Pan Balcer w Brazylji — III — I

W osierdziu puszczy dzień oświtł nam trzeci,Zemdlonym, ledwo już wlokącym nogi.Za nami tylko i przed nami świeciPrzestrzał siekierą wyrąbanej drogi.Ptak śwista jeszcze i jeszcze tam leciNa pnie, na koron zwalone porogi,Które się bronić przystępu zdawałyW te knieje, niby forteczne zawały.

Pierwszym szedł, pierwszym przestąpił je krokiem,A za mną walił lud z obojej strony.A taka gęstwa nakryła nas mrokiem,Jakby przez niebo zaciągał zasłony.Drzemy się haszczem w milczeniu głębokiem,Gdy wtem Horodziej krzyknie: — «Pochwalony!» —

A huk się porwał i rozgrzmiał daleki,Jakby nam puszcza odkrzykła: — «Na wieki!» —

Więc my poczulim dom i cości swegoW onych niezmiernych dalekościach świata.Bo to i w puszczy, jak więc u każdego,Jest dusza, co się z tą człowieczą — brata.A choć jej głębie zatajone strzegą,Przemówisz do niej? — wnet odzew przylata,Właśnie, jakby się druhowie zgadali...I tak my weszli tam i tak zostali....................

Szumcież mi jeszcze, wy ogromne bory,Sadzone tutaj od naczęcia świata!I wy, krzyczące ozwijcie się kory,Gdy po was z jękiem siekiera kołata!Huczcież mi grzmotem, mazurskie topory,Gdy skry z nich krzesze prawica żylata,Jako bywało w ten pierwszy czas stary,Kiedy się człowiek brał z ziemią za bary.

Niechajże jeszcze na oczach mi stanieTen nieprzebyty gąszcz i niestrzymany,I naród, w swojej siermiężnej sukmanieU proga puszczy tej rozkrzyżowany,Suplikujący do Ciebie, o Panie,Byś błogosławił ten dział mu nadany,I był tu z nami tak samo pospołem,Jak w wioskach, białym nakrytych kościołem.

Niechajże jeszcze obaczę te głowyŻarem spalone i wyschłe do kości,Jak się na wiew ten i pomierzch borowyOdkryły i jak tam stały w nagości,Jak nagle ucichł gwar w ciżbie i mowy,A naród tak szedł, jakby do świętości,

Do sakramentu... Niech jeszcze zobaczęTę puszczę, chwilę tę i te tułacze!...................

Bór był osiadły w bagnach przez połowę,A przez pół piął się po skalistym żlebie.Drzewa tam zbitą czyniły posowę,Utapiające wierzchoły swe w niebie.Światła się nagłe i mroki suroweRzucają, gdy się ta puszcza kolebie,Par duszny, jak gdy w łaźni grzeją piece,A piżmo tęgie czuć, niby w aptece.

Od spodu zaraz, z mokrej grzęzawinyPędem się wgórę prą okrutne haszczeNa rękę grubej, strzelistej w kiść trzciny,Po której chrząsty brzęczą i ptak klaszcze.Spojrzysz w gąszcz — a tam wężowy kłąb siny...Modrzą się grzbiety i ziewają paszcze.Nad bagnem kwiaty w jaskrawym się pyleChwieją i lecieć zdają, jak motyle.

Dopieroż one ciemne mateczniki!Te skrzypy, jako w organie fujary,Te jodły, co jak szabaśne świeczniki,Gałęzie od pnia puszczają do pary.Ten gąszcz, bez nazwy, zmieszany i dziki,Te stołby, niby kościelne filary,Te kołyszące się, jak z masztów, wiechy,Te insze, krągłe i zbite, jak strzechy!

Darmobyś tutaj dochodził rozumem,Jak mienić drzewa te i te szuwary.Bo wszystko tu się pcha gwałtownym tłumem,Niehamowane i bez wszelkiej miary,Każde swym kształtem jawiąc się i szumem.A kto nie widział, nie doda ten wiary,Bo bitwa prawie jest o dech do słońca,A ziemia w potach stoi, wciąż rodząca.

Po drzewach pną, się, jak po masztach, liny,Okrutne matnie czyniąc i zasiecze.Jedno tam wgórę pełznie, jak gadziny,Drugie, jak woda z dachu, na łeb ciecze...Liść osobliwszy u każdej krzewiny,Te jako pióra, a tamte, jak miecze.Dławi się wszystko i dusi pospołu,Taka chuć życia u tego żywiołu.

Więc kiedy słońce w te padnie komory,Przez zieleń sącząc się i szkliwa owe,Dziwnemi blaski grają one bory...Właśnie, jak kiedy upadną na głowęAnielskie z okien kościelnych kolory,One widziadła lekuchne, tęczowe,W palmy, w gwiaździce, w róże, jak kiedybyW niebie zaprawił malowane szyby.

Dopieroż nad tem wrzask, świsty, trzepoty...Ptak leci — nie wiesz, czy płomień, czy kwiaty,Bo jeden bywa ognisty i złoty,A drugi modry, jak nasze bławaty.

Inszy lśni, jak te we skarbcu klejnoty,W szafir odziany i w jasne szkarłaty,A wstrzęsie pióra, to w onym się ptakuBlaski migają, by w drogim kanaku.

Więc kiedy cię tam to wszystko otoczy,Te światła, farby, jaskrawe te puchy,Gdy cci się tęczą rozbłysną przed oczy,W żywem maczane słońcu ogniomuchy,To ci itak we łbie zakrąży, zamroczy,Jakby skarb nagle otwarły ci duchy,Co go w Ojcowskich skałach skarbnik strzeże,Aż przecknie Łoktek król, a z nim rycerze.

Jakże więc naród w najpierwszej tej chwiliNie runie w puszczę, nie huknie rozgłośnie!Tu się Mazury za głowy chwycili,Że piachów niema i brzoza nie rośnie;Stają, wracają, próbują tych dyli,Patrzają w kwiaty, tak tkane, jak w krośnie,A choć tam w piersiach duch ledwo kołata,Rwą się tak, żeby dźwigali pół świata.

Lecz we mnie, gdym tak patrzał na te dziwy,Serce się nagle rzuciło, jak młotem...— O ubożuchne, podlaskie wy niwy,Toż wy zbożami też tkane, jak złotem!Toż tam lny nasze, jak szafir ten żywy!Toć gryki srebrnym świat grodzą nam płotem!

Toć Pan Bóg u nas ma swoje śpichlerze,Gdzie chleb, zaś tutaj szaty jeno bierze!

Świadcz-że nam teraz, ty ziemio daleka,Któraś nas sobie rodziła, nie komu,Czy my ci byli, jak syn, co uciekaZe spokojnego macierzy swej domu?Świadcz nam, czy jedna choć sucha powiekaByła, gdy my tak nieśli pokryjomuDusze i głowy z onego stracenia,Gdzie człek wiecznego niepewny zbawienia...

Świadcz-że nam, czy my ciebie się puśclilLekkomyślącem sercem i z rozpusty?Czy nie stawali od mili do mili,Trzęsącemi się żegnając cię usty?...Czy zgłem śmiertelnem za siebie rzucili,Na tę niepamięć wieczną? Czy twe chrósty,Twe płoty w serca nie wrosły na wieki?...Świadcz nam, ty kraju miły, ty daleki!......................

Prędko się z nami sprawiły urzędy,Pomiar czyniące przez borów połacie.Gdzie szli, tam haszcze rąbalim w te pędy,Na kołach pchając ich, w przewoźnej chacie,Aż się zrobiły ku niebu wyględy,Złotej podobne i świetlistej kracieW dzień, a srebrzącej od gwiazd i miesiąca...I tak się stała ta puszcza — żyjąca.

Skrzykęli zaraz murzynów z szarwarku,Iż w tej są bystrzy i sprawni robocie,

Coby na podób swojego folwarku,Chaty stawili i pletli zapłocie.Przyszli, z brzemieniem tykw złotych na karku,Gibcy, w tej skóry spalonej nagocie,I nie fundując się w żadne warsztaty,Jak stali, tak nam szli budować chaty.

Szałasy raczej zwaćby je z przyczyny,Iż w nich ni krokwi nie było ni belki.Wyłamie taki na bagnach pęk trzciny,Kołek przy kołku zatknie w krąg niewielki,Zaś ujmie garścią razem u czupryny,Zwiąże, i tak się sprawiwszy z ciesielki,Liściem to żywym poszywa do ziemi,Jak kalenicę chłop snopy żytniemi.

A iżby mu tam budowa nie klęsła,Obrzuci błotem, ubije ze środka,Pod wierzchem, na leż, z gałęzi da przęsła,Mchy nosząc na nie i ściel, jaką spotka,Zaś patrzy, hardy ze swego rzemięsła(Choć piły w ręku nie miał, ani młotka),Myśląc — że cudo! Alić, jak się uda,To tęższa u nas forteca — psia buda.

Lecz ja, na górce wziąwszy ziemię działem,Gdzie widniej było w niebo i naokół,Ognisko sobie pod daszkiem stawiałem,Pobiwszy z drągów uczciwych ostrokół.Karczunkum nie chciał brać. Dość mi na małem,Byle człek życia kowalem już dokuł...Tak umyśliwszy trwać wolno i luźnie,Polowąm sobie, jak mógł, zrządził kuźnię.

Przy kuźni, jako ten gołąb pod strzechą,Jasiek mi gruszył; a to, a znów owo...

Bo wszystko chłopcu tam było uciechą,Każde piosenką stawało się słowo...Więc jak dąb zeschły umai się wiechąJemioły, zieleń zwinąwszy nad głową,Sieroctwo moje maiło się wiosnąChłopięcej duszy, co piórka jej rosną....................

Comments

Loading comments…