Pan Balcer w Brazylji — IV — całość

O utęsknienie! O duszny ty głodzie,Którego cudzym nie utłumić chlebem!Żaglu, co nosisz obłąkane łodzie,Oceanowych dróg pienistym źlebem!Wietrze, wiejący ku miłej zagrodzieNa każdą chwilę i pod każdem niebem!O bystre skrzydło, na którem się ptakiKu gwiazdom noszą śródniebnemi szlaki!

Tyś to nam było gościńcem i drogą,Którą się nasza rzuciła gromadaW świat, niedeptany jeszcze ludzką nogą,Gdzie nic po swemu do człeka nie gada,Gdzie nijak, o nic nie pytać nikogo...Tyś to nas, jak te żórawiane stada,W powrót poniosło pod zorzy obłękiem,Obwołujących się żórawim jękiem!...............

Dotąd ja widzę ordynek nasz cały:Młódź bystra poprzód, za nią Roch Zatrata,Tuż Kuba, Ziąba Wawrzon, dwa Koźbiały,Pietr Bandys, Bugaj, Kacper, zwan Harmata,Dalej, w starości swej zeszłej struchlałyHorodziej, drepce, włos za nim polataMleczny, jako więc łabędziowe pióra,Za Horodziejem Szczęśniak, Lis, Sekura.

I ciebie widzę, Marychno Dudkowa,Dzieciątko swoje tuląca w chuścinie,Drżąca, czy Bóg je weźmie, czy zachowa...I ciebie, Dudku, i ciebie, MarcinieSrokaczu! Twoja ogolona głowa,Jak żywa, tam mi widna w tej godzinie...Tuż Zagajnego widzę, widzę Struga,I ciebie, święta staruszko z nad Buga!

Stajała nasza kupa, jak śnieg taje,Kiedy go słońce marcowe obświeci.Huk ludu ciągło na one wyraje,A teraz ostał co drugi, co trzeci...I oto znowu na ściężaj nam stajeDroga, przez którą ptak ztrudna przeleci,Niebo i ziemia... A my między niemi,Ani z pod nieba tego, ni z tej ziemi.

O, ktoby mi dał, iżbym tę gromadęMógł wymalować, ku ludzkiej pamięci!Idą. Dech świszczy. Wychudłe i bladeTwarze. Pod węzełkami idą zgięci.Stopy ich broczą krwią... Tu więc ja kładęRękę, w te ślady, w te krwawe pieczęci,Iżby nabrała koloru tej męki,Choć wiem, że nigdy nie zmyję już ręki.

A zaś opowiem wszystko i wypiszęAż do ostatka tułackie te drogi.Bo mi się serce na wichrach kołysze,Jak sęp rybołów, nad morskie rozłogi.Ode dna, wielkie głosy biją w ciszę,Narzekające, i widać tłum mnogiMar, z których każda wspominania żądaI śniadem licem skroś fali przegląda.

A ja, na mary owe patrząc zgóry,I jęku głosów tych nabrawszy w duszę,Rozciągam skrzydła, zakrzywiam pazury,I pierze, rdzawe krwią, na piersiach puszę.Zaś spadam, błyskiem bijąc w mar tych chmury,Cały rozwiany w lotu zawierusze,A ile chwycić i unieść mam mocy,Tyle ich falom wyrywam i nocy.

Lecz one, wisząc u piór moich końca,Ociekające deszczami srebrnemi,Wołają: — «Ty nasz zbawca! — Ty obrońca! —Ty imię nasze zachowasz na ziemi,Iż wygładzone nie będzie z pod słońca!»... —A wtem je smętność grobowa oniemi,Bowiem przypomną, że nie wrócą żywo,Lecz jak rozwiane echo i słów szkliwo................

Rzucili my się skroś borów. A byłoTego, jak morza przed nami. Te drzewa,Te krze, to się to aże bałwaniłoW sobie, jak fala, gdy falę zalewa.Więc tego ludzką nie przebrodzić siłą,I wyjść stąd żywo niech się nie nadziewaŻaden, bo mu ta puszcza pierworodnaNie pofolguje, i musi iść do dna.

Ale że było rozruchu niemało,Zanim to sobie naród dał przełożyć.Bo się każdemu z przodku wydawało,Że tylko iść, a iść, a kroku sporzyć,A łbem przebijać gąszcze one śmiało,To musi bór ten na świat się otworzyć.A nikt nie liczył — o czem iść? Choć letce,Co miał, na plecach uwiązał w płachetce.

Wiedziałem, jako tu gdzieś bliższą drogą,Przez step, do rzeki można, pod wschód słońca.Lecz za borami naród trzymał srogo,Jako że owe pożary gorącaW leśnych nas kniejach tak łatwie nie zmogą.Więcem już swego nie przeparł do końca,Bo się niewiasty, dzieciątka co miały,Też bardzo pilno przy borach ozwały.

Tak my się darli dzień i drugi darli,Przez bór ten, jak przez okrutne boisko,Gdzie społem żywi prą się i umarli,I gdzie od trupa pod nogą jest ślisko...Lecz my, jak raz się w gęstwinę tę wparli,Tak szli, nie wiedząc — daleko czy blisko,I ślepo się w tej plątając obierzy,Gdzie i ten pień ci wróg, co gnijąc, leży.

Naprzód, a naprzód! Hej, są takie moce,O których człowiek, że je ma, nic nie wie.Aż gdy nim dola, jak pies, zaszamoce,W kościach mu ono zajarzy zarzewie...Na gniazdo lecąc ptak, zcicha świegoceI wielkie morze przemija w tym śpiewie...Tak dusza w ludzie czyni się skrzydlata,Gdy wie, że miłej krainy dolata.

Aż pod noc trzecią — stój! Golaźnia byłaNiegwałtem wielka, a na niej szałasyI krzyż. Pod krzyżem ziemia się czerniła,Jak kopczyk chróstów wygasłych za czasy.Ruszym my bliżej, aż ona mogiłaJak się nie porwie, nie wrzaśnie na lasy!Jak nie zakrąży nad nami chmurzyskiemZ okrutnym skrzydeł łomotem i piskiem!

Spojrzę ja — żywe Chrystusowe rany!A toć tu na żer padła sępów kupa!Toć tutaj leży człek nie pogrzebany,W płótniance, w kierpcach, nasz!... Więc się do trupaRzucim, a baby w płacz, niby w organy,A ówże, nakształt krzyżowego słupaRozkrzyżowany, śmiejący się niebuNagiemi kośćmi szczęk, i bez pogrzebu...

Bo śmiał się. Ten trup — śmiał się. Ta kość suchaŚmiała się oną śmiertelną rozpaczą,Co z szczęk otwartych bez głosu wybuchaI z oczodołów pustych, co nie płaczą.Mróz poszedł po mnie... Ha, jeśli Bóg słuchaŚmiechu tej kości, nad którą tu kracząSępy, to w niebie spać nijak nie może,Chociaż gwiazdami wysłane ma łoże!

Na krzyżu napis: Polska Kolonija.Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery.A zaś poniżej: — Jezus i Maryja! —Kozikiem, grubo wyrżnięte litery...Krzyż przez ramiona różaniec obwija,A pod różańcem nacięcia siekiery:... Raz, dwa, trzy... dziesięć... dwadzieścia... Tak głowyPadle tu liczył ostatni karbowy.

Wkoło mogiłki,a po nich się czerwieMrowi, z szelestem suchym, naskroś piasku.Sęp to zapadnie, to znowu się zerwie,W potężnych szumach i w czarnych piór blasku.Nic znać, co świeżo sypane, co pierwie,Bo wszędy górki padają się, w trzaskuSpękanej ziemi, i wszędy kość białaSterczy, do naga obrana już z ciała.

Na kościach widne siermięgi, kapotyPodlaskie, szyte taśmami czarnemi,Chusty, rańtuchy niewiast, i włos złotyDzieciątek, z onej wygrzebany ziemiWięc uderzyły na mnie zimne poty,A żadnej ślozy nie czułem za temiOczyma, com je wbił w one mogiły,Twarde a zimne, jak lodu dwie bryty.

Poklękły baby: — «Wieczne spoczywanie!»...Szepcą, wzdychają... A już się krew we mnieRzuciła warem... Tak krzyknę ja na nie:— «Ciszej tam!... Co tu gębę psuć daremnie!Tutaj nie cmentarz! Tu kruki i kanieWyżer swój mają! Tu ziemia nikczemnieZdradza swe trupy przed sępów oczyma,A spoczywania żadnego tu — niema!»

Więc płacz tem cięższy buchnął. — Ot, ci dola!Ot, panowanie, bogactwa, wolności!Ogolonego z boru szmatek pola,I te psie budy, i nagie te kości!— A niechże tam już!... Niech Boska już wola!...Niechże już świecim tym borom, w jasnościTych białych czaszek, co są, jak miesiąceZaryte w ziemi, a w niebo patrzące!...

Chcieli iść ludzie w szałasy — nie dałem.Kto wie, jakie tu po nich biły mory...Więc tylko nad tem nie grzebanem ciałemGorzec my piasku usypali spory.Zaczem leżącą siekierę porwałem,I dawszy zacios ostatni przez koryKrzyża, by regestr głów dopełnić Bogu,Szedłem w gorzkości precz z onego stogu................

A patrz! Tak wszystkie serca się ustałyW tych łzach, jak kłosy obciążone rosą,Kiedy się po nich przechodzi wiatr mały,A one za nim lekuchno się niosą.Więc gdym wstecz ruszył, i chłopy krok dałyZa mną z nawrotem. Czuł naród, że to sąWrota, co tutaj zatrzasły się same,I że nam nie lża przez czarną tę bramę.

W szerokich łunach paliła się zorza,Gdyśmy na borów stanęli rubieży.Już obróceni na wschód i do morza,Za którem — każdy myślał — chata leży.Za nami puszczy głębokie bezdroża,Przed nami — wzrokiem jak tylko zamierzy —Step, skroś sinego ginący otoku,A nas garść, ledwo widna Boga oku.

Ktoby nas widział tam! Te naznaczoneGłowy, na których się już śmierć pisała,A one, przez gwałt żywe i niesioneWysoko, w kim choć krzynkę dusza tlała!

Ktoby nas widział! Ale nikt w tę stronęNie patrzał. Tylko ona straszna chwałaZorzowych ogniów rzuciła nam w licaBlask srogi, niby płonąca gromnica.

Chwilę stał naród, bo wszystkim się zdało,Że jakieś wielkie głosy biją z borów...Więc ten, to owy obróci się mało,Zalśnie od owych jarzęcych kolorów,Któremi niskie słońce pnie dzierzgałoBananów, pinjów, palmów, sykomorów,Czyniąc z nich, przez swą sprawę i robotę,Na czarnych gęślach puszczy — struny złote.

A choć tam dokół pustka była głucha,Wyraźniem widział, jak na struny oneKładą się ręce Zorzowego Ducha,Co ma wpół złote szaty, wpół czerwone.Trącił, a oto pieśń puszczy wybuchaW strzelistych głosów górną antyfonę...Drzewa dostają skrzydeł, chwieją pióry,I w ogniach stoją, jak anielskie chóry.

Tak się ta puszcza przed nami rozwarłaW pośledniej chwili tej, jak skarbca wieko.A co nas pierwej męką prawie zżarła,Teraz, kiedy my od niej szli daleko,Gwałtem się oczu naszych tam naparła,Co prawie krwią już, a nie łzami cieką,

I tak kusiła lud, jak dziwożona,Tajemną cudność ukazawszy łona.

Ale Pietr Bugaj klęknął, odkrył głowę,Grzmotnął się pięścią, jakby u spowiedzi,A wzniósłszy lico wychudłe, surowe,Ciemne od dusznej i głodowej śniedzi,Wziął przygarść ziemi, co pod zorze owePoczerwieniała, jakby ruda miedzi,I pierś zaklęsłą wzdąwszy, by tchu złapać,Ścisnął... Przez palce krew zdała się kapać.

A ów: — «Niechże nas Bóg rozsądzi w niebie!Nas, co my tutaj przyciągli z za morzaW obiecowany kraj ten, i zaś ciebie,Ty cudza ziemio! Aboś ty jest Boża,A my się, grzeszni, na twym struli chlebie,Że z nas tu sucha kość tylko i koża;Albo my — prawi, a tyś jest czartowska...Niechże nas teraz rozsądzi moc Boska!» —

Rzekł i podany w tę złotą srężogę,Trząsł garścią, a łez wielkie błyskawicePrzez twarz mu jasną uczyniły drogę,Jak przez gromową chmurę. Tę prawicęŚciśniętą — widzę do dziś. I nie mogęZbyć z myśli, w jakiej to wzniesione lice —Drgające każdą żyłką — było męce,Gdy ten chłop tak tę ziemię ściskał w ręce!

Szczyptać to była marna tego, aleKto wie, od czego wzlecą albo spadnąOne nad światem uwieszone szale,Gdzie ziarno piasku czasem ciągnie na dno.

Lecz ów, na Boskim jakby trybunale,W zapamiętaniu klęcząc, mocą żadnąOcknąć się nie dał, choć Kos go, jak umie,Tak cieszy: — «Co ta!... Co ta już, mój kumie»! —

I twardy kułak podnosząc do oczu,Chlipał, a wielkie wąsiska mu drgały...Ale Horodziej, co stał na uboczuW płótniance swojej, jak gołąb ten biały,Powiódł rękoma po onem przezroczuPowietrznem, w którem jeszcze łuny grały,I głosem cichym, jakby sam do siebie,Mówił, spojrzenie utapiając w niebie:

— «W Boskim to widać stało dekretarzu,Byśmy w tych borów puścili się bezdna.Paś-że nas tera, ty dobry Owcarzu,Iż nam tu droga ni piesza, ni jezdna,A daj kość złożyć na onym cmentarzu,Gdzie szepcą brzozy, i rosi noc gwiezdna...Ty, co szlakujesz, gdzie owca zapłaczeW cierzniu, i jagnię piastujesz tułacze,

Paś-że nas tera!» — A wkoło, jak wodnaRoztocz, step siniał po nieba krawędzie.Trawy w pas. Idziesz niemi, jakby do dnaÓw nurek, co go trzymają na wędzie,Nic, tylko głębia zieleni bezbrodna,Że jak na morzu, ptak tam nie usiędzieWędrowny, tylko na bujach rozpięty,Pod niebieskiemi zawisa odmęty.

— «Hej! Hej! — zakrzyknie Lis — A to ci paszeNie przesieczone żadną ludzką mocą.Hej, żeby to tak dworskie, a to naszeGromadzkie bydło wegnać tutaj nocą»!A Bugajowa: — «Ja się ta nie łaszęNa cudze! Co mi ta już tera!... Poco?...Albo mi to tu Siwula?... Kwiatocha»?... —Tu żal niewiastę zeprze, więc zaszlocha.

Nuże uradzać, że się to iść ckniło,O tych zagonach naszych, o chudobie,Jak to, jak owo będzie, jako było...Ta ziemia cudza sobie, a ci sobie,Więc że tam wszystko bujało, kwieciło,Ni ich to grzeje, ni ziębi w tej dobie,A każda małość z tej Wóli, z tej Woli,Za serce trzyma i cieszy, i boli................

Idziem. W dzień cichość dzwoniąca się zdawa.Step w blaskach stoi, jakoby nieżywy.Wyprostowana w niebo sterczy trawa,Bez ruchu, gęste ustroszywszy grzywy,Tylko się po niej świetlista kurzawaToczy, migając tęczowemi szkliwy,I nic, i człowiek zgubiony w tej ciszyNa sto mil dokół — dech tylko swój słyszy.

Nagle się szumy szerokie zrywałyNie wiedzieć odkąd, jak na morskiej toni.Wizgiem się wtedy zanosił step cały,Roztętniał jakby pod tabunem koni,I cichł... I znowu szumy przepadałyNie wiedzieć kędy, i cichość znów dzwoni.

I tylko wdali, z chróścianych zasieczy,Murzyn na skórze wężowej zabeczy.

Dopieroż pod noc budzą się muzykiZaczarowanej w tym stepie kapeli.Dopierożbrzęczą te złote gęśliki,Co je z drzew rajskich strugają anieli,Dopieroż gwiazdy, trzepoty, pokrzyki,Furczenie, jakby srebrzystej kądzieli,Cykania, kląski, poświsty, podmuchy...Stronami ciężki łomot i ryk głuchy.

Idziem, aż z onych zielonych czeluściPiechotnych dropiów porywa się stado,Skrzydła, jak żagle rozwiedzie, rozpuści,I wpław pomyka krzyczącą gromadą.A tuż ci z pod nóg zwierz prychnie, zaszuści,Przepadł! I tylko za nim, tą lewadą,W głęboką brózdę nurt trawy się poda,Jakoby czółnem rozcięta skroś woda.

Idziem — nad nami chrząsty biją w błony,By drogi kamień w kosztownym sygnecie.Jedne jak bławat, a drugie, jak onyKrwawnik, a zasię — jak ruta — te trzecie.Właśnie, jak kiedy z królewskiej skarbonyKlucznik przygarściem klejnoty pomiecie,

A te, jak żywe płoną, lecą, brzęczą,Jasną, w kolory malowaną tęczą.

A wtem, na onych szerokich krwawicach,Które tam słońce zachodnie rozlewa,Powietrze całe staje w błyskawicachZłotopierzystych ptaków. Jak ulewaIskier, gdy młoty uderzą w kuźnicach,Tak lecą. Wszystko drga, pali się, śpiewa,Krzyczy, zatacza sobą i szaleje,Jak dziecko płacze, jak szatan się śmieje.

Aż na ostatniej mdlejących łun krasiePokładzie pióra to i wsiąknie w zorze...A im mrok głębszy czyni się, tem zasięMocniej poczyna gorzeć stepu morze.Jak srebrne blaszki na krakowskim pasie,Albo jak świeczki w żydowskiej komorze,Gdy szabas zajdzie, tak gęsto nabiteW trawach, ognice świecą złotolite.

Zrazu głęboko palą się tajnikiStepu, jak próchna, gdy w borach gorzeją.A zaś się wzbiją one latarnikiI księżycowych blasków w step naleją.Aż zawirują, zawiodą tan dziki,I gwiazd lecących uderzą zawieją...Z traw bucha ogień i w trawy znów nurka,A coraz suchy trzask, jakbyś tknął kurka.

Iż są w tym stepie dziwne czarokwity,Co nocą z trzaskiem otwierają kwiaty,

Jedne — jak tarcze, a insze — jak kity,A te — jak miecze, a te — jak bułaty...Chwieją się, szumią, kwiat świeci odkryty,Do serca wnętrzne roniąc aromaty,A nad nim, z głośnem buczeniem się miotaĆmów, bąków, trzmieli pospólna hołota.

Bo tam noc nie jest, jako u nas, rzewnaI pełna łaski na duszną tęsknicę,Kiedy to leda fujarka ci z drewnaŁzami urosi spalone źrenice...Nie jest ni cicha taka, ni tak śpiewna,Ni zadumane nad ziemią ma lice,Lecz, jako wiedźma lecąca na miotle,Kipiący wrzątem życia miesza w kotle.

Więc gdy się nasza pośpiła gromada,Po ciężkim znoju o ziemię rzucona,Dusza się we mnie zrywała i radaSnuła te myśle, jak przędzę z wrzeciona...A jako pszczoła na kwiecie usiada,W kolorach jego i w woni zgubiona,Takem się gubił w te cuda, w te strachy,W te blaski, szumy, poświty, zapachy.

A co największy dziw, ta ziemia wszystka,Sama tu pani, sama gospodyni.Boć z trudna za wieś liczyć kretowiska,Co je po stepie kopają murzyni,Które, gdyby zaś nie dymek z ogniska,Co się tu, owdzie skroś trawy zasini,Łacno, idący, przestąpiłbyś nogą,Jako mrowisko w brzeźniaku nad drogą.

Czwary my dzień już szli o twardym głodzie,Że choć gryź kamień! Alić i kamieniTam brakło... Na nic duch zemdlał w narodzie.Noc klęsła, ludzie ciągli, jak pośpieni,Właśnie się niebo jaśniło na wschodzieWąskim rąbeczkiem srebrzącej zieleni,Gdy nagle między trawy falująceBłysły nam wielkie, czarne półmiesiące

Zagiętych rogów. Kos pierwszy je zoczył,Zamachnął ręką, by dalej — ni krokiem.Stanęlim. Jeden Żuk tylko poskoczył,Iż zwierza bystrem ustrzelił już okiem,Wyciągnął szyję, z rzemienia odtroczyłFuzję, przymierzył... Patrzę na głębokiemŻeraniu stadko bawołów się pasie...Drgnął cyngiel, gruchło setnie! Aż tu zasię

Jak nie wyskoczą nagle gdzieś z pod ziemiMurzyny, właśnie jako źli psy z budy!Jakże nie wrzasną srodze! Jak się temiRęcami w gołe nie zaczną prać udy!Łby w dół i na nas... — A niech was oniemiCzort! — myślę, patrząc na te czarnoludy.Bo z takim szło to impetem, że — w chwili,By mniej narodu — byliby nas zbili.

Alić pierwszego z tych tryków, jak chwycę,Garść mu wszczepiwszy w łeb, by w owcze runo,Jak nie zatrząchnę, jak tę trząchawicęGrochowin, chłopy jak w kułak nie pluną!Byliby im ta zagrali na grdyceZdrowo, bo twarze zabiegły już łuną,

Lecz ów, któregom nie puszczał z mych kleszczy,Macha ku swoim, i stać na nich wrzeszczy.

Takem roztworzył garść. — «A wy sobaki! —Rzekę. — Wy co tu?... Gdzie starszy? Niech gada!» —A ówże trzęsie łbem i czyni znaki,Że strzelać w stepie nie wolno do stada,Że zestraszone strzałem idzie w młakiDalekie i tam po bagnach zapada,Że tylko na sznur, za rogi trza chwytać.Tak mnie porwała złość, więc pocznę zgrzytać:

— «A to go chwytaj, czorcie, sam! — zawrzasnę —Bo ja nie hycel, żebym bydle łapałNa stryk! A z strzelby, jak zechcę, wytrzasnęChoćby do ciebie»! — Ażem się zasapał,I w oczach świece stanęły mi jasneZ pasji. Tak murzyn po łbie się podrapał:Targ w targ, za ćwiartkę bakunu, pospołuZ starem fajczyskiem, szli chwytać nam wołu.

Tak zara my tam na oną ochotęPodnieśli rześki huk, i — dobra nasza!A już powietrze czyniło się złote,Już dech się ranny po twarzach ponasza,Już świta... Pędzim przed się tę hołotęCzarną, jak właśnie barany z kiermaszaW Łukowie, w Miedznej, aboli w Wohyni,A dzień się coraz różanniejszy czyni.

Nagle — stój! — Cóż tam?... — Rzucili się plackiemO ziem. Słuchają, co ziemia powiada...Sza! Cicho!... Dwóch ich popełzło omackiemW traw głębie, nagą piersią, jak u gada.

Znów cicho... Naraz, z rechotem junackiemPorwą się, pomkną... Zaczuli już stada.Pędzą, znów stają... Aż wbok się rozskocząI dwa pierścienie po stronach zatoczą.

Był moczar. Trzciny wysokie dokołaStały, przerosłe poległym szuwarem.Grunt klęsnął. Wody żółte, niby żołaBrudno świeciły sitowiem skroś szarem.Za wodą ziemia ubita i goła,Jak majdan. Tam to, nakryte oparemBagniska, stado zbiło się bawole,A byk potężnej więzi stał na czole.

Już nas uwidział! Przestąpił nam drogi,Łba zniżył, w ślepiach zabłysnął krwawicą,Pochyłe, zgięte wdół, nastawił rogi,Z głuchym pomrukiem jął kopać racicąZiemię, i stał tak rozparty, i srogi,Z obwisłą, rudo zakudloną grdycą.Coraz chrapliwszym zanosząc się rykiem,i z miejsca swego nic myśląc przed nikiem.

A już murzynów kupa zwierza straszy,Łby wyrzucając z pokrzykiem do góry,Klaszczą, hukają. A tuż im i naszyPrzyhukiwają, jak może tam który.Byk stoi. Aż tu od zadu, od paszy,Przebrnąwszy bagno i wijąc te sznuryNad głową, druga kupa się zaczajaNa potężnego onego buhaja.

I nagle, gdy zwierz zajuszon i wściekłyRuszył się na nas, z pian płachtą u pyska,Sznury ze świstem powietrze przesiekły,Już pętla padła... już gardziel mu ściska...Ryknął. Ryk siada zawtórzył przewlekłyJak grzmot, kiedy się po górach rozpryska.Zaczem byk zwalił się, tocząc po stepieGasnące, na łeb wysadzone ślepie.

Tak zaraz triumf grały one ciuryNa wiwat becząc i oną uciechę,Na długich, prostych trąbach z wężej skóry.Zaczem z trzcin tęgą uwiązali wiechę,Na kij ją, szpicem wytknąwszy do góryZaś insi, przez łeb uczyniwszy plechęToporem, wlekli byka na boisko,Gdzie w pacierz jasne gorzało ognisko.

Tutże dopiero Mazury poznałyKucharską sztukę, że równej i niema!Gdy obłupione ze skóry kawałyMięs krwawych, tyczki podetknąwszy trzemaLedwo że nieco u ognia sczerniały,Już je chwytali rękoma obiemaRwąc, jak psi, one ochłapy zdymione,A kość murzynom rzucając na stronę.

Tak w trzy pacierze prawie się skończyłaTa uczta, jakiej nie daj Boże komu!A już gwałtowne słońce, jako bryłaŻywego ognia, paliło bez sromu...Więc w nas moc wszelka ustała i siłaRunęły chłopy, jakoby od gromu,Żarem pobici i zmożeni jadłem,Zarywszy nosy w trawę. I ja padłem................

Ochłodło. Zorza czyniła się niska,Gdym przecknął, jak gdy nagle kto zawoła.Spojrzę, a tutaj owe murzyniska,Ba kun kurzący, posiedli dokoła.Za nimi baby, dzieci, nędzne psiska,Cała hołota poczwarna, wpół goła,Wyległa z swoich kretowisk i kleci,By nam się przyjrzeć. Patrzę, a wśród dzieci

Białe chłopiątko przysiadło na ziemi...To liczko zżółkłe, czupryna ta złota.Jak strzecha ponad oczyma modremi...Tak mi się serce, jak ptak, załopota.Więc krzyknę: «A ty co tu, między temiMałpami robisz?»... — A ów: — «Ja sierota». —«Skąd»? — «A z Radzynia»! — «Jakżeś się tu dostał»?— «Z ojcami. Jeno pomarli, tom ostał».

— «A Chryste!» — krzyknę ze zgrozą, iż czasyZbyt srodze zdały mi się niespokojne,Gdy nie dość, że się z miejsc ruszyły lasy,Lecz i kwiatuszek taki musi w wojnę! —Ale już baby, iż to naród łasyNa wszelką żałość, popuszczą łzy hojneI nuż tą słodką gwarą mazowiecką:— «A sieroteńko! A mojeż! A dziecko»!...

Więc tulić, pytać: — «A jakoż ci rzeką»? —— «Jantek». — «Laboga! — Z Radzynia»? — «A juści»!— «A kajżeście szli»? — «Bo ja wiem... daleko...Jeno że ojcom zmarło się». — «A skróś-ciCzegóż»?... — Tak słucham, a one precz siekąJakby tę sieczkę. — A żadna nie puści,

Jeno znów odsieb przepytać zaczyna.Tfu, że też w gębie nie zaschnie im ślina!

Tymczasem chłopy w radę: — «Toć go przecieTak nie ostawim tu, między czarnemi!Jużci nas teraz Pan Jezus po świecieJako mak rozsuł, po cudzej tej ziemi,Alić nas może do kupy gdzie zmiecie,To i sierotę przygarniem ze swemi...A one dusze zbawione też mogąKrzyż nam uczynić święty nad tą drogą». —

— «Jakże! — Jeszczeby! — Przecie rodziciele»! —Dorzucą insi, kiwając głowami.A chłopię, to w nas pogląda nieśmiele,To ku murzynom, siedzącym z fajkamiWokół ogniska, gdzie trzeszczą w popieleKolby kukurydz. I tak między nami,Jak pisklę z gniazda, chwieje się, zrzucone,Rozbite, że mu ni w tę, ni w tę stronę.

Tak chcemy chłopca brać, alić te tryki,Jak się nie porwą z wrzaskiem wniebogłosy,Dalej się żegnać, jako katolikiChrzczone są, dalej na łbach drzeć te włosy,A trzaskać w udy! Baby — w swą. Krzyk dzikiGruchnął przez majdan. Aż chłopię w łzach rosyOczy podniesie: — «Ja wam iść nie zdolę...Mnie co dnia zimno trzęsie... Tu już wolę!»

Na to Horodziej: — «Ha, rządźże sam, Panie!Kto wie, na co tu rzuciłeś to ziarno?Niechże, gdzie padło z ręki Twej, ostanie». —Tu się niewiasty ku dziecku pogarną

I zazdrośliwie patrzą, jako na nieMurzynka chucha gębą oną czarną...Więc kuma kumie na ucho powiada:— «Jeszcze uroczy!... Jeszcze mu co zada»!...

Alem ja chłopca podniósł za ramiona,Rzekąc: «Widzisz — tam?... Tam!... Jak wejdą zorzeRanne, tak klękaj i patrz! Tam jest onaZiemia! Tam Polska jest! Aby przez morze.Więc patrz i wołaj do niej: — Ty — rodzona!...I bij się w piersi: Bądź miłościw, Boże!A czyń tak co dnia, aż cię Bóg wysłucha.A miałbyś zemrzeć? Tam wypuszczaj ducha»! —

Tu utnę, bom się prawie łzami dławił...A i chudziątko ono też płakało...Wtem Roch Zatrata szeroko rozstawiłRęce: — «Dalej go! A pódzi-no śmiało!Toć wielgoluda Krzysztofa Bóg zbawił,Iż Jezusiczka przez strugę niósł mało.Tak i ja sobie kęs raju przysporzę,Jak cię, sieroto, poniosę przez morze»! —

Schylił się, dźwignął pacholę do góry,I zaraz dużym puścilim się krokiem.Lecz wrzask murzynów, na podób wichury,Długo za nami bił. Aż nas pomrokiemNoc skryła, co już szepcącemi pióryI skrzydłem ziemię obwiała szerokiem.Zaczem ugasła ostatnia pokrwawa,Co się po zorzach wieczornych ostawa.

Alić im dalej borów, tem się stepyChudsze, martwiejsze, burzej dzikie czynią.Az my się natkli na żywe czerepyZgorzałej ziemi i szli tak pustynią.Nad nami, kręgiem, niebieskie się sklepyOd gorącości okrutnej aż sinią...Zar suchy w górze i żar suchy w dole,A słońce, jakby szydłem w oczy kole.

Patrzą się chłopy po onej zgorzeliNiepewnym, srodze frasobliwym wzrokiem,Aż gdy Borodziej w znak krzyża rozdzieliPowietrze nad tem pustkowiem szerokiem,Kuną w step, jakby nagle uwidzieliDrogę przed sobą. I tak, wielkim krokiemIdziem, iż noce miesięczne się stały,Póki nad nami nic obrzasł dzień biały.

Wtedy, jak zwierz ów, co czeka swej pory,Jaskrawe ślepia zmrużając od słońca,Tak my, bądź jakiej dopadłszy gdzie nory,Srogiego się w niej chronili gorąca,Zycie liczący teraz na wieczory,A tę pustynię spaloną, bez końca,Mierząc nocami, a czując na hasło,Jak u nas «Świta!» — tak tutaj: — «Zagasło!»

A już nad one rozłogi stepoweCzerwony księżyc, jako więc latarniaPożarna, wznosił swą ognistą głowę.Zaczem wzlatuje wyżej, mrok rozgarnia,Jaśni się, drąży niebieską posowę,Jak kula, którą uleje puszkarnia,

Z szczerego złota, aż coraz się mniejszy,Coraz świetlistszy czyni i srebrniejszy.

A wtedy, w onej szerokiej poświacie,Ten step spalony zeschłego muroga,W ogromnym jakimś stawał majestacie,Z którego biła moc wielka i sroga.Idziesz, a czujesz, jak śmierć dycha na cię,Dokładająca pilno swego stoga,I jak te trawy, których noc nie rosiŁzą zmiłowania, — kosi... kosi... kosi...............

A głód przypiekał. Co w płachcie miał któryKukurydzowych placków albo ziarna,To łuskał babom, dzieciom... Kość do skóryJęła nam sucha przywierać i czarna.Osłabły lędźwie, wzrok stał się ponury,Głos schrypiał, milczy gromada wpierw gwarna,A jak bociany późnego wylęgu,Ten, to ów gęsto ostawał w ocięgu.

Lecz Roch Zatrata ogromnym szedł krokiemPoprzód, jakgdyby przybyło mu siły.A choć się mienił ogniami i mrokiem,Chociaż krwią czarną nabiegły mu żyły,W rozradowaniu jakiemś szedł głębokiem,Pod onem dzieckiem mdlejącem pochyły,Co je murzynom odjął i za rajuKrzynkę ślubował nieść aże do kraju.

Mówią mu chłopy: «Niechaj!» A ów: — «Co ta!Toć jak wróblowi szyi nie ukręcę...Trochę lżej, ciężej — jedno! A sierota,I sam Pan Jezus zdał mi go na ręce»! —

A chłopak, to się bezprzytomnie miotaW ogniach gorąca, to w zimnicy męceZębami dzwoni, jakby mróz go chłostał,A wysechł, że się tylko cieniem ostał.............

Tak nam wschodziły te dni i te nocyW szerokiej pustce, na spalonym stepie,Już słuchającym, jak śwista gdzieś z procyMurzyńskiej kamień, jak chwostem gdzieś trzepieW zapadłe boki szakal; jak w niemocyDziatki majaczą... Już patrzącym w ślepieŻółtej hieny, co skrada się zcicha,I na żyjących jeszcze — trupem dycha.

Zebyż przed nami iskierka gdzie złota,Zebyż pastusze na miedzy ognisko,Zeby smug dymu choć, choć żerdź u plota,Zebyż koń zarżał, warknęło gdzie psisko!Nic, tylko pustka niema i głuchota,Tylko to z życia wykoszone rżysko,I tylko w oną miesięczną poświatęŻmij z sykiem czoło podnosi rogate.

Ustały skargi niewiast, dzieci płacze,Ze prawie słychać w tej martwej cichości,Jak nam śmierć po łbach piszczelem kołacze,Jak w mózgach wierci i jak drąży kości.Nigdy ja dni tych trupich nie zabaczę,Gdy my tak szli, a szli, a tutaj cościJakby wołało na nas: — «Dalej! Dalej!Bo się zapada świat! Bo świat się wali!» —

Więc coraz pilniej śpieszyli my kroku,Hóżnc widzenia mający na niebie.To o zachodzie, w ognicach obłoku,Wielki się korab' przed nami kolebie,Skroś morza płynąc krwi... To znów, w otokuMonstrancji jakby, zatajon ów w chlebieChrystus Pan patrzy się na nas z opłatka,A łzy przez srebrne lico płyną zrzadka...

Więc ten, ów, niemo ustami zaruszn,Podniesie oczy w te niebieskie progi,I nagle, jakoby w nim pękła dusza,Jak szedł, tak klęka w pośrodku swej drogi,Nie dba, czy słusza go kio, czy nie słusza.Wyciąga ręce czarne jak ożogi,I na głos grzechy tajemne powiada,I pod miesięcznym kręgiem — krzyżem pada.

Niewiasty zwłaszcza zachwycenia miały,Co niosły dusze, niby pióra ptasie...— Ato Jasieńko w płótniance swej białej,Na tych obłokach mglistych owce pasie.To martwe główki dzieciątek usiałyDrogę przez niebo... To znowuż, po czasie,Las sztyków księżyc wschodzący zapali,A ćma kozactwa prościutko w nas wali

Więc tak ów naród szedł, jak oczadzony,W majaków onych grążąc się topieli.Tak widzę, źle jest! Widzę — trza obrony,Zatrząchnąć ludźmi trza, coby przecknęli!Więc tylkom patrzał, gdzie i z której stronyPiorun mi jaki na pomoc wystrzeli,I one senne widowacze zruszy,Co prawie ziemi odbiegły — dla duszy.

Bo dobrze to jest, gdy się na BielanachKsiądz Kameduła w niebie zapamięta;A niech przeleży i rok na kolanach,Owszem! Ja sam powiadam, rzecz jest świętaLecz naród, który w tych zdartych łachmanachCiał, duszy swojej zbyt popuszcza pęta,Takiemu nadto poddawać nie trzebaOnej słodkości, co kapie w nią z nieba.

Kto je żyjący, ten musi do poryStać twardo, aż go nie zluzuje czata.A one duszne muzyki, kolory.Jak wiatr są, ziemię co z pod nóg odmiata,Ja wiem, że idę przez stepy, przez bory,Gdzie mi rodzona kraina i chata...Ciężko! Lecz onej ciężkości nie zbędę,Gdy się w janielską zasłucham kolendę.

Jeślić źle mówię, niechaj mi przebaczyPan Jezus, a zaś człek — niech mnie przekona!Sam Pan Bóg z raju wygonił oraczy,Boby im zmierzła płużyca i brona.A choć skowronek?... któż rankiem nie baczyKiedy śpiewając wytryśnie z zagonuI prawie, że się w modrości zatraca...Toć tam nie siedzi w niebie! W zagon wraca!

Naród, co duszę na inszy świat żenie,Pewnikiem będzie w sobie słaby, mgławy.A toć i we mszy nie wciąż podniesienie,Ale też insze najdują się sprawy.Z ziemi Bóg pojął człowiecze nasienieA nieba — szczyptę dodał dla przyprawy,Jak ów, co warzę jałową posola...Miałby inaczej chcieć? — toć jego wola.

Dziękaż ci, Panie, i dziękaż ci, Chryste,Żeś mnie postawił przy moim warsztacie,I żeś mi w piersiach dał serce strzeliste,Co młota patrząc, przybacza i na Cię!Dziękaż ci, że to światło wiekuisteNad moją kuźnią w gwiazd palisz poświacie,I za to dziękać, że mi aż do nieba —By w pobliskości Ciebie być — nie trzeba!................

Nagle świat spiętrzył się. Zrazu szły faląPagóry, prawie żywej krzemieniny,To przez moc wielką dźwigną się, to waląW rozpełzłe, żółwim podobne łupiny.Idziem, aż na świt omgloną gdzieś daląSzczytów różaniec zamodrzał nam siny...Zębate, dziko poszarpane skałyWprzecz zawaliły niebo i tak stały.

I my stanęli. Na Boskim zegarzeBiła gdzieś dla nas śmiertelna godzina.Zaczem sczerniałe podniosły się twarzeKu szczytom, kędy wichrzyła mgła sinaSrebrzyste, pełne dymów trybularze,Jak gdy ksiądz kadzić w nieszpory zaczyna.Tak przeciw sobie stanęły dwie siłyI tak się z sobą w cichości mierzyły.

Aż buchnął srogi wark: — «Toć się mówiło,Jako tym stepem wprost dojdziem na morze,A tera bij się, człowiecze, z tą siłą,Co jej i djabeł rogaty nie zmoże»!— «A pocóż my tu przyszli? Poco byłoPuszczać się borów?... Toć tam, jak w komorze,Toby jagodę nalazł, to choć zielsko...A tera drzyj się z tą kupą djabelską»! —

Klnie Lis, klnie Wawrzon; zpodełba i chmurniePatrzy Pietr Bugaj, w wąsiska Kos dmucha.Lecz mnie, kiedym tak pojrzał w one turnie,Zaraz od serca przewiała otucha.Więc tylko głową kiwam: — «Oj, wy durnie»! —Bom wnet zmiarkował, że skoro tak buchaZiemia wzwyż, dziura być musi po górze,A cóżby, jeśli nie morze w tej dziurze?

Ha, idziem. Idziem, jakby na przepadła.Idziem dzień, mało co wytknąwszy z potu,Idziem dwa, trzy dni, nie bacząc na jadło,Na sen, a tylko patrzając wylotu.Sto gór przed nami, sto wpozad usiadło,Że i wprzód ciężko i szukać nawrotuNie lża. Nad głową skrawek tylko nieba,A już ostatki kruszyli my chleba.

Aż bez ratunku gdy my już w te kopyZabrnęli skroś tej kamiennej posuchy,Tak się zrobiła rozpacz między chłopySkipiały onych klątw pierwszych wybuchy.Jak piana, kiedy z kadzi wyrwie czopyZaczem zawziątek przyszedł i wark głuchyAż wszystko ścichło w kupie, i z tej poryNie ludzie my już szli, ale upiory.

Omglało dziecko, to chłop ściskał zębyNa bary rzucał, jak torbę z obrokiemI szedł przez dzikie skał nagich wyręby,Brew nad jastrzębiem usrożywszy okiemMało kto strawę podniósł tam do gębyMało kto gadał. W milczeniu głębokiemSzedł naród — jakby rychlej chciał do końcaI do śmiertelnych portów — na wschód słońca.

Aż i ja byłem już zwątpiewający.A ta nadzieja co zpierwa mi kwiatemZapachła, teraz, jako ptak lecący,Precz się poniosła skrzydełkiem pierzatem,Szedłem, bom musiał, chcący, czy nie chcący,Alem już wiedział, że nijakim światem,Nie wyjść nam żywym stąd! Że tu jest bronaŚmierci, że poczta my tutaj stracona.

Więc co zagadać chcę, to myślę: poco?Już i tak czarna świeca nam się znaczy!A tu co i raz skrzydliska łopocąZ podskalnych dziuplów ruszonych puhaczy.Krążą nad nami dniem i krążą nocą,Żałobnym krzykiem przydając rozpaczy,Aż duch, jak ptak strzelony, upadł we mnie,I jużem mówił sam sobie: — «Daremnie»!...................

Pięć dni, pięć nocy, nie folgując prawieSłabniejszym siłom niewiast i dzieciątekSzli my, jak gdyby po ognistej lawie,Taki w kamieniach okrutny był wrzątek,Oczy posępnie patrzają i krwawie,Usta w gorzkości, na licu zawziątek,I ona srogość ostatniej rozpaczy,Co na nic, ani na siebie nie baczy.

Twardeć tam były chłopy, a niektóryNie mógł zwyciężyć dusznego przestrachuI łeb podnosił nocą, i na góryWył, jak pies, kiedy na chałupy dachuUpiorny księżyc wychynie się z chmuryI stanie; albo gdy zaczuwszy w gmachu

Śmierć, ogon wtuli pod siebie i wyje,Jak surma, długą wyciągając szyję.

Aż się zacięła wszelka ludzka dusza,Iż każdy mękę swoja chował na dnie,A miłosierdzie żadnego nie wzrusza:Idzie, to idzie, a padnie, to padnie.A choć tak sroga była ta katusza,W ludziach śpieszących milczkiem i bezładnieAni na głód się, ni na znój nikt z kupyNie skarżył. A padły pierwsze trupy.

Świt był. Od wczoraj jeszcze Roch ZatrataW tyle się z dzieckiem ostał, za wszystkiemiChłopcu się ona głowina kołata,Przez plecy włoski sypiąca złotemi.A tu duszyczka już z niego wylata,I tyle jeno tej trzyma się ziemiCo one wyschłe rączyny za szyjęRocha trzymają... Opadły — nie żyje.

Lecz chłop szedł jeszcze i onę stężałąPasyjkę dalej niósł, w świt wielki, złotyDmuchnięcie ono, co gasi żywotyZaczem się zgarbił, obrócił sczerniałaTwarz ku tej martwej głowinie sierotyI patrząc się w nią, zaszeptał zdumiały:— «Dziecko! Jakie ty ciężkie! Jak świat cały!»............

A wtem, jak zajrzeć, tak wpoprzek nam stanąSkaliska, czubem utopione w niebieNieprzesiężoną, a tak bystrą ścianą,Że ani krokiem nie dawa do siebie.

Pojrzę — turnicą piorunem krzesanąCień lecącego orła się kolebie...A wyżej — słońce czerwone się toczy...A jeszcze wyżej — Śmierć. Tak zawrę oczy.

I lud jak wryty stanął i wejrzenieBłędne wbił w głazy. Sam zdawał się głazem.Tak chwilę trwało srogie pomilczenie,Gdyż wyraz nie mógł naleźć się z wyrazem.Aż — jako gdy się pożaru płomienieNa dach wyrzucą — krzyk, klątwy, płacz — razemBuchnęły z piersi niewstrzymaną siłą,A echo poszło w grzmot i gromem biło.

Co mocy było w ludzie, co słabości,Co upragnienia do miłej przystani,Co głodu w onej wysuszonej kości,Co wiary — i co omylenia na niej —Wszystko buchnęło wichrem nawałnościPo starowiecznej, milczącej otchłani.Nie my krzyczeli, lecz dusze w nas sameKrzyczały... Tak ból zerwał wszelką tamę.

Radzić? Co radzić?... Czy przebić mur głową?Czyli nam pięścią rozwalać te góry?Czyli nad niemi chmurą piorunowąPrzewiać nam? Czy, jak ptak, przelecieć pióry?Czy wracać?... Wracać tą drogą krzyżowąŚmiertelnych potów, głodowej tortury,Tych trupich śladów?... .lęk wyszedł z gromady...Nie było siły — nie było i rady!

Horodziej podczas milczał. Jakiś lichyBył w dniach poślednich i osłabł nam zgoła.Gdyby przemówił, to może by szprychyInaczej poszły u tego tam koła...

Bo choć głos drżący miał i w sobie cichy,Zdało się czasem, że trąba w nim woła,Taką roznośność i moc mu dawałaTa zwiędła głowa i kość ta zetlała.

Lecz we mnie, jako obręcz przydeptana,Gwałtem się prężył duch, chocia przygiętyWięc rzekę: — «Ludzie! Idźmy choć do rana!Możeć zwyciężym jakoś te odmęty!Prawda jest! Sterczy w niebo sroga ściana!Lecz świat na kłódkę przecie nie zamknięty...Olaboga! Zbierzta w kościach resztę mocy!Choć do wieczora idźmy! Choć do nocy!» —

Ale Zatrata, jak kłoda się zwali,Na one żywe głazy: — «Co ta, braty!Co będziem dłużej tej śmierzci szukali?Tutaj jej pole dajma! Tu niech gnatyNasze obgryza! Tu pieron niech spali,Niech głód nas dożre! Co mi?... Niech ta światyWalą się na łeb!... Nic dojdę do Wroniec...Tu leżał będę — trup... Tu zrobię koniec!»

Słuchają chłopy, patrzą... U tych rosyW oku, u inszych spiekota czerwona...Wtem Kos: — «Masz prawdę, bracie!» — A tuż głosy:— «Bo prawda! Juści»! — ! wnet, jakby onaWichura ławą cisnęła pokosy,Tak padli... Gdzie kto stał. Jak te brzemiona,Co je ze siebie grabisko otrząsło,Tak padli. Jak te snopy na przewiąsło.

Płaczą niewiasty. Staruszka z nad BugaPokłękła, ale nie miała już siłyZmawiać pacierza. Więc tylko jak długaKrzyżem się ściele u skalnej tej bryły...

Więc za nią — insze... Tu jedna, tam druga...Tak przyrastało nam onej mogiły,Z której się coraz podnosił głos żywy:— «Bądź nam, ginącym duszon, miłościwy!» —

Więc kiedym patrzał, nic tu nie mogący,Wszelaka jasność zapadła mi w ciemnie...A com miał moc mieć za wiele tysiący,Klęsłem na duszy tak, że podaremnie!Długom żwał w sobie tę niemoc milczący,Aż taki gwałt wstał, taka rozpacz we mnie,Że jej nie strzymać zapartym językiem...Tak runę w niebo śmiertelnym okrzykiem:

...«Bijże w nas wszystka burzo czarnątuczą!Strzelaj pieronem! Nie namkniem ci głowy!Huczcie nad nami, wichry, pieśnią kruczą,Niech nam tu zara dół kopią grobowy!Niech dzikie zwierza kości nasze włóczą,Niech nas ogarnie dech śmierci morowy!Cóż my? Łach ludzki i żywota strzępy...Nie będą ścierwa z nas mieć nawet sępy.

...Tocz się, ty, rzeko żałosna, do morza,Giń i przepadaj, nieznana nikomu!Idźcie, śpiewajcie, tułackie bezdroża,Do czarnej bramy, do wiecznego domu...Niechaj nas wichrem pogna ręka Boża,Niech nas nałamie, jak suchego łomu...Cóż o to? Kto się za nami upomni?...Zginiem? To zginiem sami, bezpotomni!

Ha! Jeśli z tego śmiertelnego stoga,Ten głos, przez one kamienne pustynie,Doleciał gmachu niebieskiego proga,Jeśli kto widział tam, jak lud ten ginie,Apelujący swą śmiercią do Boga,To tam musiały ustać w tej godzinieWszystkie muzyki rajskie, wszystkie chwały,A te anioły — to na głos płakały!

A już się począł zmierzch czynić i cienieGłębokie rzucił na te nędzne głowy,Zapadające w wieczności milczenie,W zdrętwiałość twardą i w pomrok grobowy.Wtem na skał czubach zajarzą płomienie...I zobaczyłem w nich krzyż Chrystusowy,Jak przez otchłanie szedł własną swą mocą...Zaczem świat ugasł i nakrył się nocą...............

Ale Marychna stanęła nad Dudkiem,Cała w bladościach i łunach przestrachu,W czarnej chuścinie, z tem dzieckiem malutkiem,Tak ćwierkającem, jak wróblik na dachu.Więc wlepi w chłopa oczy błędne smutkiem:— «Co ty?... Na dziecko zabaczyłeś, Stachu?Co ty?»... — I bije oną długą rzęsą,A usta — tylko się jej niemo trzęsą.

Wyciągnął rękę: — «Nie płacz, Maryś! Co ta!Siednij tu sobie wedle mnie, niebogo...Raz śmierć... Nie długać to tam jej robota,Bo i tak dechu mało co u kogo...Siednij!» — Lecz ona, od łez bujnych złota,Nagle na twarzy odmieni się srogo:— «Pies ty, nie ociec! — krzyknie — pies!... Nie siędę,Nie zgubię dziecka! Póki tchu — szła będę!» —

I niemówiątko ścisnąwszy w ramiona,Głębiej zaciągła na twarz czarnej chustyI zaraz, jakby wiatrem poniesiona,Zaczęła śpieszno iść w ten pomierzch pusty.Lecz Dudek ryknął, i wnet cała onaRozpacz przez ślozów spłynęła upusty...Chwycił się: — «Maryś, stój! Ja z tobą!» — ZaczemTu, to tam w kupie zaniosło się płaczem.

Tak w rodzicielach serce potajało,Gdy pojrzą na ten drobiazg swój uśpiony,Co u nóg matek jagnięcą i białąTrzodeczką legnął, a był już znaczonyCzarnym na runie krzyżem, i za mało,Za nic, miał pędzon być na te zagony,Gdzie ani wschodzi słońce, ni ugasa,I gdzie śmierć ciche swe trzody pasa.

Więcj jako burza, gdy deszczem uderzyW zemdlone trawy i w ziemi zgorzałość,Wnet spiekłe błonia rozżywi, rozświeży,Tak tam te dusze uświeżyła żałość.I patrz! Dzieciątko jedno, ptak bez pierzy,Jedna drobina niema, jedna małość,Ruszyła naród z tak potężną siłą,Jakby sto dzwonów rezurekcję biło!

Pierwszy, szlochając, porwał się Zatrata:Jakże więc Ziąbie nie padnie na szyję...— «Odpuść! Odpuśćta, ludzie!... Tom za kataChciał być nad wami?... Reta, nie wyżyję!A ździelże który przez łeb mnie, jak brata,Bo mi to serdce na śmierć się zawyje...Toż katoliki my, nie samobóje!...Laboga, zdziel mnie który! Niech sfolguje!» —

Zaczem się dźwigną wskrzeszone Łazarze,Podnoszą ręce, podnoszą ramiona,Siedli, podjęli pobielałe twarzeW niebo, a każda łzami uroszona,Aż się skra życia w źrenicach ukaże...Pobrały matki dzieciątka na łona,Wstają, chcą dalej... Choć nocą, a dalej...Targają chłopów za rękaw, by wstali.

Tak za Marychną pojrzę i za Stachem.Szli pilno, skalnem spinając się zboczem,Pod ciemniejących pomierzchów baldachem,Już mgliści, już tem sinem podobłoczemNakryci... Ona wpierw, najmniejszym strachemNiezlękła, jakby skroś wiedząca o czem,Szła, rzekłbyś, anioł wiódł ją gdzie po steczce,Jako Maryją z Dzieciątkiem w ucieczce.

Dzień prawie świtał, kiedy my na strzemięWschodnie wstąpili skalistego siodła.Spojrzym — przed nami het, precz, wolne ziemieJuż maj, już biodra górom pasze jodła,Już sto ruczajów osrebrza im ciemię,A jak wzrok puścić, tak wstęgę rozwiodłaOgromna, modra i wezbrana rzeka,Co w wielkich błyskach do morza ucieka.

— «Reta»!... — zawrzaśniem, A huk, jakby działoPękło, rozegrzmiał w stu echach przez szczyty.Wnet szpiku w kościach, tchu w nozdrzach przybrało,I tak na one różane rozświty

Walim. Prosto na rzekę walim śmiało.Już się jej modrość mieni w złotolityPas, już go słońce gęsto szyje skrami,Już potop ognia żywego przed nami.

Więc nam się serca podniosły, jak ptakiBystremi pióry lecące na wolę...Chrząknął Lis, Bugaj posięgnął tabaki,Jakby tuż własne ciągnęło się pole,Miedze sadzone w ostróżki i maki,Grusze, szumiące w liść drobny topole,Taka nas rześkość zdjęła, taka siła,Jakby za rzeką zaraz — chata była.

A nikt nie wiedział, że ona wołanaZbyt głośno przez naś śmierć, tuż wpobok kroczy,I że w tych wielkich światłach, już od ranaWytrzeszcza na nas ślepe swoje oczy.A nikt nie wiedział, że w suche kolanaChrzęści, schodząca ze skalnej uboczy,I że te żwiry, co toczą się drogą,Lecą i brzęczą — trącone jej nogą.

Jeden Horodziej zaczuł. Tedy skinie,Rzekąc mi zcicha: — «Mój panie Balcerze,Postójcie mało, bo jakoś mi ninieSłąbo... Nie zdolę tak z wami iść w mierze»... —Pojrzę z przestrachem, a jemu zapłynieLico mgłą jakby i już na się bierzeZmierzch wieczny... Chcę cośrzec, dodać pociechy,Lecz mi się tylko zatrzęsły te wiechy.

Tak krzyknę: — «Stać tam»! — Odwrócą się głowy,A on, bieluśki, jak w kwieciu ta grusza,Wzniósł ręce, modli się niememi słowy.A jakiś górny wiatr — włos siwy rusza.

Ciśnie się naród, gwar ustał i mowy,Jakby w kościele, zrobiła się głusza...Ale Horodziej oczy trzymał w górę,Westchnieniem wzbity nad własną naturę.

Zaś rzekł: — «Toć zdawna już na ręku noszę,Jako siwego gołębia, tę duszę,I zdawna jej się, by leciała, proszę...A ot, i bije w pióra... Ot, i tuszę,Iż jej się ziemia namyka potrosze...Więc cały jestem w lotu zawierusze,I pełne piersi mam wielkiej jasności,I zamiast szpiku — światło czuję w kości.

Tak wy już idźcie przepławić to morze,Aby do chaty prędzej i do domu...A ja już słyszę pukanie to BożeCichuchne, ano huczniejsze od gromu.Toćże zaszczepki nie przywrę w komorze,Gdy mnie Pan Jezus zawoła do promu...Bo oczy moje za śmierci obliczemSą utęsknione... A więcej — za niczem»!

Westchnął. — «Ot, chciałbym może z tego granuWidzieć, jak lud się dobije do końca...Aleć i to tam do woli już Panu...Niechże was Chrystus prowadzi obrońca,A ja już tego nie przebrnę Jordanu...Już mi czas»! — Stał tak, patrzący do słońca,Które z gwałtowną wzbijało się siłą.Chłopy odkryły głowy — cicho było.

Aż on: — «Łzy wszystkiem wysiał już, jak rosy.Deszcz mnie polewał, by podolną trawę...

I byłem tułacz i głodny, i bosy,I jak pelikan — pierze miałem krwawe...Dość ze mnie!» — Zamilkł. Nagle przez niebiosySzeroko pojrzał, sprostował postawę:— «Dzwony! — zakrzyknął. — Dzwony z Jasnej Góry!Biją!... Na Alleluja biją w chmury!» —

Więc się rzucili ludzie na kolana,Jak w podniesienie... Słuchamy tej ciszy...Pękła nad nami dalekość ta szklana.Każdyby przysiągł z nas, że dzwony słyszy.Biją!... Jako na hejnał biją — z rana!Przymknione oczy, wysoko pierś dyszy,Ni łzy, ni głosu, a tylko w nas byłaMoc zachwycenia aż w niebo — i siła!

Ale Horodziej drżał, by łabędź biały,Gdy srebrne puchy rozpuści na wietrze,A jakieś wielkie światła po nim grały,I wielkie mroki, jak dzień, gdy się zetrzeZ nocą. Już tchy w nim słabły, ugasały,Lico się bledsze czyniło, a bledsze...Aż mi się w ręce, mdlejący, potoczy,A śmierć lekuchno zdmuchnęła mu oczy................

W głęboką wnękę, pod wysokim graniem,Ciało my wyschłe złożyli ku zorzyI wielki kamień zatoczyli na niem.— Śpijże tu sobie cicho, kmieciu Boży,Aż ci jakowemś ogromnem świtaniem,Anioł w lnach białych przyjdzie i otworzyTen grób, który jest, jako Chrystusowy,Bo też we skale i chłopu — też nowy.

A nas już wody wołają szumiąceTej wielkiej rzeki, co ucieka w morze,

I to, które jak ptak wzlatuje — słońce.Już lecim... Już w te krwawe lecim zorze,Bociany błędne, do gniazd wracające.Już nas porywa wiatr, co po ugorzePolnym gdzieś świszcze przez puste zagony...A ty tu ostaj z Bogiem! Pochwalony!

Rześkość powiała na nas od tej wody,Co była właśnie podobna do Buga,Kiedy za letniej, wesołej pogody,Niby się marszczy, a słonkiem skroś mruga.I takież szumy miała, takież chody,I tak się samo kwieciła u ługa,W kolory tkając majowe zabrzeża,Bystra, donośna, ogromna — i świeża.

Dopieroż wpadli my w porzeczne niże,W stu ruczajami poprute żuławy.Żar mokry. Świerszczów całę wojsko strzyżeW tępe nożyce bławatów postawy;Tu, tam, brunatne załysną się krzyżeStadlisk bawolich skroś trzciny i trawy,A rzeka szumi, a gada, a radzi,I jak sierp cisnął — do morza prowadzi.

A tuż, jak tabor cygański się wlecze,Kotły u bryki stroczywszy na sznury,Tak piętrząc czuby i skalne zasiecze,Od wdchodniej strony za nami szły góry.

Tu ci z nich potok buchnie i uciecze,Z głazów na głazy, by ptak bystropióry,Tu ci, jak ręką przesiany dzieciny,W krople się sypie i w srebrne szruciny.

Aż gdzie się nadmiar zbują one szklaneŻyły, tam woda zwysoka uderzaZ takim impetem, że mija precz ścianę,W powietrze skacze, jak płat się rozszerza,I szlaki mając tęczami utkane,Jak na bielniku wisi u blachmierza,A my zaś pod nią, niby pod namiotem,Opryskiwani perłami i złotem.

A coraz siwe dymy walą z darni,Nakrywających murzyńskie lepianki,Zajdziem, wnet ciągną mięsiwa z suszarni,Mleka bawolic wynoszą nam dzbanki,Zaś nas obsiędą, wrzaskliwi i czarni,Właśnie jak onych wron krzyczące wianki,I biją w uda przepijając dynią,Na znak, że radzi nam i honor czynią.

Wszakże lud, choć już teraz nie mdlał z głodu,Nie mógł wykrzesać z siebie dobrej siły.Żar jakiś duszę wypalał z narodu.Jakieś się ognie po żyłach rzuciły,Że nawet chłopy tęgiego zawodu,Lis, Srokacz, Bandys, grzbiet niosły pochyły,I jedna tylko moc ruszała niemi:Iść, a iść twardo, aż dojdą swej ziemi.

Ale niż rzeki rozpełznął się w bagno,Które nas ledwie, że na sobie zniosło,Właśnie, jak bywa kra przed świętą Jagną,Kiedy stronami już z zimy ochrosło.Więc ku środkowi gdy brzegi się zagną,Nie chcesz-li do dna, to chwytaj za wiosło,A miej się, jako cap, do skoku bacznie,I chybaj, kiedy zcicha trzeszczeć zacznie.

Tam pelikany z garły obwisłemi,Tam czarnych nam się krakiew chmury rwałyTam modry żóraw, utkwiwszy dziób w ziemi,Stał, aż mu czerwiem napełni się cały.Tam czaple białe, chwiejąc perłowemiCzuby, po kępach przygarbione stały,A na podniebiu błyskały sokoły,I zimorodek krzyk puszczał wesoły.

Zaś u tych ciepłych bajorów wybrzeżaSiadł gaj, jak u nas po młakach olszyna,Tylko, że to tam tak bujno uderzaI tak pod niebo parzące się wspina,Że leda parość wyśmiga, by wieża,A siednie na niej ptak, to się ugina.Iż sok nie idzie w pień, a tylko liściePędzi i wiąże je u czuba w kiście.

Tak patrzę ja raz, aż tu one drzewaDygotać poczną i trząść się, jak w febrze...Wnet wszystko mdleje, obwisa, poziewa,Blednie, i żywą zieleń topi w srebrze,Zaczem ta cała boża przyodziewaPada się w łachman, jak dziada, co żebrze,

A z pod piór onych i kwiecia purpury,Sterczą sękate dziadowskie kosztury.

Tak my otwarli gęby i zdalekaStoim, na dziw ten wytrzeszczywszy oczy:Gdy wtem liść z gaju zrywa się, ucieka,Pędzi, szaleje, po zielsku się toczy,Wzbiera, jak wielka, obłąkana rzeka,Co jej nie weźmie wpław i nie przekroczy,Tak krzyknę: — «W wodę, wiara!» — Jak stał który,Tak skoczył. Mrowia waliły już chmury.

Zaś gaj, co szumiał dopiero zielony,Sczerniał, jakby go otrzęsła wichura.A co był strojny kwiecistemi grony,I malowany w róże, w pawie pióra,Stał teraz martwy, szary, wytrzebionyZ kolorów życia, a cichość ponuraChodziła po nim, jak po własnym dworze,Że był, jak miasto po czarnym pomorze.

Aż pod noc tuman wstał i szedł w te gmachyRozwłóczyć sinych mgieł śmiertelne chusty.A za nim ślepe powlokły się strachy,Omackiem idąc przez pomierzch ten pusty...Więc my obsiedli co twardszy brzeg łachy,I narzuciwszy na wielki stos chrusty,Noclegowali. Mnie wszakże do ranaZeszła na dumkach noc ona nie spana.

Hej, nie zna Boga i nie zna ten człeka,Kto u ogniska nie trzymał tak warty,Patrzając w gwiazdy, co znaczą zdalekaWielki gościniec skroś czasów otwarty,

Przez który człowiek myślami ucieka:Siła ten umie, kto czytał z tej karty!A choć nic gwałtem litery poskłada,Jakieś mu mocne słowo w piersiach gada.

Ciężko tam było patrzeć na pośpioneChłopy, co legły, jak tramy te, z węgłaWyrwane, czarne, na kupę rzucone,Które pożoga już przez pół zasięgła.Jak tem budować tera?... W jaka stronę?...Jest-li w tem miazga żywa? Moc przysięgła?Niewygorzała żywica ta złota,Coby zrąb nowy strzymała żywota?

Bo to, po wielkiem onem dzwonów biciu,Po «Alleluja» onem Horodzieja,O nowem jąłem się zamyślać życiu,Tam u nas. — Nowa runiała nadzieja...Ten lud, wyrwany martwemu spowiciuOpłotków swoich, lud, co go zawiejaPrzez morze niosła — nijaką się miarąUtłumić nie da i w kunę pchać starą.

Coś się porwało w nim! Stanął na nogi,Strząsł się, z niemoty ratować jął duszęA co cierpliwy był — to stał się srogi,A co pokorny — to dziś w zawierusze.Jakieś skroś chaty przetwarły się drogiZorzowe, jakieś rozdźwiękły tam głusze...Tak zaraz grzywy przeciw uździe zjeżył,Na świt wywalił dźwierze — i uderzył!

Więc to już chyba nic jeno z trafunkuPoszło, a raczej z górnego przejrzenia,

Więc z jakowegoś wielkiego rachunku,Z regestrów, co są od świata stworzenia...Więc musi tam jest potrzeba ratunku,Więc musi tam jest potrzeba nasienia,Kiedy nas Pan Bóg tak tęgo omłócił,Wichrami odwiał z plew i światem rzucił.

Co będzie — będzie. Niech jenoby było!Bo już w powietrzu są głosy wołane,Już się rozpoczęło cości, już ruszyło,Już słychać tajne pukanie we ścianę...Więc ja ci, Chryste, i z moją też siłąKowalską, wpobok ku pomocy stanę,I tego luda przywiodę gromadę...Na co więc palce na krzyż tutaj kładę!..............

Nowy już miesiąc na niebie się młodził,Odkąd my zeszli z gór w porzeczne drogi,A nigdy żóraw tak pilno nie brodziłPrzez trzęsawiska, przez mokre rozłogi.Do rajuby już ścieżkę wynachodziłI Pana Boga obłapił za nogi,A my precz jeszcze szli, pod żarem słońcaOmdlewający, a nie było końca.

To się zdawało dawniej — Częstochowa!Świat! Od niedzieli człek szedł do niedzieli!A teraz tutaj — gdzie?... Niech Bóg zachowa!Czego nie przeszlim! Czego nie widzieli!Jaka nam w uszach nie brząkała mowa!Jakie my gwiazdy nad sobą tam mieli!Jakie pod sobą ziemie! Jakie wody!Jakie ciężkości! Jakie duszne głody!

A i to rzeczy są niewymówione,Jakie tam z siebie farby, jakie blaskiŚwiat dawa! Jaką tam nosi koronęKwiat, w jakie ptactwo malowane kraski!Chciałbyś powiadać, alić słowa oneZ dziwu ci stają wprzecz. Bo z jakiej faskiZaczniesz, znać zaraz, że się twoja mowaNie tu rodziła, że jej to rzecz nowa.

Lecz my, śpieszący, ile w kościach ducha,Wpółgłusi, szliśmy na wszystko, wpółślepi,Rzeki się dzierżąc sinego rańtucha,Jak dziecko, kiedy pilno się uczepiMatczynej świtki. Więc ta zawieruchaBlasków, farb, głosów, z których tam Bóg lepiTe światy, płonnie mijały przed nami,Jak sen, co niby jest, a niby mami.

Dziwo, bo dziwo! Alić nas ni grzejeNi ziębi w one serca truchlejące...A każdy w sobie ma taką zawiejęŁez, że jak przez mgłę, tak patrzy w to słońce.— Otwórzcież nam się, dalekie wierzejeMiłej krainy! Przybądźcież nam, gońceWschodowej zorzy! Wy, morskie tchy słone,Przybądźcie, nieście nas w ojczystą stronę!

A już się bliżył kres. Już się z oddaliCości załyśnie, to cości zasini,Już się gdzieś światło znienacka zapali,Już takiej dokół nic czujem pustyni.

A rzeka rośnie i coraz odwaliRękawa, coraz leniwsza się czyni.Coraz, folgując bystremu biegowi,Odsypowiska po sobie stanowi.

A tuż i rybitw pisk, i gęsta mewaPolata, na wschód wyciągając szyję,I krze tuż insze kwitną, insze drzewa,Już się deptana ścieżka radziej wije,Już gdzieś po ziemi znać, że ją człek siewa,Konny, to pieszy już drogę przebije,A w piersiach jakaś otucha słoneczna,Co męce twojej powiada: — «Nie wieczna!» —

Więc coraz częściej przed nami, jak morze,Z gór się ku rzece rozleje łan trzciny.Gdy wiatr tam wpadnie, to brózdy tak orze,Jak chłop, gdy pługa zatknąwszy w nowiny,Zbujałe chwasty podrzyna i porze,A tu się za nim wstecz walą te glinySkiba po skibie, i podór się ścielePrzez szczyr, mietlice, łopiany i chmiele.

Lecz i w najcichszej porannej pogodzieLiść tam palczasty za liściem pobiega,I zawsze taki ruch jest, jak na wodzie,A fala idzie od brzega do brzega.A zaś od wschodu het i na zachodzieModrość się nieba szeroko rozlegaI samą sobą tylko łan ów grodzi,Po którym słońce jak raczy, tak chodzi.

Z gór, z trzciną razem spadają strumienie,Ale ich oko nie dojrzy niczyje.Szum tylko słychać, gdzie woda się żenie,Par tylko widać, gdzie ziemia ją pije.Zaraz tam żywsze bujają zielenie,I mgła srebrniejsze tumany tam wije,A zaś rankami, pod nieba przełęcze,Jak malowane wstęgi, wiszą tęcze.

Aż raz, noc jeszcze nad nami gwieździła,Kiedy przez wschodu mrocznego okrajePłonna się jakaś różaność rzuciła,Właśnie jak zorza jutrzenna, gdy wstaje.Wiatr z gór na rzekę szedł, co z szumem biłaZboczami zasię ciągnęły się gajeTrzciny, dostałej do cięcia w swej porze,Co też szumiała głęboko, jak morze.

Patrzę, aż wezmą biec po niej wężykiZłote, lekuchno tym wiatrem pędzone...Zaczem się dłużą w ogniste języki,Wiją, pełgają przez liści zasłonę.Aż się zajarzą palczaste trzcin sztyki,Jak ręce trupie, w komnatę wniesionePrzez zbója... Trzeszczą od spodu trzcin gąszcze,A wierzchem lecą skry, jak złote chrząszcze.

— «Pożar!... Hej, braty! za sierpy, kto żyje»!...I skoczę poprzód: — Raz matka rodziła! —A chłopy za mną na łeb i na szyję,Taka się nagle targnęła w nich siła.A już gdzieś, słyszę, na trwogę dzwon bije.A łuna rośnie... Pół nieba zakryła,Nim my dopadli przez dymu wybuchy...A dzwon precz bije ochrypły i głuchy.

Tedym rozdzielił chłopów na trzy częście,Gdzie jeszcze przystęp był. I w jednej chwili,Skroś trzasku ognia, w płonących trzcin chrzęście,Jak w wojnę, tak my biegiem się rzucili.Łby smaląc, nogi kalecząc i pięścieZiejący dymem, jak nurki, pochyli.Tnąc one haszcze sierpami naszemi,Żeby nie żywić ognia — tuż przy ziemi.

— «Do wód! Do duktów! — krzyczę. — Dalej, dzieci!»Pędzim. Naoślep pędzim, gdzie strumienie.Lecz ogień chybciej jeszcze, niż my, leci,Skacze, przez rowy przerzuca płomienie.Już pożar nakształt wielkiej, złotej sieci,Zagarnia drżące, rozchwiano zielenie,Jak toń jeziorną... Już iskry przez okaSieci pryskają, jak płotki, zwysoka.

Lecz my od flanku bronim i nawrotuNie dajem, nawpół zduszeni w tem piekle.Wpół ślepi z dymu, zawziątku i potu.Tylko tniem, walim i sieczeni zaciekle.W uszach krwi wrzącej huk. jakoby grzmotu,Szum, świst, syk ognia, dzwon jęczy przewlekle,A my trzaskamy, jako w szable krzywe.Trupem przed sobą kładąc wszystko żywe.

Już i w najtęższe nie złożyłby brogiTej naszej kośby strasznego użątku,Już ziemia tli się, już piecze nam nogi,Już piersi ledwo dech łapią w tym wrzątku.Na czarnych twarzach blask łuny złowrogi,A ognia — ani końca, ni początku...

Tak coraz krzyknę: - «Rzędem machaj! Rzędem»!Pędzim, a pożar za nami też pędem.

Aż jako psom się wycina dzik szczwany,Jak my się z ognia wycięli obierzy.Doleciał, wichrem doleciał do ścianyZwalonej trzciny i padł na rubieży.Zrywa się, miota, sam sobą pijany,Tysiąc wysuwa paszczęk po łup świeżyAz wedle duktu stoczywszy się w pole,Gore, jak smoła rozlana po stole.

Zakołychało się morze płomieniKu niebu wzdęte, dzikie, szalejące...A niebo stało w piekielnej czerwieni,Tak pełne dymów, że sczezło w nich słońce.Straszny był widok! Niby urzeczeni,Stanęli ludzie, a jakby tysiąceRusznic odwodził, taki wokół suchyTrzask, a po każdym siarczyste wybuchy.

Szła noc. Dzwon jęczał. A ono boiskoBłyskami naszych sierpów wysieczone,Huczało, to się prze wracając nisko,To na wiatr wiechy miotając czerwone.Aż kiedy ogień zgryzł i zżarł już wszystko,Gdy i jelita własne miał strawione,Dym rudy zaczął z tej kuźnicy walić,Zakrywać niebo i żary łun smalić.

Tak my odetchli, i otarli twarzeZ trójpotu. Wszystko spalone aż do tłaWtem spojrzę, przez tych żużelic cmentarzeLeci, iskrami sypiąc, ognia miotła.To się za chyl i w mroki, to ukaże,Z wysieczonego precz niosąc się kotła

Na żywe trzciny, jakby pod posowąDymów, biegł człowiek z żagwicą nad głową.

Bieży, przystaje, potyka się, skacze,Pędzi, snop iskier za sobą rozpryska.Więc kiedy ja to znienacka obaczę,Jak ryś uderzę, gdy z sosny się ciska:— «Podpalacz! Łapaj! Trzymaj podpalacze!» —Jeszczem nie skończył, kiedy gdzieś z urwiskaGóry strzał huknął... I wnet nu to hasłoCzłek, skry, ognista żagiew — wszystko zgasło.

Przybiegam, szukam, jest! Murzyn. Był goły,Krwawiące świeże pręgi miał po grzbiecie,Łeb rozwalony by dynia, napoły,A jako brukwa, gdy baba ją wgniecieW pulchną rędzinę — zaryty w popioły.Więcem się zdumiał: — «Hej, świecie ty, świecie!»...Bo strzał tak srogi i tak nadzwyczajnyMógł dać człek jeden tylko: Pietr Zagajny.

Ten, w kłusownictwie ćwicząc się od dziecka,Własny modelusz miał na swe naboje.— «Szczędzić proch, chamska — mawiał — nie szlachecka!»...A kul i loftek też sypał we troje.Znała go z tego cała Myszyniecka.Padł zwierz? Nie było sporu. Brał jak swoje.— «Znaczy!» — mówiono. I prawda. Wypalił?Nie to, że zabił: na poły rozwalił.

Strzelbę miał zasię sławnego zawodu,Kurpiówkę. W dziuplu schowana głęboko,Od Szweda jeszcze, nie miała tam głodu,Bo pszczoły lufę zalały patokąCo najczystszego lipcowego miodu.Więc gdy rogacza wziął potem na oko,A wiechy precz mu odwalił od czoła,— «Tatarskie oko! — mawiał — To go pszczoła!»...

Toż kiedy nas tam Komisja dzieliła,A Zagajnego, co kulał w te czasy,Dała na kawę — ubyła nam siłaTęga, a zwłaszcza idącym na lasy.Strzelał Żuk, prawda, i łebsko też biłaFuzyja Żuka. Lecz nie był tak łasyNa strzał i takim nie prażył nabojem,Jak ów, co nigdy nie strzelał na swojem.

Więc tam przy trupie tego murzyniskaWszystko to nagle błysło mi w pamięci.Wtem słyszę — sapie coś. Jakieś wąsiskaW kark mnie czochają. A bakun — aż kręci.Spojrzę. — Tfu, mara! Czy tuman bies ciska?Zagajny!... On sam! Ratujcież mnie, święci!Tak krzyknę: — «Pietrze»!... — A ów mnie przebijeW słowie: — «Pan Balcer!» — Więc padlim na szyję.

Nuż ściskać, pytać, jak, gdzie, skąd, którędy...— «Dlaboga, ten strzał! Poznałem po strzale!»Zaś ów: — «A pukło! Ot, z tej tam facendyPuknąłem, czatę trzymawszy na wale,A on też, głupi, fajt, i trup w te pędy!To nasz. Za kije mścił się. Prawiem wcale

Nie mierzył. Ciemno... Poświecił sam śmierci.A zranić? Toć już lepiej, że na ćwierci».

Lecz mnie nie puszczał dziw. — «A Świercz? A Duda?A Włodarczyki?» — «Są». — «A Ćwiroń z Łęki?»— «Jest Ćwiroń»! — Wtem się zgruchła reszta luda.Ciskają noże, ciskają osęki,Pchają się, krzyczą, patrzą jak na cuda,Nie wierzą, z lewej żegnają się ręki,I w nagłem onem rozjarzeniu ducha,Wszyscy gadają razem, nikt nie słucha.

Wszyscy się śmieją i płaczą z uciechy,Na ono dziwne fortunne spotkanie.Ale Zagajny wąsiska, jak wiechy,Szarpnie, a łza mu przez lico ukanie.Zaczem przykłoni zszedziałej tej strzechy,I puści nader żałosne sapanie,Aż zgrzytnie, ściśnie pięść, westchnie głęboko,I zaklnie: — «Bym cię tu!... Tatarskie oko!» —

Więc rzekę: — «Takaż to tam ciężkość sroga?» —Ale ów milczy, wąs targa i stęka.Widzę — kuleje szpetnie: — «Co? Jak? — Noga»...— «Tutaj na nogi naszym główna męka.Człek w bagnie, jak ten dzień długi od Boga...W buciskach, iż się gada złego lęka,To oboleją mu nogi z mokrościTak, że but ściąga ze skórą, do kości».

Źle! Trzeba radzić. Stanęła wnet rada:Jak my się zeszli, tak trzymać się w kupie.A co tam długu za naszych przypada,Razem odrobić. Niech murzyn się chlupie

W bagnie! A chłopu ta praca nie nada.Tak przy stygnącym powzięli my trupie,Że jutro, wszyscy, wojskiem pospolitemNa kawie staniem. Stanęli my świtem.

Ale w tej ciżbie obrzękłych łazarzyTrudnom się doznał dawnego narodu.Tak się im żółtość rozlała po twarzyŚmiertelnem piętnem febrzyska i głodu.Aż gdy usłyszą — powrót, to zajarzyTakowe po nich światło, jak od wschoduZorza gdy wzejdzie... I łzy się poleją,I one serca uroszą nadzieją.

Więc między nami nie było już mowyO tem, co tutaj donagla i boli,Tylko precz, na te błonia, na dąbrowy,Na te zagony, na skiby te roliDusze leciały, i do tej posowyChat lgnęły, jako wróble do topoli,Abo jaskółki do belki pod strzechą,Krzepiąc się oną daleką pociechą.

Ale robota nie szła. Stary, młody,Żaden z nas nie mógł z murzynem iść w parze,Bo my po jednej łuskali jagody,Zaś murzyn, palce jakby po fujarzePuszczał, przebierał, a tu na wyprzodyZiarna leciały same. To po miarzeSzóstej i siódmej zsypywał do wora,A nasz dwie, trzy miał z trudem do wieczora.

Więc się we wszystkiem przed nami to pchało,Pierwsze do kotła, do łyżki, do miski.Tum głodny, tu się ledwo co zostało,Nim one sprosne napchali se pyski.

Tak cierpim. A tym jeszcze tego małoI z dziewcząt naszych chcieliby mieć zyski!Nuż mrugać, nuż te lśniące szczerzyć zęby...Małpy!... Aż jeden zuczył się: «Daj gęby!»

A te kozice w śmiech. Lecz nam do śmiechuNie było. Same garście szły w kułaki.Więc jak w kowalskim huczało tani miechu,Bo i my im się dawali we znaki,I prędzej, później, musiało do grzechuPrzyjść. Bo i jakże?... To takie cudaki,Przeciwko Bogu i samej naturze,Nad katolickim ludem będą w górze?

Jak więc, gdy zwolna ściągają chmurzyska,Nim wicher huknie i pędu im doda,Nieznośna duszność powietrze uciska,I oniemiała w sobie stoi woda,Gdzieś zagrzmi, niebo śniade gdzieś się łyska,Gdzieś w paszach trwoźny ryk wypuści trzoda,Gdzieś piach się wirem porwie i zakurzy —Tak było z nami. Czekaliśmy — burzy.............

Aż raz, Marychna Dudkowa, przed nocą,Uśpiwszy dziecko, szła w rzece prać chusty.W pacierz — wrzask słyszę. Tak skoczę: A to co?Dobiegam, patrzę, a te drapichróstyCiągną niebogę oną i szamocąWe trzech. A bród był odeszły i pusty.Tak krzyknę: — «Bywaj!» — I spadnę, jak kania,Na dwóch, a Dudek trzeciego dogania.

Widząc ów, że tu może być przegrana,Zwrócił się nagle, łeb zniżył pochyłyI wyciął w Dudka na podób barana.Jęknął chłop, a iż dużej nie miał siły,Nasiadł go murzyn i wziął pod kolana,Aż chłopu gębą śliny się puściły.Tak krzyczę: — «Broń się! Nie daj!» — A mam ręceZajęte, bo dwa łby murzyńskie kręcę.

Aż kiedym w młyńca puścił te wisielecTak, że ich czarność stała się błękitna.,Kiedy im w szczękach zatrzasły się kielce,A kręgi w karkach coraz to zazgrzytną,Cisnę obadawa łby, nic patrząc wielce,Gdzie, a one też o ziemię jak wytną,Tak zgasły. Jeno przez zbielałe oczyKrwawa się gałka chwilę jeszcze toczy.

Do Stacha — zamdlał chłop. A tu już waliZ okrutnym wrzaskiem murzyńska czarniawa.Już mnie, jak mrowie, gęsto osypali,Już lecą razy to z lewa, to z prawa.— Źle! — myślę. A wtem zagrzmiało woddali,I sroga wstała nad ziemią kurzawa.Nasi! Jak burza na wichrach nadlała,Lecą! Na czole Roch leci Zatrata.

Lecz ja, onego dzierżąc za czuprynę,Co Dudka nasiadł, jak krzcczot zająca,— «Sam! — krzyknę: — Do mnie! Bij w Bożą godzinę!»Wpadł Roch, już ono mrowie kołem strąca,Już twarze w ogniach błyskają, już sine,Aże się kupa uwiązała wrzącaI zawichrzonym potoczyła kłębem.Gdzie każdy walił, dusił, tłukł, rwał zębem.

Nie było widać, kto tam kogo bije,Kto górą stoi, a kto poszedł dołem,Bo ręce, nogi, ramiona i szyjeJednym się wrzątkiem kotłowały społem.Aż kłąb rozciągnął się, wydłużył w żmiję,Którą wnet puhą w kark czarny uciąłem,Zaczem rozpukła, miotając się w strony,W dwa grzmiące dzwona i we dwa ogony.

W ogonach walczy pospolita luzu.W dzwonach najtęższy war i trzaskawica.Tam Kos, tam Bandys, tam Srokacz łby tuza,Tam i Żurawy pracuje kłonica.Niejeden czerep pękł nakształt harbuza,A ślepie gasły zdmuchnięte, jak świéca,Gdy się tak kołem dzwono przewalało,To czarno powierzch idąc, to znów biało.

«Bij, zabij! Kupą!» Tymczasem już nowaChmura murzynów z folwarku przypadli.Wnet Jedna z drugą zrasta się połowa,Grubieje ogon, kadłuba dopada,Aż nagle z kręgów wysunie się głowaCzarna, u tego olbrzymiego gada,I kręcąc żądłem jadowitem — syka...Poznałem wodza czarnych, ich królika.

Stał prosty, pyszny, łeb trzymał zadarty,I hardym wzrokiem do bitki wyzywa.Pobok dwóch drabów czyniło mu warty,Szczekając, białek przewracając szkliwa.Tak myślę: — «Skoczę!» — A plac był otwarty,I już mi wichrem zjeżyła się grzywa,Gdy wtem żelazny kleszcz chwycił mi ramięZ tą mocą, w której czuć, że kość połamie.

Był to Zatrata. — «Mój panie Balcerze!Ostawcie! Ja go już obrócę zdrowo!» —Tu stąpi krokiem, pod boki się bierze,W kozła nastawił brwi, wyrzucił głowąI tak zakrzyknie w okrutnej cholerze:— «Pies niech ci gębę liże z twoją mową!Sam tu!... Do pola, hyclu!...» — Tu w garść plunieI cały w grzmiących błyskaniach nań runie.

Widząc, że idzie tu na gołe pięście,Rzucił król dziryt, odepchnął precz sługiI na Zatratę w okrutnym szedł chrzęściePiór, co był niemi obwieszon, jak długi.Tak my stanęli, patrzym — komu szczęście? —Lecz ci przypadli na się raz i drugiZ takim impetem, że w tej samej chwiliNawstecz się sami sobą odrzucili.

Pierwszy się królik pohamował w pędzie.Utrafił! Piachu podniosły się chmury.Nuże po sobie prać! Patrzym, co będzie,A ci, jak gdy się dziobami dwa kuryZwiążą, kokoszę zajrzawszy na grzędzie,Tak się związali, wszczepiwszy pazuryWe łby, i tak się wodzili dokoła,Piersią u piersi i czołem u czoła.

Więc krzyknę: — «Cóż to? Spowiedź wielkanocna?Pókiż tam szeptać będziecie do ucha?» —Bo już mnie warem zalewało docna,I sama w garści kręciła się puha.A wtem się puszczą. Lecz, jak fala mocnaPodbije falę, iż każda w swą bucha,Tak się rozskoczą i dyszą przez chwilę,Aż znów przypadną na się w świeżej sile.

Zwarli się teraz ogniście a szczerze!Grzmi murzyn, zgrzyta zęboma jak strzyga.

Zaś Roch, jak młocek, tak w równej precz mierzeTo pięść opuści, to znowu ją dźwiga.Co utnie, leci z królika pstre pierzeNa wiatr dokoła, aż w oczach się miga.Właśnie, jak kiedy, zarżnąwszy kapłona,Baba mu pióra rwie garścią z ogona.

Tymczasem, jako się w obrosłym stawieRuszonej wierzby kołychanie dwoi,Tak w onej bitką dyszącej czarniawieRuch i cios każdy przejmują wnet swoi.Ten się zastawia, ten pada już prawie,Ów okamieniał w skoku i tak stoi,A coraz, z wrzaskiem murzynów, polata:— «Bij! Dobra! Górą Roch! Górą Zatrata!» —

Wtem — patrzę — słabnie chłop. To się powinie,To utknie, to łbem zatoczy do dołu...Już murzyn obie garście mu w czuprynieTrzyma, i już się taczają pospołu.Takem się zdumiał. Bo widzę po minieSrogosierdzistej, że chłop wziąłby wołu!Wtem królik, jakby wysadzony prochemZ harmaty, kozła wyciął — het — nad Rochem.

Tu go chłop czekał. Jak żbik w bystrym skoku,W powietrzu chwycił króla w pas i trzyma.Próżno chce murzyn na ziemię dać kroku,Próżno grzmi pięścią i błyska oczyma.Zagruchło w kupie, jak w czarnym obłoku,Co go wichura pędzi, a grad wzdyma,Aż nagle, kawał ciśnięty polanaŚwisnął i podciął Rochowi kolana.

Zwalą się razem, zaryją się w ziemi,Jak podrąbane na boru swie sośnie.

Ściska Roch króla szpony żelaznemi,Lecz król go dusi i gniecie nieznośnie.Bez tchu, bez ruchy patrzym, stojąc niemi,Gdy wtem coś z górki łysnęło ukośnie,Tuż huk, kłąb dymu, i strzał piorunowyPierś z piersi strącił precz i głowę z głowy.

Wrzask buchnął. Czarnych rzuciła się kupaNa majdan. Nagle, jak wilcy zawyją...Tam z królewskiego kadłuba krew chlupa,A łeb się toczy odstrzelon wraz z szyją.Tak chwycą tego czerwonego trupaI tym się strasznym sztandarem nakryją,Jak burza lecąc na rozhuk postrzału,Co po pagórach zacichał pomału.

Ale Zatrata porwie się na nogi,Strząchnie, z onego wyskoczy ukropa,Ogłuszon jeszcze bitką, lecz jużsrogi,I w nich! A było naszych pod sto chłopa.Pędzim... Wtem: «Stójcie! Stój!» — Napoprzek drogiLeży Zagajny. Piętami piach kopa,Ręką wiatr grabie, wypręża się, ziewaI — trup! Spojrzałem: Wyprute miał trzewa.

Tak mi się w oczach świat nagle zasini,Jak przy gasnącym gromnicznym ogarku,Bo widzę, że się tutaj o krew czyni,I że stąd cało nie wyniesiem karku.Lecz już na folwark runęli murzyni(Niewiasty z dziećmi były na folwarku).Tak nie szło myśleć długo, tylko trzaskaćW kije, a nożem po żebrach ich głaskać.

Jak burza spadlim. A już częstokołyZaparte były u onej fortecy.Już strzały lecą z niej, jak z barci pszczoły,Już dzieci słychać krzyk, już wrzask kobiecy...Lecz my zębami prawie rwiemy koły,Jak taran walim, podkładamy plecy,Trzeszczy... gruchnęło! A to z takim pędem,Że ci, co parli, też gruchnęli rzędem.

Piekło!... Ryk, wycie, twarze nieprzytomne,Upiorne, śmiechu szatańskie wybuchy,Na drzewcu trząsa drabisko ogromneCiałeczka strzępy krwawe i pieluchy,A Maryś — (war mnie zalewa, gdy wspomnę,I ręka teraz jeszcze szuka puhy) —Między murzynów kupą rozciągniona,Twarzą do nieba, martwa leży, zmięta.

Tak my się wściekli. — «Jezus i Maryja! —Nieludzkim głosem Zatrata Roch wrzaśnie:— Noga stąd żywa nie wyjdzie niczyja!Poświecić trupom! Niech będzie im jaśnie!» —Tu młyńcem puści kół, nad głową zwija,A kogo trafi i kogo utrzaśnie,Już się ten z nikim nie będzie potykał,Taki mu wieczny zrobi pacyfikał

Porwą się, całą natrą w niego ławą...Lecz on zamachnął szeroko ośnikiem,Jak kosiarz, kiedy idzie wielką trawą.Więc z wyciem wstecz się rzucili i z krzykiem,A on, to w lewo grzmiąc, to znowu w prawo,Nie zatrzymywał długo się nad nikiem,

Ale szedł we krwi i w ognistym pocie,Zapamiętany w swej srogiej robocie.

Lecz insi też w swą biją. Tuż Jan BaniaNiósł za Zatratą, na podób grabiska,Drąg kuty, setny. Ten w kupę zaganiaŁby, i pod kosę zbija je, i ciska.Gdzie machnie, słychać śmiertelne wołania,On nie dba. Idzie i dusze z ciał iska...A taka moc w nim, że nielża tam zabiecO żywot, gdzie ten straszny przejdzie grabiec.

Tuż Bugaj, płacząc z okrutnej rzewnościO tę niebogą, łzów pełne ma oczy,I ślepo wali, nie bacząc, gdzie kości,Gdzie mięso, wszystko rąbie, miesza, tłoczyI tak przed sobą krwawą drogę mości.Nie czuje, że sam ranion jest i broczy...Tak czyniąc jatki te, coraz zachlipie,Właśnie, jakoby kat płakał na stypie.

Zaczem Hnat Jurko pędził i Żurawa.Hnat spodem, chyłkiem, jako więc derkaczeSznurkują, kędy co bujniejsza trawa,Po nogach razi, podbija je, skacze,To z lewa w łydki urwie, to znów z prawa,A coraz wrzaśnie: — «Wy, dusze sobacze!Niechrzty wy!... Czotry!» — I tak go po głosieZnać, gdzie jest, jako derkacza o rosie.

Ale Żurawa, który był cechowyI nosił pierwszą chorągiew w Sterdyni,Ciśnie kapeluszprecz, obnaży głowy,Jak do pacierza, krzyż święty uczyni,W garść plunie, chrząknie, i tak już gotowy,Nuż po czerepach łupać, jak po dyni!

A coraz wzdycha na głos, przerywanie:— «Na chwałę — Twoją — prze-najświętszą — Pa-nie!

Tam kówiąc, sięga pałką. A gdzie amentWypadł, tam puszcza ją, niby z trafunku...I zaraz dziki wybuchał tam lament,I już żadnego nie było ratunku.Tak śmierć rozdzielał, jakoby sakramentWijatykowy dla dusz opatrunku.A co którego zwalił, to ukosemPoglądał w niebo i pociągał nosem.

Przy nim jak ciężka piorunami chmura,Co błyska, zanim grzmot wypuści srogi,Rum sobie czyniąc kłonicą, Sekura,Sam niemy — niemo trupa strącał z drogi.Za czapę zatknął dwa królewskie pióra,Iż mu u głowy sterczały, jak rogi.Tak szedł, piekielny, a oczy mu czarnieGorzały, niby wilkowi latarnie.

Zaczem się parła luza pospolita,Wzbijając tuman kurzu, jak barany,Tak w sobie zwarta, nieustępna, zbita,Jako dębowe kłody i tarany.Kto koła niema, zęboma rwie, chwyta,Bo się już naród czynił opętany...Więc jak przed grzmiących wód srogą nawałą,Wstecz się, przed kupą oną, wszystko miało.

I jeden tylko Dudek, co tam runąłNa pierś Marychny swojej z głuchym krzykiem,JUż się nikomu z drogi nie usunął.I nie nastąpił z miejsca się przed nikiem.

A choć krwi potok przez oczy mu lunął,Trupa się tego uczynił strażnikiem,Jak skrzydła, po nim rozciągnąwszy ręce:I tak stratowan był i zginął w męce.................

Lecz ja, skinąwszy sobie do pomocyPietra Bandysa i Ziąbę Wawrzona,W bok się rzuciłem, i skryty od nocy,Zabiegłem bandzie chyłkiem od ogona.Dopieroż po nich prać!... Skoczą jak z procy...My wpozad, z przodku kłonica czerwonaRocha Zatraty, więc się to rozpryśnieW boki, jak twarog, gdy śruba dociśnie.

Ryczą, pierzchają, padają, gdzie ślisko,Na trupy, na jęczące rannych ławy.A miesiąc prawie wytoczył kolisko,Ogromny, groźny i dymno-jaskrawy,I tak obświecił to krwawe boiskoI twarze w ogniach — sam w ogniach i krwawy,I były niebo i ziemia — jak piekło...A nas gwałt, bójka, rozpacz — wszystko wściekło.

Tak, tak my dziko te łby oczadziliWe krwi zaduchu, w parach, w trupim swędzie,Że jakby trzasnął grom, tak jednej chwiliWpadlim, wszyściuchno potłukli w facendzie,I w miasto! — Miasto leżało w ćwierc mili.Tak jednym wichrem i w jednym rozpędzieMordować lecim, bić — co się nawinie...Niech się zawali świat! Niech wszystko ginie!

Roch, jak zhukany buhaj, pędzi przodem,W rękach mu furczy okropna kłonica.

Nad nami dymy ciągną korowodem,Bo naród sobie żagwami przyświéca...Zmizerowani krzywdami i głodem,Jak piorunowa pędzim nawałnica...Kto ranny, nie wie nawet, że ma ranę.A wszystkie oczy gorą, krwią pijane................

Ale murzyny, jak zwierz rozpłoszony,Woadły już w miasto, rozniosły już trwogę.Więc gdy lud dopadł, a pożar czerwonyPuścił przez niebo ognistą srężogę,Zakołychały sobą wszystkie dzwony,A na miesiącem usrebrzoną drogę,Wśród tłumu mieszczan i dzwonów rozjęku,Ksiądz wyszedł przeciw nam, a krzyż miał w ręku.

Jak więc gdy nagle o mur trzaśnie głowa,Stanęlim. Ręce opadły z ożogiem.Ksiądz takoż stanął. A nie rzekł ni słowa,Tylko to drzewo krzyża z Panem BogiemPodniósł, a ona męka ChrystusowaMiesięcznem światłem zajarzyła błogiem...I tak przeżegnał nas — Ukrzyżowany...Dopieroż my tu w płacz, jak w te organy:

— «Chryste!... O Chryste!... A bądź-że Twa wola!A nie daj-że nam przepaść w cudzej ziemi!Toż my sieroty!... A stań-że od pola!A broń!»... — i tłuczem o ziem łbami temi,A jęk się dzwonów szeroko rozkola,A krzyż odchodzi śladami srebrnemi...Więc się obrócę, jakom był u czoła,I huknę, we łzach cały: — «Do kościoła!» —................

Tak my ruszyli wielką procesyją,A krzyż ów jasny świecił nam, gdzie droga.Idziem, a wszystkie dzwony ku nam biją,Ażeśmy przeszli święconego proga.Dopieroż jak nie hukniem litaniją!...To jakby zawiej porwała się srogaLecących w niebo dusz, ze skargą, z łzami...— Kyrie elejson!... Zmiłuj się nad nami!...

Klęknął ksiądz. Ognie migają mu w twarzy.Zacisnął usta, zapatrzył się w Boga,Gdy tak ten naród od samych ołtarzyRozkrzyżowany legł, aże do proga...Pomost ci to był mizernych Łazarzy,Których zdeptała moc Boska i noga...A on lud, grzbietu poddawszy w pokorze,W prochu obliczem legł, pod stopy Boże.

Aż gdy spłynęła ta pierwsza żarota,Ksiądz do nas: — «A wy łotry! A hultaje!...(Polak był, młody, a zwał się Błahota)— To tak?... To takie u was obyczaje?...To wy, jak zbóje, z nożami we wrota?...Z żagwią?... Z ożogiem przez cudze te kraje?...Siedemkroć czartów rogatych w was siedzi!...Bić mi się zaraz w piersi!... Do spowiedzi!...

I nie czekając, aż zbliży się który,Sam rozkrzyżował szeroko ramiona,A twarz sierdzista, po której szły chmury,I piorunami z pod serca złocona,Strzymać nie mogąc szarpiącej wichury,Nagle w łzach jasnych stanęła zalśniona,Iż gasły na niej łyskania i gniewy,Skroś tej srebrzystej, nawalnej ulewy.

Zaczem gwałt ony przemógłszy na sobie,Tak zaczął mówić słowami rzewnemi:

— «O ziemio polska, spowiadam się tobie!O wiosko moja! O szmacie ty ziemiOjczystej, który tam płaczesz, w żałobieNie zaoranych pól... chaty pustemi...Ugorem życia i czarnym odłogiem...— Tobie spowiadam się, jakby przed Bogiem!

I wam spowiadam się, chróściane płoty,Com was rozgrodził, gdy wicher się srożył...I tobie dachu mój, snopami złoty,Gdzie Bóg mi bronę na gniazdo położył...I wam, ojcowe mogiły-sieroty,Którem o proch swój i kość swą zubożył...Psu przykaż proga, a będzie ci leżał,A jam cię, ziemio rodzona, odbieżał!...

Nie miłowałem, jakom miał miłować,Alem cię przedał, jak Judasz, za myto...Nic bojowałem, jakom miał bojować,Za ciebie, coś jest na krzyżu przybitą...Nic zachowałem, co miałem zachować...Zdradziłem chatę, lipami nakrytą,Która chowała mnie jak matka syna —Zdradziłem!... Moja wina!... Moja wina!»..................

Grzmotnął się w piersi, a tuż, jak sto młotów,Huknęły twardo zaciśnięte ręce,A dusze padły w proch z tych bystrych lotów,W niewymówionej żałości i męce.Strzelistych jęków utkwiło sto grotów,W każdym załamie murów, w każdej wnęce...I tak nas zeszedł świt i jasność sina,W tających szeptach: — «Moja... moja wina!»...

Comments

Loading comments…