Pan Balcer w Brazylji — IV — III

Czwary my dzień już szli o twardym głodzie,Że choć gryź kamień! Alić i kamieniTam brakło... Na nic duch zemdlał w narodzie.Noc klęsła, ludzie ciągli, jak pośpieni,Właśnie się niebo jaśniło na wschodzieWąskim rąbeczkiem srebrzącej zieleni,Gdy nagle między trawy falująceBłysły nam wielkie, czarne półmiesiące

Zagiętych rogów. Kos pierwszy je zoczył,Zamachnął ręką, by dalej — ni krokiem.Stanęlim. Jeden Żuk tylko poskoczył,Iż zwierza bystrem ustrzelił już okiem,Wyciągnął szyję, z rzemienia odtroczyłFuzję, przymierzył... Patrzę na głębokiemŻeraniu stadko bawołów się pasie...Drgnął cyngiel, gruchło setnie! Aż tu zasię

Jak nie wyskoczą nagle gdzieś z pod ziemiMurzyny, właśnie jako źli psy z budy!Jakże nie wrzasną srodze! Jak się temiRęcami w gołe nie zaczną prać udy!Łby w dół i na nas... — A niech was oniemiCzort! — myślę, patrząc na te czarnoludy.Bo z takim szło to impetem, że — w chwili,By mniej narodu — byliby nas zbili.

Alić pierwszego z tych tryków, jak chwycę,Garść mu wszczepiwszy w łeb, by w owcze runo,Jak nie zatrząchnę, jak tę trząchawicęGrochowin, chłopy jak w kułak nie pluną!Byliby im ta zagrali na grdyceZdrowo, bo twarze zabiegły już łuną,

Lecz ów, któregom nie puszczał z mych kleszczy,Macha ku swoim, i stać na nich wrzeszczy.

Takem roztworzył garść. — «A wy sobaki! —Rzekę. — Wy co tu?... Gdzie starszy? Niech gada!» —A ówże trzęsie łbem i czyni znaki,Że strzelać w stepie nie wolno do stada,Że zestraszone strzałem idzie w młakiDalekie i tam po bagnach zapada,Że tylko na sznur, za rogi trza chwytać.Tak mnie porwała złość, więc pocznę zgrzytać:

— «A to go chwytaj, czorcie, sam! — zawrzasnę —Bo ja nie hycel, żebym bydle łapałNa stryk! A z strzelby, jak zechcę, wytrzasnęChoćby do ciebie»! — Ażem się zasapał,I w oczach świece stanęły mi jasneZ pasji. Tak murzyn po łbie się podrapał:Targ w targ, za ćwiartkę bakunu, pospołuZ starem fajczyskiem, szli chwytać nam wołu.

Tak zara my tam na oną ochotęPodnieśli rześki huk, i — dobra nasza!A już powietrze czyniło się złote,Już dech się ranny po twarzach ponasza,Już świta... Pędzim przed się tę hołotęCzarną, jak właśnie barany z kiermaszaW Łukowie, w Miedznej, aboli w Wohyni,A dzień się coraz różanniejszy czyni.

Nagle — stój! — Cóż tam?... — Rzucili się plackiemO ziem. Słuchają, co ziemia powiada...Sza! Cicho!... Dwóch ich popełzło omackiemW traw głębie, nagą piersią, jak u gada.

Znów cicho... Naraz, z rechotem junackiemPorwą się, pomkną... Zaczuli już stada.Pędzą, znów stają... Aż wbok się rozskocząI dwa pierścienie po stronach zatoczą.

Był moczar. Trzciny wysokie dokołaStały, przerosłe poległym szuwarem.Grunt klęsnął. Wody żółte, niby żołaBrudno świeciły sitowiem skroś szarem.Za wodą ziemia ubita i goła,Jak majdan. Tam to, nakryte oparemBagniska, stado zbiło się bawole,A byk potężnej więzi stał na czole.

Już nas uwidział! Przestąpił nam drogi,Łba zniżył, w ślepiach zabłysnął krwawicą,Pochyłe, zgięte wdół, nastawił rogi,Z głuchym pomrukiem jął kopać racicąZiemię, i stał tak rozparty, i srogi,Z obwisłą, rudo zakudloną grdycą.Coraz chrapliwszym zanosząc się rykiem,i z miejsca swego nic myśląc przed nikiem.

A już murzynów kupa zwierza straszy,Łby wyrzucając z pokrzykiem do góry,Klaszczą, hukają. A tuż im i naszyPrzyhukiwają, jak może tam który.Byk stoi. Aż tu od zadu, od paszy,Przebrnąwszy bagno i wijąc te sznuryNad głową, druga kupa się zaczajaNa potężnego onego buhaja.

I nagle, gdy zwierz zajuszon i wściekłyRuszył się na nas, z pian płachtą u pyska,Sznury ze świstem powietrze przesiekły,Już pętla padła... już gardziel mu ściska...Ryknął. Ryk siada zawtórzył przewlekłyJak grzmot, kiedy się po górach rozpryska.Zaczem byk zwalił się, tocząc po stepieGasnące, na łeb wysadzone ślepie.

Tak zaraz triumf grały one ciuryNa wiwat becząc i oną uciechę,Na długich, prostych trąbach z wężej skóry.Zaczem z trzcin tęgą uwiązali wiechę,Na kij ją, szpicem wytknąwszy do góryZaś insi, przez łeb uczyniwszy plechęToporem, wlekli byka na boisko,Gdzie w pacierz jasne gorzało ognisko.

Tutże dopiero Mazury poznałyKucharską sztukę, że równej i niema!Gdy obłupione ze skóry kawałyMięs krwawych, tyczki podetknąwszy trzemaLedwo że nieco u ognia sczerniały,Już je chwytali rękoma obiemaRwąc, jak psi, one ochłapy zdymione,A kość murzynom rzucając na stronę.

Tak w trzy pacierze prawie się skończyłaTa uczta, jakiej nie daj Boże komu!A już gwałtowne słońce, jako bryłaŻywego ognia, paliło bez sromu...Więc w nas moc wszelka ustała i siłaRunęły chłopy, jakoby od gromu,Żarem pobici i zmożeni jadłem,Zarywszy nosy w trawę. I ja padłem................

Ochłodło. Zorza czyniła się niska,Gdym przecknął, jak gdy nagle kto zawoła.Spojrzę, a tutaj owe murzyniska,Ba kun kurzący, posiedli dokoła.Za nimi baby, dzieci, nędzne psiska,Cała hołota poczwarna, wpół goła,Wyległa z swoich kretowisk i kleci,By nam się przyjrzeć. Patrzę, a wśród dzieci

Białe chłopiątko przysiadło na ziemi...To liczko zżółkłe, czupryna ta złota.Jak strzecha ponad oczyma modremi...Tak mi się serce, jak ptak, załopota.Więc krzyknę: «A ty co tu, między temiMałpami robisz?»... — A ów: — «Ja sierota». —«Skąd»? — «A z Radzynia»! — «Jakżeś się tu dostał»?— «Z ojcami. Jeno pomarli, tom ostał».

— «A Chryste!» — krzyknę ze zgrozą, iż czasyZbyt srodze zdały mi się niespokojne,Gdy nie dość, że się z miejsc ruszyły lasy,Lecz i kwiatuszek taki musi w wojnę! —Ale już baby, iż to naród łasyNa wszelką żałość, popuszczą łzy hojneI nuż tą słodką gwarą mazowiecką:— «A sieroteńko! A mojeż! A dziecko»!...

Więc tulić, pytać: — «A jakoż ci rzeką»? —— «Jantek». — «Laboga! — Z Radzynia»? — «A juści»!— «A kajżeście szli»? — «Bo ja wiem... daleko...Jeno że ojcom zmarło się». — «A skróś-ciCzegóż»?... — Tak słucham, a one precz siekąJakby tę sieczkę. — A żadna nie puści,

Jeno znów odsieb przepytać zaczyna.Tfu, że też w gębie nie zaschnie im ślina!

Tymczasem chłopy w radę: — «Toć go przecieTak nie ostawim tu, między czarnemi!Jużci nas teraz Pan Jezus po świecieJako mak rozsuł, po cudzej tej ziemi,Alić nas może do kupy gdzie zmiecie,To i sierotę przygarniem ze swemi...A one dusze zbawione też mogąKrzyż nam uczynić święty nad tą drogą». —

— «Jakże! — Jeszczeby! — Przecie rodziciele»! —Dorzucą insi, kiwając głowami.A chłopię, to w nas pogląda nieśmiele,To ku murzynom, siedzącym z fajkamiWokół ogniska, gdzie trzeszczą w popieleKolby kukurydz. I tak między nami,Jak pisklę z gniazda, chwieje się, zrzucone,Rozbite, że mu ni w tę, ni w tę stronę.

Tak chcemy chłopca brać, alić te tryki,Jak się nie porwą z wrzaskiem wniebogłosy,Dalej się żegnać, jako katolikiChrzczone są, dalej na łbach drzeć te włosy,A trzaskać w udy! Baby — w swą. Krzyk dzikiGruchnął przez majdan. Aż chłopię w łzach rosyOczy podniesie: — «Ja wam iść nie zdolę...Mnie co dnia zimno trzęsie... Tu już wolę!»

Na to Horodziej: — «Ha, rządźże sam, Panie!Kto wie, na co tu rzuciłeś to ziarno?Niechże, gdzie padło z ręki Twej, ostanie». —Tu się niewiasty ku dziecku pogarną

I zazdrośliwie patrzą, jako na nieMurzynka chucha gębą oną czarną...Więc kuma kumie na ucho powiada:— «Jeszcze uroczy!... Jeszcze mu co zada»!...

Alem ja chłopca podniósł za ramiona,Rzekąc: «Widzisz — tam?... Tam!... Jak wejdą zorzeRanne, tak klękaj i patrz! Tam jest onaZiemia! Tam Polska jest! Aby przez morze.Więc patrz i wołaj do niej: — Ty — rodzona!...I bij się w piersi: Bądź miłościw, Boże!A czyń tak co dnia, aż cię Bóg wysłucha.A miałbyś zemrzeć? Tam wypuszczaj ducha»! —

Tu utnę, bom się prawie łzami dławił...A i chudziątko ono też płakało...Wtem Roch Zatrata szeroko rozstawiłRęce: — «Dalej go! A pódzi-no śmiało!Toć wielgoluda Krzysztofa Bóg zbawił,Iż Jezusiczka przez strugę niósł mało.Tak i ja sobie kęs raju przysporzę,Jak cię, sieroto, poniosę przez morze»! —

Schylił się, dźwignął pacholę do góry,I zaraz dużym puścilim się krokiem.Lecz wrzask murzynów, na podób wichury,Długo za nami bił. Aż nas pomrokiemNoc skryła, co już szepcącemi pióryI skrzydłem ziemię obwiała szerokiem.Zaczem ugasła ostatnia pokrwawa,Co się po zorzach wieczornych ostawa.

Comments

Loading comments…