Petko Sławejków
A z rodu to ja pastuch byłNa siwej, na płaninie,Tam, gdzie w sto jasnych, drżących żyłSiklawa w niże płynie.
A widać stamtąd ziemię precz,Jak Pan Bóg ją położyłI jak jej srebrny morza mieczNa przestwór pierś otworzył.
A z rodu to mi dał już BógPilnować owce bure,A oko mieć u gwiezdnych dróg,A serce trzymać w górę.
I patrzył ja się w cichą noc,Jak gwiazdy chodzą niebem,A zemdlał w dumkach — to znów mocTym czarnym krzepił chlebem.
I patrzył ja się w całą ziemDo wnętrza aż i do dna...A teraz, ato, wszystko wiem,Czem cierpi, czego głodna...
Aż zerwał mi się w duszy ptakDo pieśni i do lotuW nieobsiężony okiem szlak,W przepastny szlak zawrotu.
Lecz jam go trzymał, co miał sił,Za wielkie, drżące skrzydła,Co tak mi niemi w piersi bił,Jak orzeł bije w sidła.
— A zmierz-że pierwej, ptaku, głosZ tą burzą piorunową,To zaś wypuszczę cię na losI pieśni dam ci słowo!
I zmierzył z burzą głos swój rad,Gdy biła w gromy sine,Biorąca z moich trwożnych stadOgnistą dziesięcinę.
Puściła burza trzask i gromPrzez turnie, przez uwroty,A on zatrzasnął krzywdy dom,Jak piorun krwawo-złoty.
Zmroczyła burza nieba szmatTuczami, hen, czarnemi,A on zamroczył cały światOgromnym smutkiem ziemi.
I rwał się teraz w bój i w lot,Na życia nawałnicę...
Lecz jam go trzymał, aż mi potŚmiertelny zrosił lice.
— A zmierz-że pierwej skrzydeł szumZ tą wielką nocy ciszą,Kiedy się gwiazdy bożych dumNad światem zakołyszą!
I stulił końce drżących piórI w pierś mi puścił dreszcze...Szeroka cisza szła od gór,Lecz on był cichszy jeszcze.
Zakołysała cisza staw,Szuwary hen i wrzosy...Lecz on z niej dobył szepty trawI srebrny pacierz rosy.
Zakołysała cisza bórW sen martwy i w sen głuchy,Lecz on z niej dobył westchnień wtór,Przy którym łkają duchy.
Zakołysała wszelki dźwiękI z blizka i z daleka...Lecz on z niej dobył wieczny jęk,Jęk ziemi i człowieka.
A wtedym puścił kraje piór:— Leć, ptaku mój, w spokoju!I pieśń wzleciała z naszych gór,Pieśń bólu i pieśń boju.
Comments
Loading comments…