Penitenci
W dobrem mieście AwinioniePenitentem gdy chcesz zostać,W wieloraki możesz sposóbZmienić, bracie, swoją postać.
Możesz szatę wziąć błękitną,Jak to niebo południowe,Sznurem biodra swe opasaćI kapicę wdziać na głowę.
Osiąść możesz za murami,U świętego Rocha bramy,I wynosić zadżumionychKawalerów, tudzież damy.
Prosto z koła farandoliBędziesz brał je na ramiona...Jeszcze serce z tańca bije,Lecz tancerka gaśnie, kona...
Prowansalskich ileż oczuW ostatecznym tym momencie,Ileż cudnych ujrzysz twarzy,Najszczęśliwszy Penitencie!
W ustach płonie rozkosz życia,W oczach czarne lśnią djamenty...Na stos trupów damę kładą,Mrucząc psalmy, Penitenty.
A gdy w mieście niema dżumy,Gdy ją mistral precz wymiecie,Na cmentarzu zadżumionychSadził będziesz wonne kwiecie.
Na cmentarzu zadżumionychWonne kwiaty bujno rosną...Z czarnych oczu, z białych piersiZakwitają róże wiosną.............
Gdybyś nie chciał być Niebieskim,Przywdziać możesz szatę białąNa pamiątkę Albigensów,Których niebo pokonało.
Sznur — nie w biodrach, lecz na szyiWiązał będziesz po kapicy,I z płonącą wyjdziesz żagwiąPokutować na ulicy.
I z płonącą we dnie żagwią,W wieku druku, w wieku pary,Będziesz wołał do pokutyNieprzyjaciół świętej wiary.
Filozofy i doktoryBędą ci się namykały...Za tych nowych Albigensów,Penitencie, módl się, Biały!............
Gdy chcesz zostać Fijołkowym,To i na to, bracie, zgoda!— Siedem razy będziesz grzeszył,Czy to słota, czy pogoda.
Siedem razy grzeszył będziesz,Iżby wszelki człowiek żywyJuż z tej samej liczby poznał,Żeś penitent sprawiedliwy.
Z Pisma bowiem jest wiadomo,A nikt przeczyć się nie kusi,Że przez dzień mąż sprawiedliwySiedem razy zgrzeszyć musi.
Jeżeli zaś musi zgrzeszyćW jakiejkolwiek świata stronie,Ty, mój bracie, bez przymusuBędziesz grzeszył w Awinionie.
Słońce pali, wino szumi,Piosnki biją ci do głowy...— Siedem razy, lecz nie więcej,Penitencie Fijołkowy.............
Lecz, gdybyś chciał być Czerwonym,I Czerwoni też są w sławie,Odkąd Parpaille w swym berecieNa wszechnicy siedział ławie.
Był to beret osobliwy!Bo nietylko, że łysina,Ale pod nim się ukrywałHeretycki błąd Kalwina.
Heretycki błąd KalwinaPod beretem siedział szpetnie,Czekający, aż z ParpaillemKat na pieńku go nie zetnie.
Kat na pieńku ściął Parpailla,Potoczył się beret z głowąPo dziedzińcu tej wszechnicy,Gdzie kacerskie padło słowo.
A iżby się nie zostałoPo kacerzu ani śladu,Penitenci mu CzerwoniDom spalili dla przykładu.
I wycięli w sadzie drzewaI zrównali wszystko z ziemią...Długo mistral nosił dymy,Co słoneczny błękit ciemią...
Ile czartów poszło z dymem,Tego nigdy nikt nie wiedział;Co do drzew zaś, do jabłoni,To na każdej z nich — wąż siedział.
Przestrach upadł na gród cały...Wnet ściągnięto mosty grodu,Żeby ustrzedz od herezjiResztę kraju i narodu.
Dzień i noc Czerwoni wtedyNa okopach mieli straże,
Bacząc pilno, czy herezjaPod miastem się nie ukaże.
Gdy konfratry się pośpiły,Grały w kości, albo w karty,To płonąca żagiew złotaObchodziła sama warty.
Dzisiaj jeszcze, gdy noc czarna,Gdy z gwiazd żadna nie migota,Tu, to tam po wałach chodziZapalona żagiew złota.............
Mógłbyś także zostać Szarym,Jak więzienny mur ponury,Jak ta szara pajęczyna,Co osnuwa szare mury.
Mógłbyś biednych więźniów cieszyć,Gdyby nie to, że jedynąIch pociechą, kiedy mająW szarej celi — złote wino.
Mógłbyś schodzić w mroczne lochyCiemnych wieżyc estrapady,Gdzie pięć wiosen siedział Rienzi,Wielki więzień Wielkiej Rady.
Dotąd hak tam w ścianę wbityTrzyma kłódkę od łańcucha...Tylko niema już trybunaI górnego niema ducha.
Przeminęły górne duchy,Przeminęły górne winy...Szare czasy, szare zbrodnie,Jak te pasma pajęczyny.
Mógłbyś też w skarbonkę brząkaćW zapuszczonej swej kapicy,Na wykupno niewolnikówZbierać grosze po ulicy.
Lecz gdy błyśnie jasne słońceW cudnej wiosny świeży ranek,Jak powietrza, głodu, ognia,Strzeż się, bracie, Arlezjanek!
Arlezjanka kiedy spojrzy,Kiedy ściągnie brwi sobole,Biedny, szary Penitencie,Sam dostajesz się w niewolę!............
Gdybyś wszakże Czarnym został,W czarnej szacie i kapicy,Przed skazańcem niósłbyś laskęAż do samej szubienicy.
Czarna laska jest z hebanu,Na niej biała trupia główkaDo skazańca się uśmiecha,Uwodzące szepce słówka.
Tumult w mieście, tłok i wrzawa,Biją bębny, dzwony biją...
Długim sznurem idą CzarniZ konających litaniją.
W rękach niosą czarne świece,Przodem jedzie kat czerwony;Idą, mrucząc na dwa chóryKonających antyfony.
Do Łazarza idą bramyPrzez uliczkę Raju ciasną,A po drodze im kolejnoCzarne świece w rękach gasną...
Nim zagasną trzy ostatnie,W bramę Czarnych orszak wkroczyI zaświeci skazańcowiRaz ostatni w same oczy.
Przez otwory czarnych kapicBiałe błysną mu źrenice;Ujrzy jasną czerwień kata,Ujrzy czarną szubienicę.
I obejrzy się z rozpaczą,Zanim korbę kat zakręci,Lecz dokoła czarnym muremCzarni staną Penitenci.
A u wzgórza lud się tłoczy,Głucha cisza w tłumie rośnie...U świętego AgrykoliJęczą dzwony tak żałośnie...
U świętego AgrykoliW prowansalskiej swej odzieży
Skazanego matka staraNa kamieniach krzyżem leży.
Ciemny płaszcz jej w grubych fałdachWyschłą, zwiędłą postać kryje...— Chryste! Chryste! — jęczą dzwony,A od bramy pies gdzieś wyje.
Comments
Loading comments…