Po grudce ziemi (Konopnicka, 1900)

Gdy sądy Boże, jak wichry, powstały,By kości nasze rozmiatać po świecie,Sierocy sztandar wielkości i chwałyBóg oddał w ręce poecie.

Wziął go wieszcz, w blaskach słonecznych rozwinął,Jako ofiary i nadziei znamię,Ściągnął nad ludem potężne swe ramięI jak wódz — na duchy skinął.

Poczuł się w sobie hufiec rozproszonyPo krwawych ziemi całej polach bitwy;Pieśń się zerwała nad łany Koron,Nad puszcze sinej w mgłach Litwy.

I w serce ludu szukając oddźwięku,Wiązała w klęskach potargane struny,Nawykłe zdawna do klątwy, bez jęku,Kiedy w nie biły pioruny.

Długośmy byli jak lutnia strzaskann,Niezdolna wydać nic więcej, prócz zgrzytu,Na której wichry od rana do ranaTargały ciszę błękitu.

Długo my byli jak trup porzucony,Co się nocami przebudza cichemiI idzie, bladym upiorem wskrzeszony,By ssać krew własnej swej zemi.

Aż tknięci słowem nieśmiertelnem mistrza,Hymn my ofiary podnieśli z mogiły...Odtąd harmonia wciąż czystsza i czystszaWzmaga nam ducha i siły.

Wieszcz wskrzesił serce narodu, mdlejąceW marnych wysiłkach śmiertelnej rozpaczy.On dla rozbitów, dla nędznych tułaczy,Był — jako ziemia i słońce.

On z pieśni swojej uczynił ogniskoObozu duchów, przy którem się grzejeNaród zmartwiały, nim zorza zadnieje,Bóg wie... daleko czy blizko.

Pn z pieśni swojej uczynił nam hasło,Po którem, bracia, na duchów strażnicyPoznać się możem, nad ziemią zagasłąW martwej zwątpienia ciemnicy.

On nam z niej słowa uczynił pacierza,Hymn narodowy nadziei i wiary,

Puhar krzepiący i arkę przymierza,Co strzeże duchów ofiary.

Jak zawołanie wspólnego nam rodu,Pieśń jego poszła po całej tej ziemiI była chlebem wśród suszy i głodu,Zdrojami była żywemi.

A budząc sennych z długiego uśpienia,Jak blask poranny, co bije wskróś powiek,Dla zbrodni — była okrzykiem sumienia,Dla słabych — hasłem: tyś człowiek!

Drżący ją starzec powtarzał o świcie,Patrząc w słoneczność wschodzącej jutrzenki;Dusza młodzieńcza swój zapał i życieZ jednej czerpała piosenki.

Pieśń ta uwiła królewski dyadem,W którym, łez naszych zabłysły kropelkiNad czołem dumnem, spokojnem, choć bladem,Kobiety-obywatelki.

I zarzuciła płaszcz drogi, utkanyZ żywej, tajemnych uczuć naszych przędzy,Na ziemię ojców, na krwawe jej ranyNa nagość i wstyd jej nędzy.

Gdy biła w skrzydła anielskie nad ludemNawet bluźnierca uginał kolana,A w oku jego wzbierała jak cudemŁza wrząca, dawno nieznana.

O bracia moi! ja wam nie uczynięKrzywdy, wołając o pomnik Adama!Wiem, że ta ziemia poruszy się samaI wyda z siebie świątynię.

Wiem, że się zwiną puszcze starej LitwyNa wieniec godny śpiewaka swojego,Wiem, że z ich szumem, jak z głosem modlitwyRzeki do morza pobiegą.

Wiem, że zniesiemy rękami własnemi,Z nad brzegów Niemna i z równin Korony,Choćby po grudce ojczystych pól ziemiTemu, co czuł za miliony!

Comments

Loading comments…