Nigdy ja na tej

Poezye. Serya druga

Nigdy ja na tej nie stanę wyżynie,Kędy przed wzrokiem, wpatrzonym w wszechświaty,Ziemia z swą nędzą tak blednie i ginie,Jak tęcz mdlejących szkarłaty!Nigdy nie spocznę w błękitnej tej ciszy,Gdzie duch, ukojon oddechem wieczności,Zaledwo czuje i zaledwo słyszy,Namiętne skargi ludzkości!Nigdy łez gorzkich, co płyną gorące,Choćby w nich błękit odbiły niebiosy,I złote strzały złamało w nich słońce,Nie nazwę kroplami rosy.Nigdy mi wiedza tej nie da pociechy,Bym złe i dobre, i ból i uśmiechy,Brała za jedno, co tylko się zmieniaZ punktem naszego widzenia.

Nigdy nie dojdę przez śniegi i lodyDo olimpijskich słonecznych tych szczytów,Kędy łez niema i niema zachwytów,Lecz tron wieczystej pogody.Ja będę latać, jako ptak zraniony,Nisko, nad ziemią tą, co w bólach kona,Bym mogła objąć z miłością w ramionaSmutnych miljony!I — jak jaskółka — bijąc w skrzydła drżące,Latać ja będę nad niskie zagrody,Nad pola nasze i lasy szumiące,I modre wody...W miesięczne noce, za mgłami srebrnemiPosłyszę i skargi — i rany obaczę...I pytać będę uśpionej tej ziemi:Ach! kto tam tak płacze?I choćby wszyscy milczeli, ja przecieBłękity wstrząsać będę mym protestem...I gdy Bóg spyta: „sąż smutni na świecie?” —Odpowiem: — jestem!

Comments

Loading comments…