Pan Balcer w Brazylji — IV — IV
Alić im dalej borów, tem się stepyChudsze, martwiejsze, burzej dzikie czynią.Az my się natkli na żywe czerepyZgorzałej ziemi i szli tak pustynią.Nad nami, kręgiem, niebieskie się sklepyOd gorącości okrutnej aż sinią...Zar suchy w górze i żar suchy w dole,A słońce, jakby szydłem w oczy kole.
Patrzą się chłopy po onej zgorzeliNiepewnym, srodze frasobliwym wzrokiem,Aż gdy Borodziej w znak krzyża rozdzieliPowietrze nad tem pustkowiem szerokiem,Kuną w step, jakby nagle uwidzieliDrogę przed sobą. I tak, wielkim krokiemIdziem, iż noce miesięczne się stały,Póki nad nami nic obrzasł dzień biały.
Wtedy, jak zwierz ów, co czeka swej pory,Jaskrawe ślepia zmrużając od słońca,Tak my, bądź jakiej dopadłszy gdzie nory,Srogiego się w niej chronili gorąca,Zycie liczący teraz na wieczory,A tę pustynię spaloną, bez końca,Mierząc nocami, a czując na hasło,Jak u nas «Świta!» — tak tutaj: — «Zagasło!»
A już nad one rozłogi stepoweCzerwony księżyc, jako więc latarniaPożarna, wznosił swą ognistą głowę.Zaczem wzlatuje wyżej, mrok rozgarnia,Jaśni się, drąży niebieską posowę,Jak kula, którą uleje puszkarnia,
Z szczerego złota, aż coraz się mniejszy,Coraz świetlistszy czyni i srebrniejszy.
A wtedy, w onej szerokiej poświacie,Ten step spalony zeschłego muroga,W ogromnym jakimś stawał majestacie,Z którego biła moc wielka i sroga.Idziesz, a czujesz, jak śmierć dycha na cię,Dokładająca pilno swego stoga,I jak te trawy, których noc nie rosiŁzą zmiłowania, — kosi... kosi... kosi...............
A głód przypiekał. Co w płachcie miał któryKukurydzowych placków albo ziarna,To łuskał babom, dzieciom... Kość do skóryJęła nam sucha przywierać i czarna.Osłabły lędźwie, wzrok stał się ponury,Głos schrypiał, milczy gromada wpierw gwarna,A jak bociany późnego wylęgu,Ten, to ów gęsto ostawał w ocięgu.
Lecz Roch Zatrata ogromnym szedł krokiemPoprzód, jakgdyby przybyło mu siły.A choć się mienił ogniami i mrokiem,Chociaż krwią czarną nabiegły mu żyły,W rozradowaniu jakiemś szedł głębokiem,Pod onem dzieckiem mdlejącem pochyły,Co je murzynom odjął i za rajuKrzynkę ślubował nieść aże do kraju.
Mówią mu chłopy: «Niechaj!» A ów: — «Co ta!Toć jak wróblowi szyi nie ukręcę...Trochę lżej, ciężej — jedno! A sierota,I sam Pan Jezus zdał mi go na ręce»! —
A chłopak, to się bezprzytomnie miotaW ogniach gorąca, to w zimnicy męceZębami dzwoni, jakby mróz go chłostał,A wysechł, że się tylko cieniem ostał.............
Tak nam wschodziły te dni i te nocyW szerokiej pustce, na spalonym stepie,Już słuchającym, jak śwista gdzieś z procyMurzyńskiej kamień, jak chwostem gdzieś trzepieW zapadłe boki szakal; jak w niemocyDziatki majaczą... Już patrzącym w ślepieŻółtej hieny, co skrada się zcicha,I na żyjących jeszcze — trupem dycha.
Zebyż przed nami iskierka gdzie złota,Zebyż pastusze na miedzy ognisko,Zeby smug dymu choć, choć żerdź u plota,Zebyż koń zarżał, warknęło gdzie psisko!Nic, tylko pustka niema i głuchota,Tylko to z życia wykoszone rżysko,I tylko w oną miesięczną poświatęŻmij z sykiem czoło podnosi rogate.
Ustały skargi niewiast, dzieci płacze,Ze prawie słychać w tej martwej cichości,Jak nam śmierć po łbach piszczelem kołacze,Jak w mózgach wierci i jak drąży kości.Nigdy ja dni tych trupich nie zabaczę,Gdy my tak szli, a szli, a tutaj cościJakby wołało na nas: — «Dalej! Dalej!Bo się zapada świat! Bo świat się wali!» —
Więc coraz pilniej śpieszyli my kroku,Hóżnc widzenia mający na niebie.To o zachodzie, w ognicach obłoku,Wielki się korab' przed nami kolebie,Skroś morza płynąc krwi... To znów, w otokuMonstrancji jakby, zatajon ów w chlebieChrystus Pan patrzy się na nas z opłatka,A łzy przez srebrne lico płyną zrzadka...
Więc ten, ów, niemo ustami zaruszn,Podniesie oczy w te niebieskie progi,I nagle, jakoby w nim pękła dusza,Jak szedł, tak klęka w pośrodku swej drogi,Nie dba, czy słusza go kio, czy nie słusza.Wyciąga ręce czarne jak ożogi,I na głos grzechy tajemne powiada,I pod miesięcznym kręgiem — krzyżem pada.
Niewiasty zwłaszcza zachwycenia miały,Co niosły dusze, niby pióra ptasie...— Ato Jasieńko w płótniance swej białej,Na tych obłokach mglistych owce pasie.To martwe główki dzieciątek usiałyDrogę przez niebo... To znowuż, po czasie,Las sztyków księżyc wschodzący zapali,A ćma kozactwa prościutko w nas wali
Więc tak ów naród szedł, jak oczadzony,W majaków onych grążąc się topieli.Tak widzę, źle jest! Widzę — trza obrony,Zatrząchnąć ludźmi trza, coby przecknęli!Więc tylkom patrzał, gdzie i z której stronyPiorun mi jaki na pomoc wystrzeli,I one senne widowacze zruszy,Co prawie ziemi odbiegły — dla duszy.
Bo dobrze to jest, gdy się na BielanachKsiądz Kameduła w niebie zapamięta;A niech przeleży i rok na kolanach,Owszem! Ja sam powiadam, rzecz jest świętaLecz naród, który w tych zdartych łachmanachCiał, duszy swojej zbyt popuszcza pęta,Takiemu nadto poddawać nie trzebaOnej słodkości, co kapie w nią z nieba.
Kto je żyjący, ten musi do poryStać twardo, aż go nie zluzuje czata.A one duszne muzyki, kolory.Jak wiatr są, ziemię co z pod nóg odmiata,Ja wiem, że idę przez stepy, przez bory,Gdzie mi rodzona kraina i chata...Ciężko! Lecz onej ciężkości nie zbędę,Gdy się w janielską zasłucham kolendę.
Jeślić źle mówię, niechaj mi przebaczyPan Jezus, a zaś człek — niech mnie przekona!Sam Pan Bóg z raju wygonił oraczy,Boby im zmierzła płużyca i brona.A choć skowronek?... któż rankiem nie baczyKiedy śpiewając wytryśnie z zagonuI prawie, że się w modrości zatraca...Toć tam nie siedzi w niebie! W zagon wraca!
Naród, co duszę na inszy świat żenie,Pewnikiem będzie w sobie słaby, mgławy.A toć i we mszy nie wciąż podniesienie,Ale też insze najdują się sprawy.Z ziemi Bóg pojął człowiecze nasienieA nieba — szczyptę dodał dla przyprawy,Jak ów, co warzę jałową posola...Miałby inaczej chcieć? — toć jego wola.
Dziękaż ci, Panie, i dziękaż ci, Chryste,Żeś mnie postawił przy moim warsztacie,I żeś mi w piersiach dał serce strzeliste,Co młota patrząc, przybacza i na Cię!Dziękaż ci, że to światło wiekuisteNad moją kuźnią w gwiazd palisz poświacie,I za to dziękać, że mi aż do nieba —By w pobliskości Ciebie być — nie trzeba!................
Nagle świat spiętrzył się. Zrazu szły faląPagóry, prawie żywej krzemieniny,To przez moc wielką dźwigną się, to waląW rozpełzłe, żółwim podobne łupiny.Idziem, aż na świt omgloną gdzieś daląSzczytów różaniec zamodrzał nam siny...Zębate, dziko poszarpane skałyWprzecz zawaliły niebo i tak stały.
I my stanęli. Na Boskim zegarzeBiła gdzieś dla nas śmiertelna godzina.Zaczem sczerniałe podniosły się twarzeKu szczytom, kędy wichrzyła mgła sinaSrebrzyste, pełne dymów trybularze,Jak gdy ksiądz kadzić w nieszpory zaczyna.Tak przeciw sobie stanęły dwie siłyI tak się z sobą w cichości mierzyły.
Aż buchnął srogi wark: — «Toć się mówiło,Jako tym stepem wprost dojdziem na morze,A tera bij się, człowiecze, z tą siłą,Co jej i djabeł rogaty nie zmoże»!— «A pocóż my tu przyszli? Poco byłoPuszczać się borów?... Toć tam, jak w komorze,Toby jagodę nalazł, to choć zielsko...A tera drzyj się z tą kupą djabelską»! —
Klnie Lis, klnie Wawrzon; zpodełba i chmurniePatrzy Pietr Bugaj, w wąsiska Kos dmucha.Lecz mnie, kiedym tak pojrzał w one turnie,Zaraz od serca przewiała otucha.Więc tylko głową kiwam: — «Oj, wy durnie»! —Bom wnet zmiarkował, że skoro tak buchaZiemia wzwyż, dziura być musi po górze,A cóżby, jeśli nie morze w tej dziurze?
Ha, idziem. Idziem, jakby na przepadła.Idziem dzień, mało co wytknąwszy z potu,Idziem dwa, trzy dni, nie bacząc na jadło,Na sen, a tylko patrzając wylotu.Sto gór przed nami, sto wpozad usiadło,Że i wprzód ciężko i szukać nawrotuNie lża. Nad głową skrawek tylko nieba,A już ostatki kruszyli my chleba.
Aż bez ratunku gdy my już w te kopyZabrnęli skroś tej kamiennej posuchy,Tak się zrobiła rozpacz między chłopySkipiały onych klątw pierwszych wybuchy.Jak piana, kiedy z kadzi wyrwie czopyZaczem zawziątek przyszedł i wark głuchyAż wszystko ścichło w kupie, i z tej poryNie ludzie my już szli, ale upiory.
Omglało dziecko, to chłop ściskał zębyNa bary rzucał, jak torbę z obrokiemI szedł przez dzikie skał nagich wyręby,Brew nad jastrzębiem usrożywszy okiemMało kto strawę podniósł tam do gębyMało kto gadał. W milczeniu głębokiemSzedł naród — jakby rychlej chciał do końcaI do śmiertelnych portów — na wschód słońca.
Aż i ja byłem już zwątpiewający.A ta nadzieja co zpierwa mi kwiatemZapachła, teraz, jako ptak lecący,Precz się poniosła skrzydełkiem pierzatem,Szedłem, bom musiał, chcący, czy nie chcący,Alem już wiedział, że nijakim światem,Nie wyjść nam żywym stąd! Że tu jest bronaŚmierci, że poczta my tutaj stracona.
Więc co zagadać chcę, to myślę: poco?Już i tak czarna świeca nam się znaczy!A tu co i raz skrzydliska łopocąZ podskalnych dziuplów ruszonych puhaczy.Krążą nad nami dniem i krążą nocą,Żałobnym krzykiem przydając rozpaczy,Aż duch, jak ptak strzelony, upadł we mnie,I jużem mówił sam sobie: — «Daremnie»!...................
Pięć dni, pięć nocy, nie folgując prawieSłabniejszym siłom niewiast i dzieciątekSzli my, jak gdyby po ognistej lawie,Taki w kamieniach okrutny był wrzątek,Oczy posępnie patrzają i krwawie,Usta w gorzkości, na licu zawziątek,I ona srogość ostatniej rozpaczy,Co na nic, ani na siebie nie baczy.
Twardeć tam były chłopy, a niektóryNie mógł zwyciężyć dusznego przestrachuI łeb podnosił nocą, i na góryWył, jak pies, kiedy na chałupy dachuUpiorny księżyc wychynie się z chmuryI stanie; albo gdy zaczuwszy w gmachu
Śmierć, ogon wtuli pod siebie i wyje,Jak surma, długą wyciągając szyję.
Aż się zacięła wszelka ludzka dusza,Iż każdy mękę swoja chował na dnie,A miłosierdzie żadnego nie wzrusza:Idzie, to idzie, a padnie, to padnie.A choć tak sroga była ta katusza,W ludziach śpieszących milczkiem i bezładnieAni na głód się, ni na znój nikt z kupyNie skarżył. A padły pierwsze trupy.
Świt był. Od wczoraj jeszcze Roch ZatrataW tyle się z dzieckiem ostał, za wszystkiemiChłopcu się ona głowina kołata,Przez plecy włoski sypiąca złotemi.A tu duszyczka już z niego wylata,I tyle jeno tej trzyma się ziemiCo one wyschłe rączyny za szyjęRocha trzymają... Opadły — nie żyje.
Lecz chłop szedł jeszcze i onę stężałąPasyjkę dalej niósł, w świt wielki, złotyDmuchnięcie ono, co gasi żywotyZaczem się zgarbił, obrócił sczerniałaTwarz ku tej martwej głowinie sierotyI patrząc się w nią, zaszeptał zdumiały:— «Dziecko! Jakie ty ciężkie! Jak świat cały!»............
A wtem, jak zajrzeć, tak wpoprzek nam stanąSkaliska, czubem utopione w niebieNieprzesiężoną, a tak bystrą ścianą,Że ani krokiem nie dawa do siebie.
Pojrzę — turnicą piorunem krzesanąCień lecącego orła się kolebie...A wyżej — słońce czerwone się toczy...A jeszcze wyżej — Śmierć. Tak zawrę oczy.
I lud jak wryty stanął i wejrzenieBłędne wbił w głazy. Sam zdawał się głazem.Tak chwilę trwało srogie pomilczenie,Gdyż wyraz nie mógł naleźć się z wyrazem.Aż — jako gdy się pożaru płomienieNa dach wyrzucą — krzyk, klątwy, płacz — razemBuchnęły z piersi niewstrzymaną siłą,A echo poszło w grzmot i gromem biło.
Co mocy było w ludzie, co słabości,Co upragnienia do miłej przystani,Co głodu w onej wysuszonej kości,Co wiary — i co omylenia na niej —Wszystko buchnęło wichrem nawałnościPo starowiecznej, milczącej otchłani.Nie my krzyczeli, lecz dusze w nas sameKrzyczały... Tak ból zerwał wszelką tamę.
Radzić? Co radzić?... Czy przebić mur głową?Czyli nam pięścią rozwalać te góry?Czyli nad niemi chmurą piorunowąPrzewiać nam? Czy, jak ptak, przelecieć pióry?Czy wracać?... Wracać tą drogą krzyżowąŚmiertelnych potów, głodowej tortury,Tych trupich śladów?... .lęk wyszedł z gromady...Nie było siły — nie było i rady!
Horodziej podczas milczał. Jakiś lichyBył w dniach poślednich i osłabł nam zgoła.Gdyby przemówił, to może by szprychyInaczej poszły u tego tam koła...
Bo choć głos drżący miał i w sobie cichy,Zdało się czasem, że trąba w nim woła,Taką roznośność i moc mu dawałaTa zwiędła głowa i kość ta zetlała.
Lecz we mnie, jako obręcz przydeptana,Gwałtem się prężył duch, chocia przygiętyWięc rzekę: — «Ludzie! Idźmy choć do rana!Możeć zwyciężym jakoś te odmęty!Prawda jest! Sterczy w niebo sroga ściana!Lecz świat na kłódkę przecie nie zamknięty...Olaboga! Zbierzta w kościach resztę mocy!Choć do wieczora idźmy! Choć do nocy!» —
Ale Zatrata, jak kłoda się zwali,Na one żywe głazy: — «Co ta, braty!Co będziem dłużej tej śmierzci szukali?Tutaj jej pole dajma! Tu niech gnatyNasze obgryza! Tu pieron niech spali,Niech głód nas dożre! Co mi?... Niech ta światyWalą się na łeb!... Nic dojdę do Wroniec...Tu leżał będę — trup... Tu zrobię koniec!»
Słuchają chłopy, patrzą... U tych rosyW oku, u inszych spiekota czerwona...Wtem Kos: — «Masz prawdę, bracie!» — A tuż głosy:— «Bo prawda! Juści»! — ! wnet, jakby onaWichura ławą cisnęła pokosy,Tak padli... Gdzie kto stał. Jak te brzemiona,Co je ze siebie grabisko otrząsło,Tak padli. Jak te snopy na przewiąsło.
Płaczą niewiasty. Staruszka z nad BugaPokłękła, ale nie miała już siłyZmawiać pacierza. Więc tylko jak długaKrzyżem się ściele u skalnej tej bryły...
Więc za nią — insze... Tu jedna, tam druga...Tak przyrastało nam onej mogiły,Z której się coraz podnosił głos żywy:— «Bądź nam, ginącym duszon, miłościwy!» —
Więc kiedym patrzał, nic tu nie mogący,Wszelaka jasność zapadła mi w ciemnie...A com miał moc mieć za wiele tysiący,Klęsłem na duszy tak, że podaremnie!Długom żwał w sobie tę niemoc milczący,Aż taki gwałt wstał, taka rozpacz we mnie,Że jej nie strzymać zapartym językiem...Tak runę w niebo śmiertelnym okrzykiem:
...«Bijże w nas wszystka burzo czarnątuczą!Strzelaj pieronem! Nie namkniem ci głowy!Huczcie nad nami, wichry, pieśnią kruczą,Niech nam tu zara dół kopią grobowy!Niech dzikie zwierza kości nasze włóczą,Niech nas ogarnie dech śmierci morowy!Cóż my? Łach ludzki i żywota strzępy...Nie będą ścierwa z nas mieć nawet sępy.
...Tocz się, ty, rzeko żałosna, do morza,Giń i przepadaj, nieznana nikomu!Idźcie, śpiewajcie, tułackie bezdroża,Do czarnej bramy, do wiecznego domu...Niechaj nas wichrem pogna ręka Boża,Niech nas nałamie, jak suchego łomu...Cóż o to? Kto się za nami upomni?...Zginiem? To zginiem sami, bezpotomni!
Ha! Jeśli z tego śmiertelnego stoga,Ten głos, przez one kamienne pustynie,Doleciał gmachu niebieskiego proga,Jeśli kto widział tam, jak lud ten ginie,Apelujący swą śmiercią do Boga,To tam musiały ustać w tej godzinieWszystkie muzyki rajskie, wszystkie chwały,A te anioły — to na głos płakały!
A już się począł zmierzch czynić i cienieGłębokie rzucił na te nędzne głowy,Zapadające w wieczności milczenie,W zdrętwiałość twardą i w pomrok grobowy.Wtem na skał czubach zajarzą płomienie...I zobaczyłem w nich krzyż Chrystusowy,Jak przez otchłanie szedł własną swą mocą...Zaczem świat ugasł i nakrył się nocą...............
Ale Marychna stanęła nad Dudkiem,Cała w bladościach i łunach przestrachu,W czarnej chuścinie, z tem dzieckiem malutkiem,Tak ćwierkającem, jak wróblik na dachu.Więc wlepi w chłopa oczy błędne smutkiem:— «Co ty?... Na dziecko zabaczyłeś, Stachu?Co ty?»... — I bije oną długą rzęsą,A usta — tylko się jej niemo trzęsą.
Wyciągnął rękę: — «Nie płacz, Maryś! Co ta!Siednij tu sobie wedle mnie, niebogo...Raz śmierć... Nie długać to tam jej robota,Bo i tak dechu mało co u kogo...Siednij!» — Lecz ona, od łez bujnych złota,Nagle na twarzy odmieni się srogo:— «Pies ty, nie ociec! — krzyknie — pies!... Nie siędę,Nie zgubię dziecka! Póki tchu — szła będę!» —
I niemówiątko ścisnąwszy w ramiona,Głębiej zaciągła na twarz czarnej chustyI zaraz, jakby wiatrem poniesiona,Zaczęła śpieszno iść w ten pomierzch pusty.Lecz Dudek ryknął, i wnet cała onaRozpacz przez ślozów spłynęła upusty...Chwycił się: — «Maryś, stój! Ja z tobą!» — ZaczemTu, to tam w kupie zaniosło się płaczem.
Tak w rodzicielach serce potajało,Gdy pojrzą na ten drobiazg swój uśpiony,Co u nóg matek jagnięcą i białąTrzodeczką legnął, a był już znaczonyCzarnym na runie krzyżem, i za mało,Za nic, miał pędzon być na te zagony,Gdzie ani wschodzi słońce, ni ugasa,I gdzie śmierć ciche swe trzody pasa.
Więcj jako burza, gdy deszczem uderzyW zemdlone trawy i w ziemi zgorzałość,Wnet spiekłe błonia rozżywi, rozświeży,Tak tam te dusze uświeżyła żałość.I patrz! Dzieciątko jedno, ptak bez pierzy,Jedna drobina niema, jedna małość,Ruszyła naród z tak potężną siłą,Jakby sto dzwonów rezurekcję biło!
Pierwszy, szlochając, porwał się Zatrata:Jakże więc Ziąbie nie padnie na szyję...— «Odpuść! Odpuśćta, ludzie!... Tom za kataChciał być nad wami?... Reta, nie wyżyję!A ździelże który przez łeb mnie, jak brata,Bo mi to serdce na śmierć się zawyje...Toż katoliki my, nie samobóje!...Laboga, zdziel mnie który! Niech sfolguje!» —
Zaczem się dźwigną wskrzeszone Łazarze,Podnoszą ręce, podnoszą ramiona,Siedli, podjęli pobielałe twarzeW niebo, a każda łzami uroszona,Aż się skra życia w źrenicach ukaże...Pobrały matki dzieciątka na łona,Wstają, chcą dalej... Choć nocą, a dalej...Targają chłopów za rękaw, by wstali.
Tak za Marychną pojrzę i za Stachem.Szli pilno, skalnem spinając się zboczem,Pod ciemniejących pomierzchów baldachem,Już mgliści, już tem sinem podobłoczemNakryci... Ona wpierw, najmniejszym strachemNiezlękła, jakby skroś wiedząca o czem,Szła, rzekłbyś, anioł wiódł ją gdzie po steczce,Jako Maryją z Dzieciątkiem w ucieczce.
Dzień prawie świtał, kiedy my na strzemięWschodnie wstąpili skalistego siodła.Spojrzym — przed nami het, precz, wolne ziemieJuż maj, już biodra górom pasze jodła,Już sto ruczajów osrebrza im ciemię,A jak wzrok puścić, tak wstęgę rozwiodłaOgromna, modra i wezbrana rzeka,Co w wielkich błyskach do morza ucieka.
— «Reta»!... — zawrzaśniem, A huk, jakby działoPękło, rozegrzmiał w stu echach przez szczyty.Wnet szpiku w kościach, tchu w nozdrzach przybrało,I tak na one różane rozświty
Comments
Loading comments…