdzie grunty rząd nada,A słabsi — kawę plantować w facendzie!A więcej nikt się was pytać nie będzie». —
Skończył i ręką uderzył w papiery.A chłopy cicho, sza! Ni mruknął który.
Nie już te młódki same, lecz kozeryW mig pochowały rogi i pazury.Owe Parany, Bahije, DesteryTak poszły, jakby wodą chlusnął zgóry...A z owej buty wielkiej i z junactwaOdrazu uszy obwisły u bractwa.
Ale nadbużny naród nasz, unity,W śniadościach długiej męki miawszy twarze,Tą siwą wełną, jak owca, nakryty,Długo stał niemy w okrutnym tym gwarze,W stół komisarski trzymając wzrok wbity.Aż wyszły z kupy dwa szczere ŁazarzeI rzeką: «Dajcie nas, Wielmożne Pany,Tm, gdzie ze Rzymu jest słychać organy,
Jako nam było przyobiecowane.Duch-ci w narodzie łaknący jest, chory...Szkalperze chcemy nosić poświęcane,I pieśnie śpiewać, jak za dawnej pory.Dziatki mieć chcemy chrzczone i chowanePo polsku. Chcemy w kościoły, w klasztory...Suplikacyi chcemy, litaniiDo przenajświętszej Panienki Maryi!
Od Narwi my są oporne... Od Buga,Od Międzyrzecza, Sokołowa, Biały...Jako tam ziemia szeroka i długa,Tak się krwie nasze daleko polały.
Z pola, z warsztatu wyrwany, od pługaLud, tu aż onej uchodzim nawały,Ratując duszy. Więc niech nas urzędyNie gwałcą w cerkiew! A iść — pójdziem wszędy.
Przemierzyliśmy orenburskie stepy,Powygniatali więzienne pościele,Bosonoż lodu deptali czerepy,Trupem przybużne zapchalim kołbiele.Pałki w nas biły i pletnie — jak cepy:A równo w swoim wytrwalim kościele.— Więc ziemia, jak tam padnie. Byle świętaMsza ona! Byle one skaramenta!»...
Umilkli. Prószą łzami niby rosą,Głośniej mówiący tą ciszą, niż słowy.A tuż się insi za nimi obniosąW jakiś jęk wielki, tłumiony, cechowy.Wstrząsłem się w sobie, bom poczuł, że to sąŚwięci wyznawcy, z światłością u głowy.Tylko że światłość pod czapą schowana,Boby się przy niej nie zdała sukmana....................
Tymczasem, pory chwytając i chwili,Póki się w chłopach nie ocknie znów dusza,W dwie nas gromady pośpiesznie dzielili.Tak myślę: — «Co ja mam, do paralusza,Iść w bory?... Kowal! Z rzemiosłem świat — tyli!Do miasta pójdę! A chamstwo niech rusza,Gdzie chce! Dosyć się nażyłem mitręgi.Człek nie jest prostak! Ma w ręku chleb tęgi!»
Lecz chociem sobie to wszystko tak prawił,Oczy tam moje bezwolnie leciały
Jakobym właśnie pół duszy zostawił,Gdzie Maćki owe, gdzie Dudy, Koźbiały...Zmarszczyłem czoła i wąsym nastawił,Zły sam na siebie a żalem nabrzmiały.Więc zmrużę oczy, obrócę w bok głowy,Gwiżdżąc przez zęby kuranicik jakowy.
Wtem Szczęśniak, z twarzą wyżółkłą i chorą,Od której biła już śmiertelna zorza,Przed stołem czapki uniżył z pokorą,I stanął, jak ta w polu męka Boża.Aż rzecze: — «Niech tam Panowie obiorąZuchelek ziemi dla mnie wpobliż morza,Bo w morzu chłopca mam i zaś kobitę»... —Tu załkał, oczy prędko otarł w świtę.
Słucha go tłumacz i panom rozpowie,Westchnąwszy, o tym wielkim nieszczęśniku.Zimno to oni przyjęli panowie,W stołkach się przy swym gibając stoliku.Lecz mnie przez skórę zaczęło iść mrowie,A czując, że mam duszę pełną krzyku,Rzucę się temu sierocie na szyjęI ryknę: — «Z wami! Z wami, póki żyję!»
I tak mi letko stało się i miło,Jakbym piór dostał i lecieć miał światem...W garściach mnie tylko okrutnie swędziło,Że albo bić się z kim, lub ściskać z bratem.Aż razem z oną błogością i siłąJelenka białym zapachła mi kwiatem...Tak zatnę zęby i syknę: — «Aj, że cięTeż, dziewko moja, już niema na świecie!
Ostajże mi się, ty biała lelijo,W czarnościach boru, gdzie nikt ciebie nie wie.Niech ci tu wichry huczą litaniją,A ty cichichno śpij przy onym śpiewie.A we mnie smutki, jak w żelazo biją,Podsypujące żałości zarzewie...I nie ja kowal, jakem mniemał o tem,Lecz dola, z ciężkim i wzniesionym młotem!»
Zaczem za rękę ścisnę ono chłopię,Co mi w sukcesji po Żdżarskim ostało,I włosów jego przygładzę konopieI rzeknę: — «Jasiek, a trzymaj się śmiało!Do góry uszy, a pilnuj się w tropie,Bo drogę mamy przed sobą niemałą». —Aż widzę, ciągnie do oczu ów poły...Tak pytam: — «Głodnyś?» — «Nie!» — «To bądź wesoły!»
Tymczasem chłopi, zgodzeni z swą dolą,Szli jedni w prawo, a drudzy znów w lewo.Już im i to się wydaje być wolą,Że w planty mogą iść, lub w bór ciąć drzewo.Już Horodzieja, jak ojca okolą,Już cisi stoją pod słońca ulewą,Jakby ich na to Najświętszy Bóg stworzył,By nieśli, co im kto na kark nałożył.
Ale niejeden rozdartą miał duszęNa dwie przeciwne, bolące połowy.Za jedną ciągło — chcę, za drugą — muszę.I szyje się tam targały i głowy.A co niedawno, w onej zawierusze,Każdy osobno chciał iść w ten świat nowy,Teraz, jak kiedy toporem w pień zatnie,Poczuli w sobie rdzeń i miazgę — bratnie.
Wtem Opacz stanął na progu z cybuchemW zębach. Jak szlachcic w boki się podpiera.Do pełnej misy chłop przywrzał już duchem,Ordzewiał w sobie, jak stara siekiera,Pleśnią się nakrył, by dzieża kożuchem.Tak krzykną: — «Gdzie chce iść, i co obiera?»A ów: — «Ej, braty! O kiju do chlebaSkuczno iść! Tak cóż? Tu zostać mnie trzeba.
— Co gnaty będę obijał po lesie?Czy tam pieroga dadzą? Wódki flaszę?Świata nie przeżyć, mówili w Odesie,A co tu zjemy, mówili, to nasze.Tak idźcie, braty, wy. A mnie nie chce się!Orać? Siać hreczkę? Tak cóż! Ja tu kaszęGotową z sadłem mam! Cóż mnie w te światyChodzić? Taż czego szukać? Idźcie, braty!»
Puścił kłąb dymu, rozparł się i ślinyPluł, patrząc w buty od tłuszczu błyszczące.A już ubiegły południa godzinyI mniejszym żarem sypało już słońce.Bór szumiał ku nam ogromny i siny,Jakoby prędzej te dusze żywiąceBrać w siebie żądał, i dawał już głosy,Że padła nasza kość i nasze losy.
Więc zaraz my tam stawali do drogi,Nie chcący nawet posilać się niczem,Tylko się obie ścisnęły załogi:— «Bóg prowadź!» — «Z Bogiem idźcie, bracia!» — krzyczem.Już się rozchodzim, a wtem się głos srogi
Poniesie, jakby przez serca ciął biczem:«Nie chcemy! Na nic tu z taką poradą!Gromadą przyszlim, odejdziem gromadą!»
Jako więc wody z dwóch stawów się spłyną,Kiedy młynarczyk podniesie upusty,Tak się czupryna uderzy z czupryną,Rańtuch z rańtuchem, kapoty i chusty.Już się trzymają ściśniętą drużyną,Już trzęsącemi od żałości ustyI słowa przerzec nie mogą w tej chwili,Jakby do siebie z zaświata wrócili.
Patrzy w nas z dziwem ta obca czereda:Ten w śmiech, a tamten ramieniem poruszy.Hej, nigdy cudzym zrozumieć się nie da,Co jest bratniego, narodzie, w twej duszy!I to jest nasze dziedzictwo i scheda,Choć resztę życie roztarga, rozprószy,Że kiedy dola nad nami się zaćmi,Gromadą czujem się, czujem się braćmi!
Wszakże za późno było. Już tam w księgiWpisane głowy po dwóch stronach stały.Już dalszej onej uchodząc mitręgi,Śpieszno na muły urzędy siadały.Urwał się jeszcze do borów kęs tęgiChłopa, lecz słabszych do kupy nagnałyDozorce, jakby właśnie owiec trzodę...Starzy tam głównie szli i dziewki młode.
Ale Horodziej stał z głową zadartąW niebo i ruszał zwiędłemi wargami,W niemym pacierzu o drogę otwartąRadząc się z Bogiem, co była przed nami.Aż spojrzy po nas: — «Jakże? Toćby wartoChoć — «Anioł pański» za tych, co tu sami
Ostają?» — Baby runęły wśród jęku,Mało już która z dzieciątkiem na ręku.
Więc jak na harfie, gdy struny niektórePanna potrąca, a insze pomija,Ciszej to głośniej poniosło się wgórę:«A łaskiś pełna... A zdrowaś Maryja!»...Lecz ja, co całą znam ministranturę,Czy msza, czy nieszpór jest, czy wigilija,I z ampułkami naszałem już tacę,Huknę łaciną: — «Requiescant in pace!»
Comments
Loading comments…