Pan Balcer w Brazylji — IV — VI

Rześkość powiała na nas od tej wody,Co była właśnie podobna do Buga,Kiedy za letniej, wesołej pogody,Niby się marszczy, a słonkiem skroś mruga.I takież szumy miała, takież chody,I tak się samo kwieciła u ługa,W kolory tkając majowe zabrzeża,Bystra, donośna, ogromna — i świeża.

Dopieroż wpadli my w porzeczne niże,W stu ruczajami poprute żuławy.Żar mokry. Świerszczów całę wojsko strzyżeW tępe nożyce bławatów postawy;Tu, tam, brunatne załysną się krzyżeStadlisk bawolich skroś trzciny i trawy,A rzeka szumi, a gada, a radzi,I jak sierp cisnął — do morza prowadzi.

A tuż, jak tabor cygański się wlecze,Kotły u bryki stroczywszy na sznury,Tak piętrząc czuby i skalne zasiecze,Od wdchodniej strony za nami szły góry.

Tu ci z nich potok buchnie i uciecze,Z głazów na głazy, by ptak bystropióry,Tu ci, jak ręką przesiany dzieciny,W krople się sypie i w srebrne szruciny.

Aż gdzie się nadmiar zbują one szklaneŻyły, tam woda zwysoka uderzaZ takim impetem, że mija precz ścianę,W powietrze skacze, jak płat się rozszerza,I szlaki mając tęczami utkane,Jak na bielniku wisi u blachmierza,A my zaś pod nią, niby pod namiotem,Opryskiwani perłami i złotem.

A coraz siwe dymy walą z darni,Nakrywających murzyńskie lepianki,Zajdziem, wnet ciągną mięsiwa z suszarni,Mleka bawolic wynoszą nam dzbanki,Zaś nas obsiędą, wrzaskliwi i czarni,Właśnie jak onych wron krzyczące wianki,I biją w uda przepijając dynią,Na znak, że radzi nam i honor czynią.

Wszakże lud, choć już teraz nie mdlał z głodu,Nie mógł wykrzesać z siebie dobrej siły.Żar jakiś duszę wypalał z narodu.Jakieś się ognie po żyłach rzuciły,Że nawet chłopy tęgiego zawodu,Lis, Srokacz, Bandys, grzbiet niosły pochyły,I jedna tylko moc ruszała niemi:Iść, a iść twardo, aż dojdą swej ziemi.

Ale niż rzeki rozpełznął się w bagno,Które nas ledwie, że na sobie zniosło,Właśnie, jak bywa kra przed świętą Jagną,Kiedy stronami już z zimy ochrosło.Więc ku środkowi gdy brzegi się zagną,Nie chcesz-li do dna, to chwytaj za wiosło,A miej się, jako cap, do skoku bacznie,I chybaj, kiedy zcicha trzeszczeć zacznie.

Tam pelikany z garły obwisłemi,Tam czarnych nam się krakiew chmury rwałyTam modry żóraw, utkwiwszy dziób w ziemi,Stał, aż mu czerwiem napełni się cały.Tam czaple białe, chwiejąc perłowemiCzuby, po kępach przygarbione stały,A na podniebiu błyskały sokoły,I zimorodek krzyk puszczał wesoły.

Zaś u tych ciepłych bajorów wybrzeżaSiadł gaj, jak u nas po młakach olszyna,Tylko, że to tam tak bujno uderzaI tak pod niebo parzące się wspina,Że leda parość wyśmiga, by wieża,A siednie na niej ptak, to się ugina.Iż sok nie idzie w pień, a tylko liściePędzi i wiąże je u czuba w kiście.

Tak patrzę ja raz, aż tu one drzewaDygotać poczną i trząść się, jak w febrze...Wnet wszystko mdleje, obwisa, poziewa,Blednie, i żywą zieleń topi w srebrze,Zaczem ta cała boża przyodziewaPada się w łachman, jak dziada, co żebrze,

A z pod piór onych i kwiecia purpury,Sterczą sękate dziadowskie kosztury.

Tak my otwarli gęby i zdalekaStoim, na dziw ten wytrzeszczywszy oczy:Gdy wtem liść z gaju zrywa się, ucieka,Pędzi, szaleje, po zielsku się toczy,Wzbiera, jak wielka, obłąkana rzeka,Co jej nie weźmie wpław i nie przekroczy,Tak krzyknę: — «W wodę, wiara!» — Jak stał który,Tak skoczył. Mrowia waliły już chmury.

Zaś gaj, co szumiał dopiero zielony,Sczerniał, jakby go otrzęsła wichura.A co był strojny kwiecistemi grony,I malowany w róże, w pawie pióra,Stał teraz martwy, szary, wytrzebionyZ kolorów życia, a cichość ponuraChodziła po nim, jak po własnym dworze,Że był, jak miasto po czarnym pomorze.

Aż pod noc tuman wstał i szedł w te gmachyRozwłóczyć sinych mgieł śmiertelne chusty.A za nim ślepe powlokły się strachy,Omackiem idąc przez pomierzch ten pusty...Więc my obsiedli co twardszy brzeg łachy,I narzuciwszy na wielki stos chrusty,Noclegowali. Mnie wszakże do ranaZeszła na dumkach noc ona nie spana.

Hej, nie zna Boga i nie zna ten człeka,Kto u ogniska nie trzymał tak warty,Patrzając w gwiazdy, co znaczą zdalekaWielki gościniec skroś czasów otwarty,

Przez który człowiek myślami ucieka:Siła ten umie, kto czytał z tej karty!A choć nic gwałtem litery poskłada,Jakieś mu mocne słowo w piersiach gada.

Ciężko tam było patrzeć na pośpioneChłopy, co legły, jak tramy te, z węgłaWyrwane, czarne, na kupę rzucone,Które pożoga już przez pół zasięgła.Jak tem budować tera?... W jaka stronę?...Jest-li w tem miazga żywa? Moc przysięgła?Niewygorzała żywica ta złota,Coby zrąb nowy strzymała żywota?

Bo to, po wielkiem onem dzwonów biciu,Po «Alleluja» onem Horodzieja,O nowem jąłem się zamyślać życiu,Tam u nas. — Nowa runiała nadzieja...Ten lud, wyrwany martwemu spowiciuOpłotków swoich, lud, co go zawiejaPrzez morze niosła — nijaką się miarąUtłumić nie da i w kunę pchać starą.

Coś się porwało w nim! Stanął na nogi,Strząsł się, z niemoty ratować jął duszęA co cierpliwy był — to stał się srogi,A co pokorny — to dziś w zawierusze.Jakieś skroś chaty przetwarły się drogiZorzowe, jakieś rozdźwiękły tam głusze...Tak zaraz grzywy przeciw uździe zjeżył,Na świt wywalił dźwierze — i uderzył!

Więc to już chyba nic jeno z trafunkuPoszło, a raczej z górnego przejrzenia,

Więc z jakowegoś wielkiego rachunku,Z regestrów, co są od świata stworzenia...Więc musi tam jest potrzeba ratunku,Więc musi tam jest potrzeba nasienia,Kiedy nas Pan Bóg tak tęgo omłócił,Wichrami odwiał z plew i światem rzucił.

Co będzie — będzie. Niech jenoby było!Bo już w powietrzu są głosy wołane,Już się rozpoczęło cości, już ruszyło,Już słychać tajne pukanie we ścianę...Więc ja ci, Chryste, i z moją też siłąKowalską, wpobok ku pomocy stanę,I tego luda przywiodę gromadę...Na co więc palce na krzyż tutaj kładę!..............

Nowy już miesiąc na niebie się młodził,Odkąd my zeszli z gór w porzeczne drogi,A nigdy żóraw tak pilno nie brodziłPrzez trzęsawiska, przez mokre rozłogi.Do rajuby już ścieżkę wynachodziłI Pana Boga obłapił za nogi,A my precz jeszcze szli, pod żarem słońcaOmdlewający, a nie było końca.

To się zdawało dawniej — Częstochowa!Świat! Od niedzieli człek szedł do niedzieli!A teraz tutaj — gdzie?... Niech Bóg zachowa!Czego nie przeszlim! Czego nie widzieli!Jaka nam w uszach nie brząkała mowa!Jakie my gwiazdy nad sobą tam mieli!Jakie pod sobą ziemie! Jakie wody!Jakie ciężkości! Jakie duszne głody!

A i to rzeczy są niewymówione,Jakie tam z siebie farby, jakie blaskiŚwiat dawa! Jaką tam nosi koronęKwiat, w jakie ptactwo malowane kraski!Chciałbyś powiadać, alić słowa oneZ dziwu ci stają wprzecz. Bo z jakiej faskiZaczniesz, znać zaraz, że się twoja mowaNie tu rodziła, że jej to rzecz nowa.

Lecz my, śpieszący, ile w kościach ducha,Wpółgłusi, szliśmy na wszystko, wpółślepi,Rzeki się dzierżąc sinego rańtucha,Jak dziecko, kiedy pilno się uczepiMatczynej świtki. Więc ta zawieruchaBlasków, farb, głosów, z których tam Bóg lepiTe światy, płonnie mijały przed nami,Jak sen, co niby jest, a niby mami.

Dziwo, bo dziwo! Alić nas ni grzejeNi ziębi w one serca truchlejące...A każdy w sobie ma taką zawiejęŁez, że jak przez mgłę, tak patrzy w to słońce.— Otwórzcież nam się, dalekie wierzejeMiłej krainy! Przybądźcież nam, gońceWschodowej zorzy! Wy, morskie tchy słone,Przybądźcie, nieście nas w ojczystą stronę!

Comments

Loading comments…