Poezje dla dzieci do lat siedmiu — całość

To książeczka osobliwa.Jak kwiat pachnie, jak ptak śpiewa,Przysiągłbyś, że sama gada,I coś dzieciom opowiada.

Pójdziemy w pole, w ranny czas;Młode traweczki, witam was!Młode traweczki zielone,Poranną rosą zroszone.

Długoście spały twardym snem,Pod białym śnieżkiem, w polu tem;Teraz główeczki wznosicie,Bo przyszło słońce i życie.

Patataj! Patataj!Pojedziemy w cudny kraj!Tam, gdzie Wisła modra płynie,Zboża szumią na równinie,Pojedziemy, patataj!A jak zowie się ten kraj?

Mówi niania, że w dąbrowieChodzą dodnia aniołowie,A gdzie stąpną nóżką bosą,Tam zakwita kwiat pod rosą.

Gdybym kiedy rano wstała,Tobym wszystko to widziała,Bo gdy się tak w łące bawię,Ślad anielski drży na trawie.

I czego im braknie? I czego im trzeba?Słoneczko przyświeca z wysokiego nieba.Słoneczko przyświeca, ptaszę przyśpiewuje,Kruczek w trawie siedzi, Zosieńki pilnuje.

Leci pliszkaZ pod kamyszka:— Jak się macie dzieci!Już przybyłaWiosna miła,Już słoneczko świeci!Poszły rzekiW kraj daleki,Płyną het do morza;A ja śpiewam,A ja lecę,Gdzie ta ranna zorza!

Nasza czarna jaskółeczkaPrzyleciała do gniazdeczkaPrzez daleki kraj,Bo w tem gniazdku się rodziła,Bo tu jest jej strzecha miła,Bo tu jest jej raj!

A ty, czarna jaskółeczko,Nosisz piórka na gniazdeczko,Ścielesz dziatkom je!Ścielże sobie, ściel, niebogo,Chłopcy pójdą swoją drogą,Nie ruszą go, nie!

Bociek, bociek leci!Dalej, żywo dzieci!Kto bociana w lot wyścignie,Temu kasza nie ostygnie.Kle, kle, kle, kle, kle.

Bociek dziobem klaska:— Wyjdźcież, jeśli łaska!Niech zobaczę, niech powitam,Niech o zdrowie się zapytam.Kle, kle, kle, kle, kle.

— A ty, boćku stary,Piórek masz do pary;Żaby je liczyły w błocie,Naliczyły cztery krocie.Kle, kle, kle, kle, kle!

Nim skończyły liczyć,Już je zaczął ćwiczyć.— Oj bocianie, miły panie,Miejże dla nas zmiłowanie!Kle, kle, kle, kle, kle!

Jabłoneczka białaKwieciem się odziała;Obiecuje nam jabłuszka,Jak je będzie miała.

Mój wietrzyku miły,Nie wiej z całej siły,Nie otrącaj tego kwiecia,Żeby jabłka były.

Minęła nocka, minął cień,Słoneczko moje, dobry dzień!Słoneczko moje kochane,W porannych zorzach rumiane!

Minęła nocka, minął cień,Niech się wylega w łóżku leń,A ja raniuchno dziś wstanę,Zobacz słonko rumiane.

W naszym ogródeczkuSą tam śliczne kwiaty:Czerwone różyczkiI modre bławaty.Po sto listków w róży,A po pięć w bławacie;Ułożę wiązankęI zaniosę tacie.A tata się spyta:— Gdzie te kwiaty rosną?— W naszym ogródeczku,Gdziem je siała wiosną.

Brzęczą pszczółki nad lipinąPod błękitnem niebem;Znoszą w ule miodek złoty,Będziem go jeść z chlebem.

A wy, pszczółki pracowite,Robotniczki boże!Zbieracie wy miody z kwiatów,Ledwo błysną zorze.

A wy pszczółki, robotniczki,Chciałbym ja wam sprostać,Rano wstawać i pracować,Byle miodu dostać!

Siny dym się wijePod lasem, daleko;Tam pastuszki ognie paląI kartofle pieką.

A Żuczek waruje,Łapki sobie grzeje;Krówki ryczą, porykują,Dobrze im się dzieje.

— A, mój Żuczku miły,Obszczekuj od szkody,Bo jak wyjdzie pan ekonom,Będąż tobie gody!

Młode gąseczki, młode,Zbrodziły modrą wodę,Zbrodziły modre stawy,Chcą teraz świeżej trawy.

A te gąski siodłateWyszczypały sałatę,Wyszczypały lebiodę,Poszły z krzykiem na wodę.

A tu Kasia, nieboże,Ustrzec gąsek nie może,Jak się za nią puściły,Tak umyka co siły.

Jaskółeczko. Jaskółeczko.Weź mnie na swe siodełeczko,Nieś mnie swemi pióryZa morza, za góry,Na sam koniec świata,Gdzie babulki chata.

Muszę przynieść duchemZłotą igłę z uchemI jasne jedwabie,Żeby pomóc żabie.

Łupu, cupu! łupu, cupu!Cepami w stodole;Poczerniało, posmutniałoNasze czyste pole.Łupu, cupu! łupu, cupu!Tęgo bijmy w snopy!Będziem mieli tej pszeniczkiPo dwa korce z kopy.Łupu, cupu! łupu, cupu!Aż ręce ustały;Ta pszeniczka, sandomierka,Słynie na świat cały!

A kto tę choinkęZasiał w ciemnym lesie?— Zasiał ci ją ten wiaterek,Co nasionka niesie.

— A kto tę choinkęOgrzał w ciemnym boru?— Ogrzało ją to słoneczkoZ niebieskiego dworu.

— A kto tę choinkęPoił w ciemnym gaju?— Jasne ją poiły rosyI woda z ruczaju.

— A kto tę choinkęWyhodował z ziarna?— Wychowała ją mateńka,— Ziemia nasza czarna!

Jasne słonko, mroźny dzień,A saneczki deń, deń, deń,Aż koniki po śnieguZagrzały się od biegu.

Jasne słonko, mroźny dzień,A saneczki deń, deń, deń,A nasz Janek w złym sosie,Bo gila ma na nosie.

Hu! hu! ha!Nasza zima zła!Szczypie w nosy, szczypie w uszy,Mroźnym śniegiem w oczy prószy,Wichrem w polu gna!Nasza zima zła!

Hu! hu! ha!Nasza zima zła!Płachta na niej długa, biała,W ręku gałąź oszroniała,A na plecach drwa...Nasza zima zła!

Hu! hu! ha!Nasza zima zła!A my jej się nie boimy,Dalej śnieżkiem w plecy zimy,Niech pamiątkę ma.Nasza zima zła!

A widzicie wy zmarźlaka,Jak się to on gniewa;W ręce chucha, pod nos dmucha,Piosenek nie śpiewa.

— A czy nie wiesz, miły bracie,Jaka na to rada,Gdy mróz ściśnie, wicher świśnie,Śnieg na ziemię pada?

Oj, nie w ręce wtedy dmuchaj,Lecz serce zagrzewaj,Stań do pracy, jak junacy,I piosenkę śpiewaj!

Równo, równo, jak po stole,Na łyżewkach wdal...Choć wyskoczy guz na czole,Nie będzie mi żal!

Guza nabić — strach nie duży,Nie stanie się nic;A gdy chłopiec zawsze tchórzy,Powiedzą, że fryc!

Jak powiedzą, tak powiedzą,Pójdzie nazwa w świat;Niech za piecem tchórze siedzą,A ja jestem chwat!

— Lisku! lisku! gdzieś to hasał?

Gąskim, panie, w polu pasał.Pasałem je w polu,Pasałem w boru,Oddałem je wszystkiePani do dworu.

Lisku! lisku! kłamiesz, wasze!Zjadłeś wszystkie gąski nasze.A teraz uciekaj,Dalej do jamy!Bo jak cię złapiemy,To pieprzu damy!

tadzio:  A ja jestem ogrodniczek,Niosę wodę do doniczek...

hańdzia:  A ja jestem gospodyni,Niosę koszyk pełen dyni...

tadzio:  A ja jestem król, i niosęWszystkim kwiatom świeżą rosę...

hańdzia:  A ja jestem anioł z nieba,Wszystkim biednym niosę chleba!

Mamo droga! Mamo miła!Nie zapomnim nigdy Ciebie...W sercach naszych będziesz żyłaTak, jak żyjesz teraz w niebie.

Wyszedł żuczek na słoneczkoW zielonym płaszczyku.— Nie bierz-że mnie za skrzydełka,Miły mój chłopczyku.

Nie bierz-że mnie za skrzydełka,Bo mam płaszczyk nowy;Szyły mi go dwa chrabąszcze,A krajały sowy.

Za to im musiałem płacićPo dwanaście groszy,I jeszczem się zapożyczyłU tej pstrej kokoszy.

Jak uszyły, wykroiły,Tak płaszczyk za krótki;Jeszcze im musiałem dodaćPo kieliszku wódki.

Nasz zajączek w boru spał,Aż tu z hukiem wypadł strzał!Pif paf! Pif paf!Aż tu z hukiem wypadł strzał!

Nasz zajączek na bok szust!Skręcił młynka, zapadł w chróst!Hej! ha! Hej! ha!Skręcił młynka, zapadł w chróst!

Nasz zajączek cały drży,A tu w boru gonią psy,Ham! ham! Ham! ham!A tu w boru gonią psy.

— Źle, zajączku, z tobą źle,Do pogrzebu szykuj się.Bim! bam! Bim! bam!Do pogrzebu szykuj się!

— Jeszcze mi ten miły świat,Jeszczem sobie pożyć rad...Myk! smyk! Myk! smyk!I zgubiły pieski ślad!

A po łące, po zielonej,Maciuś owce gna;Na wierzbowej fujareczceŻałośliwie gra.Dla Boga!Żałośliwie gra.

— A i skądże ty, Maciusiu,Tę fujarkę masz,Że tak na niej, za owcami,Żałośliwie grasz?Dla Boga!Żałośliwie grasz?

— Oj wyciąłem ją, paniczu,Z krzywej wierzby tej,Co wyrosła na mogileMatuleńki mej.Dla Boga!Matuleńki mej.

A jak ja urosnę,Sprzęgnę wołki siwe,Będę orał, zaorywałTę pszeniczną niwę.

A jak ja urosnę,Wezmę złote ziarno,Będę siewał wczesną wiosnąZiemię naszą czarną.

A jak ja urosnę.Nie poskąpię ręki,Będę kosił bujną niwęI śpiewał piosenki.

Oj ty bujna niwo,Ty pszeniczne pole,Nie żal tobie pracy naszej,Ni potu na czole!

O gwiazdeczko złota,Gwiazdko ukochana!Wyglądaliśmy cięOd samego rana.

Wyglądaliśmy cięDrobnemi szybkami,Rychło się ukażeszWysoko nad nami.

Świeci się choinka,Mateczka nas ściska:— Ot tobie koniczek,Ot tobie kołyska.

A ty, sieroteńko,Co stoisz za drzwiami,Otrzyj łezki z oczu,Pójdź i ciesz się z nami.

Jest tu i dla ciebieMiejsce wśród gromadki;Wszyscyśmy dziś bracia,Dzieci jednej matki.

Wstańcie dzieci, wstańcie dzieci,Bo już słonko złote świeci.Kto nie widzi rankiem słońca,Temu smutny dzień do końca.A kto ładnie wstaje rano,Ten je piwo ze śmietaną.

Śpiesz się, chłopcze, śpiesz, mój mały,Bo już wróble dawno wstały,Wody z rzeki nanosiły,Beczkę piwa nawarzyły.

A ty Janku, mały panku,Stało mleczko w białym dzbanku,

Jak się muszki dowiedziały,Wszystko mleczko wylizały.

A ty, Janku, mały śpiochu,Wysiał czyżyk garniec grochu,Garniec grochu, garniec maku,A z śniadania ani znaku.

A mój Janek dudki stroi,Kto usłyszy, to się boi.A mój Janek śpiewa pięknie,Kto usłyszy, to się zlęknie.

Zielona wiosna, śliczny maj,Uczcie się dzieci, pójdziem w gaj,Pójdziemy w gaj i na łany,Jest tam koniczek bułany.

Jechał czyżyk od Krakowa,Zakręciła mu się głowa.A ten nie wart torby sieczki,Kto w porządku nic nie chowa.

Derkacz w polu proso młóci,Ten jest kozioł, kto się kłóci.

Derkaczowa je pierogi,Kto się kłóci, ten ma rogi.

Chodzili tu gościePo lipowym moście;Kiedy sami jecie,To mnie z sobą proście.

A ty, Janku, mały panku,Będziesz jadał obiad w ganku,Będziesz jadał obiad w sieni,Nie dostaniesz nic pieczeni.Będziesz jadał same kości,U Filusia jegomości.

Siwe gołębie leciały,O mego Janka pytały:A gdzie ten Janek nieboże,Co zajść do domu nie może?

Zaszło słoneczko w morze już,O mój Janeczku, oczki zmruż.Zaszło słoneczko, przyszła noc,O mój Janeczku, dobranoc.

Kocanki kocanki,Gałązka wierzbowa!Rozwinęła nam sięTa palma kwietniowa.

Rozwinęła nam sięNad tą bystrą wodą,Zapachniała wiosnaKwietniową pogodą.

Święcone jajeczko,Śliczna malowanka!Śpiewam sobie, skaczę sobieOd samego ranka.

Wesoły dzień nastał,Zadźwięczały dzwony!Kołem, kołem boróweczki,Jak wianek zielony.

Ścielże się, obrusie,Jako śnieżek biały;Mojej mamy rączki drogieCiebie rozkładały.

Rozkładały ciebieNa tym długim stole,Żeby było dla sierotkiMiejsce w naszem kole.

Panieneczka małaRano dzisiaj wstała:Śmigus! śmigus!Dyngus! dyngus!Bo się wody bała.

Panieneczka małaW kątek się schowała:Śmigus! śmigus!Dyngus! dyngus!Bo się wody bała.

Panieneczka małaSukienkę zmaczała:Śmigus! śmigus!Dyngus! dyngus!Choć się wody bała.

Nasza izba umajona,Tatarakiem obstawiona,Tatarakiem, wodną trzcinąI czeremchą i kaliną,Zielone ŚwiętaLa, la, la, la!Zielone ŚwiętaLa, la, la, la!Maju, maju, świeży gaju,Pachniesz ty dziś w całym kraju,Niosą chłopcy gałązeczki,Wiją wianki panieneczki,Zielone ŚwiętaLa, la, la, la!Zielone ŚwiętaLa, la, la, la!

Świętojański wieczórUciecha dla dziatwy;Zapaliły już ogniskaTe flisacze tratwy.

Idzie płomień w górę,Sobótka się pali,Sypie iskry szczerozłotePo tej modrej fali.

A ten stary flisakPoprawia ognisko;Pal się, pal się, ty sobótko,Bo Warszawa blisko.

Sobótko, sobótko,Nocy świętojańska,Widać ciebie od WarszawyDo samego Gdańska.

Brzęczą kosy w łące,Brzęczą, pobrzękują,Kosiarze się śpieszą,Bo południe czują.

Uwijaj się raźno,Ostra moja koso:Nim wysieczem po las,Obiad nam przyniosą.

Pot otrzemy z czoła,A zaś z kosy trawę,Zasiądziem pod grusząCienistą murawę.

A tu słonko patrzyNa naszą robotęI otwiera z dziwuSwoje oczy złote.

— A kto ciebie, śliczna tęczo,Siedmiobarwny pasie,Wymalował na tej chmurce,Jakby na atłasie?

— Słoneczko mnie malowałoPo deszczu, po burzy;Pożyczyło sobie farbyOd tej pełnej róży.

Pożyczyło sobie farbyOd kwiatków z ogroda;Malowało tęczę na znak,Że będzie pogoda!

Czarna jaskółeczkaDo gniazdeczka leci.— Pi! pi! pi! pi!Krzyczą głodne dzieci.

Czarna jaskółeczkaRobaczki przynosi.— Pi! pi! pi! pi!Każde o nie prosi.

Czarna jaskółeczkaKarmi dziatki swoje.— Pi! pi! pi! pi!Krzyczą wszystko troje!

Czarna jaskółeczkaPo muszki znów leci.— Pi! pi! pi! pi!Krzyczą głodne dzieci.

Zawitał nam dzionekI pogodny czas.Pójdziemy, pójdziemyNa jagody w las.

Na jagody,Na maliny,Na czarniaweTe jeżynyPójdziem, pójdziem w las!

A ty ciemny lesie,A ty lesie nasz!A skądże ty tyleTych jagódek masz?

I poziomki,I maliny,I czernice,I jeżyny.A skądże je masz?

Uderzyły deszcze,Przyszło słonko wraz:Zarodziła ziemiaW dobry, błogi czas.

Te jagody,Te maliny,Te czernice,Te jeżyny,W dobry, błogi czas.

Przepióreczka się odzywa,Idą, idą polem żniwa,BrzecząBrzęczą sierpy, brzęczą kosy,Ciężkie ziarnem lecą kłosy.Dana! Da-dana!

A ode wsi słychać śpiewki,Śpieszą chłopcy, śpieszą dziewki,Niosą grabie, w pole dążą,Za żeńcami snopy wiążą.Dana! Da-dana!

Co powiążą ciężkie snopy,To składają je na kopy;Dobra ziemia, łaska boża,Będzie chlebek z tego zboża.Dana! Da-dana!

...Dajże Bóg. Dajże Bóg.Z tego pólka pełen stóg.Z tego stoga setny kłos,Z tego kłosa złota trzos.Dajże Bóg. Dajże Bóg.Z tego pólka pełen stóg...

Mój deszczyku, mój kochany,Nie padajże na te łany,Nie padajże na te kopy,Bo my dzisiaj zwozim snopy.Wio, koniki, wio!

Bokiem, bokiem, za obłokiemIdzie chmurka raźnym krokiem;A my chmurkę wyprzedzimy,Wszystkie snopy pozwozimy.Wio, koniki, wio!

Spojrzę w górę, klasnę z bata,Już i chmurka się rozlata,Jasne niebo nad głowami,Białe pyły za wozami.Wio, koniki, wio!

Pogodna zorza z wieczoru,Pójdziem na grzyby do boru,Pójdziem do boru na rydze,Ale nie damy Jadwidze.

Nasza Jadwiga leniwa,Tylko jej głowa się kiwa;Nie chce do boru kosza nieść,Nie będzie z nami grzybów jeść.

Dalej, śmieszki, na orzeszki,Dalej razem w las!Już leszczyna się ugina,Woła, woła nas.

My, leszczyno, ci ulżymy,W to nam, w to nam graj!Wnet orzeszkom poradzimy,Tylko nam je daj!

A kto trafi na świstaka,Tego smutny los!Tylko próchno i tabaka,Co nie idzie w nos!

A kto trafi na dwojaczki,Ten powiedzie nas.Dalej, śmieszki, na orzeszki,Dalej, dalej w las!

Jesienią, jesieniąSady się rumienią:Czerwone jabłuszkaPomiędzy zielenią.

Czerwone jabłuszka,Złociste gruszeczkiŚwiecą się, jak gwiazdy,Pomiędzy listeczki.

— Pójdę ja się, pójdęPokłonić jabłoni,Może mi jabłuszkoW czapeczkę uroni!

— Pójdę ja do gruszy,Nastawię fartuszka,Może w niego spadnieJaka śliczna gruszka!

Jesienią, jesieniąSady się rumienią;Czerwone jabłuszkaPomiędzy zielenią.

A te dzikie gąskiNa zachód leciały,W zimnej rosie nocąPióreczka maczały.

A te dzikie gąskiPióreczka zgubiły,Z onej to żałości,Że nas porzuciły!

Puść mnie, puść mnie, panno miła!Jeszcze we mnie słaba siła,Jeszcze w nóżkach czuję drżenie,Jeszcze jestem małe szczenię!

Tu śniadanie czeka zdala,Tu jeść panna nie pozwala...Od tej całej edukacjiJuż mi blisko do warjacji!

Na tom psiakiem jest na świecie,Żebym chodził na czworaka...Moja panno! Puść mnie przecie!Nie robże ze mnie cudaka!

Proszę was, drogie dziatki,Poradźcie co Magdusi,Bo mi żal jej doprawdy,Że się tak męczyć musi.Fidelka, Brysia, Chopkę,Trzy pieski ma nieboże,Już rok je uczy służyćI ani rusz — nie może!Dopóki trzyma w rączceCiasteczko lub karmelek,Na dwóch się łapkach wspinaBryś, Chopka i Fidelek.Lecz niech położy tylkoTe słodkie specyjały,Wnet—buch! na cztery łapkiI stoją tak, jak stały.Już niema to jak dzieci!Z nich każde bez słodyczyJest grzeczne i posłuszne,Bo mama sobie życzy.Dziecinki dobrze wiedzą,Że wstyd to ludziom wielki,Jak piesek jaki służyćZa ciastka, za karmelki.

Panna Stefcia i MarylaNie są to zbyt grzeczne damy,Nawet — powiem wam w sekrecie —Nie słuchają czasem mamy.

Panna Stefcia i MarylaNad Dunajcem bawiąc w lecie —Proszę spojrzeć, gdzie Karpaty,A Dunajec wnet znajdziecie.

Otoż bawiąc nad DunajcemCały ranek i dzień cały,Na urwistym brzegu rzeczki,Na kamieniach siadywały.

A co jeszcze było śmiechu,A co drwinek z innych dzieci:„Uciekajcie! uciekajcie!Bo Dunajec na was leci”

Aż raz wpośród śmiechu, drwinekSmutna stała się przygoda:Lalka panien wpadła w rzekę,Het ją, precz, poniosła woda...

„Jezus Marja!” — krzyczą obie —— Co się stało? — pytam — „Boże!Lalka nasza, jedynaczka,Lalka nasza wpadła w morze!”

Szczęściem Filuś to zobaczył,Skoczył pędem na głębinę,Dał łbem nurka — i wydobyłZwłoki lalki mokre, sine...

Ile było narzekania,Ile płaczu i lamentu!Ale damy ostrożniejszeOd owego są momentu.

A ty Janku, mości panie.To to takie dodawanie?Toś ty wcale nie rachował,Tylkoś straszka narysował?

Siądźże sobie na tej ławie,Ani piśnij o zabawie.Trzymaj swego tu pajaca,Jaka praca, taka płaca.

Nikt nie widział, nikt nie słyszał,Jaki ja mam dwór!Najpierw kogut, rycerz sławny,Z pękiem lśniących piór.

Potem sroczka faworytka,Co tak lubi ser...I te wróble, całem stademLecące na żer.

Dalej żółtych kacząt sznury,Co idą na staw,Dalej gąski, co się bieląWpośród bujnych traw.

Potem kotka ulubiona,Co ma burą sierć,Potem piesek, wielki filut,Co skacze przez żerdź.

Potem kwiatki żółte, białe,Z całej łączki tej,Same cisną się do Zosi,Do panienki swej...

Potem ciołuś ten w zagrodzie,Co tak woła: meee!...I każdego zaraz bodzie,A Zosiuni — nie!

Wpośród dworu mego chodzęCałe boże dnie;Mama do mnie się uśmiechaPrzez okienko swe.

Moja trąbka ślicznie gra:Ratata! Ratata!Dziwuje się owca siwa,Kto tak wdzięcznie jej przygrywa,Dziwują się żółte bąki,Kto tak cudnie gra wśród łąki.Chwieje wietrzyk bujną trawą,Niesie piosnkę w lewo, w prawo,Aż gdzieś w dali echo gra:— Ratata! Ratata!...

Moja trąbka głośno brzmi:Rititi! Rititi!...

Wiewióreczka patrzy z drzewa,Czy to gaj tak wdzięcznie śpiewa?Nastawiła uszka oba,Tak jej granie się podoba.I zajączek, skryty w trawie,Słucha, patrzy się ciekawie.Głos w oddali echem brzmi:— Rititi! Rititi!...

Na zegarze już dziewiąta:Felek się z siostrzyczką krząta,Bo do chorych dawno pora,A on bawi się w doktora.

Więc mozoli się chłopczynaI parasol babci spina,Żeby chory nie rzekł: „Hola!Doktór — a bez parasola?”

Mańcia szczotką ślicznie gładziNajstarszy kapelusz dziadzi;Będzie w nim Felkowi ładnie,Jeśli mu na nos nie wpadnie.

Kotka patrzy, kotka mruga,„Uniżona pańska sługa!Nie chcę ja, gdy będę choraTak mądrego mieć doktora!”

A!... dzień dobry, panie Gilu!Jak się mają dzieci?Czy pan Gil tu śpiewać przyszedł,Czy zamiatać śmieci?

Pan Gil piękny ma tołubek,Czerwony, aż miło!I nas mama otuliła,Żeby ciepło było.

Pan Gil może o tem nie wie,Że nam Bóg dał mamę?Ale teraz leży chora,Więc pracujem same.

To jest moja siostra Basia,A ja Małgorzatka,A to nasza stara miotła,A to nasza chatka.

Chatka musi być chędoga,Niezasuta śmieciem,No!... Frrrru teraz panie Gilu,Bo miotłą wymieciem!

Nie wiem z jakiego przypadkuWzięła Zosia mopsy w spadku.

Odtąd niema nic dla Zosi,Tylko mopsy. To je nosi,To je goni, to zabawia,To je na dwóch łapkach stawia,To przystroi oba pieskiW fontaź suty i niebieski.

To im niesie przysmak świeży,A książeczka — w kącie leży.

Mama prosi, mama łaje...Zosia nic... Jak tylko wstaje,Zaraz w domu pełno pisku:Mops umaczał nos w półmisku,Mops Julkowi porwał grzankę,Mops stłukł nową filiżankę,

Mops na łóżko skoczył taty,Mops zjadł szynkę do herbaty.

Aż też mama rzekła: — basta!I wysłała mopsy z miastaW dużym koszu pełnym sieczki...— A ty, Zosiu, do książeczki!

— Pucu! pucu! chlastu! chlastu!Nie mam rączek jedenastu,Tylko dwie mam rączki małe,Lecz do prania doskonałe.

Umiem w cebrzyk wody nalać,Umiem wyprać... no... i zwalać.Z mydła zrobię tyle piany,Co nasz kucharz ze śmietany.

I wypłóczę i wykręcę,Choć mnie dobrze bolą ręce.Umiem także i krochmalić,Tylko nie chcę się już chwalić!

Tak to praca zawsze nowa,Gdy kto lalek się dochowa!

— A u pani? Jakże dziatki?Czy też brudzą swe manatki?

— U mnie? Ach! to jeszcze gorzej:Zaraz zdejmuj, co się włoży!Ja i praczki już nie biorę,Tylko codzień sama piorę!

Nasz koniczek, nasz bułany,Ślicznie zgrzebłem wyczesany,Tylko na nim siartka świeci,Tylko parska, rży do dzieci.

Nasz koniczek nie płochliwy,Da pogłaskać lśniącej grzywy.Tylko nóżką przestępuje,Gdy go trawką Jaś częstuje.

Nasz koniczek dobre zwierzę,Leciuteńko trawkę bierze,Myśli sobie: ot, dziecinaWczas już karmić mnie zaczyna.

— Jak urośniesz, miłe dziecię,Poniosę cię het, po świecie,Poniosę cię w kraj daleki,Aż za góry, aż za rzeki.

Gdy przejedziem wszystkie drogi,To wrócimy w nasze progi,Gdzie ten domek, dach pochyły,Nadewszystko sercu miły.

Siostra wyjdzie z drogi witać,Będzie ściskać, będzie pytać,Ucieszą się wszyscy tobie,A ja zarżę przy mym żłobie.

Na tem naszem poluJest wszelakie zboże,Będzie dosyć chleba,Jeśli Bóg pomoże.Z tej złotej pszeniczkiBędzie mączka biała,Lubi z niej kluseczkiNasza Julcia mała.

A z tego jęczmieniaTo znów będzie kasza;Oj lubi ją, lubiTa Zosieńka nasza!Kasza będzie z gryki,Kasza będzie z prosa,Co się na niem z ranaBłyszczy jasna rosa.A z tego owieskaObrok dla konika,Jak go sobie podje,To dopiero bryka!A z tego to żytaBędzie chleb powszedni,Dostaną go dzieci,Dostaną i biedni.Kto ma swoje pole,A na polu zboże,Ten i sieroteńkiUbogie wspomoże.Stoi Janek w progu,Sierotkę zaprasza:— „Jedz-że, sieroteńko,Co da ziemia nasza!”

— Gdzie lecicie, gołąbeczki,Wysoko, to nisko?— Patrzym, patrzym, czy nie widaćJastrzębia gdzie blisko.

Bo ten jastrząb, zły niecnota,Ma okrutne szponyI dziób mocny, ot tak długi,Tęgo wyostrzony.

Jak uderzy w gniazdko nasze,To polecą pierze...Każdy przecie, choć najsłabszy,Domku swego strzeże.

— Co tam robisz, mój zajączku,Pod kamieniem w zbożu?— Patrzę, patrzę, czy nie idzieStrzelec po przydrożu.

Bo ten strzelec, zły niecnota,Dziatki mi pobierze...Każdy przecie, choć najsłabszyDomku swego strzeże!

Oj ten mały ŻuczekWielkie nic dobrego,Warczy, naszczekujeNa dziadka siwego.

Warczy, naszczekuje,Ujada od proga,Kiedy siwy dziadekProsi w imię Boga.

Siwy dziadek stary,Ma lat ze sto może;Tem się tylko żywi,Czem go kto wspomoże.

Nie ma on zagrody,Ani własnej chaty;Wszystko stracił w ogniuPrzed dawnemi laty.

Tylko ma sukmanęNa grzbiecie łataną,I ten kij sękaty,I torbę parcianą.

Na zmęczonych nogachMa trepki lipowe,I czapkę z barankiemNa swą siwą głowę.

A w tej siwej głowiePiosenek bez miary!— Pójdź-że nam zaśpiewaj,Mój dziaduniu stary.

My sobie posiedzimJak wróbli gromadka,A ty, Żuczku, wara!Od siwego dziadka.

Zróbże mi trzewiczki,Mój szewczyku miły,Żeby moje nóżkiW szkodę nie chodziły.Zróbże mi trzewiczkiZ łabędziowej skóry,Żeby moje nóżkiNie dostały bury.

Nie dostały bury,Nie chodziły w szkodę,Żebym miał z trzewiczkówWszelaką wygodę.Zróbże mi trzewiczkiZa czerwony złoty,Żeby nie uciekłyNóżki od roboty.Zróbże mi trzewiczkiChoć za trzy talary,Będę sobie chodziłZ siostrzyczką do pary.Zróbże mi trzewiczkiChoć za dwa dukaty,Żeby nóżki mojeTrafiły do chaty.Do chaty dróżynaPrzez tę zimną rosę,A w chacie dziecinkiChodzą zimą bose.Chciałbym mieć trzewiczkiZe złota szczerego,Dałbym z nich na zimęButy dla każdego.

A gońże nas, babko, a gońże nas wkoło,Hej, kotki, po pracy bawmy się wesoło!

Powiedz-że nam, babko,Z jakiego ty kraju,Czy od Wisły modrej,Czyli od Dunaju?

A ta ślepa babka, stara już nieboże,Ani jednej myszki ułowić nie może.

Powiedz-że nam, babko,Z jakiej ty granicy,Czyli od Krakowa,Czy też od Kruszwicy?

A gońże nas, babko, a gońże nas wkoło,Hej, kotki, po pracy bawmy się wesoło!

Powiedz-że nam, babko,Gdzieś ty wędrowała,

Czy nie od Karpatów,Gdzie Wisełka biała?

A gońże nas raźno! a gońże nas wkoło!Hej, kotki, po pracy bawmy się wesoło!

Czyś ty od Karpatów,Czyli od Dunaju,Witajże nam, babko,W tym ojczystym kraju!

A ta ślepa babka stara już nieboże,Ani jednej myszki ułowić nie może.

Ach nieszczęsny ja kocina!Już się mycie rozpoczyna...Jedna panna gąbkę trzyma,W wodzie macza i wyżyma,Druga mnie pod boczki bierze...Nieszczęśliwe ze mnie zwierzę!...

Aj, aj, aj, aj! gwałtu, rety!Tom się dostał w piękne ręce!Od tej rannej toaletyPewno żyw się nie wykręcę...Jedna trzyma, druga myje..Aj, aj, aj, aj!... Ledwo żyję!

A pfe kotku! pfe brudasku!Masz futerko pełne piasku,Umyć cię też muszę z brudu...Tyle pracy, tyle trudu,A ty wrzeszczysz, kotku bury,Jakby cię kto darł ze skóry!

I ty, Żuczku, swawolniku,Nie piszcz, nie rób tyle krzyku!Dalej, prędko, łeb i uszy...Ręcznik potem cię wysuszy.A to Boskie z nim skaranie!Nie wrzeszcz-że tak, mości panie!

Dobrze, dobrze, moje dziatki!Kto się myje, ten jest gładki,

Dużo mydła, dużo wodyNie przynosi nigdy szkody.Ale która to z was samaPłacze, gdy ją myje mama?..

Dalej, dalej, mój Władeczku,Siadaj na mój grzbiet!A ty czekaj, osiołeczku,Pojedziemy wnet!

Jadą, jadą dzieci drogą...Siostrzyczka i brat,I nadziwić się nie mogą,Jaki piękny świat!

Tu się kryje biała chataPod słomiany dach,Przy niej wierzba rosochata,A w konopiach... strach.

Od łąk mokrych bocian leci,Żabkę w dziobie ma...— Bociuś! bociuś! — krzyczą dzieci,A on: „kla!... kla!... kla!”...

Tam zagania owce siweBrysio, kundys zły...Konik wstrząsa bujną grzywęI do stajni rży...

Idą żeńce, niosą kosy,Fujareczka gra,A pastuszek mały, bosy,Chudą krówkę gna.

Młyn na rzeczce huczy zdala,Białe ciągną mgły,A tam z kuźni, od kowalaLecą złote skry.

W polu, w sadzie brzmi piosenkaWskroś srebrzystych ros,Siwy dziad pod krzyżem klęka,Pacierz mówi w głos...

Jadą wioską, jadą drogąSiostrzyczka i bratI nadziwić się nie mogą,Jaki piękny świat!

A w tem gęstem życie derkacz sobie siedzi,Płacze, lamentuje i bardzo się biedzi,— Już kosiarze brzęczą w kosy,Gdzież ja pójdę nagi, bosy!Der, der, der, der, der, der...

— A idźże w pszeniczkę, bo jeszcze zielona,Jeszcze i za tydzień nie będzie koszona.— Nim przeniosę graty, dzieci,To i tydzień jak nic zleci.Der, der, der, der, der, der...

— A idźże w ten jęczmień, w jęczmień ten zielony,Jeszcze i za miesiąc nie będzie koszony.— Kiedy jęczmień wąsem rusza,Aż truchleje we mnie dusza.Der, der, der, der, der, der...

— A idźże w te owsy, co się późno kłoszą,Stamtąd cię kosiarze nijprędko wypłoszą.Kiedy owies trzęsie kłosy,Za kark mi natrzęsie rosy.Der, der, der, der, der, der...

Przejdźcie góry, przejdźcie lasy,Na calutkim Bożym świecieSzczęśliwszego pewno kotka,Niż Filonek — nie znajdziecie.

Nasz Filonek, kotek bury,Ma futerko w żółte łaty,I jest sobie jedynaczkiemU swej mamy i u taty.

W domku u nich często bieda,Myszki bardzo pomądrzały,Czasem tata nie ułowiAni jednej przez dzień cały.

Ale nigdy się nie smuci,Choćby bieda nie wiem jaka...Bo mu serce rozweselaWidok synka jedynaka.

Ledwo ranek zorzą błyśnie,Ledwo zejdzie jasność słonka,Śpieszy mama, śpieszy tata,Do syneczka, do Filonka.

Mama ślicznie przyśpiewuje,Albo cudną prawi bajkę,A zaś tata w kamizeliTańczy z synkiem, paląc fajkę.

Przez dzień cały ciężka praca,Ciężkie troski i kłopoty,Lecz jak słonko je wyzłacaTego ranka promyk złoty!

Hola, hola, mości Bury,Bo wyliżesz w łyżce dziury.Patrz, jak kotek siedzi ładnie,Czeka, czy mu co nie spadnie,Podzielić się z głodnym trzeba,Choć drobinką mleka, chleba.

Miała Zosia Kotka-Psotka;Tak go w domu nazywano,Bo coś spsocił w każdej chwili,Czy to wieczór, czy też rano.

To poplątał w motkach nici,To umaczał wąsy w sosie,To się z Kruczkiem pobił w budzie,To podrapał nawet Zosię.

Aż raz patrzy, Zosia w wodęPuszcza śliczne rybki złote.Psotek przysiadł, uszki stulił,I obmyśla nową psotę.

— Rybka — duma — to potrawa!To mi przysmak doskonały!Cóż to?... Zawsze będę chlapałMleko, jakby kociak mały?

Wnet nad wodą się przechyla,Patrzy okiem zachwyconem,Sięga łapką, jedną, drugą,Aż — buch! cały wpadł z ogonem.

Ledwo, że się nie utopił!A narobił krzyku, wrzasku...Wszyscy biegli przestraszeni,Dom był pełen prasku, trzasku.

Dostał febry, sczerniał cały,Lecz nie poszła w las nauka.Odtąd Psotek u staregoRybołowa rady szuka.

Często też ich widzieć można,Jak podrywką, albo wędkąŁowią sobie rybki złote,Złote rybki z krasną cętką.

Psotek zmienił obyczaje:Rzucił figle, rzucił psoty,Obrał sobie stan rybacki,Ostro wziął się do roboty.

Nie żałuje znoju, trudu,I panience swojej, Zosi,To miętusa, to kiełbika,To okuńka nawet znosi.

Zczasem zrobił się z kocinyRybak sławny w okolicy,Dziś drżą przed nim wszystkie płotkiOd Kamionki do Bystrzycy.

Stary kowal młotem wali:Buch! buch! buch!Mało brody nie osmali,Zuch! zuch! zuch!Kowalczyki kują,Raźno przyśpiewują,Chociaż iskra z ognia pryśnie,To tego nie czują.

— Proszę ciebie, ty kowalu,Mój! mój! mój!Dla konika mi podkówkęKuj! kuj! kuj!Dla konika tego,Siwka srokatego,Com go dostał w podarunkuOd tatusia mego!

Stary kowal młotem wali:Buch! buch! buch!Ledwie brody nie osmali,Zuch! zuch! zuch!

A my z tej uciechySami dmiemy w miechy,Lecą, lecą iskry złoteI wesołe śmiechy!

Pójdziemy do lasu —Raz! dwa! trzy!Zobaczymy wilczka,Raz! dwa! trzy!A ten wilczek szary, bury,Ma kły ostre i pazury,Raz! dwa! trzy!

Pójdziemy do lasu —Raz! dwa! trzy!Ułowimy wilczka,Raz! dwa! trzy!A ty wilczku, rozbójniczku,Chodzisz sobie po gaiczku,Raz! dwa! trzy!

Pójdziemy do lasu —Raz! dwa! trzy!Zabijemy wilczka, —Raz! dwa! trzy!A ten wilczek jest niecnota,Zjadł owieczkę koło płota,Raz! dwa! trzy!

Pójdziemy do lasu —Raz! dwa! trzy!Pochowamy wilczka,Raz! dwa! trzy!Naści tobie, mości wilku,Coś zajączków schrustał kilku,Raz! dwa! trzy!

Staś dzień cały w polu strawił;Ach, jak on się też nabawił!Nikt się o tem, nikt nie dowie,Chyba, że mu Staś opowie.

Najpierw z rana, tak, jak trzeba,Wypił mleczko, podjadł chlebaI het poszedł w pole miedzą,Gdzie czerwone maczki siedzą.

Idzie, patrzy, aż tu z żytaJak nie smyknie lisia kita,Stasio w krzyk: — A huź-ha kusy! —Lis do boru dał dwa susy.

Szkodnik, lubi połów łatwy,Chciało mu się kuropatwy.Ale Staś go spłoszył w poręI lisisko wpadło w norę.

Idzie dalej, patrzy w lewo,Aż wiewiórka, szust! na drzewo.I na samym czubku siadłaI orzeszki sobie jadła.

Jeszcze jej się Staś dziwuje,Na orzeszki oblizuje,Aż tu, słyszy, kaczka dzikaPonad stawem się pomyka.

Więc się do niej z kijka zmierzy,I... paf! — strzelił. Kto nie wierzy,Niechaj idzie i zobaczy,Czy tam znajdzie choć dziób kaczy!

Jak Stasiowi po tym strzaleBarszcz smakował doskonale,Jak nazbierał niezabudek,Jak mu w lesie uciekł dudek,

Jak napotkał na drożynieMałą Kasię i Jadwinię,Tego już się nikt nie dowie,Chyba, że mu Staś opowie.

Moja mamo! z tą laleczkąNie wytrzymam chyba dłużej!Ciągle stoi przed lusterkiem,Ciągle tylko oczki mruży.

To się muska, to się puszy,To sukienki wciąż odmienia,A co zniszczy kapeluszy!Same, same utrapienia.

Ni do książki, ni do igły,Tylko różne stroi miny,Już doprawdy, proszę mamy,Nie wytrzymam i godziny!

Klapsów chyba dam jej kilka,Albo w kącie ją postawię,Dzień jest przecież do roboty,A ta myśli o zabawie!

Na to mama: — Już ja tobiePodam sposób na laleczkę,Usiądź sobie tutaj przy mnieI do ręki weź książeczkę.

Nie zaglądaj przez dzień całyDo lusterka, ucz się ładnie,A zobaczysz, że i lalkęDo tych minek chęć odpadnie.

Chcesz poprawić swą laleczkę,Pracuj pilnie, pracuj szczerze...Bo ci powiem, moja Julciu,Ona z ciebie przykład bierze!

Cały dzionek słonkoPo niebie chodziło,Czego nie widziało!Na co nie patrzyło!

Widziało nasz domek,Jak się budzi rankiem,Jak Magda na poleNiesie mleko dzbankiem...

Jak Wojtek wyciągaZa studni żórawia,Jak się mały JanekZ Wiernusiem zabawia...

Widziało, jak owczarzPędzi owce siwe,Jak Antek karemuRozczesuje grzywę...

Widziało gołąbki,Jak na dach nasz lecą,I trzepią w skrzydełka,I pod zorzę świecą.

Widziało, jak ZosiaZ kluczykami chodzi,Jak liźnie śmietany,Choć się to nie godzi...

Widziało, jak KubaPługiem w polu orze,Jak wołki pogania,Żeby było zboże...

Widziało pod lasem,Jak się pasą krowy,Jak tam pokrzykujeNasz ciołeczek płowy...

Widziało, jak KasiaBiały ser ogrzewa,Jak Stach konie poi,A gwiżdże, a śpiewa...

Widziało, jak wszyscyPo pracy zasiedli,I z misy głębokiejŁyżkami barszcz jedli.

Co tu gwaru! Co tu krzyku!Idą dzieci po Maiku...Idą, idą wiejską drogą,Psom opędzić się nie mogą!

Koszuliny na nich lniane,Siwe świtki z wełny tkane,A nóżęta wszystkie boso,Na chojaku Maik niosą.

A ten Maik w słonku świeci,Ubrały go w kwiaty dzieci,Ubrały go i dziewczęta,Wstęga na nim przewinięta.

A ten Maik cudne ziele,Gdzie on zajdzie, tam wesele,Gdzie on zajdzie, tam uciecha,Aż się po wsi gonią echa!

Dla Maika dobre czasy:Są w komorze chleb, kiełbasy,Jest w komorze kołacz biały,Będą dzieci zajadały!

Dla Maika dobra pora,Od wrót do wrót, aż do dworaOtwierają mu panięta,Bo to teraz wiosny święta!

Przede dworem dzieci stoją,Do śpiewania gardła stroją...— Już my zimę z słomy zwili,Pod wodą ją utopili!

A my dalej z niemi wtórem,Hukniem wszyscy wielkim chórem:— Świeci słonko w polu, w gaju,Witaj, witaj, miły Maju!

Co to Józia tam zbroiła,Że się tak za drzewo skryła,I oczki się podnieść wstydzi?Myśli, że jej nikt nie widzi?

Wiem ja, wiem, co to za sprawa:Panna była zbyt ciekawaCo tam mieści słoik który,I wyjadła konfitury.

Ach, jak brzydko, jak nieładnie!Jak na sercu jej niemiło!Każdy teraz ją zagadnie:— Panno Józiu! Jak to było?

Nikt nie widział. Prawda, aleCzyż nie zdradzą oczki, buzia?Każdy pozna doskonale:Konfitury zjadła Józia!

Nawet Filuś... Boże drogi!Ten rozszczeka w całym domu.Filuś! Filuś! Tu... do nogi!Jak tu w oczy spojrzeć komu?...

— Wiem już! Pójdę do mamusi,Powiem wszystko szczerze, pięknie,Mama mi przebaczyć musi,Bo mi z żalu serce pęknie.

Stasio pisze:— „Bardzo mi tuSmutno bez was, drogie Bąki!I bez ciebie, mój Jasieńku,I bez tej psotnicy Bronki!

Lotem ptaka do was leciećNieraz bierze mnie ochota...Już mi tęskno i do kuca,I do Burka, i do kota.

Do Brońcinej nawet lalki...Chociaż, cóż tam chłopcu lala! —Tak mi wszystko teraz miłe,Kiedy jestem od was zdala.

Ja tu w szkole siedzieć muszęNad książkami przez dzień cały;Wzdycham tylko, żeby prędzejTe wakacje już nastały.

Dopieroż to prysnę sobieZ szkolnych murów na swobodę!A powiedzcie tatusiowi,Że jak amen, mam nagrodę.

Donieście mi jak najśpieszniej,Czy mój kucyk w stajni stoi?Czy Białoszek, kotek, zawszeTak samo się Burka boi?

Czy orzechów na leszczynieDużo będzie tego lata?Czy są w polu kuropatwy,I czy na nie chodzi tata?

Pamiętajcie też o szczygle,I dawajcie mu siemienia,Całuję was miljon razyWasz bratStaśI do widzenia!”

Pójdźno, Burku! Masz tu sianka!Znasz mnie przecież! Jestem Janka...Wyszłam sobie w pole sama,Bo otwarta była brama.

Już nie jestem taka mała,By mnie niania pilnowała,I wodziła wciąż na pasku!Trafię nawet i do lasku,Wyjdę sama i na pole...A tam bociek na stodole...

Zaś pod dachem to znów radaJaskółeczka czarna siada,Co gniazdeczko ma u góry...Na nią kot się patrzy bury...Ten kocisko — to niecnota...Ja nie kocham wcale kota!

Ja mu za to nie dam mięska!Ani trochy! ani kęska!A jak mi się co zostanie,To dla Brysia na śniadanie.Bryś jest w budzie i ujada,Woła, żeby wesprzeć dziada.

A ten dziad to jest ubogi,Kij ma zamiast jednej nogi,Śpiewa pieśni i pacierze,A do torby dzieci bierze,Ale tylko te paskudne,Co to beczą i są brudne!

Mnie nie wezmą w torbę dziady...Nawetby nie dali rady!Mama teżby mnie nie dała,A i torba jest za mała.Zresztą, zawsze mówi niania,Że ja jestem grzeczna Jania.

Chcecie pewno wiedzieć wszyscy,Jak się chłopczyk ten nazywa,Co w ogródku sobie siedziI na trąbce swej przygrywa? —

Jest to Jasio „Ranny Ptaszek”,Wielki mamy swej pieszczoszek,Co aż dotąd się nazywałW całym domu: „Jasio Śpioszek”.

„Jasio Śpioszek” — drogie dziatki,Nieszczęśliwy był chłopczyna,Bo zobaczyć nigdy nie mógł,Jak się dzionek rozpoczyna.

Ledwo ziewnie raz i drugi,Ledwo przetrze jedno oko,Ledwo na bok się odwróci —Już ci słonko het... wysoko!

Aż raz tata mu darowałTrąbkę tę zaczarowaną,Co wschód słońca ci pokaże,Gdy zatrąbisz... bardzo rano.

Odtąd Jasio „Rannym Ptaszkiem”Został po tym wynalazku,I tak sobie gra codziennie,Zaraz po słoneczka brzasku.

Dalej, dalej, wojsko nasze,Raz, dwa, trzy!Dalej szable i pałasze,Raz, dwa, trzy!Dalej trąbki, dalej kije!Nasze wojsko dziś się bije,Raz, dwa, trzy!

Niech tam sobie tchórze, baby,Siedzą niby w bagnie żaby,Gdy im skóra drży.My idziemy na wojenkę,Śpiewający w głos piosenkę:Jak to konik rży,Jak się idzie borem, lasem,Przymierając z głodu czasem —Raz, dwa, trzy!

Żadne chyba nie zna z dziatekKotka, jak był nasz Wąsatek.Co za kot! Jaka w nim cnota!Nie, równego niema kota!

Wszyscy wiedzą to oddawna,Że gościnność u nas sławna,Lecz Wąsatek — bez przesadyJak nikt gościom bywał rady.

Raz przybyły w odwiedziny,O granicę, dwie kociny,Warto widzieć, mocium panie,Jakie sprawił im śniadanie!

Pieczeń mysia, kotlet szczurzy,Skórki z sera, komar duży,Udka żabie szpikowane,A na wety dał śmietanę.

Mało tego jegomości!W piękny wózek sadza gości,I tykając ledwie ziemi,Na przejażdżkę pędzi z niemi.

Innym razem znów, MedoraMiała katar, była chora,A gdy legła na pościeli,Ludzie o niej zapomnieli.

Choć sam mięsko chętnie łyka,Kładzie obiad — do koszyka.Ani myśląc nawet o tem,Że się pies nie lubi z kotem.

To znów widząc, że przy dworzeI sierota wyżyć może,Nasz Wąsatek, nader skory,Naśladował piękne wzory.

Właśnie były dwie sierotki,Popieluszki, starej kotki,Więc Wąsatek im co rankaDawał mleka z swego dzbanka.

Nie żałował i pieszczoty.Głaskał, tulił, bo — sieroty!Czyżby sercem które z dziatekMiał przewyższać nasz Wąsatek?

Naznosimy piasku, nazwozim kamieni,Zbudujemy domek z drzwiczkami do sieni,Zbudujemy domek z jasnemi oknami,Żeby złote słonko świeciło nad nami.

A nad naszym domkiem będzie dach słomiany,Z pięknych żytnich snopków równo poszywany,A na dachu będzie gniazdo dla bociana,Żeby nam klekotał od samego rana.

A w tym naszym domku będą białe ściany,A na nich obrazek ślicznie malowany:Jedzie rycerz, jedzie, brząka ostrogami,Siostrzyczka go żegna, zalewa się łzami.

A przed naszym domkiem będą niskie progi,Żeby do nas zaszedł ten dziadziuś ubogi,Żeby do nas zaszedł, przed kominkiem siadał,O tych dawnych czasach dziwy rozpowiadał.

A za naszym domkiem będzie sad zielony,Ślicznemi kwiatkami pięknie zasadzony,A za sadem pole z żytem, jak potrzeba,Żeby żaden głodny nie odszedł bez chleba.

Ten mały druciarczykGarnuszki drutuje,Kto mu da choć grosik,Temu podziękuje.

Ten mały druciarczyk...Każdy go usłyszy,Bo woła a woła:— „Pułapki na myszy!”

Biedny ten druciarczykMa owczy serdaczek,A i tak się z zimnaTrzęsie nieboraczek.

Ten mały druciarczykZ gór wielkich wędruje,Całym dzionkiem idzie,A nocką nocuje.

Ten mały druciarczykMa w górach tam chatkę,A w chatce braciszkaI ojca i matkę.

Ale nie ma w górachDość czarnego chleba,I często tam głodno,Choć blisko do nieba.

O, mój druciarczyku!Nie trap-że się, proszę,Naści tu bułeczkę,Naści tu dwa grosze.

Z tej bułeczki będzieDla ciebie śniadanie,A grosik i drugiDla matki zostanie.

A jak wrócisz kiedyDo domku swojego,To kłaniaj się TatromOd Staśka małego.

— Moja pani Maciejowa!To to tak się wieprzka chowa?To on zamiast leżeć w chlewie,Psoci się, a pani nie wie?

To fatyga już za wielka,Wsadzić patyk do skobelka,A wieprzkowi dać wygodę,Natrząść słomy, zmienić wodę?

To już ciężko dla waćpaniObierzyny zebrać z bani,I w korytko dać potrochuZielska, otrąb, albo grochu?

To tu Jasiek siedzi ładnie!A wieprzek mu kluski kradnie!To ta śliczna żółta miskaDla takiego będzie pyska?

Toż się dziecku krzywda dzieje,A wieprzek się z tego śmieje...I choć Jasiek wrzeszczy, krzyczy,Wieprzek, jak nic, kluski ćwiczy.

Ho, ho! Nie myśl, moja pani,Że ci tego nikt nie zgani!Tylko przyjdzie Kusy z pola,Zaraz szczeknie: — hau! hau! hola!

— Jeśli chcesz hodować trzodę,To jej nie wypuszczaj w szkodę.Bo inaczej, dam dwa susy,I po wieprzku! jakem Kusy!

— Co tu dużo atramentuNa pochwałę psuć talentu! —Kotek Pifuś, malarz młody,Był talentem pierwszej wody.

Chciała dama być różowa?Namalował ją od słowa,Choć z natury damy skóraByła szara, albo bura.

Gdy malował dygnitarza,(Jak to często się wydarza),Który był mopsikiem drobnym...Czynił go do lwa podobnym.

Lecz raz przyszła myszka mała,Co mieć także portret chciała.Portret straszny, tak... i srogi,By kot przed nim trząsł się z trwogi.

Pifuś chętnie przystał na to.Wymalował mysz rogatą,A dla większej jej obrony,Wilcze dodał kły i szpony.

Mysz się cieszy z arcydzieła;Lecz gdy je oglądać jęła,Malarz — szust! — I wnet, o dziwoZjadł bez trwogi myszkę żywą.

Poszła matuś do roboty,Poszła na pole,Zostawiła suchej wierzbieSwoje pacholę.

A ty stara sucha wierzbo,Pilnuj mi chłopca!Tylko pójdę z sierpem w łąkęDo tego kopca.

Pilnujże go, trzymajże go,Niech mi nie padnie;A ty chmielu przyjacielu,Baw mi go ładnie!

Strzeżcież mi go, bawcież mi go,Kwiaty u płota,Nie puszczajcie mi do niegoBurego kota!

Nie puszczajcie mi do niegoZłego sąsiada,Tego Brysia, co za płotemW budzie ujada.

A wy ptaszki, wróbelaszki,Macie tu chleba! —Śpiewajcie mu pioseneczkiZ samego nieba.

Ostańże mi, nie płaczże mi,Dziecino złota!Trzymajże się wierzby naszej,Naszego płota!

— Nie puszczaj się, Mimi, samaNa osiołku! — rzecze mama.— Czekaj, tata zje śniadanie,To pojedziesz z nim, kochanie!

Ale Mimi ani słucha,I hyc! na grzbiet kłapoucha.

— Uciekajcie, dzieci, z drogi!Bo tu pędzi rumak srogi —Ani uzdy, ni rzemienia,Ni kulbaki do siedzenia...

Tylko mu się z boków dymi! —Woła z dumą panna Mimi.— Aj, aj! Coś to miłe zwierzęZanadto dziś na kieł bierze...

Pędzi w galop, w samo błoto...Jezus, Marja! Stój niecnoto!...Prr! Prr!

Wyobraźcie sobie dzieci,Jak to ten osiołek leci..

Biegnie Maryś z Zuźką małą,— Ach, panienko! Co się stało?Czy panienka, chowaj Boże,Guza gdzie nabiła może?

A panienka zapłakanaStoi w błocie po kolanaI przyrzeka sobie w duszy,Że bez taty się nie ruszy.

— Czego to tu pan dobrodziejMiędzy stado nasze chodzi?Czy to trakt dla pana wąski,Że pan leziesz między gąski?Czy przebrało się zabawyW piłkę, w lisa i w koniki,Że pan depcesz nasze trawyI wyprawiasz dzikie krzyki,I na gąski rzucasz piaskiem,I gąsięta straszysz wrzaskiem?

A może chcesz na gęsiarka?To ci worek da szafarka,Żebyś skrył się przed szarugą,Koszulinę da ci długą,Da ci w rękę bat, kochanie,Suchą kromkę na śniadanie,Zostawi ci na wieczerzę,Co się resztek z misy zbierze;A jak zginie gąska która,To w robocie będzie skóra!

Jakoś to się nie podoba?No, to się rozprawim oba!

Poznasz wnet, mości Filipie,Jak to gąsior mocno szczypie!Masz pamiątkę! Masz, mój panie,Niechże siniak ci zostanie!Krzyczysz? Nic mnie to nie wzrusza;No, niech teraz panicz rusza.A powiedz tam, mój kolego,Niech się dzieci gąsek strzegą!

Oj, jak ślicznie tam daleko,Pod tym lasem, nad tą rzeką!Jak się słonko w wodzie złoci!Co tam w łąkach jest stokroci,Co tam zboża, co tam chat,Jak szeroki piękny świat!

Tak w pogodny letni ranekDumał sobie mały Janek,Wystawiwszy główkę płowąAż za furtkę ogrodową,Gdzie w oddali widać hetWstęgę rzeki, wzgórza grzbiet.

Naraz krzyknie: — Wiem, co zrobię!Chleba w torbę wezmę sobie,Ani mamie, ani komu,Nic nie powiem w całym domu,I daleko pójdę w świat,Bom nie baba, ale chwat!

Na trzy mile, het, od Wólki,Każdy kotki zna Anulki,— Z czego? — może chcecie spytać.A no, bo się uczą czytać!

Mruczusiowi w lewo, w prawo,Elementarz jest zabawą;Filuś trafia też litery,Kładąc na nie łapki cztery.

Ale Burek!... straszne rzeczy,Co się ten kot nie nabeczy,Nie namiauczy przy czytaniu!Ba, przy sylabizowaniu!

Woła Ania do nauki:A ten — smyrt — i dalej sztuki:To w śpiżarni kąśnie szperki,To poruszy owcze serki.

To go z kuchni i od garnka— A psik! — pędzi precz kucharka,A niech wróbla gdzie zaoczy,Na najwyższą gałąź skoczy.

Aż raz, patrzy, coś tu stoi.Chce polizać, lecz się boi,Nie wie co to, nie chce pytać,Napis jest — nie umie czytać.

Wącha, patrzy, aż ozorekWystawiwszy, liznął korek...Jak nie miauknie! Jak nie wrzaśnie!— Gwałtu! — A to pieprz był właśnie.

Boli, piecze, szczypie, strzyka,Skórka zlazła mu z języka,Filuś się za boki chwyta...— A czemuż to waść nie czyta?

Nikt mnie o tem nie przekona,I nikomu nie uwierzę,Że ta żabka, ta zielona,To jest szpetne, brzydkie zwierzę.

Proszę tylko patrzeć zbliska:Sukieneczka na niej biała,Tak w porannem słonku błyska,Jakby w perły szyta cała.

Wierzchem płaszczyk zieloniutki,Jak ten listek, jak ta trawa,I zielone mają butkiNóżka lewa, nóżka prawa.

Główkę takiż kaptur kryje,Ciemne prążki po kapturze,Prawda, oczy ma przyduże,I przygrubą nieco szyję.

Ale zato, jak dalekoWypatrzy tę chmurkę małą,Którą morze letnią spiekąNa ochłodę nam posłało!

A jak głośno, skryta w krzaki:— „Dżdżu! Dżdżu!” — woła podczas suszy.Choć świergocą wszystkie ptaki,Ona wszystkie je zagłuszy!

Alboż robi jakie szkody?Psuje kwiaty? niszczy sady?Wszak jej starczy trochę wody,Małe muszki i owady.

Przytem... Nie wiem tego pewnie,Lecz mi niania raz mówiłaO prześlicznej tej królewnie,Co zaklęta w żabkę była.

Cudnej główki, rączek, lica,Nic nie widać, ani trocha...Zaklęła ją czarownica,Czarownica, zła macocha!

I w postaci tej musiałaSiedem lat czekać dziewica,Aż ją trafi złota strzała,Złota strzała królewica.

Dopieroż ją wypuściłaZ owej skórki jędza baba,I królową potem byłaTa zaklęta pierwej żaba.

Czy to prawda, czy tak sobie,Tego nie wiem już na pewno.Zawszeć boskie to stworzenie,Chociaż nie jest i królewną!

Wuj parasol sobie sprawił.Ledwo w kątku go postawił,Zaraz Julka, mały Janek,Cap za niego, smyk na ganek.Z ganka w ogród i przez polaHet, używać parasola!

Idą pełni animuszu:Janek zamiast w kapeluszu,W barankowej ojca czapce,Julka w czepku po prababce,Do wiatraka pana Mola!...A wuj szuka parasola.

Już w ogrodzie żabka małaZ pod krzaczka ich przestrzegała:— Deszcz! deszcz idzie! Deszcz, deszcz leci!Więc do domu wracać, dzieci!Mała żabka, ta, na czasieJak ekonom stary, zna się,I jak krzyknie: deszcz! — to hola!Trza tęgiego parasola!

Lecz kompanja nasza miłaWcale żabce nie wierzyła.— Niech tam woła! Niech tam skrzeczy!Taka żaba!... wielkie rzeczy!Co nam wracać za niewola!Czy nie mamy parasola?

Wtem się wicher zerwie srogi.Dzieci w krzyk, i dalej w nogi...Szumią trawy, gną się drzewa,To już nie deszcz, to ulewa;A najgorsza teraz dolaNieszczęsnego parasola.

W górę gną się jego żebra,Deszcz go chlusta, jakby z cebra,

Pękł materjał... Aż pod chmuryWzniósł parasol pęd wichury.Darmo dzieci krzyczą: Hola!Łapaj! Trzymaj parasola!

Nie wiem, jak się to skończyło,Lecz podobno niezbyt miło;Żabki o tem może wiedzą,Co pod grzybkiem sobie siedzą;— Prosim państwa, jeśli wola,Do naszego parasola! —

Chyłkiem, ciszkiem, milczkiem, bokiemBiegnie Mańcia w pole mrokiem.Ot, w sekrecie wam powiadam,Że drapnęła od swej madam,Od swej madam, od swej bony,Co parasol ma zielony.

Coś tam, mówiąc między nami,Nie powiodło się z lekcjami,Było dużo fuku, puku:— A próżniaku!... A nieuku!...Aż też Mańcia, tak jak stała,Smyrgła w pole, niby strzała!

Księżyc właśnie wszedł z za chmurki,W życie wabią się przepiórki,Twarde wąsy oset jeży,Słychać łopot nietoperzy...Mańcia staje, staje... słucha...Pustka, zmrok, żywego ducha!

Żółty bąk z okrutnym brzuchemBzyknął jej nad samem uchem,Ćma oślepła w oczy bije,Trawa drży... a może żmije?Może wilk?... Może wyskoczyStrach, co to ma wielkie oczy?

Mańcia staje. Z pod fartuszkaSłychać głośny stuk serduszka:Stuku, puku... Ledwie żywa.Wtem tu: — „Meee”... Coś się odzywa...Patrzy, aż ci tu jagniątkoLeży w trawie niebożątko.

Moja Mańcia w skok do niego.— A ty małe nicdobrego!A nicponiu! A ty zbiegu!To tu miejsce do noclegu?To ty nie wiesz, że matusiStrach o ciebie tam być musi?

Chodź mi zaraz tu na ręce!Już ja uszków ci nakręcę,W taką ciemność! W taką rosę!...Chodź! Ja zaraz cię odniosę.A jagniątko: „Meee”. — A pocoPanna sama biega nocą?

Już się oczki wyspały?Już to patrzą się mile?A, pieszczoszku mój mały,Poleż jeszcze przez chwilę!

Jak to rączki wyciąga,Mój Stasieniek, mój złoty!Czekaj, czekaj! siostrzyczkaMa dziś dużo roboty!

Jutro będzie Wielkanoc,Babki w piec już wsadzone,Gotują się kiełbasy,I mieć będziem święcone!

Najpierw obrus bielutkiMama na stół położy,Na nim stanie w pośrodkuTen Baranek, ten Boży.

Chorągiewka czerwona,A zaś kijek złocony,Babka jedna i drugaZ każdej będzie stać strony.

Potem szynka ogromna,W niej borówka zatknięta,Na znak, że to radosneI wiosenne są święta.

Mama wczoraj kupiłaPęk borówek świeżuchny...Placki będą, jak drużby,A zaś babki, jak druchny!

Obok będzie kiełbasaNa okrągłym półmisku,I prosiątko pieczone,Co jajeczko ma w pysku.

Jajkiem będziem się dzielićWszyscy w domu zkolei,Życzyć sobie pociechy,Życzyć sobie nadziei.

Potem będą mazurki —Właśnie robi je mama,A rodzynki, migdałyObierałam ja sama!

A na boku stać będzieW kubku woda święcona,I kropidło z wstążeczką,Od sąsiada Szymona.

Zrana przyjdzie ksiądz proboszczI poświęci stół cały,Domek także pokropi,By się dzieci chowały.

Gdzie tam padnie, to padnie,Po okienku, po ścianie...Ej, zobaczysz, Stasieńku,I tobie się dostanie!

Tak się zrobi wesoło,Tak słoneczko zaświeci —Ach, już niema, powiadam,Jak Wielkanoc dla dzieci!

Już to dawno mówią o tem:Warczą na się, jak pies z kotem.Ale Filuś nie dowierzał,I przymierzał...

Skoro tylko psa gdzie zoczy,To podejdzie, to uskoczy,Ale z drogi mu nie schodziPan dobrodziej.

Jeden, drugi kundys krzepkiAni dbał na te zaczepki,Psu nie honor bić się z kotem,Co mu po tem?

Ale nastał raz do dworuPsiak zajadły, zły z pozoru,Co za takie awanturyRwał do skóry.

Przestrzegały inne koty:— „Porzuć raz te swoje psoty,Bo się kiedy tak zahaczysz,Że... zobaczysz!”

Ale Filuś harda sztuka,Z psami wciąż zaczepki szuka,I po nosie — trzep ich z boku,Psy... już w skoku,

Już dobrały się do skóry.— Ajaj!... wrzeszczy Filuś — gbury!Toć od takiej znajomościBolą kości!...

Pan Piotr ma już latek parę,Panna Kocia ze trzy cości.Gospodarstwo wcale stare!Wybiera się dzisiaj w gości...

Najpierw buty po kolana.Jakżeż ciężkie! Miły Boże!Lecz co robić? Rzecz to znana:Pan bez butów być nie może.

Albośmy to jacy tacy?Poznaj pana po cholewie!Całe szczęście, że IgnacyŚpi w kredensie i nic nie wie.

Dźwiga Piotruś, aż się poci,Lecz nie puści butów za nic.Dama będzie z panny Koci,A on będzie Szambelanic.

W starej książce u BabusiWidział śliczną parę taką.Ale prawda! Jeszcze musiTabakierkę mieć z tabaką.

Panna Kocia naprzód rusza,Na ramieniu laska dziadzi.Od wielkiego kapeluszaBrzeg kosmaty rączką gładzi.

Panna Kocia zamyślona,To podejdzie, to przystanie:Musi jako dobra żonaO mężowskie dbać ubranie.

Pannie Koci nie nowinaPrzebierać się co godzina:Lecz z Piotrusiem kłopot tęgi...Oj mężczyźni, niedołęgi!

Wnet pan Piotr kapotę kładzie,Naśladując wiernie Dziadzię.Na guziki ją zapina,Fontaź na wiatr, w ręku trzcina...

Już z powagą wielką kroczy,A że surdut go opada,Że kapelusz wlazł na oczy,No, to tam już trudna rada!

Panna Kocia z nim pod rękę,W szalu babci i z umbrelką,Trochę krótką ma sukienkę,Lecz i tak jest damą wielką.

Dokąd idą? Nikt nie zgadnie:Do Babusi, czy do Dziadzi...Ale, że jest bardzo ładnie,Gdy się Państwo tak prowadzi!

— Będą dzisiaj naleśniki!Już kucharka cukier tłucze,Mama poszła po rodzenki,U śpiżarni wiszą klucze! —

Tak od rana Filuś wołaNa Minetkę i Kacperka,I wąsiki oblizuje,I na komin chciwie zerka.

Filuś strasznie jest łakomy!W całym domu wszyscy wiedzą,Że z talerzy wylizuje,Czego inni nie dojedzą.

Pfe! Jak brzydko! Aż niemiłoMówić mi o takim kocie,Wolałbym sam myszy łapaćAlbo siedzieć gdzie na płocie.

Co się mama nie nagniewa,Nie naprosi, nie nasarka!Ledwo skończy, aż mój FiluśSmyk do kuchni i do garka.

Aż raz wbiega: coś się skwarzy...Pęchu, węchu — to słoninka!Filuś woła towarzyszy,Do pyszczka mu idzie ślinka.

Jak nie schwyci łapką całą,Jak nie wrzaśnie w niebogłosy:— „A jaj!... A jaj!...” Kotki za nim,Co wetknęły także nosy.

Byłoż bólu! Byłoż krzyku,Byłoż potem wstydu siła!Jeszczeć pono i kucharkaCoś na drogę przyłożyła.

A jak ja urosnęI już duży będę,To wezmę książeczkę,W kąciku usiędę.

I będę przewracałPo jednej karteczce,I wszystko wyczytam,Co tylko w książeczce!

Wyczytam, jak rankiemSkowronek nam śpiewa,Jak złoty się żuczekNa słońcu wygrzewa.

Jak rybki się pluszcząPrzez modrą głębinę,I jak ja w czółenkuNa Wisłę popłynę.

Jak pszczółka się pilnieNad łączką uwija,I miodek z dziewannySłodziuchny wypija.

Jak w zbożach swe dziatkiHoduje przepiórka,Jak na tym zajączkuZe strachu drży skórka.

Jak ludzie budująI domy, i miasta...Jak kamień przy drodzeW mchy siwe porasta.

Jak wilczki i lisyPo lasach się kryją,Jak duszą gąseczki,A za to ich biją...

Jak ptaszek powracaDo gniazdka przed nocą,I jakie to gwiazdkiNa niebie się złocą.

Jak wszystko wyczytam,Wszystkiego się dowiem,To zamknę książeczkęI mamie opowiem.

Droga mamo! Już za tydzieńBędą twoje imieniny.Życzę, żebyś zawsze miałaDużo myszek i słoniny.

Przyjmij, mamo, te życzeniaOd Lizusia, twego synka,Który chciałby też spróbować,Jak smakuje ci słoninka.

Droga mamo! NajserdeczniejCałuję twe cztery łapki,A pamiętaj o Lizusiu,I przyślij mu choć ochłapki!

Donoszę ci, mamo droga,Że tu byłem na pokucie,I za nocną bijatykęCały dzień siedziałem w bucie.

Ach, jak smutno mi na sercu,Kiedy ci to wszystko piszę!Droga mamo, na pociechęPrzyślij mi choć udko mysze!

Ach, tak mi zapachniał naglePrzewyborny ten traktament,Żem dał susa na stół, a wtemWszystek rozlał się atrament.

Chcę ratować, maczam łapy,Opieram je na papierze...Mamo droga, wybacz plamy,Bo cię zawsze kocham szczerze!

Pan Zielonka, co nad stawemMieszka sobie żabiem prawem,Ma rodzinę wcale sporą:Dzieci pono aż pięcioro.

Już od dziada i pradziadaWielkie Bagno tu posiada,I przy kępie, pod łopianem,Na folwarku tym jest panem.

Tu na muszki w lot czatuje,Tu się kąpie, tu poluje,Tu napełnia staw swym krzykiem,A jest sławnym gimnastykiem.

Jak dzień tylko się rozświeci,Hyc z kąpieli, woła dzieci,I za chwilę kawalkadąTaką oto sobie jadą:

Ten najstarszy, co na przodzie,Rej prowadzi w tym pochodzie,A ma tuszę okazałą,Od swych ocząt zwie się: „Gałą”.

Ten za ojcem, tak wesoły,Co się trzyma fraka poły,I ten w wielkich susach drugi:„Miech” i „Skrzeczek” na usługi.

Czwarty „Żeruś” na ostatkuPędzi, krzycząc: „Tatku! Tatku!”Tatko, widzę, zapomina,Że ma też Żerusia syna!

Lecz najmłodszy, pieszczoch wielki,Co się trzyma kamizelki,I na karku u tatusiaWierzchem jedzie, zwie się „Trusia”.

Tata chlubi się tym chwatem;Co odważnie śmiga batem,Choć kapelusz mu ojcowyCałkiem zakrył czubek głowy!

Sadzi susy pan Zielonka,Nic nie pyta, rów czy łąka,Choć pot kipi, nie zna trwogi,I ma w licu uśmiech błogi.

Nie wiem, czy się wam zdarzyłoTę kompanję spotkać miłą?Lecz po deszczu rad się błąkaZ dziatwą swoją pan Zielonka.

Trzy koteczki, trzy wisusy,Rysiek, Mysiek i pan Kusy,Każdy w figlach znakomity,Zobaczyły kosz nakryty.

Patrzą, węszą, kręcą nosem,Pomykają się ukosem.— Co też w koszu tym być może?Aż zrzuciły precz rogożę.

Z wierzchu była tylko trawa;Kotki myślą... Ot, zabawa!Jeden, drugi wnet junosza,Wnet i trzeci — smyrk do kosza!

— Hulaj dusza, bez kontusza!Aż tu na dnie coś się rusza.Przebóg! Coś ich szczypie srodzeTo po udzie, to po nodze...

— Gwałtu! rety! — Na wrzask śpiesząSąsiadowie całą rzeszą.Nuż wyciągać ród strapionyZa łby, za kark, za ogony.

Nie ustają przecież krzyki:— A hultaje! rozbójniki! —A to niegodziwość rzadka,Tak napadać od pośladka! —

— Gdzie?... Co? — Próżno było badać,Koty w płacz, nie mogą siadać.Więc do kosza jaki taki:Patrzą — a tam były raki!

Nic milszego, powiem szczerze,Jak gdy Mańcia książkę czyta,Na fotelu siedząc babci,A tuż przy niej cała świta.

Z jednej strony Ańcia klęczy,Julka stoi z drugiej strony,A naprzeciw oba kotki,Zakręciwszy w bok ogony.

Dalej Piotruś; czy widzicie,Jak pocieszna to figurka?Główka na dół, uszki w górę,A za szyję trzyma Burka.

Przy Piotrusiu, z swoją lalką,Jania sobie siedzi mała,Bo chce, żeby jej laleczkaTeż rozumu nabierała.

Nawet piłka, co zazwyczajW całym domu dokazuje,Teraz sobie cicho leżyI czytania nasłuchuje.

Kotki mruczą, piesek drzemie,Jania lalkę ściska silnie,A książeczkę Mańcia czyta,Wszyscy zaś słuchają pilnie.

Nasza Hania pustak wielki,Same harce i figielki,Same śmiechy, same psoty;W całym domu głosek złoty,Jak skowronek nam podzwania...— Wielki pustak nasza Hania!

Nikt się przed nią skryć nie może,Pełno Hani w całym dworze,

Od poranka aż do mroku,W ciągłych susach, w ciągłym skoku,Za tym wiatrem się ugania...— Wielki pustak nasza Hania!

Do ogrodu biegnie zrana,Brodzi w trawie po kolana,Gdzie jagódka już dojrzeje,Wnet się do niej Hania śmieje,Już nie czeka i śniadania...— Wielki pustak nasza Hania!

Tańczy z Brysiem, tańczy z kotem,Między kury wpada potem:Uciekają, wrzeszcząc, wszędy,Te na płoty, te na grzędy,Pełno krzyku i gdakania...— Wielki pustak nasza Hania!

Ledwie gdzie zabrzękną klucze,Prosi: „To ja się nauczę!”Puścić ją?... Już sery skubie, —Nie dać, piszczy: „Ja tak lubię!”Więc szafarka nie zabrania...— Wielki pustak nasza Hania!

Starą niańkę wpół pochwyci,W motowidle starga nici,Na przetaku zmiesza proso,Patrzy, gdzie tam pierze niosą,— „Phhuu!...” I na wiatr porozgania..— Wielki pustak nasza Hania!

Istny skoczek! Istna fryga!Tylko że się w oczach miga.Wielka będzie łaska boska,Jeśli jej nie przytną noska,Albo w lot nie porwie kania...— Wielki pustak nasza Hania!

Ale serce u niej złote:Niech zobaczy gdzie sierotę,Zaraz wszystko daćby rada,Zaraz przy niej w piasku siada,Zaraz pełno całowania...— Wielki pustak nasza Hania!

Stara niania głową kręci:Co to, co to się wyświęci?Czy zmartwienie, czy pociecha?Ale Hania się uśmiecha:— „Dość już, dość tego gderania!...”— Wielki pustak nasza Hania!

Hej, maczkiem, a chyłkiem,A ciszkiem, a cisz.....W zasadzce tu stoim,A hasło czy wiesz?W zasadzce tu stoim,Wzniesiony nasz miecz,Kto idzie? Daj hasło,A nie wiesz — to precz!

Chłopcom zawsze bójka w głowie.Zeszli się raz gdzieś w parowie:Janek z trąbką i z szabelką,Mały Kazik z pałką wielką,I Zygmuntek wystrojonyW piękny hełm z lejka zrobiony.Wnet zaczęła się narada:— Jak bić wroga? Jak mu szkodzić?Sprawą tajna: nie wypada.Zbytnio o niej się rozwodzić!

Lecz w tem była trudność cała,Której przyczyn nie dochodzę,Że tak, jak ich trójka stała,Wszyscy byli sami — wodze.

A żołnierze?... Co żołnierze!Niech żołnierzy licho bierze!— Ja tam będę pułkownikiem,Nie ustąpię się przed nikim!

— A ja będę generałem,Bom najmniejszy w wojsku całem.— A ja będę oficerem,Bom wykleił hełm papierem!Ogień w oczach, płomień w twarzy,Nikt nie umknie i pół kroku.

Aż tu nagle się TatarzyPodkradają chyłkiem z boku.

— Za mną, wiara! — Janek woła, —Dalej, naprzód! Dalej, hura! —

Ale nikt nie idzie zgoła.

— Cóż to? czy ja podły ciura —Myśli sobie jeden, drugi, —Żebym leciał na wysługi,Jak tam kto zawoła byle?Jestem sobie wódz, i tyle!

— Co? ty wodzem? Jeszcze czego!

— Co? Ja miałbym słuchać ciebie?— Sam potrafię, mój kolego,Feldmarszałkiem być w potrzebie!

Jeszcze sporów nie skończyli,Jeszcze wiodą kłótnię głupią,Gdy Tatarzy w jednej chwiliWpadli na nich, i... już łupią!

Comments

Loading comments…