Pan Balcer w Brazylji — VI — I

Ziemio ty nasza! Cóż nam się ostało,Jeno ty sama i twe miłowanie!Choćbym cię ojcem nazwał — jeszcze mało...I choćby matką, jeszcze mi nie stanie,Boś ty jest wszystko! I dusza i ciałoI ród i życie — wszystko w twojem mianie!Że kto przerzecze cię, jakoby siebieZbogacił skarbem na ziemi i w niebie.

Gdyś jest, a co mi? Powietrze mnie samoNosi, by ptaka nad gniazdem usłanem,Jak król, słoneczną odziewam się lamąW polu, na łące, w kuźni — jestem panem!Lecz gdy cię braknie, kiedy czarną bramąWyszedłem z ciebie, staję się łachmanem,Poniewieranym śród ludzkiego roja,Że pyta leda kiep: — Gdzie ziemia twoja? —

I w bok się zeprze i gęby napuszy,Iż sam się czuje, jak w domu u matki.A ty się wtedy dzierż twardo swej duszyI serca w sobie podpalaj ostatki,

A choć ci oko łza żrąca zaprószy,Nie dbaj, łba podnieś, bo też cię do szmatkiNikto nie zwiąże! Zdzierż górnie psubrata,Rzekąc: — A gdzieżby? W samym środku świata!

Chcesz, mierzaj! Nie chcesz? Wolna przed się drogaGdzieżeś ją mniemał być? — Kędyś na stronie?Na szarym końcu? Za piecem? U proga?— My z pod ogona nie wypadli wronie!My, Polska, zawsze stalim bliżej BogaW borowych szumach, w pół żytnich pokłonie,A wy — za nami dopirz — ziemie obce,Jako do dzisiaj jest widać to w szopce

Na trzychkrólowy czas! Przy żłóbku PanaNie ujrzysz Niemca tam ani Francuza,Jeno Macieja, Kubę, Stacha, Jana,Albo Balcera w czerwieni, jak tuza!Któż ochfiarował Dzieciątku barana?Kto na ligawce grał mu, jak nie luzaNasza pastusza, co w pieśni i wszędziePierwsza je! O czem więc stoi w kolędzie.

Może tam i wy macie przywilejeSwoje i swoje obrachunki z niebem.Alić to powiem, że do nas się śmiejeChrystus, gdy idzie polem albo żlebemGórskim, abo więc przez borowe knieje,Bo mu tam wszystko pachnie kwieciem, chlebem,Miodem, żywicą, i wszystko mu miłe:Lud, sady, łąki i chaty pochyłe.

Prawda jest, sypnął złota na te krajeI morze rozlał od nieba do ziemi,

Alić uśmiechu jego tu nie staje,Nic chodzi on tu nocami cichemi...Jako pan sługom — płaci wam. Nam — daje,Jak ociec dzieciom, rękoma własnemi.Pomniej-ci, prawda, ale że z miłości,Nie z łaski, to wam Polak nie zazdrości.

Wy kraje swoje macie, jak kopalnie.Dopóki jasna świeci wam z nich ruda,Póty się sami dmiecie triumfalnie;Jak nie — obcego napędzacie luda...My do ziem naszych bierzemy się mszalnie,Krzyżem znaczona jest wiosenna gruda,A zaś wychodzi z pod tej chłopskiej rękiPrzypodniesiona, jak kielich ów męki.

Wtedy się staje cichość nad polami,Co są obsiane i ziarnem i duchem...Oboje źreją. Oboje runiamiNadziei wschodzą za wiosny podmuchem.Ziem nasza czuje! Ziem nasza jest z nami,Czyli we kwieciech czyli pod obuchem.A kiedyś, człeku, we łzach się położyłNa własny zagon, już duch w tobie ożył.

A myby pewno tutaj — Podlasiaki —Nie szli korabiem przez to wielkie morze,Pewno nie padliby tu, jak te ptaki,Odlatujące w zachodnich łun zorze,Pewno chleb suchy jadłby jaki takiNa szczerym piachu, na dzikim ugorze,By nad swą ziemią ubogą i polnąMogli zachować w ciele duszę wolną.

W nas tej chytrości, co wytęża ślepieZa zyskiem, niemasz! W nas jest rzewność cicha

Co nawet w grubym i twardym czerepieŻywie, jak płomię, i w niebo oddycha.Anielskie pióra są u nas w polepieChaty, co choćby nie wiedzieć jak licha,Coś ma górnego w sobie, coś z zaświata,Coś, co w niej śpiewa, jarzy się, ulata!

Comments

Loading comments…