Pan Balcer w Brazylji — IV — I

O utęsknienie! O duszny ty głodzie,Którego cudzym nie utłumić chlebem!Żaglu, co nosisz obłąkane łodzie,Oceanowych dróg pienistym źlebem!Wietrze, wiejący ku miłej zagrodzieNa każdą chwilę i pod każdem niebem!O bystre skrzydło, na którem się ptakiKu gwiazdom noszą śródniebnemi szlaki!

Tyś to nam było gościńcem i drogą,Którą się nasza rzuciła gromadaW świat, niedeptany jeszcze ludzką nogą,Gdzie nic po swemu do człeka nie gada,Gdzie nijak, o nic nie pytać nikogo...Tyś to nas, jak te żórawiane stada,W powrót poniosło pod zorzy obłękiem,Obwołujących się żórawim jękiem!...............

Dotąd ja widzę ordynek nasz cały:Młódź bystra poprzód, za nią Roch Zatrata,Tuż Kuba, Ziąba Wawrzon, dwa Koźbiały,Pietr Bandys, Bugaj, Kacper, zwan Harmata,Dalej, w starości swej zeszłej struchlałyHorodziej, drepce, włos za nim polataMleczny, jako więc łabędziowe pióra,Za Horodziejem Szczęśniak, Lis, Sekura.

I ciebie widzę, Marychno Dudkowa,Dzieciątko swoje tuląca w chuścinie,Drżąca, czy Bóg je weźmie, czy zachowa...I ciebie, Dudku, i ciebie, MarcinieSrokaczu! Twoja ogolona głowa,Jak żywa, tam mi widna w tej godzinie...Tuż Zagajnego widzę, widzę Struga,I ciebie, święta staruszko z nad Buga!

Stajała nasza kupa, jak śnieg taje,Kiedy go słońce marcowe obświeci.Huk ludu ciągło na one wyraje,A teraz ostał co drugi, co trzeci...I oto znowu na ściężaj nam stajeDroga, przez którą ptak ztrudna przeleci,Niebo i ziemia... A my między niemi,Ani z pod nieba tego, ni z tej ziemi.

O, ktoby mi dał, iżbym tę gromadęMógł wymalować, ku ludzkiej pamięci!Idą. Dech świszczy. Wychudłe i bladeTwarze. Pod węzełkami idą zgięci.Stopy ich broczą krwią... Tu więc ja kładęRękę, w te ślady, w te krwawe pieczęci,Iżby nabrała koloru tej męki,Choć wiem, że nigdy nie zmyję już ręki.

A zaś opowiem wszystko i wypiszęAż do ostatka tułackie te drogi.Bo mi się serce na wichrach kołysze,Jak sęp rybołów, nad morskie rozłogi.Ode dna, wielkie głosy biją w ciszę,Narzekające, i widać tłum mnogiMar, z których każda wspominania żądaI śniadem licem skroś fali przegląda.

A ja, na mary owe patrząc zgóry,I jęku głosów tych nabrawszy w duszę,Rozciągam skrzydła, zakrzywiam pazury,I pierze, rdzawe krwią, na piersiach puszę.Zaś spadam, błyskiem bijąc w mar tych chmury,Cały rozwiany w lotu zawierusze,A ile chwycić i unieść mam mocy,Tyle ich falom wyrywam i nocy.

Lecz one, wisząc u piór moich końca,Ociekające deszczami srebrnemi,Wołają: — «Ty nasz zbawca! — Ty obrońca! —Ty imię nasze zachowasz na ziemi,Iż wygładzone nie będzie z pod słońca!»... —A wtem je smętność grobowa oniemi,Bowiem przypomną, że nie wrócą żywo,Lecz jak rozwiane echo i słów szkliwo................

Rzucili my się skroś borów. A byłoTego, jak morza przed nami. Te drzewa,Te krze, to się to aże bałwaniłoW sobie, jak fala, gdy falę zalewa.Więc tego ludzką nie przebrodzić siłą,I wyjść stąd żywo niech się nie nadziewaŻaden, bo mu ta puszcza pierworodnaNie pofolguje, i musi iść do dna.

Ale że było rozruchu niemało,Zanim to sobie naród dał przełożyć.Bo się każdemu z przodku wydawało,Że tylko iść, a iść, a kroku sporzyć,A łbem przebijać gąszcze one śmiało,To musi bór ten na świat się otworzyć.A nikt nie liczył — o czem iść? Choć letce,Co miał, na plecach uwiązał w płachetce.

Wiedziałem, jako tu gdzieś bliższą drogą,Przez step, do rzeki można, pod wschód słońca.Lecz za borami naród trzymał srogo,Jako że owe pożary gorącaW leśnych nas kniejach tak łatwie nie zmogą.Więcem już swego nie przeparł do końca,Bo się niewiasty, dzieciątka co miały,Też bardzo pilno przy borach ozwały.

Tak my się darli dzień i drugi darli,Przez bór ten, jak przez okrutne boisko,Gdzie społem żywi prą się i umarli,I gdzie od trupa pod nogą jest ślisko...Lecz my, jak raz się w gęstwinę tę wparli,Tak szli, nie wiedząc — daleko czy blisko,I ślepo się w tej plątając obierzy,Gdzie i ten pień ci wróg, co gnijąc, leży.

Naprzód, a naprzód! Hej, są takie moce,O których człowiek, że je ma, nic nie wie.Aż gdy nim dola, jak pies, zaszamoce,W kościach mu ono zajarzy zarzewie...Na gniazdo lecąc ptak, zcicha świegoceI wielkie morze przemija w tym śpiewie...Tak dusza w ludzie czyni się skrzydlata,Gdy wie, że miłej krainy dolata.

Aż pod noc trzecią — stój! Golaźnia byłaNiegwałtem wielka, a na niej szałasyI krzyż. Pod krzyżem ziemia się czerniła,Jak kopczyk chróstów wygasłych za czasy.Ruszym my bliżej, aż ona mogiłaJak się nie porwie, nie wrzaśnie na lasy!Jak nie zakrąży nad nami chmurzyskiemZ okrutnym skrzydeł łomotem i piskiem!

Spojrzę ja — żywe Chrystusowe rany!A toć tu na żer padła sępów kupa!Toć tutaj leży człek nie pogrzebany,W płótniance, w kierpcach, nasz!... Więc się do trupaRzucim, a baby w płacz, niby w organy,A ówże, nakształt krzyżowego słupaRozkrzyżowany, śmiejący się niebuNagiemi kośćmi szczęk, i bez pogrzebu...

Bo śmiał się. Ten trup — śmiał się. Ta kość suchaŚmiała się oną śmiertelną rozpaczą,Co z szczęk otwartych bez głosu wybuchaI z oczodołów pustych, co nie płaczą.Mróz poszedł po mnie... Ha, jeśli Bóg słuchaŚmiechu tej kości, nad którą tu kracząSępy, to w niebie spać nijak nie może,Chociaż gwiazdami wysłane ma łoże!

Na krzyżu napis: Polska Kolonija.Rok osiemsetny dziewięćdziesiąt cztery.A zaś poniżej: — Jezus i Maryja! —Kozikiem, grubo wyrżnięte litery...Krzyż przez ramiona różaniec obwija,A pod różańcem nacięcia siekiery:... Raz, dwa, trzy... dziesięć... dwadzieścia... Tak głowyPadle tu liczył ostatni karbowy.

Wkoło mogiłki,a po nich się czerwieMrowi, z szelestem suchym, naskroś piasku.Sęp to zapadnie, to znowu się zerwie,W potężnych szumach i w czarnych piór blasku.Nic znać, co świeżo sypane, co pierwie,Bo wszędy górki padają się, w trzaskuSpękanej ziemi, i wszędy kość białaSterczy, do naga obrana już z ciała.

Na kościach widne siermięgi, kapotyPodlaskie, szyte taśmami czarnemi,Chusty, rańtuchy niewiast, i włos złotyDzieciątek, z onej wygrzebany ziemiWięc uderzyły na mnie zimne poty,A żadnej ślozy nie czułem za temiOczyma, com je wbił w one mogiły,Twarde a zimne, jak lodu dwie bryty.

Poklękły baby: — «Wieczne spoczywanie!»...Szepcą, wzdychają... A już się krew we mnieRzuciła warem... Tak krzyknę ja na nie:— «Ciszej tam!... Co tu gębę psuć daremnie!Tutaj nie cmentarz! Tu kruki i kanieWyżer swój mają! Tu ziemia nikczemnieZdradza swe trupy przed sępów oczyma,A spoczywania żadnego tu — niema!»

Więc płacz tem cięższy buchnął. — Ot, ci dola!Ot, panowanie, bogactwa, wolności!Ogolonego z boru szmatek pola,I te psie budy, i nagie te kości!— A niechże tam już!... Niech Boska już wola!...Niechże już świecim tym borom, w jasnościTych białych czaszek, co są, jak miesiąceZaryte w ziemi, a w niebo patrzące!...

Chcieli iść ludzie w szałasy — nie dałem.Kto wie, jakie tu po nich biły mory...Więc tylko nad tem nie grzebanem ciałemGorzec my piasku usypali spory.Zaczem leżącą siekierę porwałem,I dawszy zacios ostatni przez koryKrzyża, by regestr głów dopełnić Bogu,Szedłem w gorzkości precz z onego stogu................

A patrz! Tak wszystkie serca się ustałyW tych łzach, jak kłosy obciążone rosą,Kiedy się po nich przechodzi wiatr mały,A one za nim lekuchno się niosą.Więc gdym wstecz ruszył, i chłopy krok dałyZa mną z nawrotem. Czuł naród, że to sąWrota, co tutaj zatrzasły się same,I że nam nie lża przez czarną tę bramę.

Comments

Loading comments…