Dwie wiosny

Poezye. Serya druga

W starej arkadzie, pod zczerniałą bramą,Lekko draśnięte skośnym błyskiem słońca,Głębokie cienie nagle się rzucały,Jak noc, zraniona ostrzem złotej strzały.Na tem flamandzkiem tle, objęta ramąGrubych występów muru i akantów,Jakby obrazek godny dyletantów,Stała dzieweczka drobna, złotowłosa,Kształtów znikomych, wybladła i drżąca,Nędznym łachmanem odziana i bosa.

Dziecko to jeszcze było wiekiem; przecieW jej zadumanej, zmąconej źrenicyI w ustach bladych, które bez uśmiechu

Lekko otwarte drgały, w osłupieniu,Z jakiem się naprzód pochyliła cała,Znać było, że już niema na tym świecieDla tego dziecka żadnej tajemnicy...Że zna pokusy i nędzy i grzechu,I odrętwienie ciemnoty i winy,Głodu, i chłodu posępne godziny,I łzy, i krzywdy, i płomień ponury,Co plami czoła i przegryza ciała,I czarne piętna wypala w sumieniu...I bryzgi błota, w którem dusza biała,Nie mogąc skrzydeł rozwinąć do góry,Zdawna już szaty swoje pokalała;I nie jest prostą już, ani dziecinną,Ale zdeptaną, zabitą — i winną.

A przed nią w wielkim koszu, wśród zieleni,Wiosenny towar, pełen barw i rosy...Blade narcyzy, stokrocie puszyste,Ogromne bratki w fioletach całe,Dzwoneczki modre, jak gdyby niebiosy,Róże, szkarłatne jedne, drugie białe,Konwalje smukłe, wonne i śnieżysteI tulipanów kielichy z płomieni. —

Kwiaty te, ledwo wyniknęły z ziemi,Znalazły światła i ciepła dostatekI napój rosy ożywczy, perłowy,I w górę jasne podnosiły głowyWśród blasków słońca wschodzących nad niemi;A tak ich strzegły ogrody i lasy,Że pory swojej i barw cudnych krasyZwinięty w pączku doszedł każdy kwiatek. —

Ale dzieweczkę tę, co stoi biała,Nędza zrodziła i nędza chowała,Ulica była jej szorstką mistrzynią. —Życie bezwstydne jest wobec nędzarzy!Bez łun rumieńca, bez osłon na twarzy,W swem obnażeniu i w ranach swych stoi,U pierwszych wrażeń przejrzystych podwoi,Tak bezpośrednio, jaskrawie i blisko,Że dziecko, co się rozstało z kołyską,Wie już, co starcy znieprawieni czynią,I po imieniu zwać złe się nie boi,I świat dla niego nie jest już świątynią,Ni serce ludzkie najczystszym z ołtarzy. —

Myślicielowi, co w ranek majowySzedł tam milczący, samotny i surowy,

Ważąc łez ciężar, co ziemię przyciska,Te dwa tak różne, zbliżone zjawiska,Te dwa odrębne, a pokrewne światy,Dziecko to zwiędłe i świeże te kwiaty,Dawały widok smętny i żałosny...Spojrzał z boleścią — i szepnął:„Dwie wiosny!”

Comments

Loading comments…