Pan Balcer w Brazylji — IV — II
W szerokich łunach paliła się zorza,Gdyśmy na borów stanęli rubieży.Już obróceni na wschód i do morza,Za którem — każdy myślał — chata leży.Za nami puszczy głębokie bezdroża,Przed nami — wzrokiem jak tylko zamierzy —Step, skroś sinego ginący otoku,A nas garść, ledwo widna Boga oku.
Ktoby nas widział tam! Te naznaczoneGłowy, na których się już śmierć pisała,A one, przez gwałt żywe i niesioneWysoko, w kim choć krzynkę dusza tlała!
Ktoby nas widział! Ale nikt w tę stronęNie patrzał. Tylko ona straszna chwałaZorzowych ogniów rzuciła nam w licaBlask srogi, niby płonąca gromnica.
Chwilę stał naród, bo wszystkim się zdało,Że jakieś wielkie głosy biją z borów...Więc ten, to owy obróci się mało,Zalśnie od owych jarzęcych kolorów,Któremi niskie słońce pnie dzierzgałoBananów, pinjów, palmów, sykomorów,Czyniąc z nich, przez swą sprawę i robotę,Na czarnych gęślach puszczy — struny złote.
A choć tam dokół pustka była głucha,Wyraźniem widział, jak na struny oneKładą się ręce Zorzowego Ducha,Co ma wpół złote szaty, wpół czerwone.Trącił, a oto pieśń puszczy wybuchaW strzelistych głosów górną antyfonę...Drzewa dostają skrzydeł, chwieją pióry,I w ogniach stoją, jak anielskie chóry.
Tak się ta puszcza przed nami rozwarłaW pośledniej chwili tej, jak skarbca wieko.A co nas pierwej męką prawie zżarła,Teraz, kiedy my od niej szli daleko,Gwałtem się oczu naszych tam naparła,Co prawie krwią już, a nie łzami cieką,
I tak kusiła lud, jak dziwożona,Tajemną cudność ukazawszy łona.
Ale Pietr Bugaj klęknął, odkrył głowę,Grzmotnął się pięścią, jakby u spowiedzi,A wzniósłszy lico wychudłe, surowe,Ciemne od dusznej i głodowej śniedzi,Wziął przygarść ziemi, co pod zorze owePoczerwieniała, jakby ruda miedzi,I pierś zaklęsłą wzdąwszy, by tchu złapać,Ścisnął... Przez palce krew zdała się kapać.
A ów: — «Niechże nas Bóg rozsądzi w niebie!Nas, co my tutaj przyciągli z za morzaW obiecowany kraj ten, i zaś ciebie,Ty cudza ziemio! Aboś ty jest Boża,A my się, grzeszni, na twym struli chlebie,Że z nas tu sucha kość tylko i koża;Albo my — prawi, a tyś jest czartowska...Niechże nas teraz rozsądzi moc Boska!» —
Rzekł i podany w tę złotą srężogę,Trząsł garścią, a łez wielkie błyskawicePrzez twarz mu jasną uczyniły drogę,Jak przez gromową chmurę. Tę prawicęŚciśniętą — widzę do dziś. I nie mogęZbyć z myśli, w jakiej to wzniesione lice —Drgające każdą żyłką — było męce,Gdy ten chłop tak tę ziemię ściskał w ręce!
Szczyptać to była marna tego, aleKto wie, od czego wzlecą albo spadnąOne nad światem uwieszone szale,Gdzie ziarno piasku czasem ciągnie na dno.
Lecz ów, na Boskim jakby trybunale,W zapamiętaniu klęcząc, mocą żadnąOcknąć się nie dał, choć Kos go, jak umie,Tak cieszy: — «Co ta!... Co ta już, mój kumie»! —
I twardy kułak podnosząc do oczu,Chlipał, a wielkie wąsiska mu drgały...Ale Horodziej, co stał na uboczuW płótniance swojej, jak gołąb ten biały,Powiódł rękoma po onem przezroczuPowietrznem, w którem jeszcze łuny grały,I głosem cichym, jakby sam do siebie,Mówił, spojrzenie utapiając w niebie:
— «W Boskim to widać stało dekretarzu,Byśmy w tych borów puścili się bezdna.Paś-że nas tera, ty dobry Owcarzu,Iż nam tu droga ni piesza, ni jezdna,A daj kość złożyć na onym cmentarzu,Gdzie szepcą brzozy, i rosi noc gwiezdna...Ty, co szlakujesz, gdzie owca zapłaczeW cierzniu, i jagnię piastujesz tułacze,
Paś-że nas tera!» — A wkoło, jak wodnaRoztocz, step siniał po nieba krawędzie.Trawy w pas. Idziesz niemi, jakby do dnaÓw nurek, co go trzymają na wędzie,Nic, tylko głębia zieleni bezbrodna,Że jak na morzu, ptak tam nie usiędzieWędrowny, tylko na bujach rozpięty,Pod niebieskiemi zawisa odmęty.
— «Hej! Hej! — zakrzyknie Lis — A to ci paszeNie przesieczone żadną ludzką mocą.Hej, żeby to tak dworskie, a to naszeGromadzkie bydło wegnać tutaj nocą»!A Bugajowa: — «Ja się ta nie łaszęNa cudze! Co mi ta już tera!... Poco?...Albo mi to tu Siwula?... Kwiatocha»?... —Tu żal niewiastę zeprze, więc zaszlocha.
Nuże uradzać, że się to iść ckniło,O tych zagonach naszych, o chudobie,Jak to, jak owo będzie, jako było...Ta ziemia cudza sobie, a ci sobie,Więc że tam wszystko bujało, kwieciło,Ni ich to grzeje, ni ziębi w tej dobie,A każda małość z tej Wóli, z tej Woli,Za serce trzyma i cieszy, i boli................
Idziem. W dzień cichość dzwoniąca się zdawa.Step w blaskach stoi, jakoby nieżywy.Wyprostowana w niebo sterczy trawa,Bez ruchu, gęste ustroszywszy grzywy,Tylko się po niej świetlista kurzawaToczy, migając tęczowemi szkliwy,I nic, i człowiek zgubiony w tej ciszyNa sto mil dokół — dech tylko swój słyszy.
Nagle się szumy szerokie zrywałyNie wiedzieć odkąd, jak na morskiej toni.Wizgiem się wtedy zanosił step cały,Roztętniał jakby pod tabunem koni,I cichł... I znowu szumy przepadałyNie wiedzieć kędy, i cichość znów dzwoni.
I tylko wdali, z chróścianych zasieczy,Murzyn na skórze wężowej zabeczy.
Dopieroż pod noc budzą się muzykiZaczarowanej w tym stepie kapeli.Dopierożbrzęczą te złote gęśliki,Co je z drzew rajskich strugają anieli,Dopieroż gwiazdy, trzepoty, pokrzyki,Furczenie, jakby srebrzystej kądzieli,Cykania, kląski, poświsty, podmuchy...Stronami ciężki łomot i ryk głuchy.
Idziem, aż z onych zielonych czeluściPiechotnych dropiów porywa się stado,Skrzydła, jak żagle rozwiedzie, rozpuści,I wpław pomyka krzyczącą gromadą.A tuż ci z pod nóg zwierz prychnie, zaszuści,Przepadł! I tylko za nim, tą lewadą,W głęboką brózdę nurt trawy się poda,Jakoby czółnem rozcięta skroś woda.
Idziem — nad nami chrząsty biją w błony,By drogi kamień w kosztownym sygnecie.Jedne jak bławat, a drugie, jak onyKrwawnik, a zasię — jak ruta — te trzecie.Właśnie, jak kiedy z królewskiej skarbonyKlucznik przygarściem klejnoty pomiecie,
A te, jak żywe płoną, lecą, brzęczą,Jasną, w kolory malowaną tęczą.
A wtem, na onych szerokich krwawicach,Które tam słońce zachodnie rozlewa,Powietrze całe staje w błyskawicachZłotopierzystych ptaków. Jak ulewaIskier, gdy młoty uderzą w kuźnicach,Tak lecą. Wszystko drga, pali się, śpiewa,Krzyczy, zatacza sobą i szaleje,Jak dziecko płacze, jak szatan się śmieje.
Aż na ostatniej mdlejących łun krasiePokładzie pióra to i wsiąknie w zorze...A im mrok głębszy czyni się, tem zasięMocniej poczyna gorzeć stepu morze.Jak srebrne blaszki na krakowskim pasie,Albo jak świeczki w żydowskiej komorze,Gdy szabas zajdzie, tak gęsto nabiteW trawach, ognice świecą złotolite.
Zrazu głęboko palą się tajnikiStepu, jak próchna, gdy w borach gorzeją.A zaś się wzbiją one latarnikiI księżycowych blasków w step naleją.Aż zawirują, zawiodą tan dziki,I gwiazd lecących uderzą zawieją...Z traw bucha ogień i w trawy znów nurka,A coraz suchy trzask, jakbyś tknął kurka.
Iż są w tym stepie dziwne czarokwity,Co nocą z trzaskiem otwierają kwiaty,
Jedne — jak tarcze, a insze — jak kity,A te — jak miecze, a te — jak bułaty...Chwieją się, szumią, kwiat świeci odkryty,Do serca wnętrzne roniąc aromaty,A nad nim, z głośnem buczeniem się miotaĆmów, bąków, trzmieli pospólna hołota.
Bo tam noc nie jest, jako u nas, rzewnaI pełna łaski na duszną tęsknicę,Kiedy to leda fujarka ci z drewnaŁzami urosi spalone źrenice...Nie jest ni cicha taka, ni tak śpiewna,Ni zadumane nad ziemią ma lice,Lecz, jako wiedźma lecąca na miotle,Kipiący wrzątem życia miesza w kotle.
Więc gdy się nasza pośpiła gromada,Po ciężkim znoju o ziemię rzucona,Dusza się we mnie zrywała i radaSnuła te myśle, jak przędzę z wrzeciona...A jako pszczoła na kwiecie usiada,W kolorach jego i w woni zgubiona,Takem się gubił w te cuda, w te strachy,W te blaski, szumy, poświty, zapachy.
A co największy dziw, ta ziemia wszystka,Sama tu pani, sama gospodyni.Boć z trudna za wieś liczyć kretowiska,Co je po stepie kopają murzyni,Które, gdyby zaś nie dymek z ogniska,Co się tu, owdzie skroś trawy zasini,Łacno, idący, przestąpiłbyś nogą,Jako mrowisko w brzeźniaku nad drogą.
Comments
Loading comments…