Pan Balcer w Brazylji — IV — V
Dzień prawie świtał, kiedy my na strzemięWschodnie wstąpili skalistego siodła.Spojrzym — przed nami het, precz, wolne ziemieJuż maj, już biodra górom pasze jodła,Już sto ruczajów osrebrza im ciemię,A jak wzrok puścić, tak wstęgę rozwiodłaOgromna, modra i wezbrana rzeka,Co w wielkich błyskach do morza ucieka.
— «Reta»!... — zawrzaśniem, A huk, jakby działoPękło, rozegrzmiał w stu echach przez szczyty.Wnet szpiku w kościach, tchu w nozdrzach przybrało,I tak na one różane rozświty
Walim. Prosto na rzekę walim śmiało.Już się jej modrość mieni w złotolityPas, już go słońce gęsto szyje skrami,Już potop ognia żywego przed nami.
Więc nam się serca podniosły, jak ptakiBystremi pióry lecące na wolę...Chrząknął Lis, Bugaj posięgnął tabaki,Jakby tuż własne ciągnęło się pole,Miedze sadzone w ostróżki i maki,Grusze, szumiące w liść drobny topole,Taka nas rześkość zdjęła, taka siła,Jakby za rzeką zaraz — chata była.
A nikt nie wiedział, że ona wołanaZbyt głośno przez naś śmierć, tuż wpobok kroczy,I że w tych wielkich światłach, już od ranaWytrzeszcza na nas ślepe swoje oczy.A nikt nie wiedział, że w suche kolanaChrzęści, schodząca ze skalnej uboczy,I że te żwiry, co toczą się drogą,Lecą i brzęczą — trącone jej nogą.
Jeden Horodziej zaczuł. Tedy skinie,Rzekąc mi zcicha: — «Mój panie Balcerze,Postójcie mało, bo jakoś mi ninieSłąbo... Nie zdolę tak z wami iść w mierze»... —Pojrzę z przestrachem, a jemu zapłynieLico mgłą jakby i już na się bierzeZmierzch wieczny... Chcę cośrzec, dodać pociechy,Lecz mi się tylko zatrzęsły te wiechy.
Tak krzyknę: — «Stać tam»! — Odwrócą się głowy,A on, bieluśki, jak w kwieciu ta grusza,Wzniósł ręce, modli się niememi słowy.A jakiś górny wiatr — włos siwy rusza.
Ciśnie się naród, gwar ustał i mowy,Jakby w kościele, zrobiła się głusza...Ale Horodziej oczy trzymał w górę,Westchnieniem wzbity nad własną naturę.
Zaś rzekł: — «Toć zdawna już na ręku noszę,Jako siwego gołębia, tę duszę,I zdawna jej się, by leciała, proszę...A ot, i bije w pióra... Ot, i tuszę,Iż jej się ziemia namyka potrosze...Więc cały jestem w lotu zawierusze,I pełne piersi mam wielkiej jasności,I zamiast szpiku — światło czuję w kości.
Tak wy już idźcie przepławić to morze,Aby do chaty prędzej i do domu...A ja już słyszę pukanie to BożeCichuchne, ano huczniejsze od gromu.Toćże zaszczepki nie przywrę w komorze,Gdy mnie Pan Jezus zawoła do promu...Bo oczy moje za śmierci obliczemSą utęsknione... A więcej — za niczem»!
Westchnął. — «Ot, chciałbym może z tego granuWidzieć, jak lud się dobije do końca...Aleć i to tam do woli już Panu...Niechże was Chrystus prowadzi obrońca,A ja już tego nie przebrnę Jordanu...Już mi czas»! — Stał tak, patrzący do słońca,Które z gwałtowną wzbijało się siłą.Chłopy odkryły głowy — cicho było.
Aż on: — «Łzy wszystkiem wysiał już, jak rosy.Deszcz mnie polewał, by podolną trawę...
I byłem tułacz i głodny, i bosy,I jak pelikan — pierze miałem krwawe...Dość ze mnie!» — Zamilkł. Nagle przez niebiosySzeroko pojrzał, sprostował postawę:— «Dzwony! — zakrzyknął. — Dzwony z Jasnej Góry!Biją!... Na Alleluja biją w chmury!» —
Więc się rzucili ludzie na kolana,Jak w podniesienie... Słuchamy tej ciszy...Pękła nad nami dalekość ta szklana.Każdyby przysiągł z nas, że dzwony słyszy.Biją!... Jako na hejnał biją — z rana!Przymknione oczy, wysoko pierś dyszy,Ni łzy, ni głosu, a tylko w nas byłaMoc zachwycenia aż w niebo — i siła!
Ale Horodziej drżał, by łabędź biały,Gdy srebrne puchy rozpuści na wietrze,A jakieś wielkie światła po nim grały,I wielkie mroki, jak dzień, gdy się zetrzeZ nocą. Już tchy w nim słabły, ugasały,Lico się bledsze czyniło, a bledsze...Aż mi się w ręce, mdlejący, potoczy,A śmierć lekuchno zdmuchnęła mu oczy................
W głęboką wnękę, pod wysokim graniem,Ciało my wyschłe złożyli ku zorzyI wielki kamień zatoczyli na niem.— Śpijże tu sobie cicho, kmieciu Boży,Aż ci jakowemś ogromnem świtaniem,Anioł w lnach białych przyjdzie i otworzyTen grób, który jest, jako Chrystusowy,Bo też we skale i chłopu — też nowy.
A nas już wody wołają szumiąceTej wielkiej rzeki, co ucieka w morze,
I to, które jak ptak wzlatuje — słońce.Już lecim... Już w te krwawe lecim zorze,Bociany błędne, do gniazd wracające.Już nas porywa wiatr, co po ugorzePolnym gdzieś świszcze przez puste zagony...A ty tu ostaj z Bogiem! Pochwalony!
Comments
Loading comments…