Po ciszy (Konopnicka, 1915)

Ustaby moje milczały, jak trumna,Gdyby o skargi chodziło mi własne;Bo ja też umiem stać cicha i dumnaI pod wiatr czoło mieć jasne.Z życiem przywykłam rachować się twardoI własną dolę odrzucać z tej szali,Na której serce miljonów się paliI drży, zdeptane pogardą.I wiem, że teraz jest pora ciemności,W której się duchy wzajemnie druzgocą,Nim światło wejdzie i spokój przyszłościNad walką świata i nocą.Ale mam w sercu miłość i ból taki,Co w piersi mojej płomienie zażega;Więc biję w skrzydła i wzlatam, jak ptaki,I krzyk z ust moich wybiega.Zbudzićbym chciała i rozgrzać tym krzykiemTych, co zasnęli, zastygli wśród drogi:Mniejsza, że nikt mnie nie nazwie słowikiem,Lecz ptakiem burzy i trwogi.Nie przyszłam po to, by pieścić wam uszyI z kwiatów składać wiązankę różową,Lecz by niedoli milczącej dać słowoI sięgnąć do waszej duszy!

Głos mój — wiem — wzleci i zniknie w tym gwarzeWieku, co huczy, jak wicher na ziemi;Lecz kiedyś przecie powiedzą nędzarze:»Płakał ktoś łzami naszemi!«

Comments

Loading comments…